Nie mogła przestać myśleć o tym, co wydarzy się jutro. Próbowała zająć się czymś, ale w mieszkaniu nie było nic, co wymagałoby poprawienia. Wszystko leżało na swoim miejscu, jak zawsze, starannie poukładane. Wrzała tylko skrzynka mailowa i od czasu do czasu dzwonił telefon. Ignorowała jedno i drugie. Wszystko musiało poczekać do jutra albo i dłużej.
Można zrobić niewielkie pranie, pomyślała i natychmiast wyjęła z koszyka na bieliznę kilka koronkowych majtek, pidżamę, dwie koszulki, parę skarpetek w kolorze białym. Szum urządzenia wyraźnie ją uspokoił. To się da zrobić, szepnęła. To się na pewno da zrobić. Dziś herbata i twaróg. Jutro krewetki i szampan. Muszę być silna, silniejsza niż do tej pory i muszę wyglądać lepiej niż zwykle. Tak, jakbym właśnie wróciła z długich, egzotycznych wakacji. Z mocną opalenizną, nagrzaną skórą i pachnącymi kokosem włosami. To się da zrobić, westchnęła znowu i zabrała się do krojenia sałaty.
*
Przez całą noc nie zmrużyła oka. Rano wyglądała fatalnie, ale zrobiła, co się dało, co zawsze świetnie potrafiła, aby to ukryć. Prysznic, makijaż, kostium w kolorze ochry, do tego złota biżuteria, zegarek oraz torebka ze skóry krokodyla, do której włożyła książkę, szczotkę do włosów, dokumenty i ulubioną szminkę. Na koniec skropiła nadgarstki Opium, przeczesała grzywkę palcami, spojrzała jeszcze raz w lustro i gotowe. Żadnego przepychu w tanim stylu, żadnych ustępstw, pomyślała. Nie mogę wyglądać jak starzejąca się diva. Muszę wyglądać serio, tak serio, jak mina ojca, kiedy ktoś mu się przeciwstawiał. Czas zmierzyć się z bydlakiem, załatwić drania…
*
Nad ranem padał deszcz, ale z każdą kolejną godziną, zaczynało się rozpogadzać. Przed dziewiątą zadzwonił Maks z informacją, że czeka na dole.
– Nie wejdę do ciebie. Trzeba jak najszybciej wyjechać, żeby zdążyć na czas.
– Myślałam, że wypijemy kawę.
– Mowy nie ma. Centrum jest zakorkowane, wszędzie mokro, natychmiast schodź i jedziemy.
*
Czyli to już. Za kilka godzin ujawni światu prawdę, obracając w pył nieskalany wizerunek ojca-przywódcy. Przez trzydzieści sześć lat cieszącego się ogromnym poparciem, a po śmierci wręcz kultem, na jaki mogła liczyć w tym kraju wyłącznie wołowina i Matka Boska. Nagle ona, jedna z jego pięciu córek, pisze tę przeklętą autobiografię, zdradzając sekrety wielkiego generała. Opisując ze szczegółami, co działo się w złotym pałacu, kiedy gasły kamery, współtowarzysze szli spać, a ochroniarze trzymali wartę przy drzwiach.
*
– Na co liczysz? – zapytał Maks zaraz po decyzji opublikowania wspomnień – Przecież wiesz, że to niczego nie zmieni. Nie cofnie czasu, nie sprawi, że matka zacznie się do ciebie odzywać, a siostry przyznają ci rację. One tego nigdy nie zrobią. Nie zrzekły się majątku, nie oddały domów, nie pójdą nagle do pracy. Będziesz na czarnej liście zdrajców, ale to chyba wiesz.
Wiedziała, a na pytanie, po co to robi, nie miała prostej odpowiedzi.
