Lesbian drama
czyli
dlaczego lesbijki nie zawsze żyją razem długo i szczęśliwie


 

I właśnie wtedy, gdy przeżywam największą lesbian drama w swoim życiu, otrzymuję propozycję, by napisać tekst do numeru Pola poświęconego Jane Bowles. Instrukcje są niby proste, „tekst o dramatach między kobietami, coś wbrew stereotypom, że lesbijki żyją długo i szczęśliwie” lub „o związkach lesbijskich w czasach Bowles i teraz”. Kurcze, dawno już nie czytałam Bowles. Obiecuję się zastanowić. I od razu siadam i piszę. 

Pierwsza myśl, że to nieprawda. Lesbijki nie żyją długo i szczęśliwie. Badania pokazują, że najwyższe ryzyko rozwodu mają właśnie pary dwóch kobiet. Odsetek rozwodów wśród lesbijek i gejów, w krajach, gdzie mogą zawierać małżeństwa, wyraźnie wskazuje, że te pierwsze rozwodzą się częściej (nawet dwukrotnie częściej niż pary heteroseksualne i 1,6 razy częściej niż pary męskie (Ponkilainen et all., 2026; Statistics Netherlands, 2026). A potem wchodzą w kolejne cykliczne monogamiczne związki. Pary dwóch mężczyzn są zwykle znacznie bliżej par różnopłciowych. A zatem to geje tworzą razem dłuższe związki. Być może dlatego, że je w międzyczasie otwierają? W moim badaniu rodziny z wyboru w Polsce niemonogamia wśród gejów była znacznie wyższa niż u kobiet (32% vs 4,6%) (Mizielińska et all, 2014). Czy zatem monogamia jest ich zgubą czy jeszcze coś innego? Niestety, badania ilościowe nie przynoszą odpowiedzi na to pytanie. 

A może po prostu długo nie oznacza szczęśliwie? A lesbijki żyją ze sobą, dopóki są szczęśliwe, a potem się rozstają i wchodzą w kolejne szczęśliwe związki? Byłyby więc idealnym przykładem miłości współbieżnej Giddensa. Ich związki byłyby egzemplifikacją czystej relacji i miałyby się opierać na wzajemnej satysfakcji i partnerstwie, a nie na byciu razem mimo wszystko na wieki. A może po prostu szczęście jest przereklamowane? 

Kusi mnie, by stwierdzić, że taka Jane Bowles miała lepiej. Czysty układ. Sprawy seksu załatwiało się gdzie indziej, poza związkiem małżeńskim. Równoległe związki erotyczne z innymi, za obopólną wiedzą i zgodą. Jane i Paul Bowlesowie, partnerzy intelektualni, dający sobie nawzajem wsparcie i prowadzący twórcze życie. Dziś by się mówiło o niemonogamii konsensualnej. I wciąż bywa ona tabuizowana. Widać, że życie w prawdzie i zdradzanie za obopólną zgodą jest trudniejsze do zaakceptowania niż zdradzanie po kryjomu, jak pokazują badania dotyczące zdrady wśród Polaków (CBOS, 2011). 

Jane Auer wyszła za Paula Bowlesa w 1938. Mimo związków z kobietami, trwających czasem bardzo długo i częstego oddalenia, Paul był przy niej do końca, czyli do śmierci Jane w 1973 roku. Jak to w definicji małżeństwa, choć przecież ich związek tak bardzo odbiegał od tradycyjnego. Nie sądzę, by obchodzili rocznice ślubu. 

Muszę się przyznać, że zanim poznałam twórczość Jane Bowles (bardzo późno przetłumaczoną na polski), moją ukochaną książką była „Pod osłoną nieba” Paula Bowlesa, którą wydał w 1947 roku i zadedykował Jane. Książka opowiada o związku Porta i Kit Moresby, którzy udają się w podróż do Maroka, próbując pokonać kryzys małżeński. Są małżeństwem od dziesięciu lat i nie są zdolni do wspólnego życia mimo miłości, jaką do siebie żywią. Książkę czytałam kilka razy. Film Bernardo Bertolucciego, który powstał na podstawie książki, oglądałam kilkanaście razy, ze wszystkimi moimi partnerkami. Kiedyś znajome artystki z Hiszpanii, duet artystyczny Cabello/Carceller robiły projekt „Archivo: drag modelos” (2007-2011). Chciały zbadać, w jaki sposób osoby queer i lesbijki budują własne modele identyfikacji poprzez męskie ikony kina, ponieważ w czasie, gdy dorastały niemal nie istniały lesbijskie odpowiedniki czy pozytywne kobiece wzorce o podobnej sile i sprawczości. Poprosiły, byśmy ja, moja przyjaciółka i była partnerka wcieliły się w jakąś ukochaną postać męską, moja przyjaciółka wybrała Marlona Brando, ikonę męskiej charyzmy i buntowniczości. Ja wybrałam Johna Malkowicha grającego Porta Moresby w filmie Bertolucciego. Artystki zrobiły nam zdjęcia, które potem pokazywały na różnych wystawach wraz z naszym uzasadnieniem, bo poprosiły nas o to również. Nie pamiętam, co wtedy im powiedziałam i jaki fragment mojej wypowiedzi ostatecznie zdecydowały się zamieścić na wystawach. Wydaje mi się, że urzekała mnie wtedy jego niejednoznaczna męskość, kruchość skrywana pod maską chłodu i powściągliwości. Coś trudnego do uchwycenia. Miękkie podbrzusze, które trzeba chronić. Jak pisze o nim Paul Bowles, Port nie był stanie wyrwać się z klatki, jaką zbudował dawno temu, aby uchronić się przed miłością (s.101). Port pozujący na zdystansowanego podróżnika (podkreśla, że nie jest turystą), kryje pod maską przerażenie samotnością i uzależnienie od Kit. Przyznaje się do tego dopiero w chwili śmierci, gdy mówi jej, że przez te lata żył tylko dla niej. Kit, która jest świadoma, że dla Porta miłość była równoznaczna z miłością do niej, wie, jak wiele ich różni i boleje nad tym, że nie potrafi stać się taką, jak by sobie życzył, bardziej podobną do niego, w ten sam sposób dotkniętą samotnością i bliskością rzeczy nieskończonych: Choć często mają takie same reakcje, takie same odczucia, nigdy nie dochodzą do tych samych wniosków, ponieważ ich cele życiowe są niemal zupełne przeciwstawne […] cisza i pustka, które napełniają jego dusze, ją napawają strachem (s.100). Motywy lęku, zależności i poszukiwania sensu przeplatają się przez całą książkę, ujawniając ich emocjonalne napięcia i podobne maski: intelektualny dystans, pozorną niezależność, a pod spodem panikę przed utratą drugiej osoby. Zagubiona Kit po śmierci Porta rusza we własną podróż, by zatracić się w kimś innym / innej kulturze, a na końcu znaleźć się w klinice psychiatrycznej.  

Dziś mogę sobie stawiać pytanie, dlaczego identyfikowałam się z Portem / Paulem Bowlesem, a nie Kit / Jane Bowles? Być może jestem w podobny sposób dotknięta samotnością i bliskością rzeczy nieskończonych? Wiem, że taka prosta analogia, Port/Paul, Kit/Jane, może być krytykowana, ale jednak książka czerpie wiele z życia obojga. Grająca Kit Debra Winger ma nawet fryzurę podobną do Jane i jest pisarką. Poza tym charakterologicznie przypomina Jane. Tak jak ona boi się pociągów, tuneli, kozłów oraz wszelkiego rodzaju znaków/wróżb/omenów. Port jak Paul jest kompozytorem. Para mieszkała w Maroku przez lata, tworząc różne związki jednopłciowe i wikłając się w różnorodne zależności od nich1.  

