Warszawiaku, kim jesteś?


 

Słowacki przyjechał do Warszawy zimą 1829 roku i u progu pobytu omal życia nie stracił. Konie ciągnące sanie wiozące go Nowym Światem do pałacu Zamojskich (tzw. pałacu Błękitnego) weszły w kolizję z saniami nadjeżdżającymi z wprost przeciwnej strony. Relacja poety dotycząca tego wydarzenia pełna jest ekspresji godnej talentu Podkowińskiego, gdyby tylko malarz mógł widzieć to zdarzenie z okna swojej pracowni w pałacu Kossakowskich – nie mógł niestety, nie było go jeszcze wtedy na świecie.  

Tajemnicza sceneria tego wypadku zachowała się dzięki relacji samego poety:  

Z daleka ujrzałem konie unoszące, lecz w przeciwną stronę leciały… mało na to dawałem uwagi. Wtem sanki, w których jechałem, zatrzymują się – przewoźnika, obróciwszy się, już nie ujrzałem za sankami – a nade mną tuż tuż, leciały rozhukane dwa konie – schyliłem się w sankach i w tejże chwili oba konie przeskoczyły przeze mnie – i tuż przy moich sankach, które z ich sankami zaczepiły się, upadły. Przyszedłszy do przytomności wyskoczyłem i znalazłem się wśród leżących na ziemi koni – jakaś stara kobieta za rękę mnie wyrwała z poplątanych szlei… i wkrótce ujrzałem się wśród tłumu zebranych ludzi, z którego z trudnością wymknąłem się…  

Przypadek ten uznał Słowacki za swego rodzaju wróżbę dotyczącą jego pobytu w Warszawie.  

Za sto kilkadziesiąt lat przebywający na emigracji Kazimierz Wierzyński w wierszu pt. „Końskie kolana” przypomni upadek konia na śliskim bruku ul. Górnośląskiej u progu drugiej wojny i napisze: Wciąż bolą mnie tamte końskie kolana, / Niewyrażone / Zwierzęce / Proroctwo. 

Słowacki o swoim wypadku wiersza nie napisał. Podczas całego pobytu w Warszawie nudził się śmiertelnie. Biurową pracę przełamywał udziałem w jałowych rautach, m.in. u panny Kickiej – wieczory to były nudne, nieożywione i na przyjęciach w domu samego prezydenta Warszawy, Stanisława Węgrzeckiego – W domu tym jednak nie znajdowałem przyjemności. Wśród tej nudy i braku przyjemności dojrzewa w nim poeta.  

Łatwo pojąć, jak takie nudne życie wróciło mnie do kraju imaginacji. Siły wyobraźni wzięły przewagę nad wyniszczonymi fizycznymi siłami. W imaginacji zacząłem słyszeć głosy, którym się oprzeć nie mogłem – i raz zacząwszy pisać, utworzyłem wszystkie prawie zawarte w dwóch tomach moich poezje w przeciągu pół roku. Zajmował mnie świat poetyczny, ale nie tak silnie, aby mi zasłonił zupełnie nudną i smutną rzeczywistość…  

15 listopada 1830 r. Słowacki notuje, że zamierza oddać do druku swoje wiersze – Marją Stuart, tragedię – Jana Bieleckiego, powieść – Hugona, Mnicha i Araba. I zastanawia się: Jakiż będzie mój zawód literacki?. 

Kilka miesięcy później, 1 marca 1831, zapisze – Rewolucja przytrafiona w wilią dnia, w którym zacząć miałem drukować moje wiersze, przerwała wszystkie literackie zamiary – zawód mój rozpocznę, kiedy Polska wolność odzyska.