– Wszystko mu uszło na sucho… Uchodziło mu wtedy i uchodzi teraz, a na rynku pojawiają się kolejne filmy i dokumenty, w których jest łagodnym, mądrym przywódcą wykluczonego przez podły świat państewka. Dobrze wiem, że niczego nie wskóram, że być może będę zmuszona wyjechać z kraju, ale to silniejsze ode mnie. Kiedy kilka lat temu odprawiałam służbę, oni wcale nie chcieli ode mnie odejść. Mówili nawet, że będą pracować za darmo, że nie muszę im wiele płacić. Wiem, że nie poświęcali się dla mnie, a moją chęć życia na swoim uznawali za śmieszną fanaberię. Robili to i nadal chcieli to robić, bo byłam jego córką, bo cząstka jego krwi płynęła w moich żyłach. Pamiętali nas razem, całą naszą rodzinę pamiętali, zwłaszcza matkę w tym ogromnym, czarnym kapeluszu, kiedy siedziała nad basenem, ubrana w jednoczęściowy złoty kostium. Ten obrazek wrył im się bardziej w pamięć niż urodziny i wesela własnych dzieci. Ich życie było obok, a główna akcja toczyła się tu, w naszych ogrodach, na tarasach. Podczas przyjęć, kolejnych rocznic i zwycięstw. Przeżywali nasze pogrzeby bardziej od własnych. Swoich grzebali szybko, przychodząc na pogrzeb w byle jakich ubraniach. Naszych prawie na klęczkach, w szytych na miarę za pół pensji garsonkach i garniturach.
To, że ścielili nam łóżka i podawali do stołu, nie czyniło ich jeszcze niewolnikami, ale byli nimi, bo uwierzyli w nasze życie. Wyzbyli się własnych marzeń, żeby chłonąć cudze powroty ze sklepów. Nie zapomnę jak Anna, pokojówka mamy, stała godzinami w drzwiach i patrzyła, jak ta, po powrocie z butików, przymierza rzeczy, które kupiła. Apaszki i halki fruwały po salonie, matka popijała martini, a Anna prawie odurzona zapachem jej perfum, nieruchomiała wsparta o framugę.
– I to im właśnie chcesz powiedzieć, że byli niewolnikami?
– Nie. Chcę im powiedzieć, że to, na co patrzyli, nie istniało.
*
Przed hotelem zebrał się tłum dziennikarzy i gapiów, dlatego zaparkowali z drugiej strony i weszli do środka tylnym wejściem.
– Jak wyglądam? Nie za mocna szminka? – spytała, przeglądając się w umieszczonym na ścianie foyer lustrze.
Maks uśmiechnął się.
– Idealna, ten kolor mówi głośno: nie mam nic do ukrycia, jestem silna, nikogo się nie boję!
Tak lepiej. Lepiej obrócić wszystko w żart, zwłaszcza wtedy, kiedy brakuje słów albo jest ich zdecydowanie za wiele. Wchodząc na salę, czuła już tylko zapach własnych perfum. Tak jakby zażyła coś na uspokojenie lub wypiła kieliszek koniaku dla kurażu.
Dziennikarze spokojnie zajmowali miejsca, ustawiali kamery i aparaty. Maks nie spuszczał Eleny z oka. Za oknami pojawiło się słońce.
– To co? Działamy tak, jak ustaliliśmy?
– Tak. Czekamy na pierwsze pytanie, a potem idziemy na żywioł. Na początku powiem kilka słów, polecę książkę i zobaczymy jak potoczą się sprawy. Po wszystkim zapraszam na obiad do Midasa. Do naszej ulubionej kryształowej sali.
– Dziękuję, Maks, dziękuję, że przy mnie jesteś.
– Tylko się nie rozklejaj, nie odpowiadaj na zaczepki. Tak jak ustaliliśmy wczoraj, nie daj się sprowokować, nie płacz, nie podnoś głosu, mów powoli, nie obrażaj nikogo. Bądź konkretna.
Konkret to słowo, które lubiła. Odkąd opuściła rodzinną posiadłość i zamieszkała sama w centrum miasta, w skromnym mieszkaniu bez służby, żyła według własnego, niepodważalnego konkretu. Jej dni były przewidywalne i nudne. Bez niepotrzebnych gratów, wydarzeń i ludzi. Z domu zabrała tylko kilka krzeseł, marokański stół, biżuterię i dwa futra. Jedno z szynszyli, drugie z norek. Żadnego od lat nie nosiła, ale były z nią, jak zdjęcie rodziny zrobione latem przed ogrodową fontanną. Wystrojone, ufryzowane, stałyśmy obok niego jak różowe flamingi, z mocno podkreślonymi ustami i paznokciami pomalowanymi na czerwono. Przywoziłyśmy wtedy z Europy najlepsze stroje. Biżuterię z placu Vendôme, apaszki z Włoch, skórzane rękawiczki od wiedeńskich kuśnierzy. Mówiono o nas księżniczki, choć byłyśmy przecież potomkiniami ubogich analfabetek, które przez całe życie nosiły perkalowe podomki i nylonowe chusty.
