Pod koniec lat 80-ych starsi bawili się w Nagłos, a młodsi w Przegłos (mowa tu o Krakowie). Chodziło się na jeden i drugi, były to bowiem czasopisma tzw. „mówione” czy też raczej „czytane”, obydwa przedstawiały teksty podówczas niecenzuralne, których słuchało się przez dwie lub trzy godziny w wykonaniu autorów, potem to wszystko znikało w mrokach niepamięci bądź też czasami nawet pamięci, pamiętam pojawienie się Wisławy Szymborskiej w moherowej czapce (lecz co czytała? – nie wiem), jak też Stanisława Czycza z grubym maszynopisem „Nadbudowy”, która z kolei później zaginęła w otchłaniach Wydawnictwa Literackiego i nikt jej już nie odnalazł (a ja ją widziałem i nawet słyszałem fragment). Zasługą Przegłosu było natomiast, że dowiedziałem się o istnieniu Witolda Wirpszy, już zresztą wtedy nieistniejącego, bo umarł, gdy miałem lat 17, i nikt wtedy Polaków o tym nie poinformował, był to bowiem poeta absolutnie niecenzuralny, mieszkał w Berlinie (Zachodnim) i miał status emigranta (co by nie mówić: politycznego).
Na posiedzeniach Nagłosu słuchało się głównie wierszy i prozy (choćby Tomka Jastruna, który gości w tym właśnie numerze Pola, albo Zbyszka Macheja, który też u nas gościł), Przegłos natomiast był nudniejszy, składał się przede wszystkim z referatów, robili go bowiem studenci czwartego i piątego roku, którym ta forma zazwyczaj dogadza. Zdarzyło się zatem, że jeden z tych starszych kolegów odczytał referat potępiający Witolda Wirpszę jako autora „Traktatu polemicznego”. Tutaj muszę wyjaśnić, ten „Traktat” ukazał się w Twórczości w latach 50-ych (nigdy nie wszedł do żadnej z książek Wirpszy) i był z kolei potępieniem Czesława Miłosza, który uzyskał wtedy status emigranta (co by nie mówić: politycznego), formalnie zaś nawiązywał do dwóch „Traktatów” tegoż Miłosza, które w tejże Twórczości ukazały się nieco wcześniej. Trzeba dziś przyznać, że „Traktat” Wirpszy żadnym arcydziełem nie jest (choć zawarta w nim krytyka amerykańskiego kapitalizmu i imperializmu brzmi wciąż nader aktualnie), w mojej głowie zapaliła się jednak „żarówka”: to będzie mój poeta, zdolny negować „wszystkie polskie świętości”, nawet takie typu Miłosz (Miłosz był wtedy ogólnie wielbiony i podziwiany, nikt nie miał mu absolutnie nic do zarzucenia). W ten sposób zacząłem czytać Wirpszę, oczywiście nie od razu, gdyż był raczej trudny do zdobycia, dopiero uzyskawszy dostęp do Czytelni Zbiorów Rzadkich (czyli Ksiąg Zakazanych) w Jagiellonce przeczytałem jednym haustem „Apoteozę tańca”, „Liturgię” i „Faetona” (no, są to arcydzieła) oraz „Polaku, kim jesteś?”, czyli książkę, za którą został praktycznie wyrzucony z Polski, tzn. mógł sobie w niej dalej żyć, ale nie mógł publikować (chyba że przekłady robione wspólnie z żoną), a w tym Berlinie dostał posadę, co prawda na Uniwersytecie Technicznym, ale mógł tam prowadzić wykłady o poezji (szczerze zazdroszczę tym Niemcom, którzy go słuchali).
Ta ostatnia książka nie podobała mi się wtedy za bardzo, byłem ogólnie „przeciw” i nie lubiłem niczego, co ocierało się o politykę bądź historię (dziś już podoba mi się bardziej, gdyż polityka oraz historia wniknęły we mnie „trzecim uchem”; Wirpsza ma rację, Polska jest tworem sztucznym i wciąż ponosi tego konsekwencje). Potem dopiero zacząłem zapoznawać się z jego książkami „nadziemnymi”, w wydawnictwie a5 ukazał się „Podręcznik wydajnego zażywania narkotyków” (napisany, gdy się rodziłem) i natychmiast napisałem z niego recenzję, „Mały gatunek” i „Drugi opór” dostałem od Pauliny, która znalazła je w biblioteczce swojego taty, później (pracując w wydawnictwie Zielona Sowa) chciałem wydać dwutomowe Poezje Zebrane Wirpszy, miałem na to zgodę Naczelnego, jednakże syn poety Leszek Szaruga (również zresztą poeta, lecz jak to syn geniusza, znacznie gorszy i z tego powodu nieszczęśliwy) nie wyraził zgody, potem zaś zaczął wydawać książki ojca bez ładu i składu w Instytucie Mikołowskim – z góry ostrzegam Państwa, są to edycje rojące się od błędów, nie należy właściwie z nich korzystać, choć niestety niektóre mają status pierwodruków i wtedy nie ma przed nimi ucieczki.
O co chodzi z tymi pierwodrukami? Otóż Wirpsza, wyjechawszy na zachód, do tego Berlina, ciągnął za sobą ogon socrealisty i to w dodatku takiego, który zamierzył się na Miłosza, nie miał więc łatwo, w Polsce objęty zakazem druku, ale odrzucany też przez wydawnictwa i czasopisma emigracyjne (ostatecznie zlitował się nad nim Andrzej Więckowski i wydał mu „Liturgię”, ale to dopiero w roku śmierci, więc radość nie trwała długo; dalsza przygoda tej książki jest taka, że wydawca, wracając po transformacji ustrojowej do rodzinnych Kowar, złożył nieomal cały nakład w piwnicy swojej willi, która to piwnica uległa zalaniu i wszystkie egzemplarze skleiły się na amen, pozostaje nam więc znów edycja Instytutu Mikołowskiego), dwie książki napisane w latach 70-ych („Cząstkowa próba o człowieku” i „Spis ludności”) ukazały się zatem jednocześnie dopiero w roku 2005, normalnie powinno to być wielkie wydarzenie literackie, ale jakoś przeszło prawie bez echa, oczywiście napisałem z nich recenzję do Arte, Jacek Gutorow napisał do Tygodnika Powszechnego, ale to w zasadzie tyle.