Ich małżeństwo, mimo braku monogamii i mimo relacji z osobami tej samej płci, było opisywane jako niezwykle głęboko emocjonalnie splecione, niemal symbiotyczne. Być może Port, ze swoją intelektualną fasadą kryjącą desperacką potrzebę Kit, jest literackim zapisem tego samego paradoksu, jaki Paul przeżywał wobec Jane? Jego niezdolności do funkcjonowania w konwencjonalnym związku, przy jednoczesnej, bardzo realnej niemożności życia bez tej konkretnej osoby. 

Najbardziej bezpośredni dowód znajduje się w wydaniach ich korespondencji. Listy Paula Bowlesa pisane do Jane Bowles podczas jej choroby są niezwykle czułe i poruszające. Z drugiej strony, w swoich listach do Paula Jane niejednokrotnie wyraża pragnienie towarzyszenia mu w podróżach lub podczas pracy pisarskiej. Świadczy to o tym, że oboje przeżywali rozłąkę z drugą stroną jako coś fizycznie bolesnego. To potwierdza więc wzorzec z „Pod osłoną nieba” – intelektualna poza niezależności, maska dystansu, pod którymi kryje się desperacka, czasem destrukcyjna potrzeba drugiej osoby. U obojga Bowlesów, tak jak u obojga Moresbych. 

Gdy Jane poznała Paula w 1938 roku, był już uznanym kompozytorem i część krytyków sugeruje, że małżeństwo z nim było strategicznym posunięciem z jej strony, mającym na celu wejście do kręgów literackich i muzycznych. Przed ślubem z nim sypiała wyłącznie z kobietami, szukając przygód w Greenwich Village i mając liczne romanse, często z mało atrakcyjnymi i starszymi od siebie kobietami. Ta fascynacja niewłaściwymi partnerami czy partnerkami, kończąca się upokarzającymi katastrofami, jest zresztą świetnie opisana w „Dwóch poważnych damach”, jedynej powieści Jane Bowles. To sugeruje, że wzorzec, który później powtórzy się z Cherifą w Maroku i innymi – impulsywność, intensywność, ale też powtarzająca się skłonność do związków kończących się bólem czy poniżeniem, był obecny już od samego początku jej dorosłego życia erotycznego, długo przed Marokiem. 

Podobno na początku Jane postrzegała Paula jako wroga i zagrożenie dla swojej lesbijskiej tożsamości. Po ślubie para szybko zrezygnowała z życia seksualnego na rzecz związku dusz. Dużo podróżowała, zabierając ze sobą liczne bagaże (słynna scena liczenia walizek w filmie Bertolucciego). W 1940, podczas podróży do Meksyku, w Taxco Jane poznaje starszą o 22 lata Helvettę Perkins, zamożną, wykształconą rozwódkę, która osiedliła się tam z córką, by przeczekać wojnę. Ich związek będzie trwał z przerwami 7 lat. Razem podróżują przez Meksyk i Amerykę Środkową. Potem wracają do Stanów, gdzie zamieszkują na farmie. Ich relacja jest burzliwa; Helvetia jest zazdrosna, gdyż Jane sypia z innymi kobietami, ale też nie chce zostawić Paula. W 1942 roku po jednej z kłótni Jane próbuje popełnić samobójstwo. Millicent Dillon, autorka biografii Jane, sugeruje, że ich związek wpływał na twórczość Jane. Sztuka „A Quarreling Pair” (1945), w której dwie siostry w średnim wieku nieustannie kłócą się mimo nierozerwalnej więzi, może być zapisem relacji Jane z Perkins. Pisane przez 6 lat „Dwie poważne damy” Jane zadedykuje Helvetti, Paulowi i matce.  

Powieść składa się z dwóch pozornie niezależnych wątków: Christiny Goering i pani Copperfield, które łączą się dopiero pod koniec. Wielu biografów i krytyków (m.in. Millicent Dillon w „A Little Original Sin”) odczytuje tę dwoistość jako literacki zapis wewnętrznego rozdarcia samej Jane między potrzebą kontroli/eksperymentu a potrzebą całkowitego poddania się i utraty siebie. Goering traktuje własne życie jak serię prób moralno-duchowych. Celowo wybiera dyskomfort, brzydotę, poniżenie, bo wierzy, że tylko przez to może dotrzeć do jakiejś prawdy o sobie. Jej fascynacja nieatrakcyjnymi, „niewłaściwymi” partnerami (np. Arnoldem, potem panem Deuce’em) może być odczytana jako projekcja własnych, sprzecznych z oczekiwaniami otoczenia wyborów uczuciowych Jane. Obsesyjna, uzależniająca relacja pani Copperfield z młodą prostytutką Pacíficą koresponduje z tym, co wiadomo o emocjonalnych, intensywnych i często destrukcyjnych związkach Jane z kobietami. Millicent Dillon czyta relację Copperfield–Pacífica jako wyraz głębokiej potrzeby Jane, by oddać kontrolę nad swoim życiem komuś „z zewnątrz” jej klasy i świata. Jakby tylko przez całkowite zatracenie siebie w kimś obcym mogła uciec od ciężaru własnej tożsamości (inteligentnej, zamożnej, żydowskiej Amerykanki, od której oczekiwano określonej roli). Zrealizuje ten scenariusz w pełni w relacji z Cherifą w Maroku.  

Po wydaniu książki rodzina Jane jest oburzona, bo Jane opowiada w niej jawnie o miłości lesbijskiej. Również rodzina Perkins chłodno na nią reaguje. Powieść wywołuje kontrowersje i przez krytykę jest uznawana za dziwną. Ale chwalą ją Truman Capote, Gore Vidal czy Tenesse Williams, wyrażając podziw dla oryginalnego stylu i humoru.  

Trudno nie czytać „Pod osłoną nieba” w nawiązaniu do „Dwóch poważnych dam”, które Paul znał, bo Jane wydała swoją książkę w 1943 roku, a pisała ją w latach 1938-43. Jak sam twierdził, to właśnie bycie przy Jane, gdy pracowała nad tą książką, sprawiło, że sam powrócił do pisarstwa. Zarzucił wtedy komponowanie jako zajęcie pierwszoplanowe i zdecydował się przenieść do Tangeru, gdzie mieszkał do końca życia. Trudno stwierdzić, czy mógł czerpać coś strukturalnie z pracy Jane i kto na kogo wpływał. Z pewnością Jane jest odważniejsza w obnażaniu konwencji i norm społecznych oraz ukazaniu miłości do osób tej samej płci. Na pewno oboje czerpali też niezależnie z tych samych wspólnych doświadczeń podróży i własnej małżeńskiej dynamiki. 

