Jest jeszcze ciemno, kiedy budzi mnie odgłos spadającego liścia z drzewa cytrynowego. Nieprzyjemny i szorstki. Przypomina głuche tąpnięcie łamiącej się wewnątrz ciała kości. Odwracam się na łóżku w stronę przymkniętego okna w nagłym odruchu paniki, jakby na kamiennej posadzce wewnętrznego podwórka doszło do groźnego wypadku. Nie mogę zasnąć, zbudzona przez martwy liść zwiastujący nieuchronny początek jesieni.
Krzyżuję ręce na mostku, tak jak robi się to umarłym po ich śmierci. Nie zmuszam się do tego gestu. Ćwiczę. Ta pozycja mnie uspokaja. Lubię, kiedy moje ciało powoli zastyga. Przymykam oczy.
Myślę teraz o moim dawnym kochanku, którego nie widziałam od kilku lat. Przyśnił mi się dziś w nocy, zanim liść z drzewa cytrynowego upadł na kamienną posadzkę. Jesteśmy na tym samym przyjęciu. Podchodzę do niego. Siedzi na oparciu kanapy, odwrócony. Nie widzi mnie. Obejmuję go i wtulam się w niego. Znów czuję jego zapach i myślę, że już dawno nikogo nie kochałam. On odwraca się do mnie i odwzajemnia mój gest. Przez chwilę, we śnie, wraca nawet uczucie porozumienia, które kiedyś było między nami. Chciałabym, żeby tak właśnie komunikowali się ludzie, którzy dobrze się znają: z pomocą prostych gestów. Chcę dalej o nim myśleć, ale na linii ostatnich kamiennych domów w wiosce Kućiste słyszę wyjącego szakala. Po chwili do pojedynczego skowytu dołączają kolejne. Skargi i łkania zwierząt wdzierają się do mojego pokoju przez przymknięte okno. Słyszę w nich zawodzenie porzuconych albo uwięzionych. Wyobrażam sobie szare, skulone zwierzęta siedzące w przydomowych ogródkach pod bujnymi krzakami lulka i wielkimi agawami, kiedy tak wysyłają skargi w ciemność. Ich przejmujące głosy wywołują z pamięci Robina. Szara godzina wypluwa go, niezapowiedzianego, z mojej pamięci w ostatniej sekundzie. Dlaczego teraz?
Robin to nieprawdziwe imię. Naprawdę nazywa się Vincente. Czeka na mnie przy wyjściu ze stacji kolejki miejskiej. Ma na sobie długi fioletowy płaszcz. Czarne oprawki okularów. Długie kręcone włosy. Jest z Mexico City. Ruszamy przed siebie, w głąb parku. Alejki oświetlone jasnym światłem odbijają jego długi cień, który spokojnie kroczy przed nami. Rozmowa od początku nie klei się. Kiedy ktoś obok mnie milczy dłużej niż trzy minuty, natychmiast wpadam w panikę i przejmuję konwersację. Przygniata mnie to dziwne poczucie obowiązku, które każe mi mówić i zadawać pytania zupełnie bez mojego udziału. Czuję się w takich momentach jak zaklinaczka ciszy. Vincente, wysoki i smukły, kroczy wolno i statecznie, jakby miał siedemdziesiąt lat, a nie trzydzieści. Słyszę mój szczebiocący głos, niosący się w pustym parku.
– Lubisz tańczyć? – pytam.
– Nie, nigdy nie tańczę – odpowiada.
– Lubisz wino?
– Kiedyś piłem czerwone, ale już nie piję.
– Dlaczego? – dziwię się.
Jest dwudziesty pierwszy grudnia. Powinniśmy przysiąść teraz na lampkę czerwonego nebbiolo, zamiast spacerować alejkami pokrytymi cienką warstwą lodu.
– Piłem za dużo – ucina.
– Masz w mieście jakieś ulubione bary? Kawiarnie?
– Nie. Nie lubię wychodzić z domu,
– A czym się zajmujesz?
– Pracuję nad swoją aplikacją – odpowiada.
– Łał! – ton mojego głosu jest teraz entuzjastyczny.
Robin ożywia się na krótką chwilę.
– Moja aplikacja pozwala na przymierzanie oprawek bez wychodzenia z domu. Wystarczy wejść na stronę dowolnego sklepu optycznego, kliknąć w wybrany model, włączyć kamerę w telefonie i zacząć przymierzać.
– Łał – powtarzam po raz drugi. Oboje nosimy okulary.
Po czterdziestu minutach spaceru wracamy dokładnie w to samo miejsce, z którego ruszyliśmy. Ziemia wykonała w tym czasie obrót o 10 stopni i przyszedł czas, żeby uścisnąć sobie dłonie na pożegnanie. Na odchodne pytam:
– Robin… Czy to jest twoje prawdziwe imię?
