Czuła się, jakby ją coś wypluło. Ze studenckiego mieszkania prosto w trzewia obcego miasta i to nie była Bruksela, czy Miami, ani nawet nie był to Wiedeń. Choć dziwnie Wiedeń przypominał, od kiedy przyjechała tu dwa tygodnie temu, nie bywając z jakiegoś powodu od dziesięciu lat. Może, może to z powodu remontu wszystkiego we wnętrzu tego miasta, paraliżu rozkopanych ulic trwającego blisko dekadę. Może. A może postanowiła podświadomie oszczędzić sobie możliwych zagmatwań i zwrotów akcji, które to miasto było skore jej fundować.
Remont zrobiony, nowe dekoracje powieszone, a skutek, jak wcześniej, ten sam – opłakany. Dosłownie – chciało jej się płakać, ale czuła się też mocno przyblokowana w bodźcach, wyczulona na to, jak jest odbierana z zewnątrz, zagrożona. Bez wątpienia miała rozległy atak paranoi, przecinany uderzeniami panicznego lęku. Wspaniale – pomyślała, solidne wrażenia jak na czterdzieste czwarte urodziny.
Zabawny odrobinę, choć zarejestrowany jednak w retrospekcji, był fakt, że znalazła się w nobliwej, mieszczańskiej kawiarence o nazwie Plan. Tymczasem w ogóle, zupełnie nietypowo, nie miała planu, bo to miasto postanowiło zabierać i rozczłonkowywać jej plany, jakby to nie były misterne konstrukcje złożone z płaszczyzny zawodowej, nad którą subtelnie miała nadbudowywać się płaszczyzna towarzyska, a gdzieś pomiędzy wciśnięty został dla niepoznaki rozwijający się afekt, tylko jakieś przypadkowe fraktale układane o czwartej nad ranem z pozostałości na kuchennym stole pozornie uroczego studenta sztuki. Chociaż trzeba przyznać, że tym razem ten plan nie był pierwotnie dopracowany. Był to plan uproszczony i puszczony na sposób, który zwykła określać: tyle już przeżyłam, zorganizowałam, doświadczyłam, że nawet jeśli mi tu coś wyskoczy, to i tak przekujemy to w część planu.
Otóż nie. Nie tym razem.
Zadzwoniła: – Halo – on trochę rozlazły w słuchawce, to któryś telefon z rzędu, od kiedy opuściła jego mieszkanie. – No halo, jestem tutaj. – Aaaa, pisałem ci, nie mogę jednak przyjść. Przepraszam. – Zamurowało ją. Po raz kolejny tego poranka, po prostu ją wryło. Nie przywykła do takiego traktowania. Rozłączyła się. Posiedziała chwilę przycupnąwszy na parapecie kawiarni, popatrzyła w kawę – to była chyba szósta z kolei, a nie było jeszcze dwunastej. Tak bardzo chciała się obudzić, wyjść stąd i pojechać do siebie. Pojechać do Warszawy. Ale nie mogła się ruszyć, jej ciało nie działało jak zwykle, nic nie działało jak zwykle. Zamurowało ją. Dosłownie.
Bermudzkie trójkąty są chyba w każdym mieście. Kamienica, w której znajdowało się jego mieszkanie również była niejako wpisana w trójkątny zbieg ulic w dzielnicy, której nie znała, jak i zresztą większości tego miasta. Zanim wczoraj wpadła w to pole magnetyczne, poniekąd zdając się na niego, sama z własnej woli przyjechała do tej stolicy Wielkopolski. Przyjechała na swoje własne urodziny. Na swój popaprany sposób postanowiła je spędzić na kolacji, na którą zaprosiła jego – widzianego dwa razy w życiu, młodszego o dziewiętnaście lat chłopaka. – Super, to zobaczymy się w niedzielę. Będzie też mój tata.
– No nie. Pani Aniu! To znaczy: pani Ewo! – zareagowała na to jej terapeutka. – To jedna z najdziwniejszych rzeczy, jaką kiedykolwiek słyszałam!