W obu książkach biali, zamożni Amerykanie wyjeżdżają do „egzotycznego” miejsca (Panama u Jane, Sahara/Maroko u Paula) i ta podróż staje się katalizatorem rozpadu ich tożsamości, a nie tylko tłem wydarzeń. W obu książkach kluczowy jest rozpad małżeństwa/związku pod wpływem podróży – u Paula Port i Kit Moresby coraz bardziej się od siebie oddalają, u Jane państwo Copperfield się rozstają. W obu przypadkach pojawia się motyw całkowitego poddania się obcej kulturze/osobie z tej kultury – Kit „znika” w karawanie Tuaregów, pani Copperfield „zatraca się” w relacji z Pacíficą. Port pod pewnymi względami przypomina panią Copperfield, która podróżując do Panamy ze swoim mężem ulega fascynacji prostytutką. Oboje szukają autentyczności przez dyskomfort. Port wyobraża sobie siebie jako „podróżnika”, a nie „turystę” – kogoś na tyle odważnego, by wykroczyć poza schematy cywilizacji. To dokładnie ten sam impuls, który pchnie panią Copperfield do ucieczki od wygodnego, mieszczańskiego życia w stronę czegoś brudniejszego, bardziej „prawdziwego”. Oboje odrzucają bezpieczeństwo na rzecz czegoś jeszcze do końca nieokreślonego. Pani Copperfield świadomie wybiera hotel w gorszej dzielnicy Panamy zamiast tego, który proponuje mąż. To ten sam gest, co niechęć Porta do odzyskania skradzionego paszportu i parcie dalej w głąb pustyni, mimo ostrzeżeń, na zatracenie. Oboje umierają/znikają w wyniku tej podróży (metaforycznie u Copperfield, dosłownie u Porta). Podróż nie jest tu więc przygodą, tylko mechanizmem rozpadu. Jednakże krytycy (Millicent Dillon) najczęściej zestawiają z panią Copperfield właśnie Kit. Jej podróż jest systematycznym obnażaniem złudzeń co do podróży, miłości i siebie samej przez brutalną rzeczywistość obcej kultury i ludzkiej natury. Jej ostateczny stan wyobcowania to forma całkowitego poddania się, rozpadu jaźni, której nie da się już „osłonić”. To niemal dosłowny opis tego, co dzieje się z panią Copperfield w Panamie: poddanie się, rozpad kontrolowanej tożsamości, oddanie się czemuś/komuś obcemu. 

W 1947 roku Paul przybywa do Tangeru, kupuje dom w medinie i namawia Jane, by do niego dołączyła. Ta się waha, w końcu zrywa z Helvetią, i wyrusza w podróż do Maroka (31.01.1948), zabierając ze sobą nową kochankę, Cory, kobietę w średnim wieku z Nowej Anglii. Gdy tamta wraca do USA, Jane zamieszkuje z Paulem w Hotelu Farhar w Tangerze. Jest zafascynowana kulturą marokańską, szczególnie światem kobiet, oddzielnym od świata męskiego, i zapowiada, że zostanie w Maroku na zawsze. Niedługo po tym Paul przedstawia jej Cherifę (Aminę Bakalię), o 10 lat młodszą niepiśmienną Marokankę, która na targu niedaleko Grand Hotel Villa de France handluje zbożem. Cherifa pyta Jane, czy nie zjadłaby z nią miski zupy, którą właśnie przygotowywała przed swoim stoiskiem. 30-letnia Jane zakochuje się w niej bez pamięci, a Afryka staje się dla niej targiem zbożem, jak pięknie napisała (list do Paula, Dillon, 1998, 165). Pokazuje to wyraźną zmianę wzorca w życiu miłosnym Jane; przejście od związku względnie „równego” klasowo i kulturowo z Perkins do związku naznaczonego ogromną asymetrią władzy, języka i pochodzenia, co wcześniej opisała w powieści, antycypując własne uwikłanie. Warto jednak dodać, że te relacje władzy nie układają się jednokierunkowo i są bardziej skomplikowane. W momencie poznania Cherifa była jedyną kobietą w Tangerze prowadzącą własne stoisko na targu, a więc miała już pewną niezależność i pozycję we własnym środowisku, zanim jeszcze poznała Jane. Nie nosiła hidżabu, burki ani nikabu, za to miała przy sobie nóż dla ochrony, odrzucała zaloty mężczyzn (żyła w momencie poznania z inną kobietą). I to Jane, jak to opisuje w swoich listach, pragnęła jej akceptacji i wniknięcia w jej kulturę. Podjęła nawet trud uczenia się marokańskiego dialektu Mohgrebi, którym tamta mówiła.  

Bardzo długo Jane próbowała uwieść Cherifę, która na początku najprawdopodobniej była zakochana w jej tłumaczu Boussifie. Poprzez Cherifę Jane poznaje też inną kobietę, starszą, Tetum i w niej również się zakochuje i również próbuje uwieść. Obydwie przekupuje prezentami. Na przykład, gdy pod koniec 1948 roku razem z Paulem decydują się dobudować pokoje do domu w medinie, który Paul kupił wcześniej, ale nigdy w nim nie mieszkali2, Jane pisze: gdy pokoje będą dobudowane, Cherifa i Quinza będą mogły zostać na noc. Tetum nie przyjdzie, jestem pewna, ale gdy pokoje będą gotowe, będę mogła zaoferować jej prezent, jeśli zamieszka ze mną przez jeden dzień, dwa dni, tydzień czy dłużej. Za miesiąc dostanie całą owcę. Jeden dzień to będzie szczoteczka do zębów, a drugi breloczek do kluczy. Dwie noce – skarpetki. Jeden tydzień – pidżama (Dillon, 1998, 182). W późniejszym czasie obydwie kobiety będą o siebie zazdrosne. Jak wspominają znajome, które odwiedziły Jane w Tangerze: Między Cherifą a Tetum była wielka zazdrość. Nie były zakochane w Jane, to było jasne, ale chciały z niej wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy. […] Jane nie miała złudzeń co do ich uczuć. Nie obchodziło jej, czy ją lubią czy nie. Chciała być w ich życiu. Ale tak, kochała Cherifę (Dillon, 1998, 236). Jane zamieszka w domku w Medynie w 1954 roku. Posyła wtedy szofera po Cherifę, która, mimo obaw związanych z relacją z Europejką3, dołącza do niej. Spędza z nią 2-3 noce w tygodniu, śpiąc w ogrodniczkach i koszuli, a ich życie intymne sprowadza się do pocałunków i dotyku. W listach Jane skarży się przyjaciółkom, że być może nigdy nie doczeka się czegoś więcej, bojąc się stracić to, co Cherifa ma jej do zaoferowania, przywiązanie i czułość (Dillon, 1998, 246). Dopiero w 1955 roku Cherifa zamieszka z nią na stałe i będzie prowadzić jej dom. 

Otoczenie Jane (w tym Paul) przyjęło związek z Cherifą z konsternacją, traktowało jako żart czy jakąś grę (Paul nazywał to „zabawą w dom”) (Dillon, 1998, 254), choć Jane protestowała i mówiła im, że kocha Cherifę. Trudno powiedzieć, ile w krytyce Cherify jest prawdy, a ile klasizmu, rasizmu i orientalizowania. Niepiśmienną Charifę krytykowano za manipulowanie Jane i bycie z nią tylko dla pieniędzy. Określano ją jako wiedźmę, pojawiło się nawet podejrzenie o zatrucie przez nią Jane. Współcześni krytycy, np. Haas traktuje teorię o otruciu sceptycznie jako element mitologizowania Cherify jako złowrogiej, egzotycznej uwodzicielki, a nie udokumentowany fakt (Haas, 2013). 

