Zepsuty samochód


 

I

Z końcem września, po południu, trzech się zuchów wraz wybrało w długi spacer leśną dróżką. Słonko jasne przeświecało poprzez liście. Śpiewał ptaszek. Przodem maszerował Marcin, za nim Janusz, wreszcie Staszek. Staszek wciąż się niecierpliwił, ciągle zrzędził i narzekał – nie mógł końca tej wyprawy w żaden sposób się doczekać: 

– Gdzież, Marcinie, nas prowadzisz? Już idziemy pół godziny, a tu las i las dokoła, drzewa, krzaki i jeżyny. Ja się tak nie chciałem bawić. Gdzież zepsuty twój samochód? Mnie już nuży marsz ten długi, ten męczący leśny pochód. 

Janusz też się niecierpliwi: 

– Boję się, że zbraknie czasu. I dlatego przyznam szczerze chciałbym wyjść już z tego lasu. 

Marcin śmieje się wesoło i nie traci animuszu: 

– Czemu mi wciąż narzekacie, miły Staszku i Januszu! Już niedługo gąszcz się kończy. Trzeba trzymać się ścieżyny, a za chwilę znikną drzewa, znikną krzaki i jeżyny. Tam na skraju brzozy stoją, kora na tych brzozach biała – strumyk trzeba nam przeskoczyć i skończona sprawa cała. 

I już biegną do polany. A polana, jak polana. Strumyk szemrze na jej skraju, trawa sięga po kolana. A pośrodku stoi auto – stałe pudło zardzewiałe. Szyb w nim nie ma, dach zerwany, nawet koła odleciały, i z szoferskiej tylko budy sterczy smutnie kierownica. Lecz pedały są obydwa, są błotniki, jest chłodnica. 

Chłopcy chodzą dookoła, zaglądają z każdej strony: 

– Jakże piszczy ten hamulec. Pewnie nienaoliwiony. 

Już chłodnice Stach otwiera: nawet motor niewyjęty. Tylko widać, że popsuty, wszędzie sterczą jakieś pręty. W nocy deszcz był. Woda spływa po rdzy rudej na motorze. A naprawić tę maszynę – to robota, nie daj Boże! 

Janusz wszedł do karoserii – ledwo mu z niej widać głowę. Grzebie, gmerze i po chwili już odkrycie robi nowe: 

– A do czego jest ten pedał, taki mały wytarty. 

Marcin zaraz odpowiada: 

– Tamten pedał to jest starter. Gdy kluczykiem tu pokręcisz i naciśniesz pedał nogą, zaraz motor ci zawarczy i już jedziesz w swoją drogę. Ale ten wóz już nie ruszy, bo za bardzo jest zniszczony. Części ma poodrywane. W środku cały wypalony. Choćbyś kopał z całej siły, choćbyś nawet korbą kręcił, ta maszyna już nie ruszy mimo szczerych twoich chęci. 

I na dowód kopie nogą. Kopie starter z całej siły. I o dziwo – motor szumi. Auto rusza – nie do przodu – lecz do tyłu.  

Coraz prędzej! Dech zapiera! Coraz głośniej motor śpiewa. Auto pędzi już na szosie, że migają tylko drzewa. Jakieś miasto! Znowu pole! Potem wioska – druga, trzecia. Ten samochód bez benzyny prędzej niż samolot leci! Mija rzeki, mija mosty, a wiatr jak huragan wyje. Staszek krzyczy: 

– Rany Julek! Ta maszyna nas zabije! 

Wtem się wszystko uspokaja. Motor tylko cicho szumi. Marcin siadł przy kierownicy i prowadzi tak, jak umie. 

 

II

Janusz dziwi się niezmiernie: 

– Patrz! Jedziemy znów do przodu. 

A za nimi i przed nimi wąż olbrzymi samochodów. Wszystko naraz się zmieniło. Szyby ktoś do okien wstawił, wnętrze wozu nowiusieńkie. Któż u licha to naprawił? Kręcisz kluczem – a od razu obie lampy jasno świecą, z boku – koło zapasowe, z przodu – błyszczy się chłodnica. A za sznurem samochodów bez ustanku coś łomoce. Jakieś młoty ciężko biją, łańcuch skrzypi, dźwig hurkocze. 

Staszek wyjrzał szybko oknem: a tam stoi las kominów! 

