Kartki z Zachodniej Barbarii (16)

Pal Omides


 

182 

 

No to wreszcie jestem bezpieczna, myśli Izolda. I żeby tak dalej było, muszę się stąd wynieść. Bo przecież jestem teraz Tristanem. Izolda, ta dawna, jest bezpieczna. Po tym, jak zwycięsko przeszła test na prawdomówność z rozpalonym żelastwem. A ja po lasach jako Tristan, zbieg z zamku, się poniewieram. Gdybym teraz się z sobą spotkała, znaczy z Izoldą, to wszystko bym zaprzepaścił. To znaczy ta jej próba ognia na marne by pewnie poszła. Bo jakich byśmy nie podjęli środków ostrożności, prędzej czy później ktoś by się zorientował. Znowu zaczęłyby się najpierw plotki, a potem urządzane na nas zasadzki. Po co nam to? Jej po co? Niech zazna trochę spokoju. A ja w tym czasie rozejrzę się trochę po świecie. Który na Kornwalii się w końcu nie kończy. Bo ten miłosny trunek, co nam go Brandzela zgotowała, trochę nam z głów już chyba wywietrzał.  

Pozostaje zatem Tristanowi obrać właściwy kierunek. Do Irlandii? Ale co by tam robił? Przecież nawet jego najbliżsi widzieliby w nim sprawcę kłopotów Izoldy, tego który do pozamałżeńskiego grzechu ją przywiódł. No chyba żeby im wyjawił, kim jest naprawdę. Że nie sobą, tylko Izoldą. Tyle że nie byłaby to prawda. To znaczy nie do końca. Wszak nie tylko ciało ma Tristana, lecz Tristanem też się do pewnego stopnia już czuje. I to do stopnia wcale niebagatelnego, jeśli się głębiej nad tym zastanowić. Bo gdyby mi kto zaoferował teraz, myśli, bezpieczną drogę z powrotem, to znaczy do mojego dawnego ciała – czy chciałabym tam wrócić? Pewnie, mówi coś we mnie. Za nic w świecie, krzyczy drugie. Nie po to z siebie wychodziłam, by teraz wracać. By za niewolnicę Marka robić.  

To po pierwsze. A po drugie, kto by mu uwierzył? Dobra, dajmy sobie z Irlandią spokój. Są na świecie inne wyspy, inne kraje. Tylko jakie? Słyszał co nieco o Wikingach, którzy co prawda do Kornwalii raczej nieczęsto docierali, ale regularnie łupili wschodnie wybrzeża Brytanii. To może by się do nich warto było wybrać i dla odmiany ich złupić? Tylko gdzie ich dokładnie szukać? Tego Tristan nie wie.  

Wie za to, gdzie znajduje się Bretania, z której kiedyś przybył, a którą tak słabo już pamięta. Pewnie znalazłyby się tam jakieś rachunki do wyrównania. Przygody do zaznania. A jeszcze bliżej miał królestwo Artura. Tam ten wspaniały zakon rycerzy, co okrągły stół obsiadać mają w zwyczaju. Mógłby do nich dołączyć. I dowiedzieć się, o co z tym ich całym Graalem idzie.  

 

 

183 

 

No i załogę mus zebrać, bo przecież sam nie popłynie. Ludzi mu trzeba, do wioseł, do żagli, do diabła i z powrotem. Szuka wśród rycerstwa i służby tych, którzy wierni mu pozostali. Formuje z nich drużynę i do portu prowadzi. Tam sobie najlepszy statek z flotylli króla pożyczają i zapełniają go, czym się da. Zapasami na morską podróż. Choć cały czas nie wiadomo dokąd, bo na nic konkretnego się jeszcze nie zdecydował. Tym samym nie wiadomo, na jak długo te zapasy miałyby im wystarczyć. Trochę to na bakier z zasadami logistyki, ale cóż, nie tylko Tristan nie był za bardzo z nimi obznajomiony, lecz większość ludzi w jego czasach. Stąd w układanych wtedy opowieściach tak częste braki zgodności tego, co, jak i dlaczego się dzieje, ze zdrowym rozsądkiem.  

Już mają wypływać, gdy zaskakująca wieść do nich dociera. O tym, że Izolda została porwana. Ale dziwnie jakoś, bo chyba za przyzwoleniem jej męża. I nie za bardzo wiadomo, o co chodzi. Wiadomo tylko, że to Pala Omidesa sprawka. Że w jasyr ją sobie wziął. A było to tak:  

 

184 

 

Izolda, kiedy już próbę ognia miała za sobą, zastanawiała się, co jeszcze musi uczynić, by zapewnić sobie bezpieczeństwo. Z Tristanem się nie spotykać. Przynajmniej na razie. I upewnić się, że nikt jej nie wyda. To znaczy nikt nie opowie Markowi, co tak naprawdę między nimi zaszło. Zwłaszcza na statku. No i że ten nikt to przede wszystkim Brandzela, od razu jej do głowy przyszło. Jak sprawdzić, czy rzeczywiście jest taka lojalna, jaką się wydaje? Czy mogłaby ulec pokusie, gdyby się taka nadarzyła?  

Już raz za Izoldę robiła, podczas nocy poślubnej. Nie mogło się przecież wydać, że Izolda nie jest dziewicą. Bo w tej kwestii zamiana dusz nic zmienić nie mogła, Tristan posiadł ciało przez siebie samego zdeflorowane. Wspólnie z Brandzelą wymyśliły zatem, że trzeba w tę noc poślubną najpierw pomóc Markowi wlać w siebie sporo wina, a potem, kiedy już przyjdzie co do czego, świece zgasić tłumacząc, że to taka tradycja irlandzka. I wtedy po cichu się Izolda z Brandzelą wymieniły. A potem odmieniły, jak już Marek zasnął.  