Związek z Cherifą trwał długo, choć trudno ustalić dokładnie, ile czasu. Niektóre źródła podają, że do śmierci Jane w 1973 roku, czyli 25 lat4. W 1957 roku Jane przechodzi udar, który uszkadza jej wzrok, zapoczątkowuje stopniową degradację jej zdrowia i pogłębia depresję. Cherifa jest wtedy przy niej, ale potem z podróży wraca Paul i przejmuje opiekę. Bowlesowie szukają ratunku w klinikach zagranicznych w Anglii, USA i wreszcie w Hiszpanii. W 1959 roku wracają do Tangeru, zatrudniają na stałe opiekunkę dla Jane, która wciąż jest bardzo słaba i może mieć ataki epilepsji. W ten sposób w domu nigdy nie jest sama; opiekują się nią trzy kobiety – Angele, Aicha (kucharka) i oczywiście Cherifa. Od 1966 roku jej stan się pogarsza, pije, przyjmując leki na nadciśnienie i depresję. Często miesza leki od kilku lekarzy. Cherifa za poleceniem lekarzy i Paula próbuje ją kontrolować, ale Jane jej nie słucha. Ma też obsesję na punkcie braku pieniędzy i praktycznie nie wychodzi z domu. Lekarze zalecają umieszczenie jej w klinice psychiatrycznej. W połowie kwietnia 1967 roku Paul zabiera ją do Malagi, gdzie zostaje przyjęta do kliniki. Tam przechodzi terapię szokową i jej stan się poprawia. Na początku lipca Paul na jej prośbę zabiera ją z powrotem do Tangeru5. Jane zatrudnia z powrotem Cherifę, którą Paul w międzyczasie zwolnił. Pod koniec 1967 roku, bez powiadomienia Paula, wyprowadza się z mieszkania, zabierając Cherifę, i zamieszkuje w hotelu w centrum Tangeru. Zaczyna pić w pobliskich barach, rozdaje pieniądze oraz ubrania, wypisuje obcym ludziom czeki. Zachowuje się irracjonalnie, ludzie jej unikają. W styczniu 1968 zgadza się wrócić do kliniki w Maladze. Tu dostaje diagnozę psychozy maniakalno-depresyjnej, potem zmienioną na schizofrenię. Oprócz leczenia farmakologicznego, znowu przechodzi terapię elektrowstrząsami. W 1968 roku, po krótkim pobycie u znajomych Paula w Granadzie, przenosi się do katolickiego szpitala przyklasztornego pod Malagą, gdzie przyjmuje chrzest. Wprawdzie w lutym 1969 roku, gdy poczuła się lepiej, udała się na cztery miesiące do Tangeru i mogła teoretycznie widzieć się z Cherifą, jednak wtedy prawie nie wychodziła z domu, a Cherifa została wcześniej ponownie zwolniona. Po powrocie Jane do kliniki w Maladze w czerwcu 1970 przechodzi kolejny udar, po którym całkowicie straciła wzrok, nie mogła chodzić i mówić. Tam spędziła resztę życia w relatywnej izolacji, z ograniczonymi kontaktami społecznymi. Należy więc przyjąć, że fizyczna separacja tych dwóch kobiet nastąpiła najpewniej w momencie wyjazdu Jane na leczenie w 1968 roku. Cherifa znika ze źródeł, zastąpiona przez lekarzy, zakonnice i Paula jako głównych opiekunów. Wiemy jednak, że pozostała w Tangerze, gdzie żyła jeszcze co najmniej dekadę. Jane umiera w klinice 4 maja 1973 roku po kolejnym udarze. 

Czas może napisać o mojej lesbian drama. Niedawno skończył się mój ponad 18-letni związek, więc być może nie jestem właściwą osobą do pisania na ten temat. A może jak najbardziej właściwą. Od dawna zajmuję się naukowo związkami intymnymi, pokrewieństwem i rodzinami LGBTQ. Napisałam wystarczającą ilość artykułów na ten temat, by wiedzieć, że szczęście nie zawsze idzie w parze z liczbą przeżytych lat.  

Zawsze mnie zastanawiało, że miarą szczęśliwego związku są rocznice, jakby im dłużej ze sobą się wytrzymywało, tym lepiej. Te rocznice w parach heteroseksualnych są oczywiście potwierdzane aktem małżeństwa, uroczyście obchodzone, wraz z rodziną i znajomymi. Lesbijkom w Polsce, nawet jeśli żyją ze sobą długo, nikt nie składa życzeń. Jakby nie było czego obchodzić. Nie byłyśmy pod tym względem wyjątkiem. 

Moi rodzice przeżyli ze sobą 53 lata. Z mojego punktu widzenia powinni się byli rozstać od razu. Gdy byłam dzieckiem, postanowiłam, że nigdy nie wyjdę za mąż. I nie miało to nic wspólnego z moją miłością do kobiet, odkrytą dość późno, ale z faktem, że nie widziałam w swoim otoczeniu szczęśliwych związków. Gdy dorosłam, dalej ich nie dostrzegałam. I nigdy nie wierzyłam w bycie ze sobą do grobowej deski, choć przy właśnie zakończonym związku, przyznaję, zawiesiłam na moment swoje wątpliwości. 

Gdy się poznałyśmy, X. chciała ode mnie wielkich deklaracji i zapewnień. Była młodsza, bardziej może romantyczna. Nie chciała ryzykować, mimo że w swoim związku, który trwał w momencie naszego zakochiwania się w sobie, była nieszczęśliwa. A gdy nie dawałam tych zapewnień, postanowiła zostać z partnerką. Przez chwilę panowała między nami cisza (tak, tak, jak przystało na wielbicielki Barthesa, nasza miłość kwitła w listach), którą ona złamała. Uwierzyła chyba w ryzyko bez zapewnień. I tak przeżyłyśmy razem 18 lat i 3 miesiące. I było w tym wiele szczęścia i nieszczęścia, bliskości i konfliktów, zwyczajnego codziennego krzątactwa, które przecież stanowi podstawę życia. 

Nigdy wcześniej nie mieszkałam z żadną osobą, z którą byłam. Z nią też nie chciałam, ale namawiała, a nawet w pewnym sensie dała mi ultimatum. I się zgodziłam. Nie chciałam, bo zawsze wydawało mi się, że wspólne zamieszkanie to śmierć dla związku, w myśl zasady, że rutyna zabija spontaniczność. Oczywiście, są też zalety. Wspólne mieszkanie jest po prostu wygodniejsze i bardziej opłacalne ekonomicznie. Gdy się do niej przeprowadziłam, wzięłam głównie książki i kwiaty. Meble zostały w mojej małej kawalerce, którą zaczęłam wynajmować. Pieniądze szły na wspólne życie. Pamiętam tę przeprowadzkę. Mężczyźni zatrudnieni w firmie przeprowadzkowej przeklinali na czym świat stoi, bo książki były bardzo ciężkie, a wcześniej cieszyli się, że nie zabieram mebli. Ja po tej przeprowadzce powiedziałam X, że już się od niej nie wyprowadzę, bo przeprowadzki to piekło. Tych książek zresztą bardzo długo nie połączyłyśmy. Stały sobie osobno. Aż do zeszłego roku, gdy zamówiłyśmy regały robione na miarę i wszystko się pomieszało. Ja jednak wciąż pamiętałam, które są moje, należę do pokolenia, które polowało na książki, stało po nie w kolejkach i płakało ze szczęścia, gdy jakąś udało się kupić. Więc teraz wiem, które spakować. 