 

*** 

Witold Wirpsza w eseju „Polaku, kim jesteś?”, śledząc rodowód i specyfikę warszawskiej inteligencji, jej początki wiąże z latami konfederacji barskiej, kiedy to przysłowiowy „ubogi szlachcic mieszkający na Podolu” przekształca się z drobnego ziemianina w polskiego inteligenta i z Podola zabiera z sobą do Warszawy wspomnienie i obraz pejzażu ukraińskiego. To właśnie wtedy powstaje w Warszawie tak zwana ukraińska szkoła polskiego romantyzmu złożona z urodzonych w zachodniej Ukrainie i wcielonych po rozbiorach do zaboru rosyjskiego poetów polskich, wśród których byli m.in. Antoni Malczewski, Seweryn Goszczyński, Józef  Bohdan Zalewski a według niektórych krytyków również młody Podolanin – Słowacki.      

Po roku 1831 kiedy to Kraków pozostał w centrum polskiego życia duchowego, a ośrodek polityczny wraz z wielką emigracją osiadł w Paryżu, Warszawa – twierdzi Wirpsza – była ośrodkiem polskiej emigracji wewnętrznej i tym samym jednym z ośrodków życia i oporu psychicznego. Poezja polska, z braku własnego rządu politycznego, sprawowała w stolicy rząd dusz: kto rządu tego nie uznawał i nie poddawał mu się, kwalifikowany był nie literacko, ani nawet światopoglądowo, lecz politycznie. (…) Książki Mickiewicza lub Słowackiego były przez administrację carską zabronione, przemieniły się z literatury pięknej w księgi święte, w większej jeszcze mierze, aniżeli drukowane w języku polskim księgi z pacierzami. Te były dozwolone. Autorzy ksiąg niedozwolonych zyskali sobie nazwę wieszczów (…). 

Będąc wykorzenionym ze wszystkiego warszawiak nie został wykorzeniony z języka. Drobny szlachcic przemieniał się w zaborze rosyjskim w typowego inteligenta w nowoczesnym tego słowa znaczeniu: w uczonego, w nauczyciela, w literata, w lekarza, w inżyniera. 

Ta magia słowa, formuły, symbolu, mitologii i mitomanii narodowej, okazała się, mimo wszystko, rzeczą istotną i może najistotniejszą w następnym okresie polskiego życia narodowego w niewoli, tj. w okresie pomiędzy upadkiem Powstania Styczniowego a rewolucją 1905 roku. I ona to (…) z zaboru rosyjskiego przenosi się, a raczej rozszerza, na inne zabory (…). 

Ta magia miała swoją ciemną stronę. Z tego że coś jest bardziej nazwą, niż rzeczą – uświadamia Wirpsza – rodził się dziwny ferment przyszłych pokoleń. A także trujące owoce zdrajców stu tysięcy, o których pisał Słowacki. 

 

*** 

W czasie kiedy autor „Beniowskiego” bryluje w Warszawie, warszawiacy czytają potajemnie inną bombę literacką, czyli „Konrada Wallenroda” Mickiewicza – utwór odwołujący się do polskiego urazu antyniemieckiego, na który nakłada się aktualny uraz antyrosyjski. I, oczywista – zauważa Wirpsza – rzecz ma w sobie już zalążek choroby –– jak wszystko, co z braku wolności jest zaszyfrowane. Dalsze skutki tego szyfru określił Słowacki kilkanaście lat później następująco:  

Wallenrodyczność, czyli walenrodyzm, / Ten wiele zrobił złego – najwięcej: / Wprowadził pewien do zdrady metodyzm, / Z jednego zrobił zdrajców sto tysięcy. 

Powstanie listopadowe wywołane zostało przez zamach na namiestnika carskiego w Warszawie, Wielkiego Księcia Konstantego. Nieudanego zamachu dokonała grupa młodych podchorążych, a więc ludzi służących w wojsku ni to polskim, ni to rosyjskim, prowadzących więc przez czas pewien podwójną grę. 

