Jakub Wojciechowski
W Warszawie
Fragment „Życiorysu własnego robotnika II”
Było to zimową porą, ale zima była bardzo lekka, bez śniegu i mrozu. Praca w Wapiennie szła bardzo słabo. Ładownia w Mątwach brała dziennie tylko 4 wagony kolei państwowej na dobę. Pracowaliśmy tylko po trzy dni w tygodniu i tylko po sześć godzin dziennie. Nic nie myśląc, wracam od pracy, widzę list na stole. Po przeczytaniu dowiaduję się, że mnie pan dr Boy-Żeleński zaprasza do Warszawy na kilka dni.
Nie namyślając się długo na drugi dzień udaję się po pracy do mego majstra. — No, Jakub, co chcesz mieć, pieniędzy ode mnie nie dostaniesz, bo ja ich sam nie mam. — Pieniędzy nie chcę, panie majstrze, tylko na jakie dziesięć dni zwolnienie z pracy. — Pokazuję zaproszenie, list był maszyną pisany. Czyta. — Na jak długo chcesz być w Warszawie? — Jakie osiem dni. — Dobrze. Powiedz twemu koledze T., że ma jutro przyjść do pracy i cię zastąpić. — Dobrze, dziękuję panie majstrze, do widzenia.
Myślami jezdem już w Warszawie. Dnia następnego postarałem się poinformować, co kosztuje do Warszawy, kiedy pociąg odchodzi na wschód. Moje całe finanse, które posiadałem, wynosiły 150 zł. Ubrałem się w najlepsze ubranie i udaje się do Warszawy. W Toruniu miałem coś około 5 godzin czasu, przeszedłem przez ten przeszło kilometrowy most, udaję się do miasta, spoglądam na pomnik Kopernika, który zatrzymał słońce a ruszył ziemię, przechodzę przez park miejski, spoglądam na ówczesną generalkomando, w którym zamieszkiwały niemieckie generałowie i musiały ustąpić miejsce polskim generałom.
Przechodzę obok bramy wiezienny, czytam: „Wstęp surowo wzbroniony”. Pomyślałem sobie, po co ten napis, do więzienia się nikt dostać nie chce. Oglądam ten wielki gmach uniwersytetu, w którym pan dr Stanisław Helsztyński zaczył się od nowa uczyć, gdy złożył ze siebie czarną suknie. Zaczyło się robić ciemno, światła elektryczne zabłyskły. Mój żołądek zaczył się odzywać. Ulicą, którą biegnę, spotykam wiele żołnierzy. Na pewno czytam napis: „Restauracja i Jadalnia. Obiady i kolacje”. Wchodzę do wnętrza, siadam. walizkę małą obok siebie pokładam. Myślę, jestem w Hamburgu, w tej wielkiej jadalni, w który tak ja, jak Profesor Stanisław Wojciechowski, późniejszy nasz Prezydent, jadł obiad za 50 fenigów. Tę myśl przerwał mi kelner, gdy mówi: — A panu czym mam służyć? — Zamówiłem pieczone ziemiaki z kiełbasą i szklankę piwa ciemnego. Kolację spożyłem ze smakiem, uregulowałem zapłatę, udaję się do dworca. Siadam przy stole, myślami chodzę po dawniejszych dworcach, przez które tysiące naszych uchodźców za pracą nocowały. Pod głowy pokładli walizki.
Nadszedł pociąg, czytam: Czerniewice — Warszawa. Siadam do pociągu, w naszym przedziale było nas trzech. Obaj sąsiedzi usiedli naprzeciw sobie, ja natomiast na drugim końcu ławy. Jak mogłem z ich mowy wywnioskować, byli to kupcy koni. Po jakiej godzinie podróży na jedny stacji nagromadziło się tak wiele, że pociąg stał się przepełniony. Jak wynikło z ich mowy, byli to kupcy, którzy udawali się do Łodzi po towar. Na stacji, gdy mnie pamięć nie myli: Czerniewice, opróżnił się pociąg, zostało nas tylko trzech. Jeden z gości mówi do mnie: — A pan też do Warszawy? — Tak. — Też za interesem, jak my? — Nie, dostałem zaproszenie od naszego pierwszego tak słynnego literata, pana doktora Boya-Żeleńskiego. — A czy pan zajmuje się literaturą? — Tak, cośkolwiek. — Zapewno zamówili mnie, aby się dowiedzieć czy nie mają jakiego złodzieja za sąsiada, pomyślałem sobie. Porościągali nogi i smacznie zasnęli. Zaczęło się widno robić, stanąłem przed oknem, spoglądałem na kraj mi jeszcze nie znany. Około godziny 10 pociąg był w Warszawie. Wchodzę do wielkiej poczekalni, z podziwem zauważyłem, że tak wielki dworzec w swej poczekalni nie ma flisów albo podłogi, tylko polne kamienie. Wychodzę z poczekalni, zacząłem się trochę gapić, zauważyli to bezrobotni. Zapytują: — A pan dokund, zaprowadzę pana? — Nie potrzeba.
Nie chciałem pana dr Boya z łóżka wywołać. Z pism wiedziałem, że literaci lubią długo spać, a dobre wychowanie mówi, że na gościnę przychodzi się około czwarty po obiedzie. Pogapiłem się po mieście, zjadłem przekuske i wypiłem ciepłą herbatę. Około drugi po południu odszukałem ulicę Smolną i numer 11, na którym mieszkał pan dr Boy-Żeleński. Dzwonię do drzwi, ukazuje się służąca: — Dzień dobry, Jakub Wojciechowski z Barcina.