A co, jeśli Brandzeli się spodobało? Niczego co prawda takiego nie mówiła, ale kto ją tam wie. Zwłaszcza że dobrze się z królem dogadują i Marek zawsze się na jej widok szeroko uśmiechnięty. Strach pomyśleć, co by było, gdyby ona to teraz przeciwko Izoldzie wykorzystała. Gdyby królowi wszystko opowiedziała. Albo gorzej, gdyby nic nikomu nie mówiąc uknuła, że Izoldę zastąpi. Że ją jej samej odbierze. Izolda co prawda nie była pewna, jak by to miało w praktyce wyglądać, ale nie przeszkadzało jej to w zamartwianiu się tą myślą. A im dłużej się martwiła, tym bardziej czuła, że musi coś w tej sprawie zrobić.  

Na początek wybrała sobie dwóch ludzi spośród służby. Nie tej najbliższej, dalszej, najemniczej. Żeby Brandzela ich nie znała. Takich, co do których Izolda mogła być z jednej strony pewna, że jej nie zdradzą. Przynajmniej nie od razu. Z drugiej zaś strony takich, że nie będzie jej za bardzo żal, jeśli przyjdzie się ich potem pozbyć. Obu dobrze znała z czasów, kiedy jeszcze Tristanem była. Dzięki temu łatwo mogła ocenić ich przydatność. Na potrzeby operacji specjalnej nadała im kryptonimy, nazywając jednego Pierwszym, drugiego Drugim. Przedstawiła im szczegółowe instrukcje, po czym kazała je sobie powtórzyć. Kilka razy. Kiedy uznała, że wiedzą dobrze, co mają robić, wysłała ich do lasu, by sobie tam miejsce wybrali i przygotowali.  

Wrócili następnego dnia i zameldowali, że wszystko gotowe. Jeszcze raz kazała im powtórzyć instrukcje. Odprawiła Drugiego, a Pierwszemu kazała zostać w pokoju obok. Wezwała Brandzelę i powiedziała, że chce jej powierzyć tajną misję. Ma udać się do pobliskiego lasu, znaleźć ukrywającego się tam Tristana i przekazać mu wiadomość. Żeby dziś o północy zakradł się do ogrodu i czekał na nią przy stawie.  

– Zgadzasz się? – zapytała.  

– Tak, pani – potwierdziła Brandzela – możesz być pewna, przekażę co do słowa.  

– Znakomicie – ucieszyła się Izolda. – Ruszaj zatem.  

– Ale jak to? – zdziwiła się Brandzela. – Przecież to jest wielki las. Gdzie ja tam mam Tristana szukać?  

– A, tym się nie martw, nie idziesz sama. Będziesz miała ochronę i zarazem przewodnika, który wie dokładnie, gdzie Tristan się ukrywa.  

To mówiąc otworzyła drzwi do sąsiedniego pokoju i przywołała Pierwszego.  

 

 

185 

 

Szli przez ten las i szli i końca nie było widać. Miała wrażenie, że krążą. Po co? Żeby nie zapamiętała drogi? To dziwne, pomyślała, jeśli ten człowiek, zwany Pierwszym, zna drogę do Tristana, to znaczy, że jest kimś zaufanym. A jeśli tak, to czemu on sam nie mógł zanieść wiadomości? Pytać nie było sensu, bo wcześniej kilka razy próbowała. Zadawała proste pytania typu czy daleko jeszcze i tak dalej, ale wszystkie zbył obojętnym milczeniem. Albo mruk jaki, albo tak mu nakazano, nie mogła zdecydować.  

Jeszcze bardziej się zdziwiła, kiedy mężczyzna nagle się zatrzymał i zza poły płaszcza wyciągnął langsaksa, ubogą wersję rycerskiego miecza z prostą klingą o przygrzbietowym sztychu. Wskazał jej kamień naprzeciw siebie. Usiadła i się rozejrzała. Byli w niewielkiej niecce na ślepym końcu podłużnej zapadliny, którą już od jakiegoś czasu byli szli. Wszędzie wokół gęsto rosły drzewa, jedynie jar był ich pozbawiony. Prócz jednej niezbyt wysokiej brzozy na środku niecki.  

Ale co, tu niby miałby Tristan mieszkać? Jak jakiś zwierz? Wyobrażała sobie raczej, że znajdzie go w pasterskim szałasie albo w jednej z chat leśnych ludzi. Albo u mnichów pustelników. No i dlaczego ten typ jej tym swoim długim nożem przed nosem wywija?  

– Gdzie Tristan? – spytała.  

Patrzył na nią spokojnym, zimnym wzrokiem. Tak jak się patrzy na drobną zwierzynę złapaną w pułapkę, zanim się ją dobije.  

– Tristan nie Tristan, nikt ci tu już raczej nie pomoże – powiedział.  

– Miałeś mnie zaprowadzić przed oblicze Tristana.  

– Tak? – udał zdziwienie. – Skąd wiesz?  

– Takie dostałeś zadanie. Od królowej. Chcesz ją zdradzić?  

– Zadanie dostałem, tak, jeno nie takie.  

– A niby jakie?  

– Żeby się ciebie pozbyć.  

– Pozbyć? Jak to?  

– Normalnie – wolną od noża rękę położył sobie na szyi i przeciągnął kantem dłoni tak, jakby kurze gardło podrzynał.  

Kim właściwie jest ten człowiek? Nigdy go wcześniej nie widziała. Czyje wykonuje rozkazy? Mojej królowej? A może króla Marka, który się czegoś domyślił? Sam albo dzięki podpowiedziom szpiegów? Czyżby moja pani też była w niebezpieczeństwie?  

