„Dwie poważne damy” (przeł. Andrzej Sosnowski, PIW 2005) uchodzą za największe pisarskie osiągnięcie niezbyt płodnej twórczo Jane Bowles. Autorka zapisała się w historii anglosaskiej literatury opublikowanym w 1960 roku zbiorem opowiadań „Proste przyjemności” (przeł. Paweł Lipszyc, PIW 2004), rzeczoną powieścią z 1943 roku (tyt. oryg. „Two Serious Ladies”) oraz wystawioną w 1951 roku kampową sztuką „W letnim domku” (druk oryg. 1954), którą na język polski przełożył i opublikował w 2012 roku Andrzej Sosnowski. Nastoletnia Jane napisała również w języku francuskim „Le Pháeton Hypocrite” – powieść ta, niestety, zaginęła.
Pisarka urodziła się w 1917 roku w żydowskiej rodzinie z nowojorskiej klasy średniej i jako dziecko uznana została za utalentowaną. W 1938 roku dwudziestojednoletnia Jane poślubiła kompozytora, a potem również pisarza – Paula Bowlesa, z który tworzyła oryginalną power couple. Młode małżeństwo wpierw kursowało między bohemami Nowego (Nowy Jork, Meksyk) i Starego (Paryż) Świata, a w 1948 roku założyło artystyczną kolonię w Maroku, gdzie gościło znamienitych bitników i kontrkulturowców. Dodatkowo w Tangerze mocnych wrażeń dostarczały pisarce używki (alkohol i narkotyki) oraz romans z jedenaście lat młodszą tubylczynią Cherifą. Co ciekawe, mimo powszechnej akceptacji dla tej relacji, Marokanka przeszła do literackiej legendy jako wieśniaczka, wiedźma oraz osoba odpowiedzialna za częste rozstroje emocjonalne ukochanej, a nawet jej poważne problemy zdrowotne. W 1957 roku Jane Bowles przydarzył się bowiem udar mózgu, który uniemożliwił jej dalszą pracę twórczą. Z kolei dekadę później zdiagnozowano u niej schizofrenię i jakby tego było mało – w 1970 roku pogrążona w depresji pisarka straciła wzrok. Umarła trzy lata później w przyklasztornej klinice w Maladze, cierpiąc podobno straszliwie.
Tennessee Williams uważał „Dwie poważne damy” za swoją ulubioną powieść, Truman Capote nazywał jej autorkę „geniuszem”. Orędownikami twórczości Bowles byli także Carson McCullers oraz John Ashbery. Z kolei na niwie polskiej jej wybitność sankcjonowali czołowi badacze i tłumacze literatury anglosaskiej – w tym Andrzej Sosnowski, Jerzy Jarniewicz i Magda Heydel. „Dwie poważne damy” również i dla mnie długo uchodziły za kamień milowy w literaturze powszechnej. Jednak przeczytawszy tę powieść po latach, dziwię się własnemu – młodzieńczemu zresztą – zauroczeniu. Z czystym sumieniem mogę dziś co najwyżej przyznać, że pisarstwo Jane Bowles udatnie oddaje naczelne konflikty nowoczesności, acz czyni to – z rozmysłem – w sposób nieznośny: efekciarski oraz kampowy. W czołowych bohaterkach rozpoznaję dziś – jak zresztą w wielu ówczesnych ikonach – kapłanki zachodniego liberalizmu. W ich poczynaniach nie znajduję niczego poza (nieodpowiedzialną) zabawą kosztem słabszych, autodestrukcją czy też ucieczką w stępiającą umysł i zmysły turystykę.