Życie nielegalne i opór psychiczny podminowane były owymi dobrymi intencjami wallenrodyzmu i coś tam było z rozpaczliwego bohaterstwa i coś z gnuśnej zdrady. (…) Młody człowiek – kontynuuje Wirpsza – któremu dany był wybór pomiędzy wzniosłością i podłością i który zazwyczaj zmazał się jednym i drugim, żeni się. Posyła dzieci do szkoły rosyjskiej, wychowuje je w domu (…) po polsku. Dzieci te, którym raczej grozi schizofrenia moralna, niźli czystość cnót rzymskich (republikańskich) schizofrenii nie uległy; to pokolenie po prostu rozdwoiło się na dwie grupy: pokornych kolaborantów i tych, którzy w roku 1863 wywołują kolejne powstanie zbrojne, zwane styczniowym 

Działał wówczas w Warszawie namiestnik cesarski, margrabia Wielkopolski, „kunktator z domieszką wallenrodyzmu”. Wstrzemięźliwość tego polityka – twierdzi Wirpsza – pobudziła niecierpliwość społeczną i tym samym przyspieszyła wybuch powstania i sprawiła, że wybuch ten nastąpił w warunkach najmniej sprzyjających. To powstanie – nie ostatnie niestety – było improwizacją. Było ono aktem rozpaczy (…). Śpiewano potem często pieśń do słów Wincentego Pola i do muzyki Alfreda Bojarskiego: Obok Orła znak Pogoni, / Poszli nasi w bój bez broni. Czy nie inaczej będzie podczas ostatniego z dotychczasowych powstań? (…) z owego „bez broni”, a więc czegoś raczej nierozumnego, rodziła się duma narodowa, nieracjonalna, ale i zarazem w swej nieracjonalności pobudzająca moc przetrwania po klęsce.    

Rozważania wokół walenrodyzmu kończy Wirpsza słowami do dziś aktualnymi: Polacy są tak wrażliwi, może nawet przewrażliwieni na zdradę wewnętrzną. 

Polacy zdradzają się wzajemnie, często pod hasłem miłości ojczyzny; najskwapliwiej czynią to wówczas, kiedy są w mniejszym lub większym stopniu państwowo niezależni – w obliczu wroga, wrogów zaś Polacy miewali i po dziś dzień mają wielu, z własnej i niewłasnej winy; w obliczu wroga łączą się instynktownie w zwartą gromadę. 

 

*** 

Historia Warszawy jest historią kompleksów – związanych z jej peryferyjnością, pogranicznością, z nietrwałością dziedzictwa. W „Niesamowitej słowiańszczyźnie”, pisząc o dwoiście „postkolonialnej” mentalności polskiej złożonej z doświadczenia bycia kolonizowanym w okresie zaborów i z rolą kolonizatora wobec sąsiadów ze Wschodu, Maria Janion stwierdzała: Taka opowieść jest zamkniętym kołem wyższości i niższości, które przeradza się w narodową figurę totalnej niemożności i wiecznej szarpaniny między „europejskim pozorem” (który wcale nie jest pozorem) a „polską prawdą” (którą podejrzewa się o to, że nie jest absolutem). Błażej Brzostek w książce „Paryże Innej Europy” uważa, że opisany przez Janion kompleks quasi-kolonialny, związany z kulturowo „przejściowym” położeniem ziem polskich odcisnął się również na postrzeganiu Warszawy. Lokalne elity przywiązywały wielką wagę do sposobu postrzegania miasta przez obcych, starały się przeglądać w ich oczach, co wiązało się ze znaczeniem „sprawy polskiej”, która winna była interesować Europę (…). 

Jednym z najbardziej popularnych mitów przez wieki związanych z Warszawą – raz to entuzjastycznie promowanych, raz to zaciekle zwalczanych – jest ten, jakoby miała mieć kiedyś charakter Małego Paryża, Innego Paryża czy też Paryża Wschodu. A przecież równie zasadne mogłoby być porównywanie jej do innych wielkich miast. Np. dla E. T. A. Hoffmanna Warszawa stanowiła namiastkę Rzymu, miasta, o którym marzył. Według Piotra Lachmanna, poety i eseisty, zajmującego się warszawskim epizodem biografii Hoffmanna, związane to było nie tyle ze sferą wizualną miasta, lecz również z jego tkanką duchową, energetyczną.  