To fabryka samochodów! 

A to nowa jest maszyna! 

Coraz więcej nowych maszyn – wyjeżdżają wciąż z warsztatów. Janusz śmieje się z radości. Marcin – ręce szybko zatarł. Odczytuje na drzwiach numer: zero sto dwadzieścia cztery. Potem woła: 

– Dobra nasza! Zawsze chciałem być szoferem! Wyjeżdżamy! Wnet się brama na świat cały nam otworzy. Wyprowadzę ten samochód – I do [słowo nieczytelne] was zawiozę. 

– Ja bym chciał do Honolulu! 

– Do Australii pojedziemy. 

– A ja chciałbym na Saharze zapolować na hieny. 

Czy się plan podróży spełni? Różnie bywa na tym świecie. Chyba nie, bo samochodu prawy znalazł się właściciel. Daje znak, że trzeba stawać. Pokazuje im papiery – zapytuje, czy to numer zero sto dwadzieścia cztery. 

– Kto ty jesteś? – pyta Janusz. 

– Skąd pochodzisz? – pyta Staszek. 

Nieznajomy śmiać się zaczął. I swej czapki uniósł daszek: 

– Kto ja jestem? Też pytanie! Iwan Iwanowicz Mrozow. Ale śpieszmy się, bo trzeba włożyć śledzie do kołchozu. 

No to Janusz się zacukał. Marcin się niezmiernie zdumiał. Staszek woła: 

– Do kołchozu? Nic już z tego nie rozumiem. W jakim my jesteśmy kraju? Dokąd w końcu nas zawieziesz? I dlaczego, pytam pięknie, mamy wozić właśnie śledzie? 

Marcinowi wszystko jedno. Jak przygoda, to przygoda! I gdy Iwan wlazł do środka, całym gazem rżnie do przodu. Iwan mówi: 

– Nie pojmuję, co się tutaj dzieje z wami. W środku Rosji i nie wiedzą, w jakim kraju sami siedzą. Właśnie już tak z dzieciakami. Swoją drogą, nie wiedziałem, choć mam lat 30 z hakiem, aby szofer ciężarówki takim młodym był chłopakiem. A toć ledwo mu czuprynę widać zza tej kierownicy. A ci drudzy towarzysze – pewno twoi pomocnicy? 

Na to Marcin: 

– Jam kierowcą jest na cztery nogi kutym i samochód poprowadzę, choćby całkiem był zepsuty. Niech poświadczą mi koledzy, że niedawno, właśnie dzisiaj, przyjechałem tu tym wozem, choć bez kół był spod Kalisza. I dla większej niepoznaki, żeby jeszcze dziwniej było, całą drogę przejechałem nie do przodu, lecz do tyłu. 

Iwan na to: 

– Spod Kalisza? Z dwa tygodnie trzeba jechać! Jakżeż można w młodym wieku tak jak stara baba brechać. A w dodatku nie widziałem, jak jechaliście z fabryki. 

Nie zdołali go przekonać, więc po prostu jadą dalej! Iwan mówi do Marcina: 

– Dosyć mam już waszych baśni. Ale szofer z ciebie dobry. Niech to jasny piorun trzaśnie. 

A tymczasem motor jęczy, szosa pod kołami chrzęści, droga się w zakrętach wije, las po obu stronach gęsty. Potem las się nagle urwał, pole wielkie się odsłania, a tam dalej, za polami widać już zabudowania. W polu traktor za traktorem. Praca wre, aż patrzeć miło. Na ten widok naszym chłopcom jakoś raźniej się zrobiło. Z pola śpiewy dolatują, że aż brzęczą szyby wozu. Ktoś przyjaźnie ręką kiwa. 

Dojechali do kołchozu. 

 

III

Po raz chyba jedenasty auto wraca już z miasteczka. W tyle beczek jest z piętnaście, a śledzi pełno w tych beczkach. Marcin pędzi jak szalony i na skrętach nie hamuje – Janusz z Stachem mu bez przerwy w taki sposób dogadują: 

– Tyle razu ci mówiłem, i powtarzam ciągle w koło, byś nie pędził jak najęty. 

– Jeszcze nam nawali koło! 

– I do rowu nas wysypiesz! 

– Lub rozbijesz wóz o drzewo! 

– Resor pęknie na wybojach! 

– Zamiast w prawo, skręcisz w lewo! 