Wyjaławianie emancypacji
Powaga tytułowych bohaterek ogranicza się właściwie do tego, że obie są tak niebywale uprzywilejowane, iż nawet ich najpochopniejsze decyzje nie uniemożliwiają im funkcjonowania na akceptowalnym dla nich poziomie. Zarówno panna Christina Goering, jak i pani Frieda Copperfield wywodzą się z amerykańskich klas posiadających. I choć nigdy nie pracowały, dysponują zasobami, które mogą do woli zużywać na impulsywne działania, a nawet zbytki oraz kaprysy. Innymi słowy, żyjąc na własną rękę, ranią nie tylko siebie, ale również osoby im towarzyszące. A są to ludzie o znacznie skromniejszych możliwościach – między innymi nieatrakcyjny i niesamodzielny finansowo Arnold, jego podstarzały i zmęczony nieudanym małżeństwem ojciec oraz panamska prostytutka o imieniu Pacifica. Naturalnie w (po)etyce Bowles tytułowe damy to nie bumelantki czy utracjuszki, lecz wyemancypowane odkrywczynie, a nawet eksploratorki nowoczesnych stylów bycia. Niestety całe ich zaangażowanie „w zmianę” ogranicza się do reprodukcji modeli co najmniej już zaśniedziałych.
Pierwsza z nich – zaborcza Christina – w dzieciństwie fantazjowała o karierze przywódcy duchowego. Niezdolna jednakowoż do zawiązywania prawdziwych relacji, w dorosłości przenicowała dobrze jej znane wzorce patriarchalne w faktyczny matriarchat, niczego jednakowoż nie zmieniając w ich zasadniczej strukturze. Ot, odważyła się po prostu wieść życie na męską modłę. Jednoosobowo zatem podejmowała decyzje dotyczące ludzi, z którymi współtworzyła gospodarstwo domowe, a kiedy stadne życie zaczynało ją nudzić czy mierzić – odchodziła, oferując bliskim co najwyżej materialne wsparcie. Za czym właściwie tak gnała? No, cóż… frapowała ją wyłącznie droga prowadząca do jej osobistego zbawienia1. Z kolei druga zawzięcie poszukiwała szczęścia. Porzuciła nawet stabilną egzystencję u boku męża, którego, nawiasem mówiąc, uwielbiała, na rzecz niezobowiązującego podróżowania. Uczyniła tak, w pełni świadoma faktu, że nowocześnie turyści to generalnie takie istoty, które pozostają pod przemożnym wrażeniem ważności i nienaruszalności własnego stylu życia, toteż mogą podróżować przez najbardziej niewiarygodne okolice, nie doświadczając niczego oprócz reakcji wzrokowej2. Co wytrwalsi turyści odkrywają – konkludowała pani Copperfield – że jakieś miejsce przypomina każde inne3.
Co ciekawe, nawet wyrażona tu wprost banalność i powierzchowność nowoczesnego życia czytelnikom Jane Bowles i tak wydaje się niezwykle kulturotwórcza:
Ucieczka z domu, wyjazd do zamorskich krajów, sprzedaż mieszkania, przypadkowy romans, odejście od męża – to wszystko – stwierdza Jerzy Jarniewicz – rodzi się z niezgody na zniewalającą logikę domu, której sprzeciwiają się bohaterki tej prozy. Są ciągle w drodze, przemieszczają się, wędrują między domami, jak między chwilowymi miłostkami i przyjaźniami lub między ulotnymi sensami, którymi chciałyby uładzić sobie życie. Tak jak eliptyczne zdania Bowles nie wyrażają zgody na jeden sens, sugerując istnienie innych, niewypowiedzianych znaczeń, tak bohaterki Bowles nie wyrażają zgody na jeden dom. Dom wędruje z nimi, jest tam, gdzie znajdują się one. Albowiem wchodząc do świata Jane Bowles, wchodzimy do świata nomadów.