Pałace, ulice, dorożki, bazary i bale maskowe – wszystko miało znaczenie, cały egzotyczny  rozgardiasz był ważny. Pałace stały wtedy obok zapuszczonych domów, prawie chałup. Autentycznego Rzymu Hoffmann nigdy nie widział, a Warszawa była w jego wyobraźni imitacją wiecznego miasta, często jego parodią. Myślę, że korzystał z tych inspiracji w swoich opowiadaniach włoskich. 

Włoski charakter Warszawy akcentuje też współczesny historyk miasta, a obecnie zastępca dyrektor Zamku Królewskiego, Jarosław Trybuś, który lubi się powoływać na zdanie Jana Parandowskiego, że „Polska leży nad Morzem  Śródziemnym”: tyle jest u nas  architektury, która odwołuje się do tradycji włoskich! Do willi toskańskich. Zawsze tęskniliśmy za południem, ale dopiero Parandowski to nazwał, a Pniewski realizował. Jak wiele jest analogii w sposobie opracowania kamienia na budynkach z lat trzydziestych, w sposobie kształtowania tych obiektów, tak jak gdyby nasz kraj był zalany słońcem, a zimy nigdy nie było. 

Byli tacy, którzy szukali powinowactw między międzywojenną Warszawą a Lwowem, uważając, że energia obu tych miast miała wówczas ten sam pierwiastek, różniący je od pierwiastka składającego się np. na tożsamość Krakowa. A Jerzy Liebert w „Piosence do Warszawy” pisał: Ani tu Zachód, ani Wschód — // Coś tak jak gdybyś stanął w drzwiach…. Bo przecież, jak zauważa Błażej Brzostek, powołując się na wspomnienia Stanisława Gieysztora „Moja Warszawa”: Na dworcach warszawskich (…) podróżny natykał się na rosyjską służbę kolejową i kioski petersburskiej księgarni Suworina. Pociągi odjeżdżały wedle petersburskiego czasu, przesuniętego o ponad pół godziny względem lokalnego. Jedynie najstarsza linia, Warszawsko – Wiedeńska, podlegała osobnej administracji i jeździła wedle czasu warszawskiego. Warto też dodać, że warszawskie gazety wychodziły z dwiema datami, uwzględniając zarówno kalendarz gregoriański, jak i obowiązujący w Rosji juliański. 

Wróćmy jednak do mitu Warszawy jako Paryża Wschodu. Bardzo precyzyjnie i świeżo –  nawet z dzisiejszej perspektywy, książka powstała przecież w latach 70 XX w. – rozprawia  się z tym mitem Wirpsza na łamach wspomnianego eseju. Najpierw zadaje pytania:  

Czym jest Warszawa? Czy tym samym, co Paryż dla Francuzów? Żaden król polski, ani pretendent do tronu polskiego nigdy nie powiedział, że „Warszawa warta jest mszy”, ale od wieku siedemnastego począwszy spotrzebowano w Warszawie, lub ze względu na Warszawę, przypuszczalnie tyle samo prochu i ołowiu, co w Paryżu i ze względu na Paryż; czyż Warszawa więc warta była krwi? (…) A może jeszcze inaczej: może Warszawa (…) żąda krwi? 

Potem punktuje różnice:  

Pierwsza różnica, dająca się zauważyć między Paryżem a Warszawą, jest chyba ta, że kto chciał zawładnąć Paryżem, musiał się zmienić na rzecz Paryża, nie mógł bowiem wejść do Paryża wbrew jego substancji, natomiast ci, którzy wdzierali się do Warszawy; nierzadko wnosili do niej wraz z sobą nie warszawską, lecz swoją własną substancję – z tym wszakże, że z chwilą wdarcia się do Warszawy ta ich własna substancja zmieniała się w warszawską. Obecność Paryża we Francji dałoby się więc przyrównać do obecności fizycznej; obecność Warszawy w Polsce – do obecności chemicznej. Różnica druga jest z pozoru trywialna. Paryż jest stolicą, od kiedy Francja jako Francja da się pomyśleć. Z Warszawą się bynajmniej tak rzeczy nie miewają (…). I jeszcze trzecia różnica. Warszawa bardzo późno stała się ośrodkiem życia duchowego kraju – dopiero około połowy osiemnastego wieku. 