Po mały chwili wychodzi sam pan dr Boy, wita mnie serdecznie, każe mi się rozebrać w przedsionku z płaszcza, którego powieszam, także i moją wysoką czapkę i szal. Wprowadza mnie do pokoju, przedstawia mnie swojej żonie, która była zajęta pisaniem adresów na zamówione książki. Po przywitaniu mówię, proszę szanownego państwa, nie przeszkadzajcie sobie w pracy. Zajmuję miejsce mi wskazane, przyglądam się, jak zwinnie żona pana doktora zawija książki, sznuruje je, nalepia adresa, które pan dr Boy wypisuje. Tu przyszła mi na myśl moja sąsiadka, z którą mieszkałem w Magdeburgu i coś przeskrobała, dostała się na 6 miesięcy do więzienia tam musiała 600 torebek na dobę zlepić. Po zakończeniu pracy goniec z poczty już przybył, dostaje książki i bloczek pokwitowania, układa książki na wózek i odwozi na pocztę. Moja ciekawość nie mogła osiągnąć granic. Z uśmiechem zapytuję się: A gdzie pani doktorowa nabyła ty zwinności do opakowania tych książek, nie zdążyłem się na te zwinności napatrzeć? — Pani doktorowa uśmiechem dała mi odpowiedź. Pan dr Boy-Żeleński mówi: — To weźniemy płaszcze i zobaczymy miasto. — Na ulicy: — A jak się panu Warszawa podoba? — Nie przedstawiałem sobie Warszawy tak, jak ona jest, uważałem, że są w Warszawie same lepianki, jak czytałem w książce pt. „Tristan i Izolda”. A to widzę, że Warszawa nie różni się pod względem budowy od miast niemieckich. Pod tym względem byłem w błąd wprowadzony i tak samo było nam na obczyźnie mówione, że pod zaborem rosyjskim ośpic nie dawają i naród jest na twarzy oszpecony, a do tego czasu zauważyłem bardzo mało takich.
Pan dr Boy-Żeleński zatrzymał dorożkę konną, siadamy do ni, udajemy się ulicą Marszałkowską. Pan dr Boy pokazuje mi zagraniczne ambasady. Nieomal co drugi dom oznacza herbem swój kraj. Udajemy się do Łazienek, były zamek królewski. Było tam nagromadzone w nim na jakie 50 osób. Dostajemy płócienne galosze, obuwamy, młody urzędnik oprowadza nas po pokojach i daje wyjaśnienie obrazów, umeblowań i innych sprzętów. Przed sypialką mówi do nas urzędnik: — Tu na tym łożu nocowała królowa Rominii — a jedna niewiasta zapytała się: A gdzie spał król, gdy tylko jedno łóżko tu jest? — Po zwiedzeniu pan dr Boy-Żeleński kupił kilka kart pamiątkowych i mi je ofiarował, które do dziś dnia są u mnie starannie przechowane.
Wracamy do Hotelu Wiedeńskiego, w którym pan dr Boy-Żeleński zamówił dla mnie kwaterę. Mówię do pana dr Boy-Żeleńskiego: — Jestem dziś cośkolwiek niewyspany, pozostanę tu, a jutro się spotkamy. — Dobrze, do widzenia. Obsługa hotelu bierze mnie do biura w celu zapisania się do książki. Spoglądam na zapisy przede mną, wszystko: profesor, doktor, inżynier. Nie chciałem się tak poniżyć, dałem sobie tytuł: autor. Po zapisaniu się do książki wskazano mi pokój na jedne osobę, obsługa mi wskazuje wszystkie sprzęty, oddaje klucz. Jest to moim zwyczajem przeczytać instrukcją dla wynajemcy pokoju. Bardzo mnie zdziwiło gdy czytałem: za pokój na jeden dzień — złotych 10. Za używanie bielizny 2 złote. Zacząłem się zastanawiać, co robić? Dnia następnego uregulowałem zapłatę, która mnie razem za te jedne noc kosztowała 14 złotych, oddałem klucz i się wyprowadziłem z Hotelu Wiedeńskiego.
Udaję się do pana dr Stanisława Helsztyńskiego, który mieszkał przy ulicy Grottgera 19. Po przywitaniu się mówię: — Muszę sobie poszukać jaki kwatery, mam zamiar tu kilka dni pozostać. — Ja mam łóżko wolne, pan prześpi się u mnie te parę nocy. — Na razie bardzo dziękuję, pomówiemy wieczorem, na razie do widzenia.
Udaję się tramwajem do pana Boy-Żeleńskiego, który miał dla mnie plan gotowy na cały dzień. — Czy pan wczoraj rozmawiał w pociągu z kupcami? — Tak. Mówiłem, że mam zaproszenie od pana doktora i w tym celu jadę do Warszawy. Tak, zgadza się, byli to znajomi senatora Tomasza Nocznickiego, który chce się z panem zapoznać i nie ma pan zważać na porę dnia, tu ma pan adres do niego, najlepi weź pan taksówkę. Po godzinie drugą zobaczymy się w kawiarni ziemian, dobrze?