– Kim jesteś? Dla kogo pracujesz?  

Nie odpowiedział. Tylko dalej patrzył jej prosto w oczy.  

– Zastanawia mnie tylko – odezwał się w końcu – dlaczego moja pani kazała cię zabić.  

A więc jednak, królowa. Jeśli tylko ten drań prawdę mówi.  

– Taką miłą dziewkę – kontynuował Pierwszy – co za strata. Przecież do niejednego mogłaś się jeszcze nadać. To tak się zastanawiam, coś uczyniła, że pani tak srogo cię karze.  

Brandzela nic na to nie rzekła.  

– Zważ, że im więcej mówisz, tym lepiej dla ciebie.  

– Tak? – zdziwiła się. – A to niby dlaczego?  

– To proste – wyjaśnił. – Jeśli powiesz coś zajmującego, będę słuchał.  

– I co mi po tym?  

– To też proste. Jeśli będę słuchał, to cię nie zabiję. Bo jak zabiję, to już nie będę mógł słuchać, prawda?  

Brandzela milczała.  

– Wolisz umrzeć wcześniej niż później? Tak ci się spieszy?  

Dalej milczała.  

– Podejdź – wskazał na rosnącą obok brzozę.  

Wstała posłusznie, lecz zamiast ku brzozie, rzuciła się w górę po ścianie wąwozu. Złapał ją za nogę w kostce, ledwo dotarła do grzbietu wzniesienia. Rozdarła się, ile sił w płucach. Jednocześnie próbowała kopnąć go w twarz, ale już na niej siedział. Uderzył ją otwartą dłonią w twarz, na odlew. Tak silnie, że aż pociemniało jej w oczach. Zamilkła. Wstał, podniósł ją i zepchnął ze stoku. Poleciała bezwładnie, jak worek wypełniony żołędziami. Zszedł, chwycił za włosy i pociągnął po ściółce do brzozy. Kazał jej stanąć, oprzeć się plecami o pień drzewa, podnieść ręce i wysoko nad głowę podać do tyłu. Chwycił jej dłonie i przeciągnął za drzewo, aż wygięło ją w łuk. Zawiązał na tyle mocno, że musiała wspiąć się na koniuszki palców u stóp, by wytrzymać ból. A potem zaczął zdzierać z niej ubranie.  

– Co robisz? – krzyknęła.  

– Pani kazała cię stracić, ale nic nie mówiła, że nie można się z tobą przedtem trochę zabawić – wyjaśnił.  

I już zaczął się do tego zabierać, gdy Brandzela niespodziewanie zaczęła mówić. A jak już raz zaczęła, nie mogła przestać, póki wszystkiego nie powiedziała.  

 

 

186 

 

Nagle z góry doszedł ich jakiś hałas, jakby komuś gałąź pod stopą strzeliła. A może nawet jakby kto równowagę w krzakach stracił i się przewrócił.  

– Ki diabeł? – zdziwił się Pierwszy. – Czyżbyśmy mieli towarzystwo?  

Brandzela już miała krzyknąć na całe gardło, bo w jej położeniu nic chyba nie mogło zaszkodzić, więc czemu nie spróbować. Ale Pierwszy jakby był na to przygotowany, wyciągniętym z kieszeni płaszcza zwitkiem szmaty zdążył zatkać jej usta. Po czym odwrócił się, wczołgał na skraj jaru i przez chwilę się tam czaił. A potem skoczył przed siebie i zniknął jej z oczu. Usłyszała odgłosy walki, jakieś okrzyki, przekleństwa, wreszcie okrzyki bólu, bliskie piskom zarzynanej świni.  

Po chwili do jaru zszedł Drugi. Choć oczywiście Brandzela nie wiedziała, że taki mu nadano kryptonim. W ręku trzymał nóż z zakrwawioną klingą. Patrzyła na niego z nadzieją.  

– Dlaczego jesteś naga? – spytał. – Ten gnojek chciał cię zgwałcić?  

Kiwnęła głową. Przybysz obszedł ją dookoła, jakby chciał się lepiej rozeznać w sytuacji. Zatrzymał się przed nią i spojrzał na knebel w jej ustach. Z takim wyrazem twarzy, jakby dopiero teraz go dostrzegł. Wyciągnął i wsadził sobie do kieszeni.   

– Ach, panie, spadłeś mi jak z nieba – krzyknęła Brandzela, uradowana. – Dziękuję ci za wybawienie mnie z tej przykrej sytuacji. Ale teraz odwiąż mnie szybko i pomóż wstyd zakryć.  

Nieznajomy jednak się nie kwapił. Znów zaczął ją obchodzić dokoła, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.  

– Moja pani hojnie cię wynagrodzi – dodała, choć akurat na to nie liczyła.  

Miała raczej nadzieję na dobre intencje swojego wybawiciela i na to, że w drodze do zamku uda jej się jakoś zbiec. Albo jakiś lepszy plan wymyślić.  

– A kim jest twoja pani? – spytał Drugi.  

– Władczynią całej tej ziemi. Jestem podręczną królowej Izoldy.  

– Królowej Izoldy – powtórzył i przestał wokół niej krążyć. – No, no, ciekawe. Ale nawet jeśli to prawda, co robisz w tym lesie?  

– Zostałam napadnięta.  

– Napadnięta, no tak, ale po co tu lazłaś?  

– Wybrałam się na grzyby – powiedziała Brandzela, bo to jako pierwsze przyszło jej do głowy.  

– Na grzyby, powiadasz? O tej porze roku?  

Istotnie, nie pomyślała o tym.  