*
Kiedy usiedli za przygotowanym na tę okoliczność stołem, na którym stał bukiet niebieskich kwiatów oraz karafka z wodą, Elena rozejrzała się dyskretnie po sali, a potem skinęła głową na Maksa, dając mu tym samym znak, żeby zaczynał.
Mężczyzna poprawił krzesło, stuknął palcem w mikrofon i rozpoczął spotkanie.
– Dzień dobry, witam wszystkich. Usiądźmy, proszę. Po pierwsze dziękuję państwu za liczną obecność. Pani Elena i ja, jesteśmy również wdzięczni dyrekcji hotelu za możliwość przeprowadzenia konferencji w tym wyjątkowym miejscu. Jak wiadomo, spotykamy się dzień po premierze książki, o której zaraz będziemy rozmawiać. Proszę państwa o ciszę, ale też o zadawanie zwięzłych pytań, tak aby wszyscy mieli możliwość zabrania głosu.
*
– Kiedyś zamarzył nam się paw, więc ojciec sprowadził cztery ogromne pawie do naszej rezydencji. Tak pani pisze. Pawie, równiutko przystrzyżone klomby, tysiące egzotycznych kwiatów, fontanny i baseny oraz ogromna willa w stylu włoskim, w której mieszkała pani prawie od dziecka. Czytamy jeszcze o najwymyślniejszych strojach i kosztownościach. Podróżach, drogich alkoholach, sprowadzanych z całego świata na uroczyste rauty, na których bawili znani pisarze, sportowcy i politycy. Ale pisze pani głównie o brutalności ojca, sugerując, że nie był tym, za kogo go uważamy… Staram się to zrozumieć, ale na litość boską, czy takie życie, dostatnie życie, nie wymagało odrobiny poświęceń?
Zapadła cisza.
Elena sięgnęła po książkę, odnalazła zacytowany przez dziennikarza fragment, a następnie zaczęła czytać.
Kiedyś zamarzył nam się paw, więc ojciec sprowadził cztery ogromne pawie do rezydencji…
Radość nie trwała jednak długo, bo oto pewnego dnia między klombami, w gąszczu barwnych, pachnących kwiatów, znalazłyśmy jednego z nich, bez głowy. Moja siostra Maria pobiegła z płaczem do mamy, na co matka spokojnie powiedziała, że paw był chory, okulał i tata kazał go zabić…
– Dopiero od ogrodnika, po kilku tygodniach, dowiedziałam się, że to nieprawda. Paw nie był ani chory, ani kulawy, tylko bezmyślnie zawędrował na taras, gdzie ojciec właśnie gościł kilku przyjaciół. Chcąc im zaimponować, chwycił pawia za szyję i wypaliwszy mu cygarem oczy, skręcił mu kark. Dlaczego to zrobił? Dlaczego? Bo robił takie rzeczy bez przerwy. Bo był przekonany, że wszystko może, a cokolwiek zrobi, i tak mu ujdzie na sucho. Wreszcie dlatego, że był kimś, kto jeszcze niedawno był nikim. Bycie nikim, a potem bycie kimś, usprawiedliwiało wszystko. A może był pijany, powiecie. Po pijaku ludzie robią różne rzeczy, najczęściej głupie. Z pewnością był. Nie rozstawał się z butelką whisky. Ale czy to go tłumaczy? Czy tłumaczy go fakt, że za jego rządów w kraju nigdy nie zabrakło cukru, a emerytury przychodziły na czas? Nie, bo nic nie tłumaczy bicia i zamykania dzieci w chlewie, palenia ich ulubionych zabawek, zdradzania żony ze wszystkim, co się rusza, wywożenia gotówki za granicę, współpracy z kartelami, maltretowania zwierząt, bicia po twarzy, bicia po nogach, nazywania cię bydłem i zerem. Wyzywania od prostytutek, kiedy akurat chłopak, w którym się kochasz, stoi obok. Ciągłego krzyku i zastraszania, tłuczenia naczyń, zrywania zasłon, wylewania wrzątku na służbę, plucia na ciebie, kiedy mówisz, że masz gorączkę i nie możesz iść na strzelnicę…
W tej chwili zadrżał jej głos, przerwała i sięgnęła po wodę.