Udaję się tramwajem na plac Krasińskiego. Pan dr Boy-Żeleński zapewne zadzwonił, że udaję się do pana senatora Nocznickiego. Konduktor wskazuje mi drogę, schodzę z tramwaju, spoglądam na lewo i prawo. Pan senator Tomasz Nocznicki mnie poznał zapewne z podobizny, która figurowała w „Życiorysie”. Staje przede mną wysoki, prosty jak świeca mężczyzna z długą siwą brodą. — Pan Jakub Wojciechowski? — Tak jest, szanowny panie senatorze, bardzo się cieszę, że pana poznaję. — Chwyta mnie pod rękę, prowadzi do swego mieszkania, przedstawia mnie swojej żonie. Bardzo podziwiałem jego tak liczną bibliotekę, która miała przeszło 1000 tomów. — Pan senator pozwoli, zdymę płaszcz. — Proszę bardzo.
Siadamy przy stole, pan senator Nocznicki stawia mi różne pytania, na które odpowiadam. Mówi do mnie, ile Warszawa ma bezrobotnych. Ja dodaję, że w latosiem roku w naszych zakładach bardzo wiele nie wyrobiło 26 tygodni, nie mają żadnego sparcia i tylko dla nich gotują na dziedzińcu szkolnym obiady. Naturalnie kawałek mięsa musi sobie każdy zmyśleć. Senator Nocznicki: — Starałem się wszystkimi siłami ulżyć biednemu narodowi, dniami i nocami pracowałem nad reformą rolną, udało się nam utworzyć Rząd Ludowy, ale niestety. Nie trwał on długo. Te wielkie masy nie zrozumiały znaczenia nowego rządu, burżuazja wzięła górę. Nasz rząd, w którym byłem wybrany ministrem rolnictwa, został obalony, nas aresztowali, mnie związali ręce jak zbrodniarzowi, wsadzili do zielony karetki i wieźli do więzienia. Gdy ze mną przez most przejeżdżali, schwyciłby mnie jeden, który nade mną dozorował, i do Wisły wzucił, to by ani pies za mną nie zaszczeknął. — W ty chwili wyciąga chustkę i wyciera oczy.
Przerywam mowę i mowię, mogemy sobie obojga ręki podać. Miałem to samo zdarzenie, gdy się miał odbyć plebiscyt na Górnym Śląsku. Udałem się z ulotkami do niejednych majątków, w których pracowali uprawnieni do głosowania. Na jednym majątku zostałem zdradzony. Wsadzili mnie do mały komorki i tam czekałem, aż przyjedzie po mnie żandarmeria. Był to dla mnie szczęśliwy zbieg okoliczności, wachmistrz, który zakładał mi kajdany na ręce, był mi dobrze znany, gdy my przejeżdżali przez wodę, mówi do mnie: — Mam ten rozkaz, że cię mam w tej wodzie zostawić. Ale nie chcę twego życia na swoje sumienie brać, w przyszłości nie rób tego więcy, bo gdybyś był na innego trafił, to Magdeburga już byś więcy nie oglądał.
Senator Nocznicki zdjuł obraz ze ściany, pokazuje mi zdjęcie utworzonego, ale tak krótkotrwałego rządu. Dodaje: — Szlachta i duchowieństwo w imię Boga, wiary i ojczyzny utworzyli nowy rząd, ale zobaczymy, co będzie dalej, już dziś są posłowie do
Brześcia wysyłani, a te wielkie masy, które nie chciały nas zrozumieć, będą narzekały. — Po krótkich tematach tyczących się spraw osobistych pożegnałem mi tak miłego przyjaciela, który jako samouk w owym czasie doszedł do tak wysoki godności.
Udaję się tramwajem do kawiarni ziemian, cośkolwiek spóźniłem, naprzeciw wychodzi mi pan dr Boy-Żeleński. Składam płaszcz, szal i czapkę. Przy stole tak nazywanym literackim siedzą redaktorzy nasz poeta Tuwim, Irena Krzywicka, pan dr Boy-Żeleński przedstawia mnie gościom. Pan Tuwim tłumaczy mi z książki drukowany w języku francuskim, co o mnie piszą we Francji. Pytam się, jak piszą, źle czy dobrze? — Bardzo dobrze. — Wychodzi adwokat, obrońca więźniów z Brześcia, podszepła mi
pani Irena Krzywicka. Tak redaktorzy, jak i literaci radzą, o czym pisać. Wsłuchuję się w ich mowę, w którą nie byłem wtajemniczony. Zbliża się do naszego stołu pani artystka Mira, która miała dla mnie to przygotowane, co miała zamiar mi powiedzieć. Pani Irena Krzywicka przedstawia mnie. Pani artystka Mira mówi: — Ach ten nieszczęśliwy Wojciechowski, musiał się nieraz ze swym tak niewygodnym miejscem pogodzić i siadać ze swoją kochaną na proletariacki kanapie. — Gdy pani artystka Mira swoje wypowiedziała, mówię trochę z żalem: — Piękna i rozkoszna była nasza młodość, która już więcej nie powróci.
Po zakończeniu pogadanki pan dr Boy-Żeleński, pani Irena Krzywicka i pan poeta Tuwim udajemy się do drukarni tak zwany Czerwona Prasa. Zwiedzamy urządzenia nowoczesne. Moje szanowni goście tak szybko wszystko zwiedzili, gdy się za niemi obejrzałem, już czekali na mnie w przedpokoju.