Charakterystyczna dla jej pisarstwa poetyka nieciągłości, te przerywane historie, niedokończone opowieści, pęknięte zdania i powstrzymywane dialogi, uwidacznia się także, jeszcze bardziej wyraziście, w relacjach międzyludzkich. Każda z bohaterek żyje w innej rzeczywistości, mówi innym językiem, oddycha w innym rytmie. Gdy jedna mówi, druga zasypia; gdy w jednej budzi się namiętność, druga odczuwa znużenie. Bohaterki Bowles nie uciekają od ludzi, przeciwnie: natrętnie szukają zbliżenia, nawiązują nowe znajomości, często przypadkowe i nierozważne, w których jednak nie dochodzi do prawdziwego porozumienia. Żadna z przygód nie prowadzi do odkrycia wspólnoty czy powinowactwa. Wszystkie bohaterki zachowują osobność; a im bardziej wychodzą ku ludziom, tym bardziej osobność ta wydaje się nienaruszalna.
Bo bohaterki Bowles są nie tylko nomadami, ale też monadami, które nie mogą lub nie chcą nawiązać trwałej relacji ze światem. Tak misternie konstruowana rzeczywistość prozy Bowles rozprasza się, kruszy i rozsypuje na szereg niepowiązanych postaci, scen i zdarzeń; rozwija się jak kręgi na wodzie, coraz mniej uchwytne i mniej wyraźne, w cichej podróży nie do, ale od nieobecnego, pobudzającego centrum4.
Obserwacje Jarniewicza zdają się równie niezobowiązujące jak kampowa twórczość Jane Bowles. Jakie bowiem monady? Jakie nomadki? Zwłaszcza w przypadku drugiego z pojęć nie pozwoliłabym sobie na nieodpowiedzialne nim szafowanie. Wszak nomadyzm to niebywale wymagający tryb życia, podejmowany bądź kontynuowany przez niezwykle zdeterminowane grupy społeczne, których celem jest jak najdłuższy opór przed feudalnym przywiązaniem do ziemi czy kapitalistyczną ekspansją terytorialną. Tymczasem Christina i Frieda uosabiają dokładnie coś odwrotnego, a mianowicie soft power amerykańskiego imperializmu – i to zarówno drapieżnej gospodarki wolnorynkowej, jak i kolonializmu. Ale czy przypadkiem właśnie nie tego rodzaju reżimową i ideologiczną nagość próbuje się od lat przykrywać listkiem figowym kampu?
Pozbawiona klasycznej dramaturgii powieść Bowles to rzeczywiście powieść dzika: żywiołowa, instynktowna i abiektalna. Ale jest to także dzieło zwodnicze – jak opisane w nim elity. Trudno bowiem nie ulec tytułowym bohaterkom, w głębi ducha nieustannie przecież marząc o akcesie do nowobogackiej kontrkultury. Trudno nie fantazjować wespół z nimi o życiu „w drodze” – snuciu się po egzotycznych krajach, przepędzaniu leniwych godzin w tanich hotelikach i melancholijnych knajpach, bez konieczności oglądania się na realia czy szklane sufity. Trudno nie zrzucać – tak jak one – kulturowych gorsetów, krawatów, mundurów, a jeszcze trudnej oprzeć się pokusie wolności, czyli funkcjonowania ponad normami, prawami oraz konwenansami dotyczącymi ogółu. Lecz przyglądając się bliżej wynikającym z powieści obietnicom, nie sposób nie dostrzec, że składają je figury kobiecej fatalności. A przecież te ustanowiło (i nadal zawzięcie wytwarza) męskocentryczne spojrzenie.
Podmiotki urojenia
Podobnie jak wiele modernistycznych powieści, „Dwie poważne damy” urokliwie spełniają się w (po)etyce rozpadu. Rozsypałam się kompletnie, czego zresztą pragnęłam przez tyle lat5 – stwierdza pani Copperfield w finale powieści. Tuż zresztą po tym, jak zdała sobie sprawę, że przyczyną jej dezintegracji jest niemożność posiadania Pacifiki na własność oraz na zawsze. Jednocześnie Frieda zarzuca pannie Goering, że ta zatraciła gdzieś cały swój urok. Dawniej – powiada – miałaś w sobie tyle wdzięku i zrozumienia; wszyscy uważali, że jesteś nawiedzona, ale dla mnie byłaś obdarzona fenomenalnym instynktem i magicznymi zdolnościami6. Jakimi? Tego nie wyjaśnia, choć z kolejnych jej wypowiedzi można by wysnuć wniosek, że najważniejszą jej supermocą była umiejętność przedkładania siebie nad innych. Inna rzecz, że akurat tej cechy Christiana z całą pewnością nie zatraciła. Nawet porzucenie przez nowego chłopaka odczuła wyłącznie jako „nowy smutek”, dzięki któremu łatwiej jej będzie osiągnąć swoje cele. Niewątpliwie – uznała – jestem bliżej zostania świętą7.