No nie. Nie, nie, nie, nie. Kiedy przyjechała dwa tygodnie wcześniej, na kolacyjne tête-à-tête wparowało nagle dwóch jego kumpli. – No hej, hej, słuchaj, tam już nie bardzo jest miejsce – mówi jeden, duży, masywny, trochę jowialny, tak jakby zachodząc go siedzącego z boku, drugi – groteskowo znacznie mniejszy, zachodzi go od drugiej strony i też tak jakby ogarnia. – A, nie ma miejsc? My tu tak siedzimy, bo mega długo podawali dania. – Spojrzenie w jej stronę. – Ale chcemy jeszcze gdzieś iść dalej, się napić? – Spojrzenie. – Może do Bociana? – Na kumpli.
Po wyjściu z restauracji, na placu zamkniętego bazarku przed, on jeszcze zajawiony nią jakby. Robi skręta, pali, pali, pali, wypuszcza chmury dymu, skręta nie wypuszcza, a kiedy wypuszcza, to w przeciwnym kierunku do niej. No dobra – mówi do siebie w głowie. – Może to brak obycia, a może jest skoncentrowany na sobie, a może wcale nie chce, żeby się z nimi upaliła. Ona czuje się jak profesorka, która przynosi kombatanckie historyjki o starej artystycznej gwardii, starszej nawet od niej. Oni starają się chyba jednocześnie wyluzować, zaimponować, nie przesadzić z luzem, nie wyjść zbyt oficjalnie. Natomiast on, on obok niej, z każdym zaciągnięciem jakby część po części odłącza się.
Natomiast ją, ją teraz ewidentnie trzepnęło, solidnie, jak obuchem przez środek czaszki. I po co to sobie robić? – No to idziemy – pada komenda z jego ust. Oni we trzech już pędzą przed siebie, a ona za nimi drobi i już zaczyna czuć tę różnicę wieku w ciele, chociaż ma dobrą kondycję, sporo ćwiczy, jest w formie przecież. I gdzie oni tak biegną? Do tego Bociana? Co za absurd. Co tam jest takiego? – Chodzi o to, Ewa, że tam nic nie ma. I w związku z tym możemy swobodnie rozmawiać.
I przez większość wieczoru on milczy, a ona jak nakręcona rozmawia z jego kumplami. Sytuacja jest naprawdę dziwna. Siedzą w ciemnej piwnicy, pod wielkim monitorem, na którym lecą teledyski z lat 80- i 90-ych, i oni uważają to za najlepszą rozrywkę ever. Ona to poniekąd rozumie, takie podejście było już modne, kiedy była w liceum, więc to jest taka podwójnie zapośredniczona moda, siłą rzeczy ten postmodernizm się utwierdza/reprodukuje, to banalne i smutne jednocześnie, jak wszelkimi siłami młodość chce być sarkastyczna i wywrotowa. W tle wesoła melodyjka, na ekranie – Modern Talking, jakiś teledysk kręcony w Los Angeles, w tle napis „Hollywood”.
Ona, rozochocona ziołem, maskująca ten cały awkwardness i swoją lekką panikę anegdotami i czym tam się da, tym, że: a wiecie, mieszkałam kiedyś z widokiem na ten napis, och, Hollywood, co za straszny syf ostatecznie! On się patrzy na nią wzrokiem w rodzaju: może już się nie przechwalaj przed studentami wycieczkami, albo nie wiadomo jakim, w każdym razie – nie robi to na niej wrażenia, a może wręcz przeciwnie.