Zapewno zniecierpliwiłem ich na mnie czekaniem. Gdy się znajduję przy wyjściu, pani Irena Krzywicka mówi do mnie: — Nie razi to pana w tym hałasie tak długo? — Szanowna pani, ta maszyna, którą ja obsługuję w Wapiennie, robi więcej hałasu jak tu te wszystkie, a mamy ich trzy obok siebie stojące.
Na obiad zaprosiła mnie pani Irena Krzywicka. Udajemy się tramwajem do ulicy Wilczy. Mąż pani Ireny Krzywickiej był adwokatem. W tym czasie wejścia do mieszkania odprawia swych klientów, po załatwieniu. Pani Irena Krzywicka przedstawia mię swemu mężowi. Po obiedzie prowadzimy bardzo krótką rozmowę z powodu, że przybyła nowa klientka. Wieczorem udaliśmy się do tak zwany bandy, lokalu nocnego. Państwo Krzywiccy i pan dr Boy-Żeleński siadamy przy stole, krzesła wyściłane pluszem. Przychodzi kelner, pani Krzywicka mówi: wypijemy pół czarny. Orkiestra zaczyna grać wesołego walca, większa część obecnych biorą się do tańca. Od czasu do czasu zmieniają się światła, występują urodne panny w ubraniu Ewy. Obok naszego stołu siedziało dwóch panów, zażądali po małym kieliszku koniaku. Kelner przynosi. Gość: — Ile kosztuje ten koniak? — Kelner: Oba razem 14 złotych. — Goście się tylko małą chwilę bawili i wyszli. Mówię do pana dr Boy-Żeleńskiego: — Naprawdę źle jest urządzone na tym świecie. Na jedny stronie bieda, że matka nie jest w stanie swemu dziecku dać kawałek suchego ch1eba, a na drugi stronie życie wesołe. Czy by nie było lepiej, gdyby nastąpiło porównanie i wszyscy by się mogli tak bawić, jak ci tu obecni? — Wystąpiła pani kolorowa ze swym małym benbenkiem z dzwonkami, przytakuje do swego tańca. Opuszczamy bandę, udajemy się każdy w swą stronę. Kilka kroków biegnę z panem dr Boyem-Żeleńskim, mówię, że zmieniłem swoją kwaterę. — A dlaczego? — Pod kocami nie jestem nauczony spać, licho było ciepło w pokoju. Mowiłem z panem dr Helsztyńskim, mówi, że ma łóżko wolne i mam u niego nocować, mieszka on Grottgera 19 m. 13. — A jutro staw się pan do mnie o godzinie 9, dzwoniłem do kancelarii pana Prezydenta, możliwe, że jutro będziesz pan przyjęty.
Wchodzę do pana dr Helsztyńskiego, żonie byłem znany z Inowrocławia, pokazuje mi swoich dwóch synów, którzy już po pokojach latali. Pytam się, jak zdrowie na ogół? — Ten mniejszy chłopiec nie za bardzo jest tak, jakby być powinno, od czasu do czasu muszę wzywać lekarza. — Siadamy do kolacji. Po najedzeniu pytam się: — Długu dość pan doktór ma jeszcze na swoim domu? — O jeszcze godnie 48 000. — To nie tak łatwo odpłacić, ale już więcy jak połowa jest zapłacona. — Radio zapowiada wykład. Siadamy, pan doktor, żona pana doktora, służąca i ja, z wielkim napięciem słuchamy wykładu. Po wysłuchaniu wykładu mowię: — Czy ja się jeszcze raz doczekam i sobie na radio pozwolę? W obecnych czasach to mój zarobek za dwa lata nie wystarczyłby na kupno radia. Pan doktor pociesza mnie, mówi, z biegiem czasu to będą tańsze. Pokazuje mi swoje pokoje i fotel nabyty ze zamku królewskiego i wiele innych rzeczy pamiątkowych.
Po zakończeniu tematu udajemy się do sypialni. Usnyłem tak smacznie, że na drugi dzień mnie musieli budzić. Udaję się do pana dr Boya-Żeleńskiego, zawiadamia mnie, że na godzinę 11 mam się zgłosić do pana Skwarczewskiego w zamku Pod Blachą, a on mi da dalsze wskazówki. — Przepraszam, najprzód musze się dać ogolić i zaraz powrócę. Pan dr Boy-Żeleński daje mi wskazówki, kędy mam wejść. Żona pana doktora Boya mnie się przygląda i mówi: — Pan Wojciechowski jako pisarz musi mieć w kieszonce pióro do pisania. Sama mnie dekoruje, kładzie mi pióro do kieszeni na piersiach. Oblekłem płaszcz, zakładam szal na kark. Pani doktorowa: — Z takim szalem giermańskim nie może pan iść do pana Prezydenta, weź pan szal jednolity. — Byłem zdania, że pani wzięła szal swego męża i mi go na ten czas pożyczyła. Pan doktor śmieje się, gdy spogląda na mnie, gdy mnie żona musztruje. Udaję się do pana Prezydenta pod wskazanym adresem, doszedłem do zamku Pod Blachą, tam mi wskazano dalszą drogę. Przeszedłem przez kilka pokoi i doszedłem do pana Skwarczewskiego, który w imieniu pana Prezydenta mnie przyjął. Dzień dobry! Jakub Wojciechowski z Barcina. — Pan Skwarczewski podaje mi rękę: — Pan dr Boy-żeleński do mnie zadzwonił, starałem się, żeby pan był jak najrychli przyjęty. — Przybyłem podziękować panu Prezydentowi za otrzymaną nagrody.
