O samobójstwie

przełożył
Piotr Skalski


 

Przed popełnieniem samobójstwa upraszam, by mi dano pewność bycia, chciałbym stać się pewnym śmierci. Życie zdaje mi się niczym więcej niż zgodą na pozorną czytelność rzeczy i wiązanie ich ze sobą w duchu. Już się nie czuję nierozkładalnym kłębowiskiem rzeczy, śmierć, uzdrawiając nas, oddziela nas od natury, co jednak wtedy, gdy przestałem być czymkolwiek więcej niż igraszką cierpień – taką, w której rzeczy nie uchodzą? 

Jeśli się zabiję, to nie po to, by się unicestwić, lecz by odtworzyć siebie, samobójstwo będzie dla mnie tylko środkiem gwałtownego odzyskania siebie, gwałtownego wdarcia się w mój własny byt, sposobem, by wziąć górę nad niepewnie górującym Bogiem. Samobójstwem wprowadzam ponownie mój zamysł w przyrodę, kształtuję rzeczy po raz pierwszy w zgodzie z moją wolą. Uwalniam się od warunków narzucanych mi przez narządy, tak niedobrane do mej jaźni, a życie przestaje być dla mnie absurdalnym splotem zdarzeń, w którym myślę to, co każe mi się myśleć. Wybieram zatem moją własną myśl i wybieram orientację moich sił, moich skłonności, mej rzeczywistości. Sadowię się pomiędzy pięknem i brzydotą, między dobrem i złem. Zawieszam się, bez żadnej inklinacji, neutralny, nękany przez równowagę dobrych i złych pokus. 

Albowiem samo życie nie jest rozwiązaniem, nie ma w życiu żadnego rodzaju istnienia, które byłoby wybrane, przyjęte, określone. Jest ono wyłącznie ciągiem żądz i skłóconych sił, drobnych sprzeczności, które sięgają lub chybiają celu w zależności od tego, jak zdecyduje wstrętny traf. Zło rozkłada się nierówno wśród ludzi, tak samo jak geniusz, jak szaleństwo. Dobro i zło są wytworami okoliczności i mniej lub bardziej gorączkowego fermentu. 

Być stworzonym, żyć i czuć siebie w najmniejszych zakamarkach, najbardziej nieprzemyślanych rozgałęzieniach własnego nieusuwalnie określonego bytu, to rzecz niewątpliwie wstrętna. Jesteśmy koniec końców tylko drzewami i prawdopodobnie w którymś z odgałęzień drzewa mojej rasy został zapisany dzień, w którym się zabiję. 

Sama idea wolności samobójstwa przewraca się jak ścięte drzewo. Nie stwarzam ani czasu, ani miejsca, ani okoliczności mego samobójstwa. Nie wynajduję nawet jego myśli, więc czy poczuję jego wstrząs? 

Możliwe, że mój byt w owej chwili ulegnie rozkładowi, ale jeśli pozostanie nietknięty, to jak zareagują moje zrujnowane narządy, dzięki jakimż to niespotykanym narządom uda mi się zarejestrować rozdarcie? 

Odczuwam na sobie śmierć jak falę, jak migawkowy skok pioruna o niewyobrażalnej mocy. Czuję śmierć nabitą rozkoszami, rozwirowanymi labiryntami. Gdzież w tym wszystkim jest myśl o moim bycie? 

Ale oto nagle Bóg niby pięść, niby kosa tnąca światłem. Własnowolnie oddzieliłem się od życia, chciałem popłynąć pod prąd losu! 

Dysponował mną ten Bóg do absurdu; żywego mnie trzymał w próżni zaprzeczeń, zawziętym wypieraniu się siebie, zniszczył we mnie życie myślące, życie odczuwane, w jego najmniejszych porywach. Zrobił ze mnie chodzący automat, lecz automat taki, który w swej nieświadomości odczuwa pęknięcie. 

I oto chciałem wykazać się życiem, chciałem połączyć się z rezonującą realnością rzeczy, chciałem przełamać moje fatum. 

A ów Bóg co na to? 

Nie odczuwałem życia, krążenie idei moralnych przypominało wyschły potok. Życie nie było dla mnie żadnym przedmiotem, żadnym kształtem; stało się ciągiem rozumowań. Ale były to rozumowania napędzane próżnią, rozumowania jałowe, pełniące we mnie rolę możliwych „schematów”, których mocą woli nie umiałem zatrzymać. 

Nawet by osiągnąć stan samobójczy, muszę czekać na powrót mojej jaźni, potrzebuję wolnej gry wszystkich przegubów mego bytu. Bóg zanurzył mnie w rozpaczy, w konstelacji martwych punktów, która promieniuje ku mnie. Nie mogę ani umrzeć ani żyć, i nie mogę nie pragnąć, by umrzeć albo żyć. I wszyscy ludzie mają tak jak ja. 

 

[Le Disque vert, styczeń 1925] 

Antonin Artaud 


 

CZYTAJ TEŻ