– Znaczy po zioła dla mojej pani. Kazała mi pewnych rzadkich ziół szukać.  

– A nie niesiesz czasem jakiejś wiadomości?  

– Wiadomości? – zdziwiła się.  

Skąd on mógł o tym wiedzieć?  

– Jakiej wiadomości? Nic nie wiem o żadnej wiadomości. Za ziołami tu przyszłam.  

– A tak naprawdę?  

– No przecież mówię.  

– Posłuchaj, ja dobrze wiem, po co tu przyszłaś. Przestań rżnąć głupa. Królowa cię wysłała, żebyś zaniosła wiadomość jej kochasiowi. Któremu imię Tristan, psia jego mać. Podły rycerz, który własnego pana zdradził i przeciwko niemu spiskuje. Tak, król Marek o wszystkim wie. I dlatego ja tu jestem. Jako wysłannik króla, mam w jego imieniu złożyć tobie, Brandzelo, pewną bardzo korzystną dla ciebie propozycję. Król proponuje, byś w tej intrydze, która się na dworze rozgrywa, przeszła na jego stronę. I zaczęła od tego, że wyjawisz, co masz do powtórzenia Tristanowi. A potem opowiesz całą historię, po kolei, jak było. Jeśli to zrobisz, król obiecuje, że zapomni o tym, że kiedyś razem ze swoją panią knułaś przeciwko niemu. Zamiast skazać na śmierć, obiecuje okazać ci wyrazy swojej dogłębnej wdzięczności. I obdarować złotem. Co ty na to?  

Na Brandzeli te słowa jakby nie zrobiły większego wrażenia. Nawet nie zapytała, ile tego złota by niby miało być.  

 

 

187 

 

– No dobrze, to posłuchaj mnie teraz uważnie. Tamten dupek już ziemię gryzie. Ale on tu coś zaczął, głupio by było tak zostawić. Powiem ci, jak będzie. Najpierw cię zgwałcę. Raz, a jak dobrze pójdzie, to może nawet kilka razy. A potem zacznę cię lać. O, tym kijem.  

Tu Drugi podjął z ziemi kawał solidnie wyglądającej gałęzi.  

– Połamię ci najpierw palce, u rąk i u stóp – mówił dalej. – A potem ręce i nogi. Język ci odetnę. Chociaż nie, języka na razie nie będę ruszał. Bo bez języka nic mi przecież nie powiesz. Więc na razie zamiast języka paznokcie ci jeden po drugim powyrywam. A jak to nie wystarczy, to poddam cię bardziej wyrafinowanym torturom. O, tego, już wiem, krwawego orła ci zrobię, chcesz?  

Nie chciała.  

– A ty w ogóle wiesz, co to jest?  

Nie wiedziała. To wyjaśnił, że ułoży ją najpierw twarzą do ziemi i przy pomocy kołków i sznura unieruchomi jej ręce po obu stronach i nogi. Po czym ostrzem noża wytnie jej na skórze pleców obrys orła. I posypie solą.  

– Czy ty sobie w ogóle, w tej swojej małej główce – spytał – potrafisz wyobrazić, jak bardzo będziesz cierpiała?  

– Wspominałeś coś o soli – ona na to – prawda?  

– No tak, a co? Wiesz chyba, jak sól działa na otwartą ranę. Czy nie? Poczujesz ból, jakby cię żywcem palili.  

– Ale to znaczy, że co, że masz przy sobie sól?  

Brandzela starała się nie pokazać po sobie, jak bardzo się boi. I powiedzieć to w miarę beztroskim, niemal kpiącym tonem. No bo skąd niby miałby mieć sól?  

– Pewnie, że mam – odpowiedział bez chwili wahania.   

– Pokażesz? – nie traciła nadziei, że blefuje.  

– Czemu nie.  

Wypuścił z ręki kij i wyciągnął zza pazuchy jakieś zawiniątko. Odsupłał i pokazał osłupiałej Brandzeli zawartość. I by nie było już żadnych wątpliwości, splunął sobie na palec, wetknął go w sól, a potem wsadził jej w usta. To znaczy chciał tak zrobić, słony palec do ust wsadzić, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Bo harda z niej sztuka, zmiarkował, a co będzie, jak wpadnie na pomysł, by mu odgryźć? Lepiej nie ryzykować, uznał, i zamiast wsadzać, pociągnął jej samym tylko końcem wokół ust, tak żeby mogła oblizać i poczuć, że to prawdziwa sól, nie żadna podróba.  

– No ale to nie koniec, nie myśl sobie – mówił dalej. – Jak już się zdążysz nacierpieć od tej soli na plecach, toporkiem odetnę ci żebra od kręgosłupa i zrobię z nich skrzydła. To znaczy rozciągnę je szeroko na boki, by wyglądały jak skrzydła orła w locie. Wiesz, gdzie masz płuca, prawda? Pod żebrami. To teraz, jak już będę je miał odsłonięte, wyjmę i rozłożę je na obu skrzydłach. Żałuj, że nie będziesz mogła tego zobaczyć.  

Izoldzie nawet nie przyszło do głowy spytać, czy Drugi aby na pewno ma ze sobą wspomniany toporek. Bo zrozumiała, że to nie żarty. Wpadła w panikę i zaczęła szarpać się na wszystkie strony, choć tylko ją od tego bardziej bolało. Krzyczała, jakby mogła liczyć na to, że ktoś ją w tej głuszy usłyszy. A nawet gdyby tak było, czy ktoś mógłby jej przyjść z pomocą? Drugi najwidoczniej uznał, że nie ma takiego niebezpieczeństwa, bo zamiast wsadzić Izoldzie knebel, powiedział lekceważąco:  

– A krzycz sobie, dziecko, krzycz. A ja posłucham. Mi to nie przeszkadza. Mnie to nawet – uśmiechnął się – przyjemność sprawia.  