Męczy mnie pytanie, dlaczego miarą szczęścia w związku jest liczba lat przeżytych wspólnie? Może właśnie przeciwnie, krótko, ale szczęśliwie? Może powinno się ustalić limit lat, po których związek zaczyna chylić się ku upadkowi i obligatoryjnie go kończyć. Może 5 lat to wystarczy? Może 7? Mam słabość do tej liczby. Usiłuję sobie przypomnieć, kiedy w moim związku pojawiły się pierwsze symptomy kryzysu? Kiedy przestałam wystarczać? Kiedy zaczęłam być postrzegana jako przeszkoda, a nie szansa? Myślę, że to było po 10-11 latach. Moja partnerka poszła wtedy na terapię i nagle zaczęła mówić o granicach, kiedy moje cały czas przekraczała; o potrzebie posiadania tajemnic, choć moich nie respektowała; chciała więcej przestrzeni, ale mnie jej nie dawała i gdy coś chciałam zrobić bez niej, od razu chciała się przyłączyć. Wszystko, co moje, było jej; jej miało pozostać własne. Mówiła, że chce innego życia, a ja stoję w miejscu, choć akurat wtedy skończyłam studia podyplomowe i byłam uznaną badaczką. Pierwszy kryzys terapeutyczny jednak nie zakończył naszego związku. Uczynił to drugi, 7 lat później, i jej wyjazd na trening terapeutyczny, na którym się zakochała i rozpoczęła romans w telefonie. A gdy to odkryłam i odeszłam, stwierdziła, że nigdy nie chciała się rozstawać i prosiła o drugą szansę. 

Moi „teściowie” próbowali ze mną rozmawiać na prośbę córki. Ich recepta na udany związek, a według ich standardów udany to długi, niewiele miała jednak wspólnego z moją: wspólne doświadczenia, dobre wspomnienia i umiejętność wybaczania. Zdziwiło mnie, że nie mówią o zaufaniu, szczerości, prawdzie, poczuciu, że można tej osobie powiedzieć wszystko i że razem wszystko się zniesie/przepracuje, nawet jakieś poważne zauroczenia. No w końcu, żeby coś wybaczać, trzeba najpierw się o tym dowiedzieć, a nie odkryć po tym, jak było się okłamywaną przez wiele miesięcy? Moim sine qua non związku, na które moja partnerka przystała w początkach naszej relacji, była szczerość i prawdomówność. Ustaliłam z X., że w momentach kryzysowych, zauroczeniach kimś innym, rozmawiamy o tym, zastanawiamy się, o czym to jest, co nam daje, a czego nam brakuje w tym związku, etc. Jednak w momencie zauroczenia X. wycofała się z tej obietnicy, zarzucając mi, że chcę znać jej wszystkie myśli. Ukrywała romans, żyjąc w telefonie, a nie ze mną. Moje prośby i płacze zbywała, przy okazji mnie diagnozując. Miałam więc problemy z zaufaniem, lękowy styl przywiązania i labilną osobowość, bo gdy zasypiała, było między nami w porządku, a budziła się i znowu byłam smutna i przygnębiona. Ona kwitła, ja rozpadałam się na kawałki. Od samego początku czułam, że coś jest nie tak, dopytywałam się, chciałam znać prawdę, ale wmawiała mi, że to ja stanowię źródło problemu; zaprzeczała moim obserwacjom i intuicji; dyskredytowała moje słuszne podejrzenia (klasyczny gaslighting). W desperacji zaproponowałam nawet otwarcie naszego związku, bo w związkach niemonogamicznych ustala się zasady i ich przestrzega, a uczciwość jest bardzo ważna. X. odrzuciła jednak moją propozycję. I tak to trwało całe trzy miesiące. A potem znalazłam dowód, bo już tak jest, że kłamstwo zawsze wychodzi na jaw, prędzej czy później. I życie nasze się skończyło.  

Więc, jak pokazuje mój przykład, nawet jeśli lesbijki żyją ze sobą długo, to nie do końca szczęśliwie. Nie każde, nie zawsze. I nie zawsze długo oznacza szczęśliwie. Mam na to inne przykłady. 

Przebiegam myślami po związkach, o których końcu ostatnio się dowiedziałam lub w których końcu towarzyszyłam moim bliskim znajomym. Znam parę naprawdę dramatycznych rozstań, takich, po których trzeba się było zbierać latami. Na przykład Zuza, kilkanaście lat w związku z Ludmiłą, wychowywały wspólnie czwórkę dzieci, w tym jedno poczęte w ramach związku, którym Zuza się zajmowała, choć urodziła je Ludmiła. Bo Ludmiła, kobieta biznesu, wychodziła z domu rano i wracała wieczorem. Na jakimś szkoleniu poznała Paulinę i zaprosiła ją do domu. Obie kobiety były nią zauroczone. Zuza, jakby chcąc uniemożliwić romans partnerce, zdradziła Ludmiłę z Pauliną. Związek się rozpadł. Ludmiła wyprowadziła się do właśnie kupionego wspólnie mieszkania. Zuza przez kilka lat była z Pauliną, ale w końcu się z nią rozstała. Po jakimś czasie dowiedziała się, że Ludmiła z Pauliną zaczęły być razem. W tle tego wszystkie kredyty, dziecko, które nigdy nie spotka ponownie swojej matki społecznej. Kilka lat terapii i niechęć do wchodzenia w jakiekolwiek związki. Jak podkreśla Zuza, tylko relacje przyjacielskie są warte inwestowania.  

Alicja, 12 lat w związku z Marzeną, współwychowywała jej dwoje dzieci z poprzedniego związku. Gdy się ze sobą wiążą, dzieci są małe, a Marzena odchodzi od męża. Biorą wspólnie kredyt, kupują mieszkanie. Kredyt spłacają z wynajmu mieszkań Alicji. Gdy Marzena poznaje Jolę, zdradza Alicję i para się rozstaje. A potem jest trud podziału majątku. Nie na darmo w moim badaniu „Rodziny z wyboru” wspólne wzięcie kredytu było uznawane za moment zwrotny związku; jeden z niewielu dostępnych formalnych sposobów nadania rangi i społecznego znaczenia swojej relacji i zdobycia dlań uznania w kraju nie dającym żadnych praw związkom jednopłciowym. Ale to poddanie miłości logice rynku ma swoją drugą, ciemniejszą stronę. Rozstanie boli nie tylko emocjonalnie. Marzena stwierdza niezgodnie z prawdą, że kredyt spłacały wspólnie. Za działkę kupioną wspólnie, ale za pieniądze od taty Alicji, Marzena domaga się połowy ceny rynkowej. I grozi podaniem sprawy do sądu. W końcu, by uniknąć ciągnącego się latami procesu, Alicja godzi się na warunki Marzeny, co oznacza, że przy podziale majątku musi zapłacić jej znacznie więcej niż powinna. W tym czasie dzieci mieszkają kątem w mieszkaniu koleżanki Marzeny, bo ta nie zgadza się, by dalej mieszkały we własnych pokojach z Alicją. Nagle wspólne dzieci, którym Alicja (nie Marzena) przygotowywała śniadaniówki do szkoły, którym kupowała ubrania i fundowała wakacje, stają się dziećmi tylko jednej z nich. Druga nie ma do nich żadnych praw. Na szczęście dzieci nie przestały jej kochać i dalej utrzymują bliski kontakt. 

