Jakub Wojciechowski


Wojny miłosne


 

Opowiadanie z „Raz kiedyś a obecnie” Jakuba Wojciechowskiego, Biblioteka Boya, Warszawa 1932

 

A kiedy ukończyłem swoją wędrówkę, która mnie prowadziła nieomal przez całą Europę, zobaczyłem w tej mojej tułaczce świat i ludzi, zacząłem uznawać, co jest złe i dobre. A gdy mnie jako piętnastoletniego chłopca wygnano z ziemi rodzinnej, udałem się na zachód i zatrzymałem się najprzód pod fortecami stolicy Rzeszy Niemieckiej. I tam już wpadłem do niewoli niewiasty, która była o głowę większa ode mnie; dostała rozkaz, aby mnie gięła na swoje kopyto jak szewc skórę. Nie było mi możliwe jej posłuszeństwa wypowiedzieć z obawy, żebym coś nie oberwał; byłem z nią do jednego wózka przy pracy zaprzęgnięty pospołu. Kształciła mnie ona jeich mowy, obyczajów, cnoty, moralności. Ale nie według prawa rzymskiego byłem jej bardzo posłuszny; otrzymałem uznanie od mego przełożonego w pracy, składałem tędy i owędy egzamin, czego żem się nauczył. Otrzymałem kilkakrotnie pochwałę, która mnie nadzwyczajnie ucieszyła.  

Z biegiem czasu zacząłem się przyglądać tym niewiastom, które pokazywały miłość swym kochankom jeich narodowości i wyznania, jakie odwagi one miały do nich. Nie wystarczyło, aby jeno ją za piersi albo za fartuch uchwycić; kiedy, przy sposobności większego rozgorączkowania, podniosła sobie niewiasta swoje ubrania razem z koszulą, pokazała swoje we włosy obrośnięte ciało; tak samo i mężczyźni stanu wolnego tego się nie wahali. A gdy ja udawałem nieśmiałego, rzuciły się te niewiasty na mnie, spodnie mi odpięły i ciało moje niewinne z nich mi na wierz wyciągały, abym nie był tak płochy (nieśmiały), jak żem w tym czasie udawał. Z biegiem czasu żem się do tego życia przyzwyczaił. Nic mi nie było nowego i przedstawiłem sobie, że to tak musi być, i był tam raz taki obyczaj między tymi niewiastami. 

A gdy zacząłem myśleć dalej, kiedy żem się znajdował w masowych stancjach pomiędzy naszymi rodakami, rozpoznałem że są oni w niewoli pomimo ich już dojrzałości. Nie biorę pod rachubę tych mężów, którzy pozostawiali swe żony w domach rodzinnych i przybyli za pracą na sezon letni. Ale wezmę tylko tych pod uwagę, którzy się już swych lat dojrzałości doczekali: byli to chłopi zdrowi, bez żadnej wady cielesnej, niejednemu uroda sama się z twarzy śmiała. Zapominali już niejedni, że i im się przysługuje prawo miłości. Ale niestety brakło im sposobu. A gdy my weszli na wioskę sąsiednią i zobaczył tam dojrzały mężczyzna dziewczynę, błyszczały mu jego oczy ku niej, jakby ją najchętniej do się chciał przycisnąć. Ale niestety z pogardą rzuciła za nim swoim okiem z powodu, że byli oni innej narodowości. A z drugiego powodu, że miały te niewiasty wybór w mężczyznach, bo był tam okrąg wielkiego przemysłu i handlu. A byłem świadkiem, kiedy nieraz te dojrzałe chłopy stanu wolnego chciały się zabawić na sali tanecznej, odrzucały one niejednemu prośbę, którą była zaproszona do tańca, już z tego powodu, aby nie mieć jakich nieprzyjemności, że udzieliła przysługi mężczyźnie innej narodowości, choćby nieraz rada była się poświęcić całym sercem, chociaż swemu wrogowi. Ale niestety był raz tam taki zacięty obyczaj na inną narodowość. 