Na sali zapadła cisza, a potem szum. Większość zgromadzonych wiedziała, że tego, co usłyszeli, nie ma w książce. Maks też to wiedział. Nagle wszyscy rzucili się do zadawania pytań, a potem, nie czekając na odpowiedź Eleny, jedni przez drugich zaczęli się przekrzykiwać.
To był także nasz ojciec, nie rozumiesz? Jak można mówić tak o zmarłym? Zbrukałaś jego pamięć wredna dziwko! Rozpuszczona panienko, nieudacznico! Gdyby nie on, nic byś nie miała, i taka wdzięczność, teraz, gdy już się nie obroni… Jesteś niegodna miejsca, w którym żyjesz! Dlaczego nikt nie zgłosił tego władzom? Jedyna władza jaką mieliśmy, okazała się słabym karłem. I co, że bił, skoro nie zabił, a złote bransoletki nosiłaś, nie parzyły i perły z Japonii też, a pas ojca to taka krzywda była, na tych puchowych kołdrach, z gęsiego puchu, kiedy spałaś, kiedy piłaś wina w kieliszkach Baccarata, zmieniałaś kochanków jak rękawiczki! A jednak sumienie gryzło. Parzyło cię? Mogła pani napisać o tym już dawno, dlaczego dopiero teraz? Twoja matka ma Parkinsona, choć to podobno tylko ściema, żeby po sądach nie chodzić, nie oddawać tego, co zagrabione. Nie lepiej było godnie umrzeć, zabrać hańbę do grobu, jak ojciec…
*
Jedli bez słowa. Miała wrażenie, że wszyscy w restauracji na nich patrzą. Że informacja o przerwanej konferencji i wiadrze pomyj, jakie na nią wylano, obiegła już cały kraj. Nagle straciła apetyt, odstawiła sztućce i wyszła do łazienki, żeby poprawić makijaż. Spojrzała w lustro. Wyglądała fatalnie. Nie pomoże tu szminka ani puder, nic tu nie pomoże, pomyślała. Wychodząc, wyjęła z torebki książkę i wrzuciła do stojącego obok umywalki kosza. Opasłe tomisko z trudem mieściło się w środku. Wepchnęła je głębiej i przykryła płachtą papierowego ręcznika. Czuła się dużo gorzej niż rano, gorzej nawet niż wtedy, kiedy podczas obiadu położył jej zakrwawioną podpaskę na talerzu, wrzeszcząc na cały dom, że ostatni raz zbiera z podłogi w łazience te babskie ścierwa…
Kiedy wróciła do stołu, nie miała już ochoty ani na kawę, ani nawet na koniak. Maks uregulował rachunek, a potem razem ruszyli w stronę auta.
Idąc na parking zauważyła za szybą księgarni swoją książkę, opatrzoną etykietką – bestseller. Z okładki patrzyła na nią kobieta w średnim wieku z półdługimi, lekko kręconymi brązowymi włosami. Umalowana w stylu lat osiemdziesiątych. Ubrana w żakiet, spod którego wystawał fragment białej bluzki z delikatną koronką przy dekolcie. Nadal piękna, ze smutnymi oczami, w których odbijały się małe punkciki światła.
– Myślałam, że poczuję się lepiej – powiedziała do Maksa. – Ale czuję, że się ośmieszyłam i na zawsze pozostanę w pamięci ludzi bezczelną, kapryśną księżniczką, krzywiącą się na widok pucharka z bitą śmietaną.
– Stało się, trudno. Najważniejsze, że mówiłaś prawdę, że napisałaś tę książkę…
– Nie rozumiesz. Po tylu latach strachu, nękania, poniżania, całe to zamieszanie nie ma znaczenia. Nie daje nic, nic nie leczy, nic nie załatwia. On wygrał, tak jak zawsze wygrywał. Całe życie był przecież sobą, a ja całe życie musiałam udawać, tak jak udaję teraz…
Miasto chyliło się ku wieczorowi. Kolory gasły. Maks włączył radio i tak bez słowa, słuchając muzyki, dojechali na miejsce. Zanim wyszła, uniosła lewą rękę, podwinęła rękaw i spojrzała z zachwytem na swój nowy zegarek.
– Z tego wszystkiego nawet się nie pochwaliłam, zobacz. Podoba ci się? To Dolce Vita. Wodoodporny, pozłacany, szwajcarskiej marki Longines. Od dawna o nim marzyłam…
Jadwiga Malina
CZYTAJ TEŻ