Jacek Świgulski


Wstyd przed sztalugami – o lęku, który rodzi sztukę


 

Tworzenie czegoś nowego nie jest dokonywane przez intelekt,  
lecz przez instynkt zabawy działający z wewnętrznej konieczności.  
Twórczy umysł bawi się obiektami, które kocha. 
Wstyd jest emocją, która pożera duszę 
[C. G. Jung] 

 

Szeroko rozumiane i też różnie doświadczane poczucie wstydu przypomina o swoim istnieniu już w momencie, gdy twórca staje wobec pustego płótna. Biała powierzchnia nie jest neutralna. Jest obietnicą i zagrożeniem zarazem. Zawiera w sobie wszystkie możliwe obrazy, a jednocześnie nie wybacza błędów i na dodatek obnażać może banalność skojarzeń i myśli. W przeciwieństwie do szkicu w notatniku – niechlujnego bazgroła – płótno rozpięte na blejtramie ma wymiar niemalże ceremonialny. A to zaplanowane ruchy każe przemyśleć co najmniej dwukrotnie… Kiedy następuje początek aktu twórczego, który ma być „osobisty”, „ważny” i „ostateczny”, zapada wewnętrzna cisza i gasną światła. Ten moment bywa paraliżujący. Wstyd bowiem rodzi się nie tylko z pytania o to, czy mam prawo coś namalować, ale też z obawy o to, czy to, co wyrażę nie okaże się trywialne i pozbawione głębszego sensu. I czy przypadkiem w konsekwencji zamiast uskrzydlić, po prostu mnie nie skompromituje. A jest tak być może, bo w kulturze, która wielbi geniusz i wyjątkowość, twórca często porównuje się z mistrzami. Czyli tymi wszystkimi, których dzieła doczekały się nieskończonej ilości publikacji i prezentacji. Ich twórczość wyznacza symboliczny, otulony drutem kolczastym kamienny krąg, za niego nie wypada, ani też nie należy się wychylać. Kołatająca się w świadomości myśl o monumentalnych płótnach prowokuje pytanie o to, czy nasze własne poszukiwania nie są zbyt małe, zbyt błahe, zbyt nieporadne i zbyt oczywiste. I nie jest to kwestia warsztatu pracy i techniki wykonania lecz dotyczy akceptacji i przyznania sobie prawa do zabrania głosu w „naszej małej podręcznej” historii sztuki. 

Wstyd, jak podpowiada Słownik Języka Polskiego PWN, to poczucie upokorzenia lub sromoty wywołane niewłaściwym postępowaniem. Jest to więc złożona i jednak dość subiektywna emocja, która skutecznie uprzykrzając nam życie wynika z negatywnej samooceny lub obawy przed krytyką ze strony otoczenia. W przeciwieństwie do poczucia winy, które dotyczy konkretnego zachowania, wstyd uderza bezpośrednio w poczucie własnej wartości. W nasze „ja”. Bowiem wymiar psychologiczny wstydu obejmuje stan silnego dyskomfortu wywołany świadomością własnej niedoskonałości, popełnianych błędów i – to bardzo istotne – naruszenia norm społecznych lub moralnych. Czasem wstydzić się więc możemy przez mocno w nas osadzony negatywny obraz siebie, a czasem z obawy przed odrzuceniem i tym, jak inni nas postrzegają. Czasem jednak, gdy bardzo czegoś pragniemy i bardzo nam na czymś zależy, wstydu (jako kategorii psychologicznej) możemy również używać tak, jak fizycznie istniejącego, ciężkiego i groźnego narzędzia do wymuszania głęboko pożądanej atencji. Np. sztuka awangardowa celowo wywoływała wstyd. Wprowadzała odbiorców w stan – często nieprzyjemny – emocjonalnego pomieszania. Wstyd w pewnych okolicznościach pełni ważną rolę społeczną i kulturotwórczą; chroni naszą emocjonalną prywatność i motywuje do przestrzegania zasad i norm społecznych – czyli mówiąc krótko „trzyma nas w ryzach” – ale jeśli ktoś potrafi pójść krok dalej i „zrobić ze wstydu użytek”, pozwala też wodzić innych za nos i w obrębie działań twórczych – w „kulturalny” sposób ich zawstydzać… 

