Jacek Mączka
Żuk
Zdradliwie nieprzezroczysty
jesteś żuku. Odchodzisz
od zmysłów w cień łuku przygiętej
trawy. Pomiędzy brzegami, pomiędzy
żebrami rozbieżne sygnały
elektryzują powietrze. No i kto
nas tak urządził? Zaciągam się
papierosem, zanoszę śmiechem
tańcząc to sobie pod powiekami sam dla siebie.
Ruta i zezowate szczęście
Słońce świadomości jest
ślepe. Refleksja nie sprzyja
refleksom. Odbite światło
księżyca sprawia, że możemy
sobie pozwolić na bycie
pomyślanym. Już wiem, mówi
Ruta, dlaczego w dzieciństwie
uwielbiałam robić zeza, i w dupie
miałam to, co mówili dorośli. Nie rób,
bo ci tak zostanie. I zostało.
Wykopki
Ach, brązowa nornico, przycupnięta
w bruździe. Jak mi przykro, że w trakcie
wykopków, gdy uczniowie pierwszych
klas szkoły podstawowej poznawali
trud rolnika – trafiłem małym kartoflem
nie celując. Poklask kolegów ma teraz
gorzki smak. Wtedy jeszcze nie wiedziałem –
wszystko, co czynimy, pozostawia ślad.
Ruta i szybka
Dzwoni do matki. Patrzy
na rozciągające się wokół
lasy. Mówi o rzeczach
prostych, żeby rozumiała,
o tym, że wieje silny wiatr.
Wiem, mówi matka, widzę
przez moją szybkę. Ruta zna
położenie łóżka matki w zakładzie
opiekuńczym, zwróconego
wezgłowiem do okna. Dopiero
po chwili uświadamia sobie, że
matka mówi o ruchach gałęzi
odbitych w fornirze regału
i że Platon jednak się mylił
bo ich światy przylegają do siebie.
obczyzna
znosi przyczółki mosty w grudniowy
wieczór choć podpórek w bród
w jakiś bliżej nieokreślony sposób
majaczy na krawędzi poręczy
z odpryskami brązowej farby odmowa
gwiazd wzbraniam się – więcierz
się zaciska nie będę się upierał
obłoki mają ustawkę dominuje zimne
nosowe r nie można przewrócić
strony kot szuka karmy miska
jest pusta najważniejsze – znaleźć
się w dobrych rękach
Pochylenie
Dryfujemy dla hecy, słaniamy się
z urzeczenia. Nieważkość podróżowania
nie zawsze pomaga wytyczyć. Podobnie
jest z literaturą. Zardzewiały hufnal
wygrzebany motyką ma swój ciężar.
Nie chodzi tu jedynie o żywioł ognia.
Bardziej o pochylenie pleców.
Linie
Ten, który podchodzi do futryny
pomalowanej niegdyś białą
olejną farbą. Wyprężony nasłuchuje
szelestu rozwijanej miarki
krawieckiej. Bose stopy na brązowym
linoleum. Patrzy na ogryzek kopiowego
ołówka w dłoni ojca. Linia oddziela
na zawsze.
Jacek Mączka
CZYTAJ TEŻ