Dżdżownice w Singapurze

Misza Sagi,
"betelgeza",
SPP Odddział w Łodzi, 2026, 66 stron


 

 

Najnowsza książka Miszy Sagi bardzo mocno trzyma rękę na pulsie współczesności. Może nie być to oczywiste przy lekturze początku, ponieważ pierwszych parę utworów przypomina bardziej skłaniające się w stronę buddyzmu eksklamacje Dariusza Adamowskiego (częściowo też Edwarda Pasewicza) niż manifesty Kiry Pietrek, ale jest to paradoksalnie również element aktualnego krajobrazu mentalnego, którego granice wyznaczają realia późnego kapitalizmu. Wspomniane pierwsze sześć wierszy pozycji, od „piosenki  o glitchu świata” do „każdego dnia oddalamy się od tego pociągu cj” można potraktować jako kurację łagodzącą ból przed bardziej dojmującymi utworami, jako próbę przypomnienia podstawowej postawy współczucia, która być może uchroni nas przed koszmarem monetyzacji i reifikacji. Misza Sagi jest twórcą bardzo wyczulonym na wewnętrzną walkę, jaką postnowoczesna duchowość, czy też może nawet moralność toczy z coraz to bardziej zawłaszczającą przestrzeń logiką zysku. W „betelgezie” zdarzają się momenty sprzeciwu wobec tej logiki, zdarzają się również zapisy klęski, ale dalecy jesteśmy tutaj od płaskiego pouczania o tym, co społecznie słuszne. Światopogląd podmiotu lirycznego podany jest zawsze błyskotliwie, a same wiersze budowane są z wzorcowym opanowaniem warsztatu i wyczuciem słowa.  

Ośmielę się stwierdzić, że podmiot liryczny tej książki daje się zamknąć w trzech trybach: osoby o lewicowej wrażliwości, zachodnim buddyście oraz czymś zbliżonym do „travellera” z twórczości Paula Bowlesa. Nie jest to w żaden sposób zarzut. Każda z trzech wymienionych odsłon jest wielowymiarowa i tworzy przekonywującą podstawę dla zajmującej i wartościowej literacko przestrzeni poetyckiej. Przyjrzyjmy się więc każdemu ze wspomnianych trybów: 

  

nie ma różnicy między nirwaną a światem 
 
słońce w zenicie nad zwornikiem raka 
początek świata początek słońca 
jutro dzień kilka sekund krótszy 
 
to już ostatnie promienie wczesnego mnie 
doceńcie niż późny ja zmieni swój skład 
jak makdous w ulubionej knajpce 
 
limba w ogrodzie rodziców chorowała 
przed coup de grâce trzeba było poczekać 
aż z uwitego gniazda wyklują się ptaki 
 
wieża na którą się wspinaliśmy 
by kochać się w środku miasta 
już nie nęci nie jest zakazana 
 
sprawdzam czy nasze cienie 
gęstnieją gdy się nakładają 
nie rzucam cienia jestem płomieniem 
 
(betelgeza, s. 9) 

 

Powyższy utwór jest ciekawym przykładem wiersza, w którym podmiot przyjmuje buddyjskie spojrzenie na rzeczywistość. Początkowe wersy wskazują na brak mocno sprecyzowanego „ja”, zgodnie z filozofią madhjamaki. Wiersz następnie przechodzi w opis praktycznego zastosowania idei współczucia (ptaki i limba), doprowadzając tą ideę do terenów zarezerwowanych dla miłości romantycznej. Kończymy nawiązaniem do sutry ognia, jednego z najważniejszych buddyjskich tekstów. Słowem kluczem jest tutaj uważność. Podmiot jest wyczulony na to, jaki wpływ mają na nas czynniki zewnętrzne, a zaprzeczanie „pragnącemu ja” jest z jedną ze strategii radzenia sobie z presją wspomnianych czynników. Kolejną taką strategią jest lewicowa wrażliwość. 