Z kolei Magda Heydel zauważa, że obie „poważne damy” nie tylko tkwią w niespełnieniu, ale i na nie w pewien sposób stale pracują:
Bowles pisze właściwie wyłącznie o kobietach, a dokładniej – wyłącznie o kobietach, które usiłują na różne sposoby umknąć, uciec, porzucić siebie, stać się kimś innym, próbują siebie gdzie indziej odnaleźć, do czegoś w sobie dotrzeć. Żadnej z nich się to nie udaje. Żyją w nieustającym napięciu, którego nie rozładują żadne wybory i decyzje, nawet te najdziwniejsze, najodważniejsze i najbardziej radykalne. Ucieczka nie może się powieść, bo okazuje się, że jej cel – prawdziwy czy urojony – jest nie tu. A tu, gdzie się jest, nie ma celu. Równocześnie wszystko, od czego bohaterki chcą się wyzwolić, zostaje przez ich decyzje całkowicie unicestwione tak, że rodzą się wątpliwości, czy w ogóle kiedyś istniało: jak liście opadają miejsca, domy, ludzie. Kobiety Bowles nie mają dokąd uciec i nie mają dokąd wracać. Ich życie rozgrywa w rozedrganej pustce8.
Nota bene zdestabilizowana nicość to znak firmowy nowoczesności. Wszak romantyczna gorączka, destabilizując w toku XIX wieku zastane hierarchie i demokratyzując stosunki społeczne, roznieciła w przeobrażających się społeczeństwach pragnienie szczęścia osobistego i potrzebę życiowego spełnienia. Czy jednak te się powszechnie urzeczywistniły? W 1886 roku austriacko-niemiecki psychiatra Richard Krafft-Ebing, szacując w „Naszym wieku nerwowym (naszych zdrowych i chorych nerwach)” faktyczną cenę postępu, wyliczał po stronie „strat” przytłaczające tempo życia, powierzchowność mass-mediów, a także stale ogromniejącą frustrację z powodu co rusz rozbudzanych, lecz wcale niespełnianych nadziei. Nawiasem mówiąc, właśnie to rozczarowanie w mig stało się dominantą nowoczesnej literatury: wpierw rozpleniło się w pisanych głównie przez mężczyzn powieściach, potem zawładnęło tworzonymi najczęściej przez kobiety autofikcjami. W rezultacie, mimo sporego progresu, postępującej emancypacji i możliwego już – dzięki new money – awansu, Stach Wokulski z „Lalki” Bolesława Prusa dzieli swoje wstydy oraz kompleksy z autobiograficzną bohaterką współczesnej prozy Annie Ernaux. Nie dość więc, że bezustannie przeobrażający się świat wcale nie staje się sprawiedliwszy i przyjaźniejszy, to jeszcze rodzi nowe patologie oraz konflikty. Jak reprezentująca kontrkulturę Jane Bowles zareagowała na ten (bez)ruch?