Wstyd w sztuce jeszcze nie dochrapał się rangi kategorii estetycznej, ale na przestrzeni wieków stał się dość ostrym narzędziem do nakłuwania ciał własnych lub oczu i umysłów odbiorców. I niezależnie od tego, jak bardzo świadomie obecny jest w procesie twórczym, jego osadzenie, a więc i rola w sztuce jest ogromna. Bowiem rozłożone polarnie ładunki energetyczne wstydu pozwalają twórcom różnych dziedzin na skrajnie różne sposoby konstruowania treści dzieła. W ujęciu psychoanalitycznym wstyd jest nie tylko powierzchowną emocją generującą silne poczucie dyskomfortu, lecz także potężną siłą wpływającą na strukturę ludzkiej psychiki – zarówno twórcy, jak i odbiorcy. I w obu też przypadkach jest powiązany z tą częścią naszej osobowości, której nie chcemy znać i którą wypieramy, uznając za nieakceptowalną lub gorszą. Kiedy więc czujemy wstyd, spychamy „wstydliwe” cechy do nieświadomości. A wtedy albo ogarnia nas blokujący aktywność twórczą fizyczno-intelektualny paraliż, albo – jeśli udałoby się pójść nieco dalej i opanować owo odczucie – spłynąć na nas może zupełnie nowa „moc twórcza”.  

 

LĘK PRZED NIEZNANYM 

Historia sztuki pełna jest przykładów wątpliwości twórczych, powodujących nagłe zwroty akcji. Takich, u podstaw których leżał m.in. lęk przed wyśmianiem, odrzuceniem i brakiem akceptacji. I nie jest to bynajmniej problem dotyczący twórców nieznanych i mało ważnych. Wręcz przeciwnie – często dotykał tych największych, dziś bardzo uznanych. Można by nawet zaryzykować tezę, że to wcale nie warsztatowa i kulturowa poprawność lecz właśnie wstyd i odwaga jego przekroczenia od wieków wyznaczają ścieżki rozwoju wszelkich dziedzin sztuki. Przesuwanie granic rozumienia dzieła, rozumienia siebie i roli twórcy w kulturze, są bowiem wewnętrznym motorem napędowym wszelkich zmian w pojmowaniu roli sztuki w społeczeństwie. A twórcy mierzący się z tą siłą bezpośrednio, symbolicznie dźwigają jej brzemię na własnych barkach. Dlatego, dawniej bardziej niż dziś, proces twórczy i przekraczanie ustalonych społecznie zasad, zahaczały o liczne wątpliwości. Bowiem „stawka gry” była o wiele większa i o wiele więcej było do stracenia. Postęp w sztuce początkowo był więc powolny i długo nabierał szalonego rozpędu. Od czasów awangardy przełomu XIX i XX do dziś zmiany zachodzą już tak szybko, że trudno w pełni je zrozumieć i odczuć. Być może dlatego właśnie pewien wybitny malarz marynistyczny William Turner, którego ranga i prestiż rzucały długi i ciemny cień na wszystkich londyńskich malarzy początku XIX w., tak długo zwlekał i długo dojrzewał do radykalnych zmian w sposobie definiowania i określania tego, czego emocjonalnie i estetycznie doświadczał. Kiedy jednak u schyłku życia zdobył się na odwagę, czyli na to po prostu, aby otaczającemu go artystycznemu światkowi pokazać to, co tak naprawdę go interesuje i co skupia jego uwagę, okazało się, że ta decyzja pociągnęła za sobą dwie radykalne konsekwencje. Najpierw, jako artystę całkowicie go zrujnowała, skompromitowała środowiskowo i społecznie – i to było niewątpliwie bolesne, ale ostatecznie wybiła go na wyżyny sztuki. Z czego zdały sobie sprawę kolejne pokolenia i co doceniamy również dziś. Podobnie i paradoksalnie – biorąc pod uwagę jego niezwykłą biografię – rzecz miała się z Pablem Picassem. Gdy w 1907 roku ukończył wytyczający dziś granicę początku kubizmu obraz „Panny z Awinionu”, nie zdobył się na to, aby od razu wystawić go na publiczną ocenę. To przełomowe dzieło przez kilka lat więc „sezonowało się za szafą”, ukryte w pracowni artysty. Artysty, o którym dziś mniemamy, że nie miał wstydu i granic. A jednak wątpił w słuszność swoich radykalnych decyzji, naruszających przyjęte estetyczne normy. Ważny historycznie obraz początkowo pokazywany był tylko nielicznym przyjaciołom i długo czekał na publiczną odsłonę. Musiało upłynąć sporo czasu, aby podszyte wstydem poczucie lęku i niepewności opadło i odsłoniło widok na dalsze, bardziej odległe plany artystyczne. 