– Beczki się poprzewracają! 

– I do błota wpadną śledzie! 

– Smutno kończy taki szofer, co jak wariat ciągle jedzie. 

Na wyboju wtem coś trzasło, z tyłu coś zahurkotało. Ale Marcin mówi: „furda!” – i wciąż na przód jedzie śmiało. Zajeżdżają do kołchozu. A tam Iwan zadziwioną robi minę. Okazuje się, że czasu nadrobili coś z godzinę. Zajechali pod spółdzielnię: dwie kobiety tam pracują. Wraz z Iwanem w dziesięć minut wszystkie śledzie rozładują. 

Raptem krzyczą: 

– Tam do diabła! Wszystkie beczki popękane! 

– Śledzi pewno brak z połowę! 

– Renta w smarach unurzana! 

– Jakżeż dzielić między ludzi! 

– Brudny śledź – nie do jedzenia! 

– Szofer, który nie uważa, to jest szofer bez sumienia! 

– Niepotrzebnie – mówi Iwan – ciebie kiedyś pochwaliłem. Jestem twoim opiekunem – a to bardzo jest niemiłe. Czemu jeździsz jak szalony? Nie hamujesz, gdy są doły? 

– Prawo jazdy mu odebrać! 

– I posłać wszystkich trzech do szkoły! 

I zadają im pytania: 

– Ile jest pięć razy siedem? 

Milczą wszyscy jak zaklęci. Nie odpowie ani jeden. Znowu im się przypomniała szkolnych trudów przykra mara. Uczyć się odzwyczaili, książka – straszna dla nich kara. Żal im bardzo samochodu… żeby dali choć rowery… 

– Dawać zaraz tu samochód zero sto dwadzieścia cztery! 

Smucąc się, nie widzą wcale, motocyklem jak zajeżdża, robiąc koło po podwórzu, wojsk radzieckich starszy sierżant. Mundur na nim zakurzony, czapkę zdjął z okularami. Woła głośno: 

– Dawać zaraz! Z oponami! Z szoferami! Na front trzeba go przekazać! Dość najeździł się w kołchozie! Teraz trzeba pobić Niemców! Amunicję będzie woził! 

Rozkaz zawsze jest rozkazem. Trzeba oddać – bez wątpienia. Chłopcy radzi, że upiekła się tabliczka im mnożenia. Sierżant pyta: 

– A ci chłopcy? Narodowość jaka? 

– Polska! 

– Bardzo dobrze. Bo potrzeba broni dla polskiego wojska. Pójdą chłopcy do Warszawy, którą Niemiec prześladuje.  

Dobra nasza! Janusz woła: 

– Już na Niemcach się odkuję! 

Iwan wzruszył się. Łzy łyka.  

– Wojna – sprawa niewesoła! Cóż, napiszę do Warszawy, by tam wzięli was do szkoły. A na froncie uważajcie! Szkoda, aby was zabili. Choć narwane z was chłopaki, wszyscy was tu polubili.  

Marcin sprawdza słomką w baku, czy benzyna już nalana. Potem rusza. 

– Do widzenia! 

– A napiszcie do Iwana. 

 

IV

Chociaż to się zdaje dziwne, chociaż trudno w to uwierzyć – lecz dostali się do wojska nasi dzielni trzej szoferzy. Mundur każdy wyfasował, pas, karabin, rogatywkę, buty, plecak i menażkę, koc i płaszcz… to chyba wszystko. Nie, bo potem spytał kapral, czy się który z nich nie boi; nikt się nie bał, to rzecz jasna: każdy dostał sto naboi. W końcu przyszedł sam pan sierżant i wypisał im papiery, że są szoferami wozu zero sto dwadzieścia cztery.  

Trudno wszystko to opisać, co się później działo. Brali udział w wszystkich bitwach, gdy armaty wokół grzmiały. Przez rosyjskie płaskie pola, od Lenino aż do Polski, jechał Marcin swoim zisem razem z całym naszym wojskiem. Tyle razy pod obstrzałem, nieraz jednym kołem w rowie – zawsze zdążył swym oddziałom amunicję na czas dowieźć.  

Przeszli Wisłę, przeszli Wartę, szło natarcie wszystkich broni. Niemcy szybko uciekali, że aż było trudno gonić.  

 

 

Witold Wirpsza


 

CZYTAJ TEŻ