Odsunął się nieco od Brandzeli, usiadł na kamieniu i z widocznym zainteresowaniem przypatrywał się krzyczącej, jakby to był jakiś występ artystyczny. Tak mu przyszło do głowy, bo widział kiedyś na jarmarku. Podobny występ, z pewnymi tylko różnicami. Tam był mężczyzna, nie kobieta. Ubrany, nie nagi. Ale podobnie przywiązany. Do majowego pala. Nie tylko za ręce, ale i nogi. Stojący obok niego, za kata przebrany facet zachęcał zgromadzonych gapiów do tego, by sprawdzić, czy krępujące więźnia sznury są dobrze zaciągnięte. Ludzie macali i potakiwali, że tak, że solidne więzy. To teraz, oznajmił kat, będziecie świadkami cudu. Zobaczycie, jak ten zuch piorunem się z więzów wywinie. I rzeczywiście, przywiązany zaczął się mocować i wyginać i po kilku chwilach był wolny. Ciekawe, czy ta tutaj też by dała radę.  

Ale Brandzela szybko opadła z sił i się uspokoiła. Udał rozczarowanie:  

– Już się poddajesz? Jaka szkoda. Co, dotarło wreszcie, w jak beznadziejnym jesteś położeniu? Nikt ci nie pomoże. Jesteśmy sami. Ty i ja. I mamy dla siebie dużo czasu. Więc czy chcesz, czy nie, i tak wszystko mi wyśpiewasz. Pytanie tylko, czy wolisz zrobić to od razu i zachować swoją piękną buźkę i tak dalej, czy wolisz cierpieć, że największemu wrogowi bym nie życzył. Tak czy siak, efekt końcowy będzie jednaki. Z tą tylko różnicą, że jeszcze masz możliwość przyjęcia hojnej oferty króla Marka. Potem jego propozycja utraci termin ważności. I jak już wszystkiego się dowiemy, to tylko będziesz mogła mnie błagać, bym cię dobił, od cierpienia wreszcie uwolnił.  

Drugi wstał z kamienia i podjął z ziemi kij. Ten sam, którym groził jej wcześniej. Zaszedł swoją ofiarę od tyłu i uderzył kijem kilka razu w pień brzozy, na wysokości jej ramion. Jakby chciał nacieszyć się tym tępym odgłosem. I jednocześnie dać jej przedsmak tego, co poczuje, kiedy kij zacznie miażdżyć jej palce. Potem stanął na wprost przed nią i macał jej ciało kijem tak, jakby to było przedłużenie jego ręki.  

– To co – spytał – dogadamy się jakoś?  

Nagle z góry doszedł ich jakiś hałas. Ale nie tak, jak poprzednio, tym razem były to dźwięki bardziej zdecydowane, głośne i metaliczne, jakby kto szedł z garnkami i się wywalił. W Brandzelę wstąpiła nadzieja i znowu zaczęła krzyczeć. Jej oprawca nie zwrócił na to uwagi. Wbiegł na grzbiet, skoczył i zniknął. Znowu odgłosy walki, jak za pierwszym razem, kiedy zjawił się drugi oprawca. Zakończone znajomymi piskami zarzynanego zwierza.  

Po chwili do jaru zszedł trzeci.  

 

 

188 

 

– Najpierw długo nic nie chciała powiedzieć – powiedział Pierwszy. – Milczała jak ryba w grobie.  

Właśnie stał przed Izoldą i zdawał jej raport z przebiegu zdarzeń w lesie.  

– Dopiero kiedym ją przywiązał do drzewa, obnażył i obiecał, że zgwałcę, zaczęła mówić.  

– Co dokładnie powiedziała? – zapytała niecierpliwie Izolda. – Powtórz dokładnie, słowo w słowo.  

– Pamiętam dobrze, co powiedziała. Najpierw upewniła się, że jej nie zhańbię, jeśli powie całą prawdę. Że mam obiecać. To co miałem robić, obiecałem. A ona dalej tak mówi: W istocie, zasłużyłam na gniew mojej pani, królowej Izoldy. Ale jedną tylko przewiną. Kiedy opuszczałyśmy Irlandię, obie z królową szykowałyśmy się na ślub. Ona na swój w królem Markiem, a ja, choć jeszcze nie znałam swego wybrańca, wierzyłam w to, że na nowym dworze znajdę sobie godnego kawalera. Z tego powodu obie miałyśmy nasze cenne skarby, koszule jak śnieg białe, specjalnie na noc poślubną tak wyszykowane i głęboko schowane. Ale podczas przeprawy przez morze doszło do niefortunnego wypadku, w wyniku którego koszula godowa Izoldy się zniszczyła. To znaczy nie dość, że się podarła, to jeszcze splamiła. To co miałam robić, kiedy Izolda została królowi Markowi zaślubiona? Na ich noc poślubną użyczyłam jej mojej koszuli. Która była nietknięta. Oto jedyna wina, jakiej się dopuściłam. I jeśli mam umrzeć, przekaż królowej, że jej wybaczam, bo pewnie nie zła wola, lecz jakieś nieznane mi okoliczności sprawiły, że musiała w swej mądrości taką a nie inną podjąć decyzję. Wybaczam i składam ci moje życie w ofierze, tak powtórz. I dziękuję za całe dobro i miłość, których od ciebie pani za życia zaznałam. Zapamiętasz? Tak powiedziała Brandzela, a ja wszystko zapamiętałem i wiernie tu powtórzyłem.  