By w końcu, w nawiązaniu do Wielkiej Nocy 1794 roku, przejść do podobieństw: 

 (…) dla współczesnego Polaka jest Warszawa tym, czym Paryż dla Francuza był zawsze: miastem, w którym zrodziło się poczucie narodowe w nowoczesnym tego słowa zrozumieniu; mówiąc w dużym skrócie, Warszawa była pierwszym miastem polskim, w którym wybuchł gniew plebejski i w którym wieszano magnackich dostojników na latarniach. 

 

*** 

Wiele rozdziałów później, przy okazji historii o odbudowie Warszawy po drugiej wojnie, Wirpsza zauważy, że jest to opowieść o tym, co – choć zostało rozproszone i roztrącone, mimo wszystko zebrało się w całość i jedność; o tym, jak to, co przetrącone, zachowało trwałość i ciągłość. 

Zwróci uwagę na to, że jednym z pierwszych aktów odbudowy miasta było ustawienie na Placu Zamkowym Kolumny króla Zygmunta, bo bez tej smukłości nie chciano sobie miasta na nowo wyobrażać, może i dlatego również, że istnieje wiersz Słowackiego, zaczynający się od dystychu: „…Jest u nas kolumna w Warszawie, / Na której usiadają podróżne żurawie.” Jeszcze szybciej wskrzeszono most imienia Poniatowskiego – bohatera walk niepodległościowych w XIX stuleciu, napoleońskiego marszałka Francji. Nasuwa się podejrzenie, że nazwa mostu rozstrzygnęła o pierwszeństwie – nie funkcja. Wirpsza przypomina, że do „współpracy” przy odbudowie powołano osiemnastowiecznego włoskiego malarza architektury – Bernarda Bellotto, zwanego Canaletto i na wzór jego wedut odbudowano Stare i Nowe Miasto, Plac Zamkowy oraz Trakt Królewski. (…) wzniesiono kościoły gotyckie, barokowe, rokokowe i klasycystyczne, takież pałace magnackie oraz kamienice patrycjatu i mieszczaństwa, wszystko nie według stanu z roku 1939, lecz według obrazu sprzed półtora z górą stulecia. W ten sposób, realnie rzecz biorąc, zrekonstruowano nasamprzód odpowiednik paryskiego Quartier Latin: tu bowiem znajduje się uniwersytet, Akademia Sztuk Pięknych, galerie obrazów; nieopodal wznosi się Teatr Wielki, dzieło Corazziego, tuż w pobliżu jest Filharmonia (…). Tu mieszkają pisarze, uczeni, artyści. 

W tym czasie zjawia się „łup” powojenny – dar Zachodnio-Pomorskiego Komitetu  Odbudowy Warszawy w Szczecinie – replika konnego posągu włoskiego kondotiera, Bartolomea Colleoniego dłuta Andrei del Verrocchio, artysty epoki renesansu. Wiosną 1950 roku, po złożeniu pomnika przez firmę „Bracia Łopieńscy”, zostaje on ustawiony w rogu barokowego dziedzińca Pałacu Czapskich przed gmachem ASP.  

Wirpsza, dla którego pojawienie się wtedy w Warszawie posągu Colleoniego – zaledwie chwilę przed szturmem socrealizmu – jest wprowadzeniem na scenę przysłowiowego konia trojańskiegocytuje w tym miejscu Lechonia: 

Ciężko brąz po nocy dzwoni, / Głucho chrzęszczą miecz i kask, / Niepotrzebny Colleoni / Przez miesięczny wjeżdża blask. 