Rozumiany konwencjonalnie „wstyd osobisty” budzi w nas trwogę przed konfrontacją, zamraża w działaniu i ogólnie paraliżuje.  Ale kiedy się go przełamie, to – jak pokazuje historia – często rodzi nową estetyczną jakość. Pozwala ona  przesuwać granice, zmienia ustalone rozumienie sztuki i ogólnie łagodzi obyczaje. Na takim, angażującym wstyd jako narzędzie pracy w procesie twórczym, pojmowaniu zasadza się właściwie cała wyłaniająca się z eksperymentów dadaistycznych sztuka współczesna.  

 

WSTYD JAKO DOŚWIADCZENIE ZBIOROWE 

W sztukach plastycznych wszystko zaczęło się od wąsów. Tych wąsów, które Marcel Duchamp domalował słynnej Mona Lisie Leonarda da Vinci. Był to na pewno moment, w którym do napuszonej mieszczańskiej społeczności początku XX w. z dużą siłą dotarł przykry fakt narodzin Awangardy, skutecznie i konsekwentnie podkopującej fundamenty tej najbardziej ceniącej banały warstwy społecznej. Ale jednocześnie był to na swój sposób moment „mistycznego przeniesienia ciężkości”. Bo w symboliczny i bezpowrotny sposób uwolnił pojedynczego artystę od poczucia wstydu i całą jego energię i konsekwencję za podejmowane w obrazie decyzje zwalił niejako na odbiorców. Dlatego od 1919 r. to oni się głównie wstydzą za podejmowane przez twórcę w sztuce działania. Artyści, stojąc w pozycji swoistego medium przekazującego bulwersujące, łamiące obyczaje i konwenanse treści, zostali uniewinnieni i rozgrzeszeni. Sztuka wymaga bowiem poświęcenia. Ale od tej daty poświęcać się już raczej powinien nie tyle twórca, lecz przede wszystkim odbiorca. 

Wynikająca więc z dobrego wychowania i wykształcenia postawa Turnera, Picassa czy Moneta i wielu jeszcze innych malarzy – którzy zanim coś „głośno powiedzieli”, podważyli i nagięli, długo wahali się i myśleli – wraz z nowym, dwudziestowiecznym stanem rzeczy odeszła do lamusa. Zapanował nowy, zdecydowanie bardziej bezwstydny porządek kulturalno-społeczny. Zapanował nowy ład w sztuce… 

 

BEZWSTYDNOŚĆ JAKO STAN UWOLNIENIA I ROZGRZESZENIA 

Poczucie wstydu dawniej wyznaczało artystom granice ruchu w sztuce. Dziś widzom wyznacza ono granice jej odbioru. W tej prostej zasadzie zawiera się radykalna zmiana, która na przestrzeni niespełna dwóch wieków dokonała się tuż obok nas. W tej prostej zasadzie zawiera się też potencjał marketingowy rynku sztuki, który – gdyby dobrze to wykorzystać – otwiera nowe możliwości „stwarzania dzieła”.  