No i moja skandynawska przyjaciółka Jenny, bo kwestia rozstawania po wielu latach bycia razem nie zna granic ani narodowości. Jenny związała się z dwadzieścia lat młodszą Katariną. Były ze sobą kilkanaście lat. Jenny wspierała młodszą partnerkę zawodowo i materialnie. Para mieszkała w mieszkaniu Jenny oraz na jej działce. Dość szybko wzięły ślub. Adoptowały kota, którego Jenny bardzo pokochała. Jednak związek, który z pozoru wydawał się bardzo udany, był pełen przemocy psychicznej ze strony Katariny. Z czasem Katarina krzyczała na Jenny coraz częściej i z byle powodu, wypominała jej wiek (brak mięśni, złe nawyki żywieniowe), chciała więcej przestrzeni dla siebie, czuła się uwięziona na działce z dala od atrakcji miejskich. Chciała więcej życia w życiu, zwłaszcza że właśnie przekroczyła jego połowę. Pewnego dnia po powrocie na działkę Jenny nie zastaje Katariny ani kota. Partnerka po cichu spakowała się i wyjechała, nie wiadomo dokąd. Jenny była zdruzgotana; nie wiedziała, czy Katarina zamierza wrócić. Co się dzieje z ukochanym kotem? Dopiero po dwóch latach Katarina przysłała jej papiery rozwodowe. I dopiero wtedy Jenny odetchnęła z ulgą, pewna, że tamta nie wróci. Adoptowała innego kota, zaczęła realizować się artystycznie. 

Wszystkie moje znajome bardzo ciężko przeżyły te rozstania, wręcz je odchorowały. W końcu nie na darmo się mówi, że zerwana relacja jest psychiczną raną, a rozstanie/rozwód jest uznawane za jedno z bardziej traumatycznych doświadczeń w życiu człowieka. Wszystkie podkreślają, że od rozstania nie szukają już nikogo. Rozczarowane związkami, w których dawały z siebie wszystko (często też wszystko poświęcając), nie mają siły, by szukać ani wiary w to, że warto. Więc gdyby było tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? I czy otwarcie związków mogłoby zapobiec tym rozstaniom? Nie wiem. Jednak kobiety są socjalizowane w inny sposób, z trudem oddzielając seks od miłości, co mężczyznom przychodzi z większą łatwością. To właściwie o ich związkach powinno się pisać, że „żyją długo i szczęśliwie”, tylko że to tak bardzo wbrew stereotypom, że nikt tego nie robi.  

Idealizacja związków lesbijskich jako z natury bardziej „czułych”, „równych” czy „trwałych” niż heteroseksualne czy gejowskie ma zapewne źródło w esencjalizmie płciowym i przekonaniu, że kobiety są z natury bardziej empatyczne, komunikatywne, mniej skłonne do zdrady czy przemocy, więc związek dwóch kobiet „z automatu” powinien być zdrowszy. Do tego w dyskursie o prawach LGBT dochodzi polityczna potrzeba normalizacji. Zwłaszcza w okresie walki o małżeństwa jednopłciowe często podkreśla się wizerunek stabilnych, „takich samych jak inne” par, częściowo jako strategię przekonywania opinii publicznej. I w końcu popularne narracje (filmy, media) czasem faworyzują „bezpieczne”, romantyzowane historie par lesbijskich, pomijając bardziej skomplikowaną, chaotyczną rzeczywistość. Jednak jest ona dużo bardziej złożona. Badania nad związkami jednopłciowymi pokazują, że kobiece relacje bywają intensywne, ale też bardzo zmienne, z dużą częstością separacji i powrotów, silną fuzją emocjonalną, która czasem przechodzi w coś, co część badaczek nazywa lesbian bed death, czyli spadek intymności fizycznej przy jednoczesnym utrzymaniu bliskości emocjonalnej albo odwrotnie w toksyczne, współzależne wzorce. 

Historia Jane Bowles jest w gruncie rzeczy dobrym kontrprzykładem na ten stereotyp. Jej związki z kobietami, zarówno te opisane pośrednio w fikcji (Pacífica), jak i te z życia (Cherifa), są pełne obsesji, nierówności władzy i autodestrukcji, a nie sielankowej harmonii. Co więcej, najprawdopodobniej Jane (ale też Cherifa6) nie funkcjonowała w modelu „jeden związek na raz”, tylko raczej w sieci nakładających się, wielowarstwowych przywiązań. Perkins pozostawała obecna w życiu Jane, choć sporadycznie, do końca lat 50-ych (Jane chciała, by przyjechała do niej do Maroka na początku swojego tam pobytu). Cherifa była obecna w jej życiu od 1948, ale w międzyczasie Jane była zafascynowana i próbowała uwieść inne marokańskie kobiety. Do tego dochodzą inne romanse, które źródła wspominają mimochodem, np. z Corin, z którą jedzie do Paryża, by tam spędzić zimę w 1949 roku, co zresztą nie kończy się dobrze, czy z Norą w Paryżu, gdy Corin wróciła do USA. W 1962 roku, po pobycie w różnych zagranicznych klinikach i powrocie do Tangeru, zakochuje się w Lady Frances, pisarce z Anglii, córce księżnej; pod koniec 1963 roku ma romans z księżną Martą Ruspoli, starszą od niej o co najmniej 10 lat (romans trwa do 1966 roku). To komplikuje proste czytanie jej biografii jako serii kolejnych, zamkniętych rozdziałów. Bardziej przypomina to splot równoległych, czasem konkurujących ze sobą więzi, co koresponduje z fragmentaryczną, nielinearną strukturą jej własnej prozy. Do tego dochodzi relacja z Paulem, na której tle rozgrywają się wszystkie pozostałe relacje; on sam w tym czasie też miał równoległe związki z Ahmedem Yacoubi, potem z Mohammedem Mrabetem. 

Powróćmy do mojego wyjściowego pytania (jednego z wielu), dlaczego długość jest miarą szczęścia w związku? Z pewnością bywa traktowana jako dowód stabilności, bo jeśli coś przetrwało próbę czasu, kryzysy, zmieniające się okoliczności, to znaczy, że fundamenty musiały być solidne. W kontekstach społeczno-prawnych (dziedziczenie, wychowanie dzieci, wspólny majątek) trwałość ma realne, praktyczne znaczenie, nie jest czysto symboliczna. Oczywiście, długość czasem może korelować z głębią, bo daje okazję do większej liczby wspólnych doświadczeń, poznania się wzajemnie i zbudowania zaufania. Jednak jak pokazuje życie Jane Bowles i wielu kobiet przed nią i po niej (moje znajome, ja), trwanie nie równa się jakości. Związek może trwać dekady z powodu inercji, strachu przed samotnością, presji społecznej, zależności finansowej czy dzieci, a nie dlatego, że jest dobry. Odwrotnie: krótki związek może być intensywny, transformujący, pełen wzajemnego szacunku i skończyć się, bo obie strony rozwinęły się w innych kierunkach, a nie dlatego, że „coś poszło nie tak”. Zatem owo wszechobecne przekonanie jest błędne co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze, myli skutek z przyczyną. Zdrowe relacje częściej trwają długo, ale to nie znaczy, że długość tworzy zdrowie relacji; jest to raczej efekt uboczny. Po drugie, ignoruje moment zakończenia jako wartość samą w sobie. Czasem najzdrowszą rzeczą, jaką dwoje ludzi może dla siebie zrobić, jest rozstanie się w odpowiednim momencie, a kultura, która premiuje trwałość, każe to traktować, niestety, jako porażkę, zamiast jako dojrzałą decyzję. I po trzecie, nie uwzględnia jakości życia w trakcie trwania. Związek toksyczny, który trwa 40 lat, w tej logice „wygrywa” z pięknym, ale krótkim związkiem, co jest absurdalne, jeśli ktoś zastanowi się, co naprawdę ma znaczenie.  

