Wstyd kiedyś uchodził za cnotę. Czyż słynna dzięcielina pałająca panieńskim rumieńcem nie przydaje sielskiej niewinności utraconemu krajobrazowi dzieciństwa? Granic przyzwoitości pilnował okrzyk-upomnienie: wstydu nie masz? 

Ale gdzie się podziały niewinne krajobrazy? Gdzie się podziały niepisane społeczne umowy? Skrobało się ich podejrzanie gładkie wyobrażenia, skrobało, aż wyjrzały spod nich uzurpacje i represje. 

I co? 

Hierarchie wartości przewietrzone. Panienki nie muszą być skromne, a ojczyzny umiłowane. Powinno wyjść nam na kulturowe zdrowie. A jednak zaryzykowałabym stwierdzenie, że współcześnie – wbrew chwilami wręcz desperackim próbom wynalezienia włączającego języka – żyjemy pod szczególną presją wstydu. 

Nie wypada mówić stary ani kaleka, ale jeden nieznaczny ruch palcem na klawiaturze, lub ekranie smartfona wystarczy, by znaleźć dowody na to, że nigdy na nic nie jest za późno, a każde ograniczenie da się przekroczyć. Czyli zestarzeć się to jednak zdziadzieć na własną prośbę i nie ma powodu, by nie zatańczyć na inwalidzkim wózku. Bez odpowiedniej, robiącej wrażenie oprawy, cierpienie nie jest już w modzie  Jeśli ktoś się wycofuje, nie realizuje swoich marzeń, albo nie daj Bóg marzy bez rozmachu, to jednak wstyd. Celowo przesadzam. Przy całym podziwie dla tych, którzy przełamują bariery, chcę zwrócić uwagę na cenę zachłystywania się ludzką domniemaną omnipotencją. Wciąż przecież jesteśmy uwięzieni w zużywalnych ciałach i w czasie, który uparcie płynie tylko w jedną stronę. A jednak coraz częściej godzimy się upychać w głęboki cień niedoskonałość, czyli ważny, jeśli nie podstawowy aspekt człowieczeństwa. Kurczymy swoją zwyczajność pod obstrzałem natrętnych atrakcji i cudzych osiągnięć. Wyjątkowość z definicji dostępna niewielu, wydaje się nagle viralowym wyzwaniem. Chcemy szoł – jak śpiewał niegdyś Fisz – Chcemy cudów, co wylecą z szafki / Po pracowitym całym dniu / Chcemy najprawdziwszy cud / Chcemy ściągać barchanowe majty. Chcemy newageowych olśnień po godzinnym darmowym webinarze. Sukcesów, które się dobrze klikają. Wielu entuzjastycznych recenzji i nagród literackich. Wśród chaosu minutowych relacji, chcemy i my zdobyć te niesłychane zasięgi. 

Im większą rolę w kulturze odgrywa popularność, im wokół głośniej, tym – jak mi się wydaje – ciszej się wstydzimy. Mielibyśmy przyznać, że ten świat z iluzji, świat-wydmuszka, świat-zabawka swoimi kolorowymi wzorkami i nas zahipnotyzował? O nie! W każdej chwili możemy go wyłączyć, nie jesteśmy tak głupi by się nabrać. A świat-wydmuszka, świat-zabawka trzyma swoich posłusznie skrollujących żywicieli coraz krócej przy mordzie. Bo im ciszej się wstydzimy, im bardziej prywatnie, tym mocniej zawstydzani jesteśmy systemowo. 

Literatura pokazuje, że tego prywatnego wstydu można użyć jako wytrycha do rozmontowywania systemu. Annie Ernaux, kilkukrotnie wspominana w tekstach tego numeru, odmówiła uznania za własne niepisanych zasad przyzwoitości i lojalności klasowej. Przekroczyła nie tylko wstyd pochodzenia z niewykształconej rodziny, ale też wstyd intelektualistki, której nie wypada czynić materiału badawczego z osobistych doświadczeń, babrać się w czymś tak oczywistym jak własna fizjologia. Dowiodła, że wystarczy ujawnić, to, czego nauczono nas się wstydzić, a pękają niewidzialne powrozy. Dlatego za przeciwieństwo wstydu uznałabym nie rozbuchany bezwstyd, ale odważną, rzeczową szczerość. Taką jednak, której towarzyszy zrozumienie. Wyznania wydarte wstydowi mają moc odnawiania kultury, tylko jeśli zyskają wsparcie rozmaitych: o ja też tak mam; też się z tym zmagam, bałbym się do tego przyznać, ale skoro już o tym mowa… 

Tymczasem do życia online trafiają jedynie odpryski poważniejszych dyskusji, spreparowane w łatwą do łyknięcia w biegu wersję instant. To nimi się zapychamy zaglądając do telefonów i laptopów, bezrefleksyjnie przyswajając zupełnie inną wersję ostentacyjnej jawności. 