– Modern Talking to mój ulubiony zespół – mówi chyba zaczepnie. Jest to jakoś smutne i niepokojące, że próbuje ją w ten sposób sprowokować. Co jej innego pozostaje niż odebrać to jako mocno niedojrzałe – trudno nie przyznać, że cała sytuacja z kolegami robi się po prostu coraz bardziej głupia. Kiedy oni idą do baru, ona takim ciotczynym gestem poklepuje siedzenie fotela obok siebie – jakby psa zachęcała do wskoczenia. On jednak tam w sumie chętnie przyskakuje, a ona naprawdę już sama nie wie, czy chce tego, czy nie. Koledzy wracają, on zostaje koło niej i zaczyna opowiadać o tym, że ostatnio pierwszy raz wybrał się na randkę z Tindera. No to my, że gratulacje. – I dziewczyna przyniosła ze sobą młotek, powiedziała, że to na wszelki wypadek, żeby mogła się przede mną bronić. Patrzy badawczo po nas i chce chyba kontynuować, ale właściwie nikt nie jest tą historią zainteresowany. Koledzy wyraźnie zainteresowani są nią, a ona ze zrozumiałych względów uważa ten temat za co najmniej dziwny. – Filip, a ile lat miała ta dziewczyna? – pyta zaczepnie Kuba – No, tak dwa… – zawiesza się. – …naście – kończy ona i koledzy zaczynają się śmiać. On się nie śmieje.
W Planie minuty mijają powoli. Każda z nich otwiera mały portal do wewnętrznej pustki, do wewnętrznych pustek. Ona zabrnęła w minuty i nie jest w stanie pojąć, że on po prostu nie przyjdzie, chociaż powiedział, że przyjdzie. On powiedział, że przyjdzie, a teraz on będzie remontował swoją galerię, której nie ma. Ona za to ma galerię naprawdę. Tylko w innym mieście, w Warszawie i jej tam teraz nie ma, ponieważ siedzi przed Planem i to nie jest Pan B w Warszawie, z którego miałaby stosunkowo blisko do siebie, i czeka na niego, chociaż wiadomo już, że nie przyjdzie. Myśli, że on anulował, zamknął właśnie wszystko i że trzeba się z tego wydostać, ale nie da się, ponieważ on jest kluczem do wyjścia z tej sytuacji. A ona nie ma go teraz w ręce.
– Więc w nawiązaniu do twojej wystawy, z okazji urodzin, daję ci ten tematyczny prezent – ogłasza na rozpoczęcie kolacji we dwoje. Wystawa jest o lekach. Truciznach i narkotykach. Planuje zaprosić do niej jego kumpla Kubę. Zaiste, dobry wykonuje product placement ten zagadkowy chłopak. Prezent w opakowaniu po Teraflu, boże jaki on jest młody, młodością naiwnie cyniczną, niedoświadczaną w Warszawie. Jest ładny i nieporadny. Udaje dzikiego? Może i jest.
W pudełku są: mała butelka whiskey, dziwna czarna substancja i papieros. Tyle z tego pamięta. – To jest whiskey, które zrobił mój tata. A shijalit właściwie też polecił mi mój tata. Pamiętasz, skosztowałaś w pracowni, to trzeba dawkować ostrożnie. – I papieros, ostatnio wypaliłam ci wszystkie.
Pędziła tutaj z dworca, on wybrał restaurację. Jest po dwudziestej pierwszej i chyba zaraz będą zamykać. Pałaszują swoje dania, ona bierze wino dla niego i dla siebie. Zaprosiła go. On zaczyna mówić o jakiejś swojej koleżance znowu, coś dużo tych koleżanek, i kolegów, no cóż. I że mogą ją razem potem odwiedzić, jest Egipcjanką, artystką i w ogóle jest świetna – Musisz ją poznać.
„Wolałabym nie” przelatuje jej w głowie. Przy rachunku okazuje się, że nie można płacić kartą, tylko gotówka i blik. A ona ma kredytową, z której nie może zrobić blika, więc płaci on. Czuje, że to zwiastuje kłopoty – zawsze z tymi mężczyznami zaczynają się kłopoty, gdy ona nie może zapłacić. I w dodatku go zaprosiła – paradne. On trzeźwo zaznacza, że będzie potrzebował zwrotu, bo jest tylko biednym studentem. Albo jeszcze gdzieś pójdziemy i ona wtedy stawia. Denerwujące są te finanse, bo w tym szaleństwie ma dosłownie na styk na hotel. Oczywiście joint na rozluźnienie to nie jest w tym momencie najlepszy pomysł. Palą i idą do hiszpańskiego tapas.