Widać to nie tylko w malarstwie, ale także w literaturze. Wielotomowa „Moja walka” Karla Ove Knausgårda stała się światowym fenomenem literackim. A została uznana za tak ważną przede wszystkim ze względu na radykalny ekshibicjonizm i szczerość jej autora. Czytelnicy bowiem bardziej niż warsztat, pomysłowość i umiejętność kreowania „literackich światów” docenili w niej opis codziennych, często wstydliwych i krępujących zmagań, które – paradoksalnie – sprawiły, że odbiorca zamiast tę relację odrzucić, poczuł silną więź z autorem. Ta opasła powieść, mocno przeciętna, zakorzeniona i oparta na pomyśle Jamesa Joyce’a, okazała się wydawniczym hitem. Do dyskusji nad sztuką niewiele wniosła. Ale za to dzięki niej wiele osób – czytelników i czytelniczek – mogło niewątpliwie poczuć coś w rodzaju osobistej katharsis. Czyli Knausgårdowi udało się wywołać u czytelników stan subtelnej identyfikacji, pozwalającej skonfrontować się z dawnymi zawstydzeniami i dyskomfortami, zobaczyć je pod mikroskopem i ostatecznie unicestwić… 

Podobnie jest w przypadku twórczości Annie Ernaux, która oscylując wokół „autobiografii socjologicznej” zamiast barwnych metafor, stawia na chirurgiczną precyzję w opisywaniu własnego życia. W twórczości Ernaux wstyd nie jest emocją, którą należy ukryć, lecz głównym narzędziem poznawczym. Dlatego autorka nie tyle odrzuca wstyd w sensie emocjonalnym, ale raczej przestaje mu ulegać, czyniąc z niego temat badań prowadzonych z uporem na sobie i na dużej grupie odbiorców jej literatury. Ze wstydu robi swoisty poligon doświadczalny, na którym rozbudowuje konsekwentnie własny warsztat twórczy. W tym warsztacie-laboratorium na czynniki pierwsze rozkłada się kłopotliwe, często zawstydzające fakty z życia – upokorzenia wynikające z dorastania w robotniczej rodzinie i próbę dopasowania się do świata burżuazji, doświadczenia fizjologiczne np. aborcję czy obsesyjne pożądanie,  opisane w sposób tak suchy i rzeczowy, że odbiera im to „skandaliczny” charakter, zamieniając je w prasowy fakt socjologiczny. Według niej pisanie o tym, co wstydliwe, jest jedynym sposobem na wyzwolenie się z narzuconych norm społecznych. Mówienie głośno o tym, co „brudne” lub „niskie”, przywraca tym doświadczeniom godność. 

 

BEZ WSTYDU, BEZ KONSEKWENCJI – PRZESTRZEŃ „ODWAGI” 

Wstyd przed sztalugami, jak m.in. pokazuje historia Picassa, bywa twórczym progiem. Kiedy jednak taki próg się likwiduje, wchodzimy w kulturę bezwstydu. Nie chodzi w niej o powszechne przyzwolenie na bezczelność ani pochwały prowokacji dla samej prowokacji, lecz o świadome przekroczenie zahamowań, o zgodę na ryzyko estetyczne i tematyczne. Rozumiana szeroko sztuka współczesna często premiuje właśnie taką postawę. Dobrym przykładem jest ogólnopolski konkurs malarski Bielska Jesień, organizowany przez Galerię Bielską BWA. Od wielu lat, ten uchodzący za jedno z najważniejszych wydarzeń dla młodego i średniego pokolenia polskich malarzy konkurs, cieszy się ogromnym środowiskowym zainteresowaniem. Złożone z niekwestionowanych autorytetów jury przyznaje nagrody pracom, które rzadko wykazują wysoki poziom warsztatowy, za to emanują „wyraźną postawą artystyczną”. Na ogół – bo taka jest w tym konkursie tendencja – w wielu wyróżnianych obrazach uderza całkowity brak skrępowania – tematy cielesności, polityki, tożsamości, przemocy symbolicznej czy społecznych napięć podejmowane są bez jakichkolwiek środków artystycznych łagodzących brutalność tematu. Ten brak wstydu ma kilka wymiarów. Po pierwsze formalny. Bo wielkoformatowe płótna, ostre kolory, deformacje, świadome „brzydactwo”, cytaty z popkultury – pokazują wyraźnie, że malarstwo i sztuka w ogóle nie muszą być grzeczne. Dlatego wystawiane i nagradzane w ramach tego konkursu prace często odrzucają estetykę dekoracyjności, i z założenia nie mają zdobić wnętrz, lecz mają jedynie niepokoić odbiorcę. Drugi wymiar wstydu, z którym mamy w tym wypadku do czynienia, to wymiar tematyczny. Malarstwo współczesne coraz śmielej dotyka spraw intymnych i społecznych, spraw tabu. Ciało nie jest idealizowane – bywa chore, starzejące się, nieheteronormatywne, zdeformowane. Brak wstydu oznacza tutaj zgodę na pokazanie tego, co w tradycyjnie pojmowanej kulturze jest wypierane. Jeśli więc w klasycznym modelu artysta odczuwa lekki wstyd przed sztalugami – zastanawia się, czy ma prawo mówić – to wielu twórców współczesnych, obecnych w konkursach takich jak Bielska Jesień przyjmuje postawę odwrotną, która nadaje im prawo mówienia, nawet jeśli jest to dla kogoś niewygodne i nawet wtedy gdy jest to bez sensu. Brak wstydu staje się więc w takiej sytuacji deklaracją podmiotowości. 

