
Najnowsza książka Miszy Sagi bardzo mocno trzyma rękę na pulsie współczesności. Może nie być to oczywiste przy lekturze początku, ponieważ pierwszych parę utworów przypomina bardziej skłaniające się w stronę buddyzmu eksklamacje Dariusza Adamowskiego (częściowo też Edwarda Pasewicza) niż manifesty Kiry Pietrek, ale jest to paradoksalnie również element aktualnego krajobrazu mentalnego, którego granice wyznaczają realia późnego kapitalizmu. Wspomniane pierwsze sześć wierszy pozycji, od „piosenki o glitchu świata” do „każdego dnia oddalamy się od tego pociągu cj” można potraktować jako kurację łagodzącą ból przed bardziej dojmującymi utworami, jako próbę przypomnienia podstawowej postawy współczucia, która być może uchroni nas przed koszmarem monetyzacji i reifikacji. Misza Sagi jest twórcą bardzo wyczulonym na wewnętrzną walkę, jaką postnowoczesna duchowość, czy też może nawet moralność toczy z coraz to bardziej zawłaszczającą przestrzeń logiką zysku. W „betelgezie” zdarzają się momenty sprzeciwu wobec tej logiki, zdarzają się również zapisy klęski, ale dalecy jesteśmy tutaj od płaskiego pouczania o tym, co społecznie słuszne. Światopogląd podmiotu lirycznego podany jest zawsze błyskotliwie, a same wiersze budowane są z wzorcowym opanowaniem warsztatu i wyczuciem słowa.
Ośmielę się stwierdzić, że podmiot liryczny tej książki daje się zamknąć w trzech trybach: osoby o lewicowej wrażliwości, zachodnim buddyście oraz czymś zbliżonym do „travellera” z twórczości Paula Bowlesa. Nie jest to w żaden sposób zarzut. Każda z trzech wymienionych odsłon jest wielowymiarowa i tworzy przekonywującą podstawę dla zajmującej i wartościowej literacko przestrzeni poetyckiej. Przyjrzyjmy się więc każdemu ze wspomnianych trybów:
nie ma różnicy między nirwaną a światem
słońce w zenicie nad zwornikiem raka
początek świata początek słońca
jutro dzień kilka sekund krótszy
to już ostatnie promienie wczesnego mnie
doceńcie niż późny ja zmieni swój skład
jak makdous w ulubionej knajpce
limba w ogrodzie rodziców chorowała
przed coup de grâce trzeba było poczekać
aż z uwitego gniazda wyklują się ptaki
wieża na którą się wspinaliśmy
by kochać się w środku miasta
już nie nęci nie jest zakazana
sprawdzam czy nasze cienie
gęstnieją gdy się nakładają
nie rzucam cienia jestem płomieniem
(betelgeza, s. 9)
Powyższy utwór jest ciekawym przykładem wiersza, w którym podmiot przyjmuje buddyjskie spojrzenie na rzeczywistość. Początkowe wersy wskazują na brak mocno sprecyzowanego „ja”, zgodnie z filozofią madhjamaki. Wiersz następnie przechodzi w opis praktycznego zastosowania idei współczucia (ptaki i limba), doprowadzając tą ideę do terenów zarezerwowanych dla miłości romantycznej. Kończymy nawiązaniem do sutry ognia, jednego z najważniejszych buddyjskich tekstów. Słowem kluczem jest tutaj uważność. Podmiot jest wyczulony na to, jaki wpływ mają na nas czynniki zewnętrzne, a zaprzeczanie „pragnącemu ja” jest z jedną ze strategii radzenia sobie z presją wspomnianych czynników. Kolejną taką strategią jest lewicowa wrażliwość.