Związki Jane Bowles mogą służyć jako poparcie argumentów po obydwu stronach. Jej małżeństwo z Paulem trwało od 1938 do jej śmierci w 1973, czyli 35 lat. Według logiki „długość = sukces” byłoby to małżeństwo wzorowe. A jednocześnie było pełne innych związków, dystansu fizycznego i, według niektórych relacji, także wzajemnego poczucia winy i frustracji. Jej związek z Cherifą trwał też długo, ale otoczenie opisywało go jako coraz bardziej wyniszczający Jane. Zatem w tym przypadku długość nie świadczyła o zdrowiu, tylko wręcz przeciwnie, o głębokości uzależnienia. Sądzę więc, że długość może być jednym z sygnałów, ale traktowanie jej jako głównego czy decydującego kryterium myli trwałość z jakością. Bardziej sensowne pytania to: czy obie strony się rozwijały, czy związek dawał im więcej niż odbierał, czy sposób, w jaki się skończył (jeśli się skończył), był uczciwy. Długość mówi ile czasu trwało, ale nie mówi jak dobrze. 

Pozostaje jeszcze pytanie, czy Jane była/bywała szczęśliwa z Cherifą? W swoich listach, pisanych do innych, nie Cherify, z wiadomych względów, Jane opisuje ich relację trochę inaczej niż postrzegali ją jej zachodni przyjaciele i znajomi, którzy, jak wiemy, demonizowali Cherifę. Jane pisze, że chce opiekować się Cherifą. Twierdzi, że dzięki temu, że ma pieniądze, może zapewnić Cherifie i Tetum lepsze życie. Jak pisze w swoim notatniku: Kocham Tanger, ale jak osoba umierająca. Gdy Tetum i Cherifa umrą, może wyjadę. Ale wszystkie trzy jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku. Tetum starsza, Cherifa nieco młodsza. Chciałabym kupować im mięso, ryby i oliwę, tak żeby żyły dłużej. Nie wiem, którą lubię bardziej i nie wiem, jak długo tak pociągnę, na poziomie oczekiwania, jednak ze świadomością, że to beznadziejne. Ale czy to ma znaczenie? Bardziej chcę wracać do nich do domu niż do nich samych. Ale chcę, by należały do mnie, co oczywiście jest niemożliwe (Dillon, 1998, 239). To pokazuje, jak głęboko jej poczucie przynależności do miejsca było splecione z konkretnymi, opiekuńczymi więziami z kobietami wokół niej, nie tylko z jedną, „główną” partnerką.  

Ale też ich związek był burzliwy. Być może była w nim przemoc, na pewno były kłótnie. Opisy konfliktów i dominacji Cherify nad Jane pochodzą głównie z dwóch typów źródeł. Wywiadów Dillon z Paulem (i innymi znajomymi) przeprowadzone po śmierci Jane, podczas pracy nad biografią, więc są relacjami z drugiej ręki, wspomnieniami sprzed lat, nie zapisami współczesnych wydarzeń. Oraz własnych listów Jane. Co ciekawe, bardziej bezpośrednim źródłem doniesień o „dominacji” nie jest Paul, tylko sama Jane, która opisuje Cherifę jako „tę dziką istotę, tę niepiśmienną, ale potężną wieśniaczkę” o „fantastycznej władzy” nad nią (to sformułowania Dillon parafrazujące listy Jane). 

Ich relacja jednak komplikuje prosty obraz „ofiara–oprawczyni”. Na pewno była zbudowana głównie wokół wzajemnej potrzeby: Jane potrzebowała akceptacji Cherify, a Cherifa potrzebowała pieniędzy Jane. To sugeruje coś bardziej symetrycznego i transakcyjnego, niż jednostronna dominacja. Obie strony czerpały coś z tego układu, choć oczywiście dysproporcja władzy ekonomicznej (Jane miała pieniądze i świadomość, że to daje jej władzę) pozostaje realna. Zresztą warto to rozdzielić, bo automatyczne czytanie „władzy” jako synonimu przemocy czy kontroli jest interpretacyjnym skrótem, a nie czymś, co tekst Jane rzeczywiście mówi wprost. 

Wróćmy do samego sformułowania o fantastycznej władzy Cherify nad Jane. Wydaje mi się, że „fantastyczna władza” może oznaczać po prostu, że Cherifa miała nad Jane taką władzę, jaką ma się nad kimś, kto się w nas zakochał: władzę bycia pożądaną/potrzebną, a nie władzę wymuszania czy zastraszania. To rozróżnienie jest kluczowe. W miłości mówimy przecież „ona ma nade mną władzę” o osobie ukochanej równie często, co o osobie kontrolującej i te dwa znaczenia bardzo łatwo się mylą, zwłaszcza gdy interpretator (jak Dillon czy Paul) patrzy z zewnątrz i z dystansu kulturowego/klasowego. To zmienia odczytanie całej relacji. Aspekt finansowy (Cherifa korzystająca z pieniędzy Jane) niekoniecznie musi być rozumiany jako „wyzysk”. Raczej jest czymś, co Jane chciała robić, wyrazem troski czy oddania, o czym sama pisała. Jej słowa brzmią jak czuła, opiekuńcza miłość, nie jak opis bycia okradaną. Czuła się odpowiedzialna za Cherifę, gdyż to ona wciągnęła ją w ten związek, w mniemaniu Jane niebezpieczny dla Cherify z powodów kulturowych. Jak mówiła Paulowi, wszystkie kobiety w moim życiu przyjmowały postać matek, ale o Cherifie myślę jak o mojej córce, moim dziecku (Dillon, 1998, 273). W jej listach do Paula powraca kwestia pieniędzy, których Jane ma mało. Co ciekawe, najbardziej w tym wszystkim Jane martwi się o Cherifę, która jest zależna od niej (przy czym nie pisze, że to Cherifa żąda więcej pieniędzy). Chce jej zapewnić dobre życie, sama borykając się z coraz większą zależnością od innych i brakiem pieniędzy. Zatem narracja o „wyzyskującej, niebezpiecznej Marokance” może być w dużej mierze projekcją Paula i otoczenia, którzy patrzyli na relację Jane z zewnątrz, przez pryzmat troski o nią, a niekoniecznie przez to, jak Jane sama ją przeżywała. Plotki o otruciu, o których pisałam wcześniej, pasują do tego samego wzorca: demonizowania kobiety, która miała na kogoś bliskiego emocjonalny wpływ, zamiast przyjęcia prostszego wyjaśnienia, że to po prostu była miłość, silna i niewygodna dla otoczenia. 

To zresztą dobry przykład na patologizowanie kobiecego pożądania i intensywnych uczuć między kobietami zamiast czytania ich jako uprawnionej, choć bolesnej, formy miłości. Możliwe, że część narracji o „dominacji Cherify” mówi więcej o dyskomforcie Paula i otoczenia wobec tego związku niż o faktycznej naturze relacji między Jane a Cherifą. A może problem z Cherifą to był problem klasowo-rasowy? Wstydzili się tej relacji, więc musieli znaleźć dla niej uzasadnienie, że ją omotała i kontrolowała.  