Christina sprzedaje odziedziczoną po rodzicach rezydencję, by raz na zawsze pozbawić się homeryckiego nakazu powrotu, a co za tym idzie wynikających zeń korzyści. To jest zbyt ludzka rzecz, aby mogła wziąć ją pod rozwagę9 – stwierdza jej przyjaciółka, panna Gamelon. Czy jednak uciekając od wszystkiego, co „zbyt ludzkie”, czyli przyziemne, spodziewane albo usankcjonowane taką czy inną tradycją, panna Goering faktycznie wyzwala się z mieszczańskich przesądów i odkrywa jakąś alternatywę? Raczej nie, skoro ogołaca własne słowa, gesty i czyny z przyciężkawych sensów tylko po to, by rychło osiągnąć wzniosłość, którą zamierza osiągnąć na drodze doradzanej kobietom przez męskocentryczne reżimy: poprzez ascezę. Nawiasem mówiąc, rozmiłowana w używkach i rozpadzie Frieda także nie wykracza poza konwenans – choć w jej przypadku jest nim stara jak świat kobieca demoniczność.
Jak widać – Jane Bowles nie siliła się na kreowanie podmiotowości niezależnej od męskiego spojrzenia. I szczerze mówiąc, nie musiała tego czynić – wszak wypowiadała się z pozycji artystki, a nie myślicielki, działaczki czy terapeutki. Rzecz jednak w tym, że ostatecznie jej „poważne” damy okazują się „nieludzkie” nie dlatego, iż wkraczają w rejony dotąd kobietom niedostępne, ale właśnie dlatego, że bezustannie kwestionując zasta(wa)ne, ostatecznie przestają być racjonalne. Pozostając niekonsekwentne, narracyjnie nieciągle oraz paradoksalne, w końcu jawią się jako potworne: fatalistyczne i abiektalne, wykoncypowane i niekonkluzywnie ironiczne. Nihil novi sub sole, bo przecież od zarania dziejów kobiety dyskredytowano i poniżano w ten właśnie sposób. Możliwe zresztą, że bohaterki Bowles antycypują gros współczesnych kobiet, a przynajmniej współdzielą doświadczenia z samą autorką, ale nawet tak pojęta adekwatność czy akuratność nie czyni z ich postaci zrywających z męskocentryczną optyką. Niejedna zresztą kobieta „upadła” i stała się „fatalną” li tylko dla męskiego poklasku. Czy autorka „Dwóch poważnych dam” również przyjęła taką taktykę? Tego nie wiem. I nie znam przyczyn, dla których kompromitowała kobiecą racjonalność.
Strach przed pisaniem
Posiłkując się „A Little Original Sin. The Life and Work of Jane Bowles” – biografią Millicent Dillon z 1981 roku, Andrzej Sosnowski zasugerował, że Bowles często robiła wszystko, aby móc nie pisać10. Leżę w łóżku i patrzę na moje przybory do pisania tak, jakbym widziała »nazistów« – cytował jej list z 1936 roku – mdłości dostaję już na samą myśl o tym, że miałabym pióro postawić na papier11. Dość przypomnieć, że efektowne – a może wręcz efekciarskie – urojenie odnotowała dziewiętnastolatka. I zdaje się, że to właśnie polityczna niepoprawność oraz talent do kreowania perwersji i potworności stanowiły największą moc pisarki z Nowego Jorku. Ponoć zaprzyjaźnionym z sobą twórcom Jane Bowles wydawała się uroczą, gdy z taką otwartością opowiadała o ciemnych – wręcz patogennych – stronach pisania.
Dlaczego więc tak uparcie obstawała przy literaturze? Może dlatego, że mogła sobie na to pozwolić? A może, jak szereg modernistów, optowała za „sztuką dla sztuki” – bez względu na jej koszty? Albo po prostu nie miała odwagi nie pisać? Istnieje także możliwość, że podobnie jak pani Copperfield, tytułową „powagę” rozumiała jako pogoń za osobistym (nie)szczęściem. A w rezultacie:
Cierpiała dokładnie tak samo, jak zawsze, ponieważ miała zrobić coś, co zrobić pragnęła. A jednak nie miała zaznać szczęścia. Brakowało jej odwagi, żeby nie zrobić tego, co zrobić pragnęła. Wiedziała, że nie zazna szczęścia, ponieważ tylko sny ludzi szalonych się sprawdzają. Pani Copperfield sądziła, że zależy jej wyłącznie na powieleniu pewnego snu, lecz właśnie w ten sposób musiała stać się absolutną ofiarą nocnego koszmaru12.