Pierwszy urwał i podjął po chwili:  

– Potem, tak jak jaśnie pani kazała, mój koleżka, znaczy Drugi, się za nią wziął. Żeby sprawdzić, czy czegoś więcej nie da się z niej wycisnąć. Wcześniej, tak jak się umówiliśmy, odszedłem od Brandzeli na tyle, że nie mogła mnie widzieć, i tam udaliśmy, że Drugi mnie zabija. Poszedł do niej z nożem spływającym krwią szczura, którego wcześniej złapał i przyniósł w kieszeni. Zarżnął, że niby mnie. Jakiś czas jeszcze siedziałem na skraju urwiska, schowany za krzakami, słuchałem, co mówią. Ale jak tylko panienka dowiedziała się, że Drugi jest człowiekiem króla, w ogóle nie chciała z nim gadać. On jej te hojne propozycje, królewska wdzięczność i bogactwo, a ona nic, ani słowem już się nie odzywała. A ja, jak się umawialiśmy, przyleciałem tu szybko na koniu Drugiego, zdać raport.  

Izolda z niepokojem zastanawiała się, co ten człowiek mógł zrozumieć z opowieści o dwóch koszulach, czystych, nieskazitelnie białych. Czy mógł pojąć ukryty za nimi sens? Zajrzała mu głęboko w oczy i uznała, że nie. Że rozumie z tego tyle, co usłyszał i nic więcej. Uspokoiło ją to. Rozkazała mu wrócić do lasu, natychmiast przerwać znęcanie się nad jej kochaną Brandzelą i ją tu bezzwłocznie sprowadzić. Żeby mogła jej te przykrości czym prędzej wynagrodzić.  

A kiedy Pierwszy wyszedł, pogrążyła się we wspomnieniach. Jak to było, w tamtą noc weselną. Jak udało im się z Brandzelą ten sekretny plan z sukcesem przeprowadzić i upewnić króla w przekonaniu, że towar, za który zapłacił, dostał w stanie nienaruszonym.  

 

 

189 

 

Pierwszy nie mógł spełnić polecenia Izoldy, choćby nie wiadomo jak bardzo chciał. Bo kiedy wrócił do jaru w lesie, zastał tam jedynie zwłoki Drugiego. A poza tym nikogo. Zwłaszcza po Brandzeli ani śladu.  

Właśnie, ślady, pomyślał i zaczął szukać. Znalazł wgłębienia po kopytach jakiegoś obcego konia nad jarem, a na dnie jaru odciski skórzanych ciżemek okrytych stalowymi sabatonami o ostrych szpicach. Domyślił się z tego, że Drugiego musiał odwiedzić jakiś rycerz w pełnym rynsztunku. Ciekawe kto? Może Tristan?  

W tym momencie usłyszał za sobą jakiś ruch. Odwrócił się i zanim zdążył cokolwiek zobaczyć, silny cios pozbawił go przytomności. Kiedy się ocknął, stał przywiązany do brzozy, mniej więcej tak jak wcześniej Brandzela. Przed nim stał jakiś rycerz z mieczem w dłoni i służką Izoldy u boku.  

– O, jesteś już, świetnie – powiedział rycerz tonem na pozór tak beztroskim, jakby to było umówione wcześniej spotkanie dwóch znajomych podczas spaceru w lesie. – Jak się czujesz?  

– Dobrze – odpowiedział Pierwszy – tylko głowa boli.  

– Nic się nie martw, do wesela się zagoi. A ty w tym czasie powiesz nam grzecznie wszystko to, co chcemy wiedzieć. Kim jesteś i skąd się tu wziąłeś?   

Nie potrafił rozpoznać, kim jest rycerz. Jego twarz przesłaniał sporych rozmiarów nosal hełmu.  

– Pracuję w lesie, panie – zaczął. – Przechodziłem tędy, natknąłem się na zwłoki i nawet nie zdążyłem pomyśleć, co robić, gdy…  

Nie zdążył dokończyć, gdy poczuł w boku dotkliwe uderzenie płazem miecza.  

– Widzę, że nie rozumiesz powagi sytuacji – usłyszał.  

Rycerz odłożył miecz na ziemię i podjął z niej kij.  

– Wiesz, po co mi ten kij? – zapytał.  

– Do bicia?  

– O, domyślny jesteś, kiedy tylko chcesz. To domyślasz się również, co byśmy chcieli od ciebie usłyszeć. Żeby ci w tym pomóc, przyłożę ci tym kijem na początek kilka razy. Od czego wolisz zacząć, od łamania rąk czy nóg?  

– Litości panie, błagam. Już mówię, jak było, po kolei.  

I rzeczywiście, opowiedział wszystko tak, jak się wedle jego wiedzy działo. Łącznie z tym, jaki był podział ról między nim a Drugim, co dokładnie powtórzył królowej, kiedy zostawił Drugiego z Brandzelą i z jakimi nowymi instrukcjami teraz przyjechał. Brandzela ucieszyła się wielce z tych instrukcji, bo zrozumiała, że jej problem został rozwiązany. Wystarczy teraz poprosić tego szlachetnego rycerza, żeby pozwolił jej wrócić do zamku. Albo najlepiej, żeby sam ją tam odeskortował. I wszystko będzie jak dawniej?  

– Pani – zwrócił się rycerz do Brandzeli – jak oceniasz to, co tu od tego człowieka usłyszeliśmy? Czy według ciebie powiedział nam całą prawdę?  

– Myślę, że tak – odpowiedziała.  

– Czy chcesz go jeszcze o coś zapytać? – zapytał.  