 

pierwsza asztanga w roku drewnianego smoka 

śni mi się singapur 
superdrzewa zakwitły wiśniami 
 
śni mi się demokratyczna 
komunikacja z dźdżownicami 
 
śni mi się graffiti 
abortować kapitalizm
 
śnią mi się bunkry w nowej zelandii 
strach bogatych przed ochroniarzami 

budzą mnie ruchy tektoniczne 
pod twoją skórą 
 
niebieskie głosy 
pod lewym obojczykiem 
 
staram się je wyssać 
szepcząc zaklęcia 
 
jeszcze nie dziś – co umrze 
umrze nie dzisiaj 
 
ten świat jest czystą ziemią 
amida jest twoim ciałem 
 
rzeczy istnieją 
ale oniemiałe 
 
(betelgeza, s. 34) 

 

Oprócz dwóch nawiązań do filozofii wschodu (asztanga oraz amida), cały utwór porusza tematy głęboko absorbujące szeroko pojętą myśl lewicową. Można nawet zażartować że w tym wierszu lewy jest nawet obojczyk. Pojawienie się nowych techno-autokratyzmów (Singapur), teoria aktora-sieci obejmującą nawet dżdżownice, hasła wprost krytykujące kapitalizm to rzeczy zajmujące tutaj podmiot liryczny. Bardzo zgrabnie pierwsza część wiersza dopełnia się z drugą, cielesną, pokazując nienachalnie to, co socjalistyczni aktywiści często pokazują zbyt nachalnie, to znaczy prawdę o tym, że polityczne wchodzi w nieustanne sprężenie zwrotne z prywatnym. Prawda ta ma charakter globalny, a podmiot liryczny odkrywa ją w wierszach znajdujących się na końcu książki, gdzie podmiot przyjmuje formę kosmopolitycznego travellera 

    

ostatnia noc w tangerze (kif in the rif) 
 
biała peleryna udrapowana na wybrzeżu afryki 
w tarifie przemycam frazy – noc lepka 
jak kostka świeżego haszu 
opłynąć czas jak słupy heraklesa 
koniec cywilizacji szlakiem argonautów 
zabić cel zgubić drogę 
 
żeby zobaczyć – dalej tylko kif i muchy 
nowość nuży gdy brak rytuału 
spełnienie jest w zapętleniu 
 
na grand socco handel przygodą 
ras el hanout wodą różaną i szafranem 
produkcja doświadczeń – milion osób 
 
żyje z uprawy – z jednego poletka 
dziewięć kilogramów – dla hurtownika 
dwieście gram za tysiąc dirhamów 
 
za pięćdziesiąt tysięcy rocznie 
wyżywią ośmioosobową rodzinę 
potem na dworcu w szafszawan 
 
chłopcy znajdą turystów udających hipisów 
my friend good price for you 
piątka za błękitny banknot 
 
zgubić się w labiryncie indygo 
poczuć podróżnikami – wieczorem 
na dziedzińcach riadów 
 
będą palić sypki piasek słów 
obserwować mewy ławice gwiazd 
papierowe samoloty z wyraju 
 
tanger jest mitem 
noc szarpie na loutar 
kruszy ją pianie koguta 
 
(betelgeza, s. 48) 

 

Współczesny traveller („zabić cel zgubić drogę”) z książki Sagi zwiedza Andaluzję, Maroko, Azję Południowo-Wschodnią. Podróże te jednak nie są sposobem na zabicie nudy, przeciwnie stają się częścią procesu zaostrzenia krytyki społecznej. Utwór powyżej jest bardzo prawdziwym opisem pewnego napięcia w którym rozgrywa się nowoczesne doświadczenie podróży poza umowne europejskie centrum cywilizacyjne. Doświadczenie to, jak wszystko inne, stało się sferą komodyfikacji, łącznie z doświadczeniem pozornie transgresyjnym jakim jest tutaj zakupienie haszyszu w Tangerze. To, co za czasów Burroughsa i Bowlesa było naturalnym gestem odrzucenia norm społeczeństwa kapitalistycznego, jest obecnie kolejnym sposobem na pozyskanie pieniędzy od „udających hipisów” turystów. Smutna, nawet dojmująca to konstatacja, ale trudno się z nią nie zgodzić.  

Druga książka Miszy Sagi jest pozycją mocno zachęcającą, by do niej wracać. Omawiane tryby podmiotu lirycznego, przenikające się w sposób naturalny, przez co wiarygodne, świadomość autora, zarówno ta poetycka jak i ta społeczna, sprawiają że „betelgeza” jest książką ze wszech miar wartościową. Dodatkowym argumentem na plus jest niewiarygodnie estetyczna oprawa graficzna oraz nieszablonowy, a jednocześnie klarowny skład, za które to rzeczy odpowiada niezawodny Paweł Stasiewicz. Wydaje mi się że dla osób z bańki młodoliterackiej, zwłaszcza tej wiekowo nieco ponad trzydziestkę będzie to, jak mówią starsze osoby łącznie ze mną, pozycja obowiązkowa.

 

 

Rafał Derda


 

CZYTAJ TEŻ