pierwsza asztanga w roku drewnianego smoka
śni mi się singapur
superdrzewa zakwitły wiśniami
śni mi się demokratyczna
komunikacja z dźdżownicami
śni mi się graffiti
abortować kapitalizm
śnią mi się bunkry w nowej zelandii
strach bogatych przed ochroniarzami
budzą mnie ruchy tektoniczne
pod twoją skórą
niebieskie głosy
pod lewym obojczykiem
staram się je wyssać
szepcząc zaklęcia
jeszcze nie dziś – co umrze
umrze nie dzisiaj
ten świat jest czystą ziemią
amida jest twoim ciałem
rzeczy istnieją
ale oniemiałe
(betelgeza, s. 34)
Oprócz dwóch nawiązań do filozofii wschodu (asztanga oraz amida), cały utwór porusza tematy głęboko absorbujące szeroko pojętą myśl lewicową. Można nawet zażartować że w tym wierszu lewy jest nawet obojczyk. Pojawienie się nowych techno-autokratyzmów (Singapur), teoria aktora-sieci obejmującą nawet dżdżownice, hasła wprost krytykujące kapitalizm to rzeczy zajmujące tutaj podmiot liryczny. Bardzo zgrabnie pierwsza część wiersza dopełnia się z drugą, cielesną, pokazując nienachalnie to, co socjalistyczni aktywiści często pokazują zbyt nachalnie, to znaczy prawdę o tym, że polityczne wchodzi w nieustanne sprężenie zwrotne z prywatnym. Prawda ta ma charakter globalny, a podmiot liryczny odkrywa ją w wierszach znajdujących się na końcu książki, gdzie podmiot przyjmuje formę kosmopolitycznego travellera
ostatnia noc w tangerze (kif in the rif)
biała peleryna udrapowana na wybrzeżu afryki
w tarifie przemycam frazy – noc lepka
jak kostka świeżego haszu
opłynąć czas jak słupy heraklesa
koniec cywilizacji szlakiem argonautów
zabić cel zgubić drogę
żeby zobaczyć – dalej tylko kif i muchy
nowość nuży gdy brak rytuału
spełnienie jest w zapętleniu
na grand socco handel przygodą
ras el hanout wodą różaną i szafranem
produkcja doświadczeń – milion osób
żyje z uprawy – z jednego poletka
dziewięć kilogramów – dla hurtownika
dwieście gram za tysiąc dirhamów
za pięćdziesiąt tysięcy rocznie
wyżywią ośmioosobową rodzinę
potem na dworcu w szafszawan
chłopcy znajdą turystów udających hipisów
my friend good price for you
piątka za błękitny banknot
zgubić się w labiryncie indygo
poczuć podróżnikami – wieczorem
na dziedzińcach riadów
będą palić sypki piasek słów
obserwować mewy ławice gwiazd
papierowe samoloty z wyraju
tanger jest mitem
noc szarpie na loutar
kruszy ją pianie koguta
(betelgeza, s. 48)
Współczesny traveller („zabić cel zgubić drogę”) z książki Sagi zwiedza Andaluzję, Maroko, Azję Południowo-Wschodnią. Podróże te jednak nie są sposobem na zabicie nudy, przeciwnie stają się częścią procesu zaostrzenia krytyki społecznej. Utwór powyżej jest bardzo prawdziwym opisem pewnego napięcia w którym rozgrywa się nowoczesne doświadczenie podróży poza umowne europejskie centrum cywilizacyjne. Doświadczenie to, jak wszystko inne, stało się sferą komodyfikacji, łącznie z doświadczeniem pozornie transgresyjnym jakim jest tutaj zakupienie haszyszu w Tangerze. To, co za czasów Burroughsa i Bowlesa było naturalnym gestem odrzucenia norm społeczeństwa kapitalistycznego, jest obecnie kolejnym sposobem na pozyskanie pieniędzy od „udających hipisów” turystów. Smutna, nawet dojmująca to konstatacja, ale trudno się z nią nie zgodzić.
Druga książka Miszy Sagi jest pozycją mocno zachęcającą, by do niej wracać. Omawiane tryby podmiotu lirycznego, przenikające się w sposób naturalny, przez co wiarygodne, świadomość autora, zarówno ta poetycka jak i ta społeczna, sprawiają że „betelgeza” jest książką ze wszech miar wartościową. Dodatkowym argumentem na plus jest niewiarygodnie estetyczna oprawa graficzna oraz nieszablonowy, a jednocześnie klarowny skład, za które to rzeczy odpowiada niezawodny Paweł Stasiewicz. Wydaje mi się że dla osób z bańki młodoliterackiej, zwłaszcza tej wiekowo nieco ponad trzydziestkę będzie to, jak mówią starsze osoby łącznie ze mną, pozycja obowiązkowa.
Rafał Derda
CZYTAJ TEŻ