I komentuje: Niepotrzebny Colleoni? Konny posąg obcego kondotiera? Odbudowę spalonej Troi rozpoczęto od wwiedzenia podstępnego daru Danaidów? Któż wtedy myślał o podstępie, aż tak symbolicznie i to w przewrotną symboliczność przebranym? A jednak: jeśli odbudowę Warszawy traktować jako socjalistyczną przygodę, a w pewnym sensie była ona taką przygodą, to z kolei rozpoczęcie tej odbudowy, tej reconditio urbis od jej ośrodka duchowego i łacińskiego, należy z kolei potraktować jako wprowadzenie konia trojańskiego: łaciński ferment miał niebawem znać o sobie. Warszawa bowiem rok po roku narastała wokół swej dzielnicy łacińskiej, tradycje tej dzielnicy okazały się najtrwalsze, tu skupiło się wszystko, co było tradycją i zapewniało ciągłość: nie tylko środowiska intelektualnego (…).  

Czy ferment łacińskiej kultury ostatecznie zwyciężył plebejski gniew? Z perspektywy początku lat 70. kiedy Wirpsza, będąc na emigracji, pisał swój esej już to tak jednoznacznie nie wyglądało, a miało się skomplikować jeszcze bardziej.    

A jak sprawy mają się dziś? Warszawiaku, kim jesteś?  

 

*** 

Kiedy w drugiej dziesiątce tego wieku, na spotkaniu promocyjnym mojej książki pt. „Ale jest Warszawa!” zadano mi sztampowe pytanie dotyczące ulubionych fragmentów miasta, odpowiedziałam bez namysłu, że jest to właśnie Trakt Królewski, Warszawa stanisławowska. Ja – zakochana w warszawskim modernizmie międzywojennym i zadomowiona w najpiękniejszych zakątkach Żoliborza i Starej Ochoty – warszawskich miast ogrodów, nie miałam wątpliwości, że tym rdzeniem Warszawy, jego najistotniejszą i niepodrabialną treścią jest właśnie ten fragment miasta tak wspaniale współpracujący ze słońcem i zbratany z dynamiką chmur, trakt, który zachwycał kiedyś również E. T. A. Hoffmanna. A posąg Komandora? Prawdę mówiąc był mi długie lata nie znany i dopiero przybyły z Lublina przyjaciel, miłośnik konnych posągów, uświadomił mi jego istnienie. Pomnik (dziś kopia zwróconej Szczecinowi kopii) tkwiący od dziesięcioleci na dziedzińcu pałacu Czapskich, jeśli rzeczywiście miał być tym podstępnym koniem trojańskim, to nader subtelnym, dziś niemal niezauważalnym – gdzie mu tam do silnie wrośniętego w świadomość warszawiaków ruchliwego, przemieszczającego się po stolicy na przełomie wieków pomnika księcia Józefa, gdzie mu nawet do niezbyt udanego, lecz pięknie wyeksponowanego, cwałującego Sobieskiego u zbiegu Agrykoli. Colleoni nie wjechał na swoim koniu w realnie przeżywaną na co dzień przestrzeń miasta. Czai się w kącie od dziesięcioleci. Może powinien ruszyć z kopyta i stanąć na pl. Na Rozdrożu, w miejscu, gdzie swój początek ma tzw. oś stanisławowska – nie zrealizowane do końca założenie urbanistyczne XVIII w. – i gdzie od lat nie może powstać pomnik poświęcony bitwie warszawskiej? Czy „łaciński ferment” ostatecznie by wtedy zwyciężył? Czy przegnałby uśpionego ducha stojącej kiedyś przy tym placu prawosławnej cerkwi? Raczej nie, Warszawa jest na to zbyt różnorodna, a dzisiejszy warszawiak zbyt tą różnorodnością zafascynowany, by godzić się na jedną na jej temat opowieść – i staje się wciąż na nowo odkrywcą tej różnorodności – pełnym pasji.       

I staje się tak, jak pisał kiedyś Wirpsza – wszystko, co rozproszone i roztrącone jednoczy się w całość. 

 

 

Joanna Rolińska

 


 

CZYTAJ TEŻ