Wystarczy spojrzeć na język, jakim opisuje się Cherifę w źródłach: „niepiśmienna”, „wieśniaczka” – to określenia klasowe, powtarzane niemal jak epitety, nie neutralne fakty biograficzne. Z kolei Helvetię Perkins opisuje się jako „zamożną”, „kosmopolityczną”, „wykształconą”. Ten sam typ relacji (intensywna, kosztowna emocjonalnie i finansowo) jest opisywany zupełnie innym językiem w zależności od klasy i pochodzenia partnerki. Paul milczy publicznie, ale mówi prywatnie. Nigdy nie napisał o Cherifie w swojej autobiografii, ale mówił o niej ostro w prywatnych wywiadach z Dillon, co samo w sobie jest wymowne. Gdyby to była zwykła „kolejna kochanka” Jane, dlaczego akurat ta relacja wymagała milczenia w oficjalnym zapisie, a ujawniała się tylko w niepublicznych, poufnych rozmowach? W tym kontekście oskarżenie o otrucie/czary to klasyczny, historyczny sposób radzenia sobie z niezrozumiałą (lub niewygodną) władzą kobiety z marginalizowanej grupy nad kimś z uprzywilejowanej. Zamiast przyjąć, że to zwykła, wzajemna więź emocjonalna, łatwiej wyjaśnić ją jako „urok” czy manipulację. 

To pasuje do znanego wzorca w historii relacji międzyrasowych/międzyklasowych, szczególnie queerowych: gdy uprzywilejowana osoba (biała, zamożna) wchodzi w związek z kimś z marginalizowanej grupy (biedna, niepiśmienna, innej rasy/narodowości), otoczenie często nie potrafi pomyśleć o tym związku jako o relacji między równymi. Zamiast tego szuka wyjaśnienia, które przywraca hierarchię: skoro Jane „nie mogłaby” naprawdę pokochać kogoś „gorszego” od siebie z własnej woli, to znaczy, że musiała zostać omotana, zmanipulowana, okradziona. To zdejmuje z niej odpowiedzialność za wybór, którego otoczenie nie akceptuje, a jednocześnie demonizuje drugą stronę. 

To wszystko każe też inaczej spojrzeć na relację pani Copperfield i Pacífiki, które otoczenie tej pierwszej potępia. Czy to możliwe, że sama Jane w „Dwóch poważnych damach” (pisanych zresztą przed poznaniem Cherify, w okresie związku z Perkins) już przewidziała, jak jej własne środowisko zareaguje na taki związek, i dlatego pisała o nim z tak dużą empatią dla pani Copperfield, bez moralizowania? Możliwe, że Jane rozumiała ten mechanizm demonizowania klasowego, zanim jeszcze sama go doświadczyła na własnej skórze z Cherifą. 

A jednak niewiele o ich związku wiadomo. Niepiśmienna Cherifa nie pozostawiła żadnych świadectw. Jane też pisała o niej niedużo. Jedyne zdjęcie, jakie znalazłam w internecie7, to Jane z Cherifą idące ulicą w Tangerze. Jane jest w białej krótkiej sukience. Cherifa jest w czarnym nikabie. Nie widać nawet jej oczu, bo nosi słoneczne okulary. Jane trzyma ją pod rękę, kroczy odrobinę z tyłu. Jakby dawała się Cherifie prowadzić. Gdy robię zbliżenie na twarz Cherify, wydaje się tajemniczo uśmiechać8.

 

 

Joanna Mizielińska

 

 

1. Sama Jane w ten sposób odczytywała powieść, np. pisząc do Paula: Widok ciebie martwego w tej powieści obudził we mnie gniew (Dillon, 1998, 160). Uważała, że jest Kit i postrzegała powieść jako profetyczną, jeśli chodzi o własny los. Samo zakończenie powieści bardzo ją zasmuciło. 

2. Jane zamieszka w nim na stałe dopiero w 1954 roku. W tym samym roku dołączy do niej Cherifa. W 1955 roku Jane przepisała ten dom na Cherifę, która go wynajęła. Od tamtej pory Cherifa zamieszkała z Jane, która wynajęła mieszkanie w tym samym budynku co Paul, i prowadziła jej dom, ale de facto wynajęła służące.

3. Wejście Marokanki w związek z Europejką było precedensem w Tangerze, w tamtym czasie, choć związki młodych Marokańczyków z Europejczykami, dla pieniędzy, były czymś zwyczajnym i nie budziły kontrowersji.

4. Zapewne wynika to z faktu, że za moment rozpoczęcia związku przyjmują moment poznania w 1948 roku. Jednak jest to bardziej skomplikowane, jak pokazuje Dillon w swojej biografii. Po pierwsze, Jane długo zabiegała o względy Cherify, po drugie, bardzo wiele podróżowała, spotykając się z innymi kobietami. Często były to podróże długie, np. kilkumiesięczna do Paryża w 1950 i 1951 roku czy ponad dwuletnia do Nowego Jorku w styczniu 1952 roku, gdzie miewała romanse.

5. W tym czasie zwolnił Cherifę ze względu na podejrzenie jej o magię. Znalazł w domu liczne „magiczne woreczki” pełne dziwnych rzeczy, takich jak fragmenty ubrań, włosy łonowe, zeschnięta krew. Jak twierdził w wywiadzie do Rolling Stone, próbował to zrobić od dawna, ale Jane się temu sprzeciwiała. Cherifa podobno groziła mu nożem. Był też zły, że wyciąga od Jane coraz więcej pieniędzy. Po powrocie z Malagi w lipcu 1967 roku Jane na początku pogodziła się z tym, ale płaciła Cherifie pensję, ale potem zaczęła potajemnie spotykać się z nią, a następnie jesienią z powrotem zabrała ją do swojego domu. Jak mówiła swojej przyjaciółce Jane Howard: Żywię w stosunku do niej uczucia i winę (Dillon, 1998, 395). Potem jednak, gdy była coraz bardziej chora, zaczęła się jej bać.

6. W obszernym liście do przyjaciółek, Katharine Hamill i Nataszy von Hoershelman, z 1954 roku, Jane pisze o tym, że Cherifa ma dziewczynę, grubą Zohrę, jednocześnie spędzając w jej domku 2-3 noce w tygodniu. 

7. W biografii Jane Bowles autorstwa Millicent Dillon są dwa zdjęcia Cherify. Na obydwu nosi zachodnie ubrania (spodnie, koszula). Ma czarne gładko spięte włosy. Być może różnica w stroju wynika z tego, że zdjęcia zostały zrobione w prywatnym otoczeniu.

8. Dillon, pracując nad biografią Jane, poznała Cherifę w 1977 roku, gdy ta miała prawie 50 lat (urodziła się w 1928 roku). Cherifa powiedziała jej, że lata spędzone z Jane, były najszczęśliwszymi w jej życiu. Podczas drugiego spotkania w tym samym roku zażądała za wywiad pieniędzy, których Dillon jej odmówiła. Mimo to, Cherifa odpowiedziała na jej pytania, bo, jak twierdzi Dillon, chciała znaleźć się w książce. 

 

BIBLIOGRAFIA 
Dillon, M., (1998), A Little Original Sin: The Life and Work of Jane Bowles, University of California Press 

Haas, L., (2013), If You’re Not a Lesbian, Get the Hell Out, London Review of Books, t. 35, nr 8. lrb.co.uk/the-paper/v35/n08/lidija-haas/if-you-re-not-a-lesbian-get-the-hell-out 

Mizielińska, J., Abramowicz, M., Stasińska (2013), A. Rodziny z wyboru w Polsce. Życie rodzinne osób nieheteroseksualnych, IP PAN 

Ponkilainen, M., Einiö, E., Kühn, M., & Myrskylä, M. (2026), Same-sex and different-sex couples’ divorce risks: The role of cohabitation and childbearing. Journal of Marriage and Family, 88(2), 457–472. https://doi.org/10.1111/jomf.70027 

Statistics Netherlands (2026, March 27). 25 years since first same-sex marriages in the Netherlands. https://www.cbs.nl/en-gb/news/2026/13/25-years-since-first-same-sex-marriages-in-the-netherlands


 

CZYTAJ TEŻ