quinto (opowiadanie)


 

Budzikiem przemawia elektryczny czarodziej. Mag lub czarnoksiężnik? Co jest przeciwieństwem ziemi obiecanej? „Życie nauczyło mnie jednej rzeczy: nie wszystko da się naprawić. Ale gdy widzisz krakowską rejestrację pod swoim ulubionym lokalem…”. Czarnoksiężnik czy mag, musisz wstać. * Krzyki zza ściany. Niewielki motocykl nie chce zapalić. Jest zimno. Objawia się duch czyjegoś chrzestnego. Trzeba wrócić do szkoły. Trzeba też wytłumaczyć się jakoś rodzicom. Pogłaskać kota. Poddać się ziewaniu i katarowi. Dziś słońce zaszło na wschodzie. Znowu czyjeś krzyki. A wzejdzie na wschodzie lub nigdy. Największy na świecie plac budowy z najmniejszymi w historii maszynami budowlanymi. I na odwrót. Jeszcze wczoraj to się wydarzy. Czarny kwadrat na oknie. Plamy na lustrze. Napisy na ścianie. Mrówki w powietrzu. Ktoś na patelni odgrzewa zupę. Pomniki upadają. Wyrastają nowe konstelacje. Wypadają paznokcie i rzęsy. Wzmacnia się gipsem brwi. Obrazy wciąż wiszą na ścianach, choć nikt ich nie powiesił. Jednak zrobiło się nieco smutno. Ból brzucha. Przypadkowe myśli. Zimne śniadanie i zimny prysznic. Stopy na ziemi. Ręce na trawie. Kolejka górska jedzie do tyłu, a karuzela milczy. Ty też. * 

Butsukari otoko:

takkuru otoko – 
– taiatori otoko 
butsukari  ojisan – 
– butsukari ona 
butsukari kata… 

* Nie wiem już, ile opieram się o ten parapet. Ile? Jak długo. Senność. Pewna niewygoda. Wyrasta przede mną kilku mężczyzn: w sutannach, w mundurach, zwyczajowych dość niewyględnych marynarkach dwurzędowych. Może ktoś jeszcze, ale żadnych kobiet. Atmosfera podniosła, rozmowy, pozory słuchania, ale ktoś już kośćmi chyba rzucił i jedną z nich z pewnością zgubił. Zgubiła się. Co teraz? Ciekawi mnie starszy i mikry facet w mundurze – jego twarz składa się głównie z ciemnych okularów i poruszających się wąsów. Mógłbym powiedzieć też, że jego mundur z kolei składa się głównie ze wstążek i świecidełek. Trochę ciekawszy jest jeszcze młody facet w mundurze, napięty jak trzy struny ze sobą zwinięte, z czymś, co się nazywa żywymi oczami oraz dość zadufanym uśmieszkiem. „Nie ma sprawy”. On coś knuje i on coś z pewnością wie. Czegoś nie może się doczekać. O co może mu chodzić? Wielokrotnieje, a niby zupełnie nieporuszony. Oczy coś zdradzają, uśmiech także, tak jak nie zdradzają nic poza brutalnością wąsik i okulary nad nim. Wszyscy wyjść, to wszystko, mówi, dziękuję waszym ekscelencjom. Dziękuję panowie. A tu co się stało? Mój nieszczęsny sukcesor zostaje. Już, już. Z Bogiem. I z kim tam się da. Heil. Drzwi same się zamykają. Co to, kurwa, było?, krzyczy nagle. Ale co?, odpowiada młodszy i większy, udając świętobliwe spojrzenie. No to, nie odpuszcza stary. Jak ty się zachowujesz? Ty wiesz, kto w tym pokoju stał obok ciebie? Może przyszły najświętszy ojciec święty, a ty? A ja nic nie zrobiłem. Jak, kurwa, nic nie zrobiłeś? Najdroższy mi generalissimusie, jak ojcu mówię, nic hańbiącego nie zrobiłem. Przebiegł tędy szczur. Lub mysz. O tu, stąd – dotąd. Trochę się dziwiłem odwagą tego gryzonia. Mysz? Albo szczur. W dzisiejszych czasach trudno powiedzieć. I mówisz tylko prawdę? Tylko, jestem przed tobą, kochany generalissimusie, tylko prawdą i niczym więcej ani niczym mniej od zatrwożonego obywatela naszego królestwa. Naszego. Naszego. Chyba mówią o Hiszpanii – jedyny punkt zgody, a i najprostszy sposób do niewygody. Chętnie jeszcze bym na nich popatrzył, ale z moich marzeń wyrywa mnie wściekła kobieta. Czyli teraz jestem włamywaczem. W jej domu. I to wszystko nie ujdzie mi płazem. Gadem. Jakkolwiek. Zgniataną oliwką. Które wszystko? Każe mężowi pilnować drzwi, a ten parapet wydaje się dużo chłodniejszy od poprzedniego. Czyli tu jestem, prawda, nie zdążyłem wyjść przed państwa przyjściem. Zamyśliłem się. Nie chciałem nic kraść, musiałem jedynie porównać dwie rzeczy. To jest część archiwum Henryka Berezy, państwo mają jakąś inną część, chciałem popatrzeć, porównać, pomyśleć. Powspominać, może jakieś wnioski wyciągnąć. Nagle na ziemi moje kartki, zdjęcia, zeszyty, dokumenty leżą równiutko ułożone obok swoich – dla mnie obcych – odpowiedników. To jest moje, a to pani. Państwa. Kilka lat temu zapłaciła mi pani dwieście złotych za rozczytanie tego tekstu, ale tak naprawdę ta praca była warta z pięć tysięcy. I tak dalej. Nie pamięta pani. To, o to, mnie zaciekawiło, bo u mnie nie ma niczego do tego podobnego. To wszystko. Porównać i sobie pójść, nie chciałem nic kraść – powtarzam. Całkowicie upokarzająca gadanina. Mąż kobiety podciąga rękawy, żona mężczyzny przestaje się odzywać i tylko ponuro na mnie spogląda. Nieprzyjaźnie. Czuję się znużony, czekam. Do pokoju wchodzą jakieś tępe osiłki, robi się więc coraz ciekawiej. Wiem chociaż teraz, że była wcześniej mowa o myszy. Widzę ją nawet w tym momencie, przysiadła wśród podłogowego labiryntu artefaktów i podjada nienależące do mnie i nieznane mi zdjęcie Henryka Berezy. Co teraz? O te drobne, które jeden z osiłków wyciąga mi z kieszeni, mogę się założyć, że wyszła ze zlewu. I co teraz? * Ktoś mopuje podłogę. Ile ten szczur ma w kłębie? Spodziewaliśmy się tego. Ginekolog robi zdjęcie. Szczur z grubą dupą siwieje. Tego nie da się wyczyścić. Złóg jest emanacją złogu. Widać, że nie jest wrocławski. Reszta wyrazów nie ma znaczenia. Reszta po prostu nie ma znaczenia.

 

 

Paweł Orzeł


 

CZYTAJ TEŻ