– Nie.
– Nie?
– Mam na imię Vincente.
– To, dlaczego przedstawiasz się jako Robin?
Vincente ożywia się po raz drugi. Przystaje i mówi, że jest wielkim fanem literatury Waltera Scotta. Stąd Robin. Robin jak Robin Hood.
– Vincente to też ładne imię.
– Wolę Robina – kończy rozmowę.
Całujemy się niezdarnie na pożegnanie. W pośpiechu odchodzę w stronę stacji kolejki. Przed dwudziestą Robin-Vincente wysyła wiadomość, czy bezpiecznie dotarłam do domu. Odpowiadam. Mam nadzieje, że Robin-Vincente nie odezwie się już więcej.
Zbliża się Boże Narodzenie i długa przerwa świąteczna. Wyjeżdżam z miasta. W Wigilię zamiast bożonarodzeniowych życzeń Robin wysyła mi wiadomość z zapytaniem, czy już wróciłam. Zaprasza do siebie, do mieszkania. Nie wiem, dlaczego tam idę. Chcę zobaczyć, jak mieszka. Spodziewam się, że otacza się rzeczami, które mówią więcej niż słowa. Mam jakieś wyobrażenia o Mexico City. Liczę na wotywną świecę z wizerunkiem Matki Boskiej, maskę jaguara, obraz z gorejącym, czerwonym sercem, kolorową czaszkę ustawioną na biurku. Liczę na kolory i detale.
Wchodzimy do kuchni. Moją uwagę zwraca czarna płachta narzucona na okno. Na ścianach nie wisi żaden obraz, na półkach nie stoją żadne przedmioty. Podchodzę do okna i odchylam skrawek materiału. Spodziewam się, że sąsiedni budynek jest za blisko wybudowany, stąd ta płachta. Za oknem rozpościera się jednak szeroki na kilkadziesiąt metrów pas ziemi niczyjej. W oddali widzę wesoło migające gwiazdy bożonarodzeniowe zawieszone w oknach odległego budynku.
– Dlaczego zawiesiłeś tą płachtę? – pytam.
– Nie lubię, kiedy ktoś mnie obserwuje – odpowiada Robin-Vincente parząc herbatę. Pijemy ją w milczeniu. Chcę mieć już tę wizytę jak najszybciej za sobą.
– Chodźmy do łóżka – proponuję i wstaję od stołu. Robin-Vincetne prowadzi mnie do sypialni. Zamykamy się w ciemnym pokoju. Okno sypialni wysłania taka sama czarna płachta jak w kuchni. Na ścianach nie wisi żaden obraz, na półkach nie stoją żadne przedmioty. Nie ma łóżka. Na podłodze leży jedynie kwadratowy materac wypełniający ciasny, wąski pokój. Uprawiamy seks w ciszy. Odwracam się tyłem do niego zaraz po. Patrzę w ścianę. Postanawiam, że tym razem nie będę zagadywać ciszy. Nie wiem, jak długo leżymy w milczeniu. Chcę odczekać kilka minut i wyjść. Łapię się na tym, że nie umiem obyć się bez słów. Liczę w myślach do stu.
– Kiedy ostatni raz byłeś w Mexico City? – pytam w końcu.
– Pięć lat temu
– Urodziłeś się tam?
– Tak.
– Zawsze chciałam tam pojechać. Opowiedz mi jakąś historię ze swojego dzieciństwa. – Odwracam się w jego stronę. W ciemnym pokoju jego skóra ma ledwo widoczną, fioletową poświatę.
– Nie mam nic do powiedzenia – odpowiada Robin-Vincente. Jego głos, głęboki i niski, przypomina mi głos dobiegający z dna wyschniętej studni.
Wstaję powoli z materaca i zaczynam się ubierać. Drzwi od sypialni znajdują się naprzeciwko wejścia do salonu. Okna pokoju wychodzącego na ulicę nie są wysłonięte. Po obu stronach wiszą czarne kotary. W szybach odbijają się korony drzew. Siadam przy stole. Dopijam zimną herbatę. Mój wzrok ślizga się po szarych kartonach ustawionych na regale. Na ścianach nie wisi żaden obraz, na półkach nie stoją żadne przedmioty. Mieszkanie wydaje się niezamieszkałe. To, co przykuwa mój wzrok, to kilkadziesiąt tomów „Dnia Szakala” w oryginale. Książki piętrzą się na regałach. Kilka egzemplarzy podpiera stację roboczą, na której ustawiony jest laptop. Kilkanaście innych leży na biurku. Ułożone w stosy, stanowią jedyne wyposażenie pokoju. Domyślam się, że szare kartony też wypełnia „Dzień Szakala”. Ile ich może być tych książek? Szybko przeliczam. 300 egzemplarzy. Robin-Vincente podchodzi do mnie z egzemplarzem książki w ręku.