Niezły galimatias. Niezłym galimatiasem jest Wirpsza, tzn. byłby, gdyby nawet jego książki ukazywały się porządnie, we właściwej kolejności. Samo to słowo pewnie spodobałoby się Wirpszy, mógłby zabawić się nim w anagramy, uwielbiał tę zabawę, o czym świadczą jego notatniki.

Czy jest jakieś wyjście z tego galimatiasu? Byłby nim pewnie porządny wybór wierszy Wirpszy z kompetentnym komentarzem, ale któż się tego podejmie w naszych czasach? Instytut Mikołowski wydał podobno jego dramaty, jednak (po mojej prośbie o przesłanie) ani jeden egzemplarz nie został odnaleziony w siedzibie tej instytucji (nie to, że się sprzedały, po prostu znikły). Edycja dzieł eseistycznych (wspaniałych!) woła o pomstę do nieba, czego dowodem (w niniejszym Polu) tekst Piotra Janickiego oparty o jeden cytat, w którym Panowie Redaktorzy dokonali tak poważnego przeinaczenia sensu, że aż zabawnego, czy nawet fascynującego.
Nie jestem żadnym „wirpszologiem”, lecz jednak postanowiłem zrobić ten numer, zmotywowany wysiłkiem Gwidona Zlatkesa, który wraz z żoną Ann Frenkel (i pod pseudonimem Frank L. Vigoda) przełożył i wydał w USA pierwszy od lat siedemdziesięciu (!) wybór Wirpszy, skądinąd dwujęzyczny, a zatem czytelny również dla Polaków (paradoksalnie, literówek jest w nim mniej niż w którejkolwiek z książek tego poety wydanych na Śląsku). Jest to wybór szczególny, mianowicie skoncentrowany na motywach muzycznych; Wirpsza nie był poetą „melodyjnym”, jednak na muzyce się znał (dowodem publikowane w tym numerze Notatki, pisane prawdopodobnie podczas Warszawskiej Jesieni roku 1958) i chętnie z niej korzystał w najróżniejszy sposób, czemu dzieło państwa Zlatkesów daje znakomity wyraz (choć pod względem chronologii znów mamy tu groch z kapustą) – szkoda jedynie, że nie znalazł się w tej książce tytułowy poemat z tomu „Przesądy”, najdobitniej bodajże utrzymany w formie „słownej fugi” – ale być może antologiści nie mieli do niego akurat dostępu. W niniejszym Polu publikujemy pierwszy raz po polsku wstęp do tej edycji (podpisany oczywiście przez Franka L. Vigodę), gdyż – jak sądzę – może okazać się instruktywny nie tylko dla czytelnika amerykańskiego. Autorzy podkreślają w nim tę kardynalną cechę całej twórczości Wirpszy, jaką było nieustanne podważanie utartych mniemań (najwyrazistszym tego przykładem jest oczywiście tom „Komentarze do fotografii”, gdzie poeta, obejrzawszy wystawę sugerującą, iż stanowimy „rodzinę ludzką”, z zimną krwią nicuje i wyszydza ów ckliwy przekaz). Nie da się ukryć: Wirpsza był poetą zgryźliwym, zawsze w kontrze i skłonny do zwady – to była „benzyna” jego dzieł, stąd też nigdy nie uzyskał statusu poety „lubianego”. Trudno mi sobie wyobrazić go na „festiwalu Olgi Tokarczuk”, gdzie wszyscy cmoktają z zachwytu nad posiadaniem tych samych poglądów. Jego pogląd zawsze musiał być „nieco inny” lub „diametralnie odmienny”, dzięki czemu wciąż pozostaje kimś ciekawym, rebelianckim, przynajmniej dla mnie i paru innych literackich obiboków wciąż spychanych na margines „głównego nurtu”, gdzie królują obecnie ładne dziewczyny i chłopcy z brodami od barbera (Wirpsza skądinąd już w latach 60-ych zapuścił sobie szykowną brodę, co bardzo poprawiło jego emploi). Śmiem wręcz twierdzić, że w czasach dzisiejszych bardzo nam kogoś takiego brakuje.
Dziwić może praktyczna nieobecność w numerze wierszy samego Wirpszy, no ale one wszystkie, co prawda dość chaotycznie, zostały już wydane. Niech nam to więc zrekompensują inne skarby z jego archiwum: wspaniałe „Zapiski”, fragmenty prozatorskie z różnych lat (co można wyczuć, choć są niedatowane), a także ciekawostki, które publikujemy jako ilustracje. Za ich udostępnienie dziękujemy serdecznie Książnicy Pomorskiej w Szczecinie oraz wnukowi poety, Panu Marcinowi Wardzińskiemu. Za pomoc w odcyfrowaniu i przepisaniu rękopisów dziękuję natomiast Ewelinie Kaszkowiak i Pawłowi Bożkowi, jak też Agnieszce Skolasińskiej, która wybrała się ze mną do Szczecina, by grzebać w wirpszowskich teczkach. A tutaj, na osłodę, zamieszczam autorski maszynopis jednego z najsłynniejszych wierszy naszego bohatera:

CZYTAJ TEŻ