Na stole widzę mój „Życiorys” otwarty. Panu Prezydent kazał panu powiedzieć, że w pana opisie bardzo pana Prezydenta zainteresowała praca koło Berlina, gdy pan dowoził węgiel taczką do kotłowni, a gdy zaczęło brakować wody w kotle, palacza nie było na miejscu, pan otwar wintyle, puścił pumpe w bieg i zaczął wodę do kotła pumpować. Gdy pan Prezydent objął fabrykę na Śląsku, Niemcy myśleli, że Polacy sobie rady nie dają. A pan Prezydent z takich, jak był pan, porobił palaczy, z przodowników majstrów i fabrykę uruchomili na całą parę i obyło się bez Niemców. To kazał pan Prezydent panu powiedzieć. I gdy zajdzie jaka potrzeba, niech się pan zwróci do pana Prezydenta. — Dziękuję bardzo za nagrody, która była mi przyznana, ukłoniłem się i pożegnałem.
Wracam do pana Boya, opowiedziałem jak mile zastałem przyjęty. Wyciągam wieczne pióro z kieszeni i oddaję pani doktorowy, dziękuję za pożyczenie. — Otrzymał to pan na pamiątkę pobytu w Warszawie, tak samo i ten szal. — To będę bogaty w szale, tego kupiłem przed odjazdem, a pani podarowała mi drugiego, kiedy ja się pani za te podarunki wywdzięczę? — Pani doktorowa: — Dziś będzie pan jadł obiad u nas. — Wchodzi syn Boya-Żeleńskiego, który jest artystą, a codziennie mają ćwiczenia. Pani doktorowa przedstawia mnie swemu synowi, rozmawiamy w sprawach osobistych.
Wieczorem odbyło się przedstawienie ku czci Tetmajera: „Na Anioł Pański dzwony dzwonią”. Pan doktor Helsztyński pokazuje w loży siedzącego naszego starego pisarza Tetmajera, który stawał się z dnia na dzień nieszczęśliwy. Także wskazał mi pisarza Wajsenchowa. Na tym przedstawieniu były pokazane tańce z Podhala i inne niespodzianki. Generał wojska polskiego, który był rodakiem z Podhala, powiedział obszerną mowę o życiu i twórczości Tetmajera, któremu zebrana publiczność dala okrzyk: „Niech żyje!” Po przedstawieniu generał zabrał pana Tetmajera do swego auta i zawius go do domu, w którym zamieszkiwał ze swoim synem.
W drodze powrotny pan dr Helsztyński wskazał mi ten dom, w którym mieszkał amerykański kontroler Dawaj, który czuwał nad udzieloną pożyczką dla Polski ze Stanów Zjednoczonych. Nasza Polska dała jemu 40-pokojowe mieszkanie i utrzymywała pana Dawaja z całą jego świtą. Dalej wskazał mi park, w którym dawniej rosyjskie oficerowie spędzali niejedne miłosne chwile ze swymi towarzyszkami. Dziś ten park jest rozparcelowany i przeznaczony na budowę nowych domów. Wskazał mi także grób Nieznanego Żołnierza, pomnik Kopernika i wiele innych pamiątek.
Przychodzimy do mieszkania, służąca czeka na nas z kolacją. Położyli my się smacznie do snu, przespałem do rana. Dnia następnego było w gazetach: „Jakub Wojciechowski w Warszawie”. Tak i pani Irena Krzywicka napisała artykuł do Kultury. Dzień był dla mnie niespodzianką. Chciała się ze mną zapoznać pani Knasterowa, pan dr Arnold i pan dr Krzywicki. Na godzinę 14 było posiedzenie literatów polskich w kawiarni ziemian. Pan dr Boy-Żeleński przedstawia mnie panu M. Grydzewskiemu, redaktorowi Wiadomości Literackich, panu pisarzowi A. Słonimskiemu, panu poecie J. Iwaszkiewiczowi, panu pisarzowi J. Parandowskiemu i pani M. Knasterowy, żonie profesora Uniwersytetu.