Ale ta sama walka przeciwna toczyła się w tych okolicach, gdzie swoje kochanki pozostawiali mężczyźni i byli zmuszeni opuścić zagrody swoich rodziców, ojców i matki, mowę, której ich matki na swych łonach nauczyły, i udać się za chlebem w głąb kraju na zachód. Mijały tygodnie, miesiące, i nawet mijał rok po roku, a nie było dalszej poprawy. Ilu już zapomniało z tych, którzy opuścili rodzinną swoją zagrodę że z niej pochodzą; ile set tysięcy młodych niewiast musiało się smakiem obywać i czekać, aż im się jakie kochanie nawinie. Ale zmiarkowały i te niewiasty, że się czują pokrzywdzone; stworzyły one wielką armją i udały w pogoń za swymi kochankami pomimo tych wielkich nieprzyjemności ze strony swoich bądź to rodziców, bądź to krewnych i znajomych, że gdy się udają we walkę z mężczyznami, zapomną one te swoje obowiązki starożytne, zapomną one o cnocie i moralności. Ale nie zważały one na nic, jedno udały się w pogoń za swymi kochankami. Nie były one przewożone we wagonach zaplombowanych ani pod dozorem wyższych władzów, jeno śmiało i otwarto się udały, aby swój cel osiągnąć.  

A gdy jakby cudem i w te okolice jedna kompania się udała tych niewiastów, gdzie my tam masowo byli zatrudnieni, i zostały ulokowane w murach nad jeziorem St. S., w odległości jakich 150 metrów od murów gdzie się te jeich wrogi znajdowały. Pomiędzy tymi murami to znajdowała się zona (strefa) neutralna, na której się znajdował bardzo śliczny las. I już po niejakim czasie zaczęły się patrolki podbijać aż do murów naszej fortecy. Była to walka dla tych dziewczynów o wiele trudniejsza, bo musiały one się podbijać o jakie 60 metrów wysokości. Nie była to ta sama walka o rabunek – jak raz kiedyś się działa nad rzeką Wesel – jeno była to walka prawdziwie o miłość, co walczyły one bardzo słusznie o swoje prawa miłosne. Z wielkimi trudnościami musiały zdobywać tę walkę, bo ile jeich wrogów już zapominało o swych prawach miłosnych, co im się słusznie należały, a wielu było pomiędzy nimi, co im brakło odwagi poddać się swej wrogówce. 

A sądzę, ze bardzo słusznie te dziewczyny sądziły i starały się, aby swoje popędy zaspokoić. Ile trudów one ofiarowały, ile mowów, ile wspomnieniów, ile znaków i powodów one dały temu, co chciały zabrać do niewoli! Kilka razy zobaczyłem, jak się ten błyskawiczny miecz z jeich oczów pokazywał, tak że by wnet wszedł do głębokości serca mężczyzny, takim wzrokiem mogła ta niewiasta rzucić na swego wroga, aby go dostać pod swoją obserwację. Gdy w późniejszych czasach miałem ten zaszczyt mówić z jedną dziewczyną, która była siedem lat starsza ode mnie, w cztery oczy o miłości jej kochanka, którego z mojej namowy do się zaczęła przyciągać, mówi do mnie: 

– Miałeś mnie też coś namówić; cały wieczór z nim spędziłam bez żadnego skutku, wszystkie moje migi i mowanamowa zostały na martwym punkcie. 

I ja mówię do niej: – Na tobie to zależy; ty wiesz, że on jest raz nieśmiały, to go musisz sama do tego naciągnąć. 

Dała mi odpowiedź: – Czy ja mu mam sama spodnie odpiąć? i t. d. 

Ale z biegiem czasu walkę ta niewiasta z nim ukończyła, zwyciężyła swego wroga nieśmiałego, i już niedługim czasem byłem świadkiem jej przysięgi według prawa rzymskiego. Ile to walki kosztowało aby go mogła wziąć do niewoli! – ale przez walki nie ma pokoju. A już po kilku tygodniach wojnę wygrały te niewiasty; pobrały swych wrogów do niewoli, kiedy słońce rozgrzało tę całą temperaturę powietrza, kiedy ptaszęta wesoło rozmawiały, to ciernie, które biało kwitło jak lilija rozpiększało im życie, te bzy rozwinęły swój śliczny blask, ta trawa służyła tym parkom miłosnym za leżankę, te śliczne drzewa które były używane za podporę jeich przy wykonywaniu popędów płciowych. A gdy nastąpiły święta i niedziele, wzięły te niewiasty swoich kochanków, prowadzały się one z nimi jak mężowie z żonami. Ile razy byłem świadkiem tego szczęścia widocznego tych młodych par miłosnych, jak one się czuły szczęśliwymi, kiedy mogły po takiej długiej walce żyć spokojnie i zaspokoić własnym kochankiem swe popęda w tej ślicznej i miłej boskiej naturze. 