Brandzela po chwili namysłu pokiwała przecząco głową. Rycerz odrzucił na bok kij i schylił się po swój miecz. Zamaszystym ruchem podniósł go wysoko w górę i spuścił na głowę Pierwszego, przecinając ją dokładnie na połowę, od czubka głowy po obojczyk. Brandzela krzyknęła z przerażenia, a po chwili zamilkła. Bo straciła przytomność. Nawet nie zdążyła zauważyć, jak to się stało. W jednej chwili miała jeszcze przed oczyma wypełniającą się czerwonym płynem szparę między dwoma połówkami twarzy Pierwszego, w drugiej już jej nie było.  

 

 

190 

 

Następnych kilka dni spędziła w jakiejś ciemnej ziemiance, w której się ocknęła. Dwa razy dziennie przychodził do niej ktoś z jedzeniem i piciem. Zabierał nieczystości. Nie wiedziała, kto. Twarz zasłonięta kapturem z małymi otworami na oczy.  

Miała dużo czasu na myślenie. Nie tyle o rycerzu, bo o nim nadal nic nie wiedziała, więc nie miała jak snuć domysłów w kwestii tego, czego od niej mógł chcieć. Myślała o swojej pani. Która to wszystko zaplanowała, na tak okrutną próbę ją wystawiła. Załóżmy, że uda mi się do niej wrócić, zastanawiała się, co wtedy? Przyjmijmy, że ona rzeczywiście się na mój widok ucieszy. A ja? Co ja miałabym zrobić? Żądać wyjaśnień? Przeprosin? Opuścić ją i wrócić do Irlandii? Ucieszyć się z tego, że ona się cieszy i spróbować o wszystkim zapomnieć?  

Kiedy w końcu zjawił się znajomy rycerz, nadal nie była pewna, jak ma się zachować. Bo naraz taka myśl jej zaświtała – a co, jeśli ten trzeci też jest częścią zaplanowanego przez Izoldę spisku?  

Rycerz przeprosił, że tyle to trwało. Wyjaśnił, że musiał zdobyć przystęp do królowej, by z pierwszej ręki dowiedzieć się, o co chodzi. No i teraz wszystko już jasne. Brandzela wraca na zamek, bo Izolda niczego bardziej nie pragnie. Niech zatem się zbiera, niech na koń, którego dla niej wyszykował, wsiada i razem z nim jedzie.  

Przy okazji przedstawił się jako Pal Omides. Tym razem nie miał na twarzy nosala, więc Brandzela szybko go rozpoznała. Jako rycerza, który kiedyś, jeszcze w Irlandii, starał się o względy Izoldy. Ale, mimo iż specjalnie dla niej zwyciężył w prestiżowym turnieju, został odprawiony z kwitkiem. Czego on tu może znowu szukać, zastanawiała się. Czy to możliwe, że chodzi mu o Izoldę? Przecież Izolda jest teraz królową, a król Marek jest jej mężem. To jak?  

 

 

191 

 

O tym, co zaszło na dworze, dowiedział się Tristan w dniu, w którym miał wsiąść na statek, by opuścić Kornwalię. To znaczy na początek tylko o tym, co się wydarzyło między Markiem a Palem Omidesem. A okoliczności przyczyn tego zajścia, czyli to, co wcześniej w trójkącie między Izoldą, Palem i Brandzelą się rozegrało, miał poznać później.  

O spotkaniu Omidesa z Markiem opowiedział mu Kurwenal, który miał na zamku swojego zaufanego, dobrze opłacanego człowieka. Spotykał się z nim regularnie, by trzymać rękę na pulsie. Wiadomości, które w ten sposób do nich dotarły, zupełnie pokrzyżowały im plany. W dodatku były tak niebywałe, że nie wiedzieli, co o nich myśleć. Brzmiały mniej więcej tak:  

Wczoraj późnym popołudniem zjawił się na zamku niezapowiedziany gość, który przestawił się jako Pal Omides. Nazwisko dużo mówi, każdy o nim słyszał, bo cieszy się sławą jednego z najlepszych rycerzy króla Artura. On sam określił się jako rycerz błędny, czytaj błądzący po świecie w poszukiwaniu wyzwań lub wszelkich przygód. Z których służenie będącym w potrzebie damom zajmuje poczesne miejsce. No i tak się składa, powiedział, że na tej ziemi znalazłem okazję, by zaznać przygody służąc twojej, wasza wysokość, małżonce.  

Jako że działo się to w przytomności dworzan, od razu do wszystkich dotarło, że dzieje się coś dziwnego. Po pierwsze, nieznajomy tak bezpardonowo przechodząc do tematu żony króla wyraźnie coś pogwałcił. Choć nie do końca było jasne, co. Po drugie, rycerz zamiast się przed audiencją rozbroić, jak nakazywała obowiązująca na dworze etykieta, pozwolił sobie przemawiać do króla w pełnym, bojowym rynsztunku. Nawet hełmu z głowy zdjąć nie raczył.   

– Która za to, co dla niej zrobiłem – kontynuował przybysz – obiecała spełnić każde moje życzenie.  

– Tak? – zapytał król, przeciągając głoski, by zyskać na czasie i zebrać myśli. – A co dla niej, Palu Omidesie, właściwie zrobiłeś?  

– Tego niestety, miły królu, nawet tobie wyjawić nie mogę – wyjaśnił Omides, krzywo się przy tym uśmiechając. – Obowiązuje mnie w tej materii ścisła tajemnica.  

– No dobrze, i co dalej? – chciał wiedzieć król.  

Spieszno mu było do zakończenia tego niewybrednego, jak mniemał, żartu.  

– No i przyszedłem tu do ciebie, by wyjaśnić status owej obietnicy. I poprosić, byś ty, jako że małżonka jest twoją własnością i nie może tak do końca sama o swoich sprawach stanowić, byś ty jako jej władny opiekun przejął na siebie, jak zwyczaj nakazuje, wypełnił wszelkie wynikające z jej przyrzeczenia zobowiązania.  