Po ukończeniu pogadanki pani M. Knasterowa zaprosiła mnie do mieszkania na małą pogawędkę. Pani Knasterowa odzieła się wełnianą chustą, siadamy naprzeciw sobie przy małym stole. Pani Knasterowa mówi: — Najwięcej mnie zainteresował artykuł, który pan pisał o naszym wychodźstwie do Południowy Ameryki. Z tymi wyjeżdżającymi ja kilkanaście lat wyjeżdżałam statkiem, przeważnie z Hamburga, i pozostałam tam tak długo, aż każda rodzina została na dobre ulokowana. Był to ciężki los naszego wychodźstwa, musieli oni charcować drzewa 10 metrów objętości, palić te drzewa i robić ziemie uprawną. Niektórzy mieli szczęście, że pozostali bliżej brzegu, osiągli pracę w kopalniach węgla, ale tych było bardzo mato. Tam w Brazilii w grudnia są największe gorączki, sięgają do 75 Celsjusza i ta zmiana temperatury doprowadziła mnie, że mi stale zimno jest. — A nie przechodziła pani czasem z naszym wychodźstwem przez ulicę Lipską, Laipzig po niemiecku. Pomimo wielkiej sławy, którą to miasto miało ze swych jarmarków i tego nowo zbudowanego sądu, dla pasizerów byto tak smutnie urządzono, jak zapewne w żadnym innym mieście. Wprawdzie było tam sześć dworców, nazywały się za czasów, jak ja tam pracował, zacznę od wschodu: dworzec Berliński, Drezdeński, Turyngiski, Magdeburski, Eilenburski i Bawarski, a z dworca na dworzec trzeba było przeszło kilometr drogi zrobić. Nieraz zrobiło mi się naprawdę markotno, gdy się przyglądałem tym batalionom naszego wychodźstwa, którzy mieli uwieszane na piersiach godło kraju, do którego wędrowali, przeważnie zauważyłem klucz. I ten naród, jak owce, był prowadzony na drugi dworzec, z którego mógł dalej jechać do Hamburga. — O tych, co pan mówi, byli to przeważnie wychodźcy z południa, więcej: Rumuny, Węgry, Bułgarzy, Serby, Ukraińcy. Nasze transporta szły przeważnie: Toruń, Berlin, Hanower do Hamburga. A w tych czasach nie szły statki tak szybko, jak idą obecnie. A na miejscu wprawdzie mieli przybywający do kraju od państwa trochę zapomogi, ale jak się ta wyczerpała, to szło niejednym bardzo smutnie.
— Szanowna pani, sam nie wiem, co na to powiedzieć, 145 lat był polski naród gnębiony przez okupantów, musiał szukać chleba aż na drugi półkuli ziemski, a dziś mamy własną ojczyznę, te wielkie masy bezrobotnych, które powstały, są nadal gnębione bezrobociem, czy już to takie przeznaczenie dla polskiego narodu? Teraz panią muszę pożegnać. — Szkoda, że mego nie ma, zapoznałby się z panem, ma on wykład w uniwersytecie. Na pamiątkę niech pan zabierze moje zdjęcie. — Dziękuję bardzo, do widzenia, pani pozdrowi swego męża. Wieczorem będziemy w teatrze Ateneum, główny artysta, Stefan Jaracz, ma występować. — Pani Knasterowa: — Byłam już ma tym przedstawieniu.
— Panie doktorze, nie było by czasami możliwe uzyskać karty wstępu do sejmu, byłem raz dawniej w niemickiem Reichstagu w Berlinie, chciałbym się przysłuchać, jak i nasi posłowie radzą w Sejmie? — Pan dr Boy-Żeleński: — Zobaczymy, może się da coś zrobić.
Udaję się tramwajem do pani Ireny Krzywicki, która mnie chciała zaprowadzić do pana dr Ludwika Krzywickiego. W drodze pani Irena Krzywicka opowiada, że jej rodzice zostali wywiezieni na Sybir i tam poumierali. Na obczyźnie w Hamburgu poznałem także pana dr Ludwika Krzywickiego, którego słuchałem referatu, czy nie będzie czasami ten sam? Wchodzimy do mieszkania. — Dzień dobry, Jakub Wojciechowski z Barcina. Gdy mnie pamięć nie myli, widzieliśmy się przed 30 laty w Hamburgu, w sali pod słońcem? — A coś pan w tym czasie tam robił? — Zrzucałem węgle z wagonów kolejowych do statków, nie było w tym czasie jeszcze tych postępów, jak je dziś mamy, żeby można od razu cały wagon wywrócić i zawartość wysypać do statku, tylko podłożeli rucie z blachy, drzwi od wagonu otwarli i sypią, jak tam w owym czasie było mówione, sip, sip, hurra! — A coś jeszcze pan zapamiętał ze sali pod słońcem? — Spomina mi się zjazd międzynarodowy robotników portowych, na którym rozmawiali różni mówcy i różnymi językami. Jeden z mówców, którego mowy nie zrozumiałem, prawdopodobnie miał rzucić obelgę na majestat cesarski. Policja dostała rozkaz aresztować mówcę. Gdy dwóch hamburskich policjantów weszło na scenę, błyskawicznie skoczyło kilkadziesiąt słuchaczy, zrobili zamieszanie, mówcę uratowali, który się ulotnił. W ten wieczór zjazd nie prowadził nadal swoich obrad. Dr Krzywicki: Masz pan dobrą pamięć i ja tam byłem obecny. — A jak szło na ogół w Niemczech pod względem ogólnym? — Do roku 1910, gdy bramy za ocean dla wychodźstwa były otwarte, mogę mówić, szło nie najgorzej. A po ostatnich wyborach przed światową wojną, w których lewica otrzymała nieomal większość, a poseł Karol Liebknecht utworzył partię niezależną socjalistów niemieckich, tę nową partię nazwali Niemcy: most do komunizmu. Niemal cały świat kapitalistyczny się zaląkł, zaczęli łamać siłę klasy robotniczej. Utworzyli nieomal wszystkie przedsiębiorstwa swoje własne, tak nazwane żółte związki. Wstępowali do nich inżynierowie, majstry, przewodniki pracy. Robotnicy bronili się rękami i nogami, ale stawali się coraz bezsilniejsi. Do nich dołączyła się poczta i kolej państwowa, także ich dyrekcje tworzyły własne organizacje. Fabrykanci stucznie, rzekomo z powodu braku zamówień, setkom a tysiącom wypowiedzieli pracę. Z tego powodu załamała się klasa robotnicza i pogarszało się z miesiąca na miesiąc, aż do wybuchu pierwszej wojny światowej. A po zakończeniu wojny było jeszcze o wiele gorzej. Wprawdzie uzyskaliśmy ośmiogodzinny dzień pracy, organizacje lewicowe ożywiły się, naród zaufał Scheidemanowi, Ebertowi, Noskemu, Landzbergowi, a ci bronili więcej kapitalistów, jak narodu roboczego. Karola Liebknechta zamordowano, mieli oni wolną rękę do działania. Nieomal na każdym zebraniu wspominali: Polska nam nasz spichrz zabrała. Kto miał coś grosza zaoszczędzonego, tracił na wartości z dnia na dzień, aż nastąpiły biliony. A gdy utworzyli rentenmarki, to jeden bilion albo jedna rentenmarka miała jedną wartość.