W niej intymność, nieosłonięta konwencją literacką, czy po prostu kunsztem przekonującej opowieści, rusza do bezpardonowego wyścigu, który wypluwa z siebie oszołomionych dobrowolnych wygnańców z bezpiecznych tylko własnych sfer. Pewna znajoma opowiadała mi, że w dzieciństwie, gdy za bardzo dokazywała, zmęczona matka wystawiała ją w samych majtkach na korytarz bloku z wielkiej płyty. To niemalże wariacja na temat biblijnego odkrywania wstydliwej nagości, w momencie gdy znajdzie się ona na widoku. Wydaje mi się, że współczesny kult klikalności sprawia, że wielu z nas widzi siebie jako nagle gołych i bezbronnych, gdy poczuje ciężar spojrzenia przypadkowych współmieszkańców, choć nie bloku, a wirtualu. Przecież wśród migających beztrosko obrazów ostentacyjnie szczerzy kły i wyje spiętrzone okrucieństwo. Orwell pomysł zniknięcia kogoś, tak jakby nigdy nie istniał, wpisał w przerażający świat „Roku 1984”. My ten pomysł realizujemy osłonięty gąszczem rolek ze śmiesznymi kotkami i ćwiczeniami na zgrabne uda. Gdzieniegdzie mignie ciągle nie nasza wojna (nawet jeśli niepokojąco bliska) i ciągle nie nasz głód. Tak, niby kotki, niby niepotrzebny tłuszcz zniknie jeśli wykonasz to pięciominutowe ćwiczenie i atrakcyjne cytaty, trafnie podsunięte przez algorytmy, znające nasz gust lepiej niż my sami, niby nawet jeśli guilty to jednak pleasure, a jednak nigdy nie wiadomo na kogo wypadnie, na kogo bęc. Nie wiadomo na kogo się wyleją wiadra pomyj w komentarzach. Możemy udawać, że świat-wydmuszka, świat-zabawka nas nie złapał i nie złapie, ale chyba coraz trudniej czuć się w nim bezpiecznie. A jeszcze trudniej żyć całkiem poza nim. 

Dlatego uważam, że literatura powinna zajmować się wstydem, szukać go, przekraczać poprzez budowanie coraz to nowych, nieoczywistych wspólnot. Jestem przekonana, że w pojedynkę z tym obezwładniającym uczuciem nie sposób wygrać. Mam także równie silne, jak irracjonalne poczucie, że najwyższa już pora zredefiniować zwycięstwo. W jakimś szerokim, a zarazem podstawowym sensie wydaje mi się ono możliwe, tylko jeśli przestaniemy między sobą walczyć o miejsce na pudle i zaczniemy podważać reguły narzuconego nam wyścigu, lub przynajmniej potraktujemy je z przymrużeniem oka. 

Literatura to przecież nie tylko pole minowe, na którym szansę przetrwania ma kilku ulubieńców losu. To także pole snujących się swobodnie opowieści. One pozwalają pójść za wstydem, sprawdzić, do czego blokuje dostęp. Jakich prób, jakiego ryzyka nie pozwala podjąć? Jaką radość i komu obrzydza? Za które błędy domaga się najwyższej kary? Dzięki opowieściom, zanim zapłaci się sobą, można sprawdzić kto i jaki wystawia rachunek.   

Bardzo mnie więc cieszy numer Pola o wstydzie. Cieszy mnie, że jest różnorodny. Porusza nieoczywiste tematy. Że nie jest krzykliwy. Przyznam (ze wstydem?), że wydał mi się w pewnym momencie za mało po bandzie. Teraz uważam, że pokazuje ważny aspekt mocowania się z tym wciąż stawiającym opór tematem. Przy pracy nad nim myślałam o swoich wstydach. Które ujawniam? A które mi na to nie pozwolą, więc tylko jestem wdzięczna, gdy mówią o nich inni, odważniejsi ode mnie? Wstyd wydał mi się drogowskazem do być może jednego z najbardziej podstawowych egzystencjalnych wyzwań. Do przyznania się do tego, że – mówiąc Białoszewskim – jest się jakim jest się. Uznania swojego losu. A to chyba jedyna droga do uszanowania życiowych dróg innych ludzi. 

 

 

Agnieszka Solasińska


 

CZYTAJ TEŻ