– To dla ciebie – mówi.
Patrzę na niego ze zdziwieniem. W myślach zliczam kopie „Dnia Szakala”. Na pewno jest ich więcej niż dwieście.
– Wręczam tę książkę każdemu, kto mnie odwiedza – dodaje Robin-Vincente.
– Dziękuję – odpowiadam. Próbuję się uśmiechnąć, ale czuję, że na mojej twarzy pojawia się grymas. Biorę książkę do ręki i patrzę na brzydką, srebrną okładkę. Chcę już wyjść z tego pustawego mieszkania. Podnoszę się na krześle, ale właśnie wtedy Robin-Vincente bierze głęboki oddech i zaczyna mówić:
– Pojechałem dwa lata temu na konferencję branży IT do Londynu. W przerwie na lunch postanowiłem odwiedzić kilka księgarń. W witrynie jednej z nich zauważyłem jubileuszowe wydanie „Dnia Szakala”, które natychmiast kupiłem. Czterdziesta rocznica pierwszego wydania. Piękna okładka, prawda? – Robert-Vincente spodziewa się po mnie reakcji, ale nie jestem w stanie nic odpowiedzieć.
– Po powrocie, kiedy zacząłem ją czytać, okazało się, że trafił mi się wybrakowany egzemplarz – kontynuuje. – Brakowało ostatnich szesnastu stron. Nie wiedziałem, jak kończy się ta historia. Napisałem reklamację do wydawnictwa. Nikt mi nie odpisał. Kilka miesięcy później w drzwiach tego mieszkania stanął kurier. Wydawnictwo musiało się pomylić. Może chcieli rozesłać niewybrakowane kopie do innych, ale przez pomyłkę wszystkie wysłali do mnie.
Robin cały czas stoi nade mną. Wzruszam ramionami. Nie wiem, co odpowiedzieć. Patrzę na Robina-Vincente. Jego włosy lśnią, jego usta także. Nie boję się go. Wiem, że nic mi nie zrobi, chociaż opowiada o „Dniu Szakala” z dziwną pasją. Kartkuję książkę.
– Czytałaś? – pyta.
– Czytałam – odpowiadam, w tłumaczeniu. To było pierwsze polskie wydanie.
– Teraz będziesz mieć oryginał – mówi Robin-Vincente sucho.
Dziękuję mu za ten nieoczekiwany prezent. Wychodzę z mieszkania w pośpiechu. Na ulicy czuję ulgę. Wdycham rześkie, grudniowe powietrze. Postanawiam wrócić do domu pieszo. Po powrocie odczytuję wiadomość, czy bezpiecznie dotarłam. Odpisuję, że jestem już u siebie i zaczynam czytać „Dzień Szakala”. W rzeczywistości, tuż po powrocie do domu odłożyłam książkę na półkę przy łóżku. Następnego dnia przenoszę ją na stertę książek gotowych do przeczytania w nieokreślonej przyszłości. Robin-Vincente odzywa się ponownie ósmego stycznia. Chce się ze mną spotkać. Odpisuję mu, że nie zobaczymy się już więcej. Jest mi przykro, ale szukam kogoś innego. Robin-Vincente reaguje dojrzale. Rozumie, choć to jemu jest przykro. Miał wrażenie, że pasujemy do siebie. Życzymy sobie wszystkiego dobrego. Siedemnastego stycznia otrzymuję kolejną wiadomość. Tym razem krótką i konkretną: chciałbym pójść z tobą do łóżka. Nie odpisuję. Dwa dni później przychodzi kolejna wiadomość: nie podobał ci się seks ze mną? Blokuję jego numer. Przez kilka kolejnych miesięcy jego poważna twarz wyświetla się na portalu randkowym. W końcu znika. Algorytm okazał się dla mnie łaskawy. Wynoszę „Dzień Szakala” do przedpokoju. Odkładam rocznicowe wydanie na górną półkę, tak by nie widzieć ani grzbietu, ani okładki, na której umieszczono narysowany czerwony celownik a w tle postać mężczyzny w kepi.
Szakale w Kućiste milkną przed szóstą. Wstaję z łóżka i wychodzę z pokoju. Schodzę na dół drewnianymi schodami. Przechodząc przez wewnętrzne podwórko podnoszę z kamiennej posadzki liść z drzewa cytrynowego. Jest martwy.
Monika Powalisz
CZYTAJ TEŻ