Pan doktor Krzywicki, zamyślony, nie daje żadnej odpowiedzi ani pytania. Z drugiego pokoju wchodzi pani Irena Krzywicka, która mówi do swego teścia: — Czy by nie szło coś dla pana Wojciechowskiego z Ministerstwa Oświaty, aby mógł sobie pozwolić na opłacenie godzin i się lepiej zapoznać z gramatyką i stylistyką? — Pan dr Krzywicki: — Jest mi wiadomo, że na cele oświatowe nie wolno ministrowi ani grosza wydawać.
Panu dr Boyowi-Żeleńskiemu udało się uzyskać karty wstępu do Sejmu. W towarzystwie pana Helsztyńskiego udajemy się do Sejmu posłuchać, jak nasi posłowie radzą. Przy pomocy głośników można było zrozumieć mowę, którą poszczególni mówcy przemawiali. Wynikało z ich mowy, że pragną oni dobra państwa, tak i narodu. Porównywałem niemiecki Reichstag z naszym Sejmem. Naprawdę mnie to cieszyło, że się mogłem doczekać tej chwili, że i w naszej Polsce mamy własny Sejm. U pana dr Helsztyńskiego zapoznałem się z panem profesorem Józefem Bierkenmajerem, który był zwolennikiem turystycznym. Rozmawialiśmy o Zakopanem i innych miejscowościach górskich. Także miałem sposobność się zapoznać z panem profesorem Skiwskim, miłośnikiem przyrody. Następnego dnia udaję się do pana profesora Arnolda, u którego zostałem bardzo miłe przyjęty. Po obiedzie pan Arnold mówi do mnie: — Czytałem w pana książce, jak podczas służby wojskowej kapitan chciał się od pana dowiedzieć o życiu górników i pan z nim całą godzinę na korytarzu przy tablicy rozmawiał. Ja chętnie chciałbym się też cośkolwiek dowiedzieć o budowach kopalni i pracy w górnictwie. — Bardzo proszę, ale to potrwa długą chwilę. A może profesor pozwoli kawałek papieru? — Proszę. — Będę mówił o kopalniach niemieckich, ponieważ w polskich nie pracowałem. Ten szyb, który z dala widzimy, wydaje nam się, jakby to była mała jama, która prowadzi w głąb, a ten szyb jest w rzeczywistości jeszcze raz taki wielki jak ten pokój, w którym się znajdujemy. Najmniejsze są budowane 8 na 8 m i także większe. Ten szyb jest przeplatany grubym żelazem, do których są przymocowane oparcia, które służą do wprowadzenia 20-tonowego kosza tak z ludźmi, jak i z węglem, a za dawniejszych czasów i konie spuszczali koszami. W tym szybie idą rury w objętości 1 m i więcy dla pompowania wody, inne rury dla wyciągania złego powietrza, coś mniejsze rury od kompresorów, które sprowadzają powietrze do maszyn, kable telefoniczne, drabiny, które w razie jakiego wypadku służą do wychodzenia na powierzchnię. Jesteśmy na dole. Węgiel jest to tylko żyła w kamieniu, najgrubszy taki pokład ma grubości 1 m 75 cm, a najcieńszy 55 cm. Te pokłady idą przeważnie szagą na dół. Jak one głęboko idą, jeszcze nie jest zbadane, a w lewo i prawo ciągną się około 100 kilometrów i więcy. W tych kopalniach, w których ja pracowałem, mieli my takich pokładów 19. Była to przestrzeń około 3 kilometrów. Każda kopalnia musi mieć dwa szyby, jeden do fedrunku, drugi do powietrza, i każda tak nazwana zola. Gdzie górnicy pracują, musi być przebita jama do szybku powietrznego, a zaczem dobiją, to zakładają grube rury blaszane. Równomiernie z postępem naprzód przez te rury krąży powietrze. Tymi rurami posługuje się tak długo, aż dobiją do szybu. Przeważnie co 100 metrów w głąb nazywają zolą. Taka zola ma przeważnie przeciętny tor przez kamień i węgiel tak daleko, jak sięga granicą ty kopalni. Ten tor wskazuje wszystkie pokłady węgla. Od tego toru na lewo i prawo wrębiają się w węgiel i wózkami doprowadzają do głównego toru. W latach do 1904 posługiwali się końmi, później wymyślili maszyny na powietrze. Silne kompresory i maszyny uwolniły konie od pracy pod ziemią.