Tylko mała cząstka tych niewiastów mogła się pokazać na salę taneczną, które miały ubranie według stanu ludu tamtejszego. A ile razy miałem sposobność tańczyć z polską niewiastą niemieckiego reilendra! Minęło to śliczne lato jak jeden dzień, praca sezonowa się zakończyła, te polskie legjonistki zabrały swych kochanków do niewoli, wzięły ich do swych stron rodzinnych, niebawem stały się już mężatkami. A to jeich poddani mężami i zarazem po jakimś czasie ojcami pozostali. Jaka to radość była, kiedy się poświęciły te niewiasty do tej ciężkiej wojny w takiej dalekiej cudzej ziemi nad tym wielkim jeziorem. Z jaką one radością powróciły, z jakim wielkim honorem, kiedy przy boku miała swojego kochanka, którego sobie wywalczyła i stał się jej poddanym aż do śmierci. Ale czy wiernym? 

A gdy już nastąpił rok następny, przybyła jeszcze większa armja tych legjonistów ze wschodu i znowu się zaczęła walka od nowego. Przybyły tam nowe siły; młode niewiasty uznały swe prawa, nie patrzały za jednym, nie znały one cnoty i moralności, poznawały one świat i ludzi, zastosowały się one według tamtejszych obyczajów, kochały one jednego po drugim, były one bardzo wesołe i ucieszne, pełno humoru się w nich znajdowało, śpiewały one wesołe piosenki i porówna z ptaszętami. Była jeich ta bardzo ulubiona piosenka: A gdy mnie odjedziesz, to nie będę płakała, przyjdzie inszy, będzie milszy, to go będę ściskała i t. d.  Inne gromadki niewiastów znowu śpiewały: Radabym ci coś powiedziała, nie mam śmiałości; radabym ci buzi dała, nie mam wolności i t. d. Mojem zdaniem był to raj wesołości, kiedy się słuchało tego powszechnego śpiewu. 

Ale gdy w dalszym biegu przybyły znowu nowe rezerwy, które były o wiele mądrzejsze, swoje życzenia spełniały według prawa natury. Kochały one jednego po drugim, szły one za przykładem tych tam stale zamieszkałych. Mówiły one: „Tak długo jak żem jest wolna, mam prawo do każdego mi się podobającego mężczyzny”. Rozpowszechniła się tam ta miłość, coraz bardziej przychodziły one na sale taneczną, miały one wiele wyboru, powstała nieraz walka na noże o te niewiasty. Byłem świadkiem, jak jedna niewiasta w obronie swego nowouchwyconego kochanka do dawniejszego kochanka się odezwała: „Gdy ci żal mojej d…, to ty możesz nadstawić twego p…”.Zaczyna się tam mieszać groch z kapustą, rozpoczęły się walki pomiędzy niewiastami tej i tamtej narodowości. Miejscowe niewiasty prześladowały je, że im robią konkurencję w miłości; coraz więcej się gromadziło chętnych do miłości, zdrada rozpowszechniła się pomiędzy dawniejsza miłością, zazdrość odgrywała wielką rolę na tym tle miłosnym obu stron. 

A gdy żem zaczął badać to życie miłosne z większą uwagą, chodziłem chętnie na zabawę taneczną w sąsiednich wioskach, znałem niewiasty tam stale zamieszkałe nie tylko po imieniu, ale nawet po nazwisku; przeważnie tańczyłem z niewiastami przeciwnej narodowości, pomimo tego żem nasze niewiasty w sercu nad życie kochał, ale nie przeciwiałem się tym, co mieli zamiar z niemi obowiązek miłosny spełnić z jednej strony, a z drugiej strony abym co nie oberwał w tych moich młodych latach. 