Przytoczony passus to, z jednej strony, opis realnej ceny za szczęście, a z drugiej – za tchórzostwo. Ale urojenia Friedy można też potraktować zupełnie inaczej – jako dość klasyczne symptomy choroby alkoholowej.
Romantyzowanie pustki
W początkowych partiach powieści panna Goering opowiada koleżankom o rozbiórce domu, którą pewnego dnia obserwowała z okien mieszkania swojej siostry. W na poły wyburzonym obiekcie dostrzegła mężczyznę, który przyszedł po resztkę rzeczy osobistych, a kiedy zebrał je, stanął na samej krawędzi podłogi i z zaciekawieniem spojrzał w dół. Christina założyła wówczas, że musi on być „jakimś artystą”. Andrzej Sosnowski uznał, że panna Goering jest właśnie kimś takim – artystką życia, która, choć patrzy w przepaść, wcale nie musi w nią skakać. Z kolei Frieda stanowi istotę słabą, która, dokonawszy szeregu autodestrukcyjnych gestów, „kompletnie” się rozsypała:
Ludzie (kobiety i mężczyźni) – pisał – lgną do panny Goering, która patrzy na nich w dół z wyrazem przyjemnego zaciekawienia na twarzy, natomiast pani Copperfield musi skoczyć w dół, aby przeżyć swój zawrót głowy i zginąć. Goering jest źródłem uroku, Copperfield nieszczęsną i szczęśliwą ofiarą uroku, a urok – z natury czymś zgubnym13.
Czym jednak jest rzeczony „urok”? Niebywałą energią, która pozwala wytrzymać spotkanie twarzą w twarz z nicością, czy artystycznym wyrachowaniem, które umożliwia wytwarzanie językowych zdarzeń ex nihilo i jednocześnie godzi się na przygodność tychże słów, zdań, gestów? Zafascynowany omnipotencją literatury tłumacz chętnie dostrzega w pannie Goering osobę – w odróżnieniu od pani Copperfield – „silną”. Mnie się jednakże wydaje, że klęska Friedy jest przynajmniej realna, zaś triumf Christiny – papierowy. Innymi słowy, upadek pani Copperfiled sygnalizuje, czym jest w istocie stanowiąca wykwit nowoczesności turystyka – ta bezpodstawna eksploracja zasobów naturalnych, ludzkich i kulturowych. Natomiast wzniosłość panny Goering to stara jak świat językowa manipulacja. Owszem, „poważna” – jak rozmaite figury kapłaństwa, ale i przez to niebywale szkodliwa – jak wszelkie romantyzowane zaklęcia vel nieprawdy.
Karolina Felberg
1. Jane Bowles, „Dwie poważne damy”, przeł. Andrzej Sosnowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005, s. 192.
2. Tamże, s. 53.
3. Tamże.
4. Jerzy Jarniewicz, „Nomadowie i monady. O książkach «Proste przyjemności» i «Dwie poważne damy»„, https://kultura.onet.pl/nomadowie-i-monady-o-ksiazkach-proste-przyjemnosci-i-dwie-powazne-damy/x9rgj5h, dostęp 30.09.2026.
5. Jane Bowles, dz. cyt., s. 220.
6. Tamże, s. 221.
7. Tamże, s. 224.
8. Magda Heydel, „Rozpacz na zimno”, https://www.dwutygodnik.com/artykul/3194-rozpacz-na-zimno.html, dostęp 30.09.2026.
9. Jane Bowles, dz. cyt., s. 41.
10. Andrzej Sosnowski, Glosa o Jane Bowles, w: tegoż, „Najryzykowniej”, Biuro Literackie, Wrocław 2007, s. 164.
11. Tamże.
12. Jane Bowles, dz. cyt., s. 120
13. Andrzej Sosnowski, dz. cyt., s. 161.
CZYTAJ TEŻ