– Do czego zmierzasz?  

– Do tego, wasza wysokość, byś uznał, że jej zobowiązanie do spełnienia każdego mojego życzenia jest tak naprawdę twoim zobowiązaniem wobec mnie.  

 

 

192 

 

Marek nakazał wezwać Izoldę. Kiedy się zjawiła, zapytał ją, czy rzeczywiście złożyła temu tu oto rycerzowi obietnicę, na mocy której zgodziła się wypełnić każde jego życzenie, jakie będzie w jej mocy.  

Kurwenal wtrącił tu, że to, co zaraz wyjawi, będzie wstrząsające, ale pragnie wszystko opowiedzieć dokładnie tak, jak usłyszał, byś miał, Tristanie, jak najszerszy i zarazem szczegółowy ogląd sytuacji, jak się wyraził.  

– Tak, panie mój i mężu, w istocie – potwierdziła Izolda – dałam mu takie przyrzeczenie.  

Król, jak to się mówi, poczuł że krew odpływa mu z twarzy. Zbladł tak wyraźnie, że trudno było tego nie dostrzec. Podziękował Izoldzie i kazał jej odejść. Rozważał coś przez długą chwilę w głębi swojego umysłu.  

– Panie rycerzu – powiedział w końcu – skoro królowa taką tobie obietnicę złożyła, czuje się w obowiązku ją wypełnić. Powiedz, czego sobie życzysz.  

– Bardzo ci panie dziękuję za przyjęcie na siebie zobowiązania twojej małżonki. Jednocześnie oświadczam, że moim życzeniem jest właśnie ona.  

– Znaczy kto? – zdziwił się Marek.  

– Twoja żona Izolda znaczy. Jedynym moim życzenie jest, byś mi ją dał.  

– Dał? – Marek nadal nie rozumiał. – W jakim sensie?  

– Dosłownym, miły panie – wyjaśnił Pal. – Daj mi Izoldę i pozwól, bym sobie ją wziął w sensie takim, żebym mógł przez nikogo nie zatrzymywany odjechać z nią, dokąd zechcę. Jeśli to zrobisz, uczynisz ten dzień najszczęśliwszym w moim życiu, albowiem niczego więcej nie pragnę niż Izoldy.  

Cisza, jaka zapadła po tych słowach, była długa i dojmująca.  

– Ależ, panie rycerzu – wyjąkał w końcu król. – Czy zdajesz sobie sprawę z tego, o co prosisz? Chcesz być szczęśliwy nie bacząc na to, ile nieszczęścia mi tym swoim szczęściem wyrządzisz? Czy nie rozumiesz, że jeśli oddam ci moją królówkę, okryję się hańbą?  

– Oczywiście, ja to wszystko rozumiem, szanowny mój panie – powiedział spokojnie Omides. – Niemniej miarkuj, proszę, że moje szczęście dużo mi bliższe niż twoje. Miłuję Izoldę i nie oddam ci jej, choć byś mi w zamian całe swoje królestwo próbował ofiarować. Ale honor każe mi podpowiedzieć tobie, że masz jedno wyjście, które może ci wrócić małżonkę. Możesz wysyłać za mną swoich rycerzy, jednego po drugim, ilu zechcesz. Jeśli któryś z nich zdoła mi Izoldę odebrać, będzie twoja. Z pewnością znajdą się wśród twoich poddanych tacy, którzy nie będą się bali zewrzeć ze mną w uczciwym, rycerskim pojedynku.  

Tu Omides potoczył wzrokiem po zgromadzonych, próbując wejrzeć w ich oczy, w każde po kolei. By sprawdzić, czy może liczyć z ich strony na jakieś zagrożenie. Król zrobił to samo z nieśmiałą nadzieją. Ale każdy z rycerzy w zakłopotaniu wzrok odwracał i udawał, że nie rozumie, co się tu wyrabia. Król, kiedy to zobaczył, stracił nadzieję i cóż, zgodził się na wszystko. Polecił Izoldzie przygotować się do drogi, a potem Omidesowi z nią odjechać.  

 

 

193 

 

Kiedy Tristan to usłyszał, od razu zrozumiał, że o żadnym wyjeździe na razie nie może być mowy. Że trzeba najpierw ratować Izoldę. Bo jak inaczej, zostawić ją Palowi na pohańbienie? Tristan słyszał kiedyś plotkę, że Omides jest z pochodzenia Saracenem. A ci barbarzyńcy podobno mają w zwyczaju nabijać swoje ofiary na pal. Takiego losu Tristan nikomu by nie życzył. A zwłaszcza sobie. Jako że Izolda to przecież on. Znaczy ona. Albo oni. I choć do logiki toku jego myśli można mieć oczywiste zastrzeżenia, oczywistym było, iż nie można tak tego zostawić.  

To jedno. A drugie, bardziej nawet nie dające Tristanowi spokoju, to poznać odpowiedź na pytanie, w jaki sposób udało się Palowi uzyskać od Izoldy to bezwarunkowe przyrzeczenie. Że spełni każde jego żądanie. Przecież to brzmi niedorzecznie. I od razu nasunęło mu się kolejne, jeszcze trudniejsze pytanie – czy Omides uprowadził Izoldę wbrew jej woli, czy za jej przyzwoleniem? A może wręcz życzeniem?  

Tu Ben urwał i wstał z podłogi mówiąc, że musi nalać sobie wina. Popatrzył na nasze kieliszki i dodał, że nam też.

 

 

Marek Gajdziński


 

CZYTAJ TEŻ