 

GRANICE I ENERGIA WSTYDU BEZ WSTYDU 

To, co dawniej wywoływało skandale, dziś nikogo już tak bardzo nie bulwersuje i tak bardzo nie obraża. Granice tworzenia i odbierania sztuki zostały, tak się przynajmniej wydaje, trwale przesunięte. A podejmowane współcześnie działania artystyczne często nie są już tylko opowiadaniem o sobie – jak być może kiedyś myślano – lecz zmieniają się w świadomą strategię twórczą, w której wybrane medium staje się polem walki o widzialność. Pokazanie własnego świata bez filtrów, to gest sprzeciwu wobec norm kulturowych ale też sposób na zaistnienie w rzeczywistości, w której wszyscy coś potrafią. Wyzbycie się wstydu oznacza więc rodzaj „prowokacji dla efektu”. A jednocześnie jest odmową podporządkowania się estetycznym oczekiwaniom. W tym sensie sztuka współczesna kontynuuje linię zapoczątkowaną przez awangardę początku XX wieku, ale idzie dużo dalej. Bo nie tylko rozbija i niszczy estetyczną formę dzieła – czym głównie zajmował się wspomniany Duchamp – ale też rozbija tabu. 

W kontekście tej krótkiej refleksji można zauważyć, że wstyd i jego brak nie są przeciwieństwami w prostym sensie. To raczej dwa bieguny tej samej energii twórczej. Wstyd mobilizuje do pracy nad warsztatem, do refleksji nad sensem „dzieła”, a brak wstydu pozwala wyjść z pracowni i pokazać to, co powstało bez autocenzury. Jedno bez drugiego prowadzi do skrajności. Albo do twórczego paraliżu, albo do opartego o pustą prowokację twórczego ekshibicjonizmu… Najciekawsza sztuka rodzi się być może w napięciu między tymi biegunami. Artysta najpierw mierzy się ze swoim lękiem np. przed sztalugami, a potem decyduje się go przekroczyć i w jakiś osobliwy sposób podać ułożony w głowie przekaz odbiorcy. Konkursy takie jak Bielska Jesień pokazują, że współcześnie coraz częściej nagradza się właśnie ten moment przekroczenia – kiedy twórca nie rezygnuje z odwagi, nawet jeśli oznacza to konfrontację z widzem. Problem polega tu jednak na tym, ze programowe wyzbycie się zahamowań w sztuce prowadzi do skrajnych nieporozumień i wielu absurdów, gdzie proces twórczy – jako cenne narzędzie do rozmowy i układania się z samym sobą – traci kompletnie sens. Umiejętność przekraczania granic umacnianych wstydem jest niewątpliwie cenna i kulturotwórcza. Ale całkowite wyzbycie się wstydu i wykasowanie go z naszego wewnętrznego software’u stwarza chyba sytuację dość kłopotliwą i może nawet dla sztuki i dla nas samych dość niebezpieczną. Bo brak poczucia wstydu wiąże się przecież przeważnie z brakiem wrażliwości. A jeśli tak jest, to w moim odczuciu istnieje duże ryzyko, że powstająca z tej energii sztuka kiedyś jak na ironię przestanie być osobista. Przestanie być ludzka. 

 

 

Jacek Świgulski


 

CZYTAJ TEŻ