Cieszyłem się najwięcej z mymi równymi, com z nimi brał kursy tańca. Znały mnie one bardzo dobrze, naciągały mnie nieraz te starsze jeich kolegotki, jaki ja dawniej byłem płochy (nieśmiały); opowiadały, ile one ze mną wyżyły, aż żem się ośmielił, kiedym z tą lub ową tańczył. To żem się tej i owej zaczął podchlebiać. Niejedna mi mówi w tańcu, że gdy zagrają taniec dla wyboru panien, to po mnie przyjdzie, mam jej tego nie odmówić; kiedy żem z nimi przy stole się bawił, to mi niejedna zarzucała moją płochliwość, że mam z nimi po drodze razem iść, nie uciekać sam. 

Zdarzyło się, ze mnie Ema i Ida wzięły na wędkę; kiedy się zabawa ukończyła, to było moim zwyczajem odebrać moją garderobę i się udać do swego domu. A gdy żem salę opuścił, mówią one, że mam zaczekać, pójdziemy razem, bo one w jeden kierunek ze mną szły, jeno ja miał na jakie 20 minut drogi dalej do idzenia. Ale mnie wzięły ze sobą obie sąsiadki. Kiedy my pomalutku zaszli około jeich mieszkania, podniosłem ręce na jeich szyje, przycisnąłem je obie do mej twarzy, jakbym im chciał pocałunek dać i mówię „Dobranoc” i szedłem we swoją stronę. Zawdy bywałem śmiały, nie zaznałem żądnej zazdrości i nie miałem nigdy złych myśli, chociaż ta lub owa sobie znalazła stałego kochanka.  

Ale z biegiem czasu, jak zwykle, i mnie się dostała kochanka mej narodowości, pomimo tego, żem ich się zawdy obawiał.. Ale razu jednego miałem i ja sposobność iść przez tę już wyżej wymienioną naturalną sferę: było to po obiedzie w niedzielę. Ta najmłodsza, którą każdy pogardzał, nie z tego powodu że jej brakło urody: – nie, urodna ona była i dosyć średniej budowy, – ale z tego powodu, że była najmłodsza, bo miała zaledwie lat szesnaście; więc, z mankolji że wszystkie wyszły na szukanie szczęścia, a ona to wzięła ze sobą koc i poduszkę pod głowę, położyła się i gdy ja nadszedł, czy udawała śpika, czy rzeczywiście spała, to nie mogę sądzić. A gdy żem do niej nadszedł, stanąłem przed nią i już żem ją złapał z tą poduszką i kocem i z nią idę jakbym miał zamiar ją do wody wrzucić. Przycisnąłem ją do się dość silnie, że tylko noga mi mogła pracować. Twarz miała owiniętą w koc, ale we swej obronie mówi do mnie: 

– Idź ty djable przeklęty, bo ci kły powybijam. 

Takie przywitanie dostałem od tej młodej dziewczyny. Ale gdy żem ją na nogi ustawił, podałem jej rękę i mówię do niej: 

– To ty sama jeno żeś tu pozostała? 

– Tak, wszystkie mają chłopaków, a mnie się żaden nie dostał, więc muszę pozostać w domu. 

A ja mówię: – To mnie też tak idzie, że mogemy oboje iść na przechadzkę. 

Wejrzałem jej w te zalotne oczy, ale jak zwykle z każdego sta to jeno jedna niewiasta jest mężczyźnie wierna i może patrzeć mu śmiało w oczy. Ale ta też była jedna z tej wielkiej liczby, nie mogła mi wejrzeć śmiało w oczy. Ale żem jej to wybaczył i mówię do niej: 

– To zanieś ten koc do dom, ja przyjdę na podwieczorek, i potem wyjdziemy na przechadzkę. 

Ale udawała, jakby nie miała zamiaru ze mną iść. Dałem jej kilka sekundów do namysłu i mówię: 

– Nie możesz się zdecydować? 

– A gdzie chcemy iść? 

Szczęścia szukać, była moja odpowiedź. I po małej chwili poszedłem się przewlec w białą kamizelkę i czarne ubranie. A gdy żem zzeszedł po to moje kochanie, już była ubrana w białą suknię jak łania niewinna, już pokazała te swoje radosne oczy, to miłe wejrzenie. 