Jest ciemnawo, karta fajna, bierze sery i dzbanek wina. Atmosfera powoli jednak siada, jej triki na rozweselenie, rozluźnienie nie działają na niego. Robi się dziwnie posępny – już to wcześniej widziała. Wychodzą przed knajpę na papierosa. I wtedy on wywala, że ma złamane serce – tak, tak, już wspominał przy pierwszej wizycie – i że ta osoba, to artystka, z którą też już zdążył ją zapoznać. Kompletnie nie wiadomo, co zrobić z tą informacją. Ustalają, że będą powoli wracać, jej hotel jest niedaleko jego mieszkania.
Idą przez miasto, które wciąż przypomina jej Wiedeń w swojej obcości, fasadowości, nieprzenikalności. Niedaleko jego mieszkania on jednak zahacza o możliwość przedłużenia wieczoru. Ona włączyła już tryb: nie rozumiem cię, ale będę podążać, zobaczymy, gdzie nas to zaprowadzi. – Możemy jeszcze pójść do mnie, mam butelkę whiskey, którą destylował mój tata. – Znów powrót taty. – Ale wtedy się już totalnie upijemy. – Ona na to, że w sumie chętnie, w końcu ma urodziny, można zaszaleć. Zresztą naprawdę martwi się o ten hotel, jest już blisko dwunastej, a nie był jeszcze opłacony. Więc idą do niego. Na schodach ma wrażenie rozciągnięcia się czasu w nieskończoność – stopień za stopniem w zapętlonej powtarzalności. Mieszkanie jest ogromne, poznańsko mieszczańskie z licznymi zakamarkami. W kuchni – ostre światło. Na stole – butelka whiskey. Jej się już totalnie kręci w głowie, znowu wjeżdża joint. Oraz współlokator. W czymś tak studenckim naprawdę nie partycypowała od czasów własnych studiów. Czuje się nie na miejscu, ale próbuje żartować z kolegą. – A czy teraz w środowisku gejowskim jest taka moda na piracki wizerunek? – pyta zaczepnie wysokiego blondyna z długą kitką, kolczykami wszędzie, rozpiętą białą koszulą ogarniętą elegancką kamizelką. Brakuje tylko kapelusza i papugi na ramieniu. Pirat patrzy na nią wnikliwie i po dłuższej chwili pyta: – Ale niby, że ja jestem gejem? – faux pas. Z tymi młodymi to już naprawdę nie wiadomo. – No w sumie to tak – dodaje on po chwili namysłu i uśmiecha się pod nosem. Po którymś łyku whiskey jej towarzysz zaczyna sugerować, że może ją odprowadzić do hotelu i chwilę z nią tam zostać. – Oho, zapala jej się lampka w przegrzanej całkowicie głowie. Ciekawa propozycja – bardziej chce się jej pozbyć, czy zakończyć to jednak jakimś aktem? – Nie – odpowiada krótko, on wygląda na totalnie zaskoczonego. – Nie? – Jestem zmęczona. – Chwilę później ona ląduje w łóżku w jego pokoju, a on kładzie się na kanapie w salonie. Ten wieczór jest nie do uratowania. Budzą się w łóżku razem, po tym, jak on zaznaczył, że nie chce się przytulać.
Na śniadanie jest kawa i joint oraz kolejny współlokator. Czuje, że powinna już iść, choć jest po tym wieczorze całkowicie wykończona i najchętniej to by się jeszcze przespała. W głowie ma jedno zdanie: tylko nie rób dramatycznych gestów. Więc spokojnie wypina ładowarkę do telefonu z gniazdka i pakuje porozrzucane po mieszkaniu artefakty. Miała tu jeszcze gdzieś bransoletkę, którą dostała wczoraj na urodziny. Wychodzi.
W Planie chyba zaczyna rozumieć, co składa się w jej głowie na wiedeńskość tego miasta. Przypomina jej się scena z „Pianistki”. Bohaterka wręcza studentowi listę życzeń: wiązanie, bicie, upokorzenie. – Uderz mnie – prosi. – Nie chciałbym pobrudzić sobie rąk.
– Filip, czy to nie jest toksyczne, ta sytuacja z nią? – Bardzo, ale to jest piękne.
Ewa Opałka
CZYTAJ TEŻ