Pan prof. Arnold: — Nie było to by możliwe zapobiec tym nieszczęśliwym wypadkom? — Chociaż sam byłem dwanaście lat górnikiem, ale muszę powiedzieć, że we większy mierze mają górnicy sami winę. Każdy górnik jest tak pouczony, że przed wejściem do pracy musi zbadać, czy nie ma nagromadzonego gazu, a w razie coś zmiarkuje, musi wziąć wąż i spłukać wodą. A na to się górnik siedem lat uczy, żeby rozpoznać kamień, który wisi mocno, a który luźno, a najwięcy nieszczęścia wprowadza ta chytrość i lekceważenie w pracy. W dawniejszych latach, gdy sam górnik na się uwagi nie zwracał, to wnet przestał być górnikiem, a robotnik nic nie kosztował. Kasa ubezpieczeniowa była tak bogata, że jej majątek wchodził w miliony, a to sam naród musiał płacić i do tego tysiące urzędników żywić.
Nasza pogadanka dobiega końca, pan dr Arnold wyszukał swoją już nie nadającą się dla profesora tekę, nakład w nią tak książek, ile się zmieściło, i podarował mi na pamiątkę. Pożegnałem ten tak szczęśliwy dom, w tej nadziei, że wieczorem zobaczymy się w kabarecie.
Dnia następnego udaję się do Muzeum Wojskowego. Zainteresowały mnie pancerze, ubrania dawniejszych rycerzy polskich, karabiny, a nawet działa, które w owych latach miały bardzo wielkie znaczenie, książki, w które był Tadeusz Kościuszko wpisany. Stwierdziłem, że i nasze polskie Muzeum nie różniło się od Muzeum w Berlinie na Weststrasse. Udaję się do „Zachęty” zwiedzić obrazy. Wchodzę na piętro, pytam się studenta, w którym miejscu został Prezydent Narutowicz zamordowany? — Na tym miejscu, gdzie pan stoisz. —Oglądałem obrazy Matejki i inne. Podziwiałem uwiązaną niewiastę do niedźwiedzia, to widowisko spotkałem w więcej miejscowościach.
Po zwiedzaniu udaję się tramwajem do Cytadeli, zwiedzić miejsce, gdzie zginęli Romuald Traugutt i czterech członków rządu narodowego. Zbliżam się ku Cytadeli, żołnierz zwraca mi uwagę, że nie wolno dalej iść, moje tłumaczenie nie odniosło skutku, musiałem się wrócić. Siadłem do tramwaju. Postanowiłem sobie zobaczyć i przedmieście. Udałem się jedną, drugą i trzecią linią przejechać do końca każdej linii. Wieczorem mówię do pana Boya: —Niech mnie już pan wygoni do Barcina. — Jutro mam odczyt, na nim musi pan być. — Dobrze.
Następnego dnia, już bez programu, biegłem obok Nieznanego Żołnierza, oglądałem pomnik księcia Poniatowskiego, Belweder, w którym urzędował Józef Piłsudski. Tu mi przyszło na myśl, jak kolega przybył do mego pokoju, przyniósł mi gazetę do przeczytania, w której był opis, gdy się zjawiła delegacja ze Śląska do Marszałka Piłsudskiego i mówi, że Górny Śląsk się nam należy. Marszałek J. Piłsudski leżąc na kanapie odpowiedział: — Śląska Wam się chce, to jest stara niemiecka prowincja. — Druga myśl mi nachodzi: Józef Piłsudski wolał bić czerwoną armię, jak bronić prastarych ziem górnośląskich. Dalszą myśl przerwał mi żołnierz, który stojał na posterunku przed chorążówką. Podziękowałem panu dr Helsztyńskiemu i całej rodzinie za tak miłe przyjęcie i pożegnałem ten tak szczęśliwy dom.
Udałem się do pana dr Boya-Żeleńskiego, który miał odczyt tego wieczoru. Siadamy do taksówki. Pan dr Boy i jego żona udajemy się do sali, która była przepełniona do ostatniego miejsca. Zajmujemy miejsca. Pan dr Boy-Żeleński przywitał obecnych, przemówił słowo wstępne i zaczęło się czytanie. Na zmianę czytał pan dr Boy-Żeleński i drugi gość, którego godność niestety zapomniałem. Odczyt udał się nadzwyczajnie. Po załatwieniu spraw związanych z odczytem, pan dr Boy-Żeleński w towarzystwie zony odwieźli mnie do Dworca Głównego. Żegnam mi tak miłych i życzliwych wiernych przyjaciół zbieram tak mi szczerze ofiarowane ksiązki i pamiątki, udając się do Barcina w tej myśli, kiedy ja się za to wywdzięczę tym tak mi życzliwym obywatelom.
Po powrocie do pracy w drodze koledzy stawiają mi pytania, jak wygląda w tej naszej Stolicy, czy i tam są bezrobotni. Odpowiadam, nic nie jest lepiej niż u nas. Zgłosiłem się swemu majstrowi K, że wróciłem z powrotem. Na rozmowę nie było czasu, mówi: — Idź do twojej roboty.
Jakub Wojciechowski
CZYTAJ TEŻ