I mówię do niej: – Pójdziemy dalej na wschód. 

A ona mówi: – Ty tu znasz kąty, to mnie ejno nie uprowadź w jakie trzęsawiska. 

Udali się my do sąsiedniego lasu, we którym się znajdowała restauracja i zarazem sala taneczna. Ludzie się tam bawili, zajęli my swoje miejsce, kapela zagrała walca, pomaluśku, ja mówię do niej: „Możesz tańczyć?” Tak już żem ją poprosił do walca. Nie bardzo jej szło to obracanie się po ślizgawicznej sali, ale z biegiem czasu się włożyła. Mówi, że nie może się napatrzeć na te parki miłosne, jakie pokłony jedno drugiemu oddaje. A ja mówię: – Ty jeszcze więcej zobaczysz, jeno później. 

Tymczasem się słońce schowało; udali my się ku domowi, tu i tam się te biało ubrane niewiasty ze swoimi kochankami ściskali. Był wieczór też bardzo piękny, coraz się serce bardziej rozweselało. Kiedy my dochodzili do jej masowej kwatery, to mówię: „Dobra noc”, i poszedłem we swą stronę. 

Ale byłem przekonany, ze były niewiasty, które miały swoich kochanków już dojrzalszych. Mieli ci chłopaki to zaufanie, że mają wierną kochankę, ofiarowaliby im całe swe życie, z kupy się godzinami nie mogli rozejść, ten kochanek podziwiał się kilka razy tej wierności, którą mu jego kochanka obiecywała. A gdy nadszedł późnym wieczorem jaki inny, czuły one się im być bardzo przychylne i aby ich nie puszczać na sucho, już znowu się wdały w nową miłość. Badałem wierność tych niewiastów, o ile mi ta sposobność była dana.  

A gdy w następną niedzielę zaprosiłem tę moją kochankę do sąsiedniej wioski na zabawę, już zjawiło się ich tam więcej. Zarzucali mi, że z taką sm… przychodzę na salę, że mam dość starszych niewiastów do tańca. Nie dałem sobie nic powiedzieć; mówiłem, ze ja też żem jeszcze jest sm… Lubiłem to młode dziewczę bardzo, spędzałem z nią niejeden śliczny wieczorek majowy. A razu jednego wspomniałem jej o miłości prawdziwej, kiedy była świadkiem swoich kolegutków, kiedy były opierane o te drzewa stojące, kiedy im błyszczały te gołe kolana w tym ślicznym lasku miłości. A gdy żem jej wspominał o jej powinnościach, uchwyciła mnie za kark, zaczyna żałośnie płakać, mówi do mnie: 

– Ja jestem dopiero lat 16 i ½, a ty 20, musisz iść do wojska, a gdy się nam w tej miłości jakie nieszczęście stanie, będzie to dla nas obojga wielka nieprzyjemność. A te hańbę kto ze mnie weźmie? 

Ale spominały mi się te słowa, że popęd płciowy ma być za porozumieniem obojach osób wykonywany i nie zmuszałem tej młodej dziewczyny do głębokiej miłości, pomimo tego żem ją kochał nadzwyczajnie i była ona mi bardzo miła. Ile wieczorów my oba spędzili przy świetle świecącego księżyca, którego my tam nazywali zdrajcą miłości; ile razy żem ją do siebie przyciskał, ile razy chodziła moja ręka po jej kolanach i wyżej, ile pocałunków my sobie dali! Czy to nie była walka prawdziwa dla tych młodych ludzi bawić się jeno po wierzchu? Co powie na to ustawa natury, czy jeszcze nie postąpiły nasze medyczne techniki aby raz ulżyć tym młodym ludziom miłosnym, aby oni raz przestali walczyć ze swymi prawami, co im się przeciwią w jeich prawdziwej miłości? Czy my mamy umierać w tych prawach, którą ta małą garstka ułożyła? Czy oni mają mieć prawo nad tą wielką masą całego narodu, aby topili to prawo miłości z drugą osobą? 

 

 

Jakub Wojciechowski


 

CZYTAJ TEŻ