Życie jest snem

Bogusław Michnik,
"Śniłem się sobie",
OKIS, Wrocław 2025, 140 stron


 

 

Myślę czasem – jak właśnie teraz – że powinien na mnie ciążyć sądowy zakaz wypowiadania się o poezji. Bo wiem najlepiej, jak to jest. Do każdego tekstu, którego morfologia choć trochę kojarzy mi się z mową wiązaną, jeśli go nie odpycham od razu, przystępuję z nieżyczliwością. Są oczywiście wyjątki, zbyt liczne, by je wymieniać, ale reguła jest uparta. Albo kręci moim nosem, albo mnie odsyła do Gałczyńskiego lub Leśmiana, gdzie czuję się jak u siebie. Na szczęście, wyjątki pociągają. A nawet – wszyscy to wiemy – potrafią swoim magnetyzmem zagrać regułom na nosie. 

I oto mam przed sobą książkę. Nie  żaden tam „tomik” wychudzony, bo tom liczący stron prawie sto czterdzieści. W dodatku wydany elegancko i jakby z kroplą tajemnicy. Pociągający jest też jego tytuł, „Śniłem się sobie”To do mnie przemawia, bo snom ufam bardziej niż jawie, zbyt często czyni ze mnie durnia. Biorę więc, otwieram, spodziewam się, że znajdę w nim coś nasennego. Nic podobnego. Wiersze.  

Przeczytałem je niemal wszystkie, niektóre powtórnie. Nie znalazłem wśród nich, niestety, pewnego utworu Bogusława Michnika, który wiele lat temu tak mnie oczarował. Trudno. Wyboru dokonał Karol Maliszewski, którego pewnie ten utwór wcale nie oczarował, lub najzwyczajniej go nie znał. Ja z kolei nie znałem żadnego spośród tych, które on wybrał. Mniejsza o niedawne, ale te dawne, sprzed lat prawie pięćdziesięciu, powinny mi coś przypominać. A przypominają tylko, że ich autor nigdy się nie pchał przed szereg. Zawsze ustępował miejsca lepszym, a w każdym razie innym. 

Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął od spisu treści. I od razu wiem stamtąd, że całość jest podzielona na trzy części. Zupełnie jak u Dantego. Tylko tytuły rozdziałów inne – „Ze snu”, „Dokąd” i „Jak się narodzić”. Jako rozdział czwarty można by uwzględnić Posłowienapisane przez sprawcę tego wyboru, Maliszewskiego. O tym ostatnim od razu, bo potem zapomnę, mogę powiedzieć, że jest rozprawką nader dorzeczną. I to tak bardzo, że wręcz nasuwa się podejrzenie, iż wybór został dokonany właśnie pod tym kątem. Najpierw Posłowie, które wyszło jak ulał, a następnie wybór. Ale pewnie się mylę, bo przecież nikt tak nie robi. Chyba że… 

Później, jak zwykle, policzyłem wiersze. Część pierwsza składa się z pięćdziesięciu trzech. W drugiej jest ich tylko siedemnaście. W trzeciej trzydzieści jeden. W sunie sto jeden utworów różnej długości. Podział książki na trzy części to zapewne trzy epoki z życia poety. Można by się nawet z tym zgodzić, gdyby w części pierwszej („Ze snu”) kolejność wierszy nie była tak irytująco achroniczna. Nic się z niczym nie klei. W następnej z tą chronologią  jest więcej ładu, a najwięcej w części trzeciej.  

Bo ta jest bardzo ważna ze względów biograficznych poety. Przypadek to niesłychany, zgoła dramatyczny, gdy w wieku dojrzałym – około siedemdziesiątki – człowiek dowiaduje się, że jest dzieckiem całkiem innych rodziców niż tych, których brał dotąd za swoich. Że się nazywa inaczej, niż myślał. I związane z tym usiłowania rekonstrukcji własnej tożsamości. Gdy człowiek odkrywa, że sam jest kopalnią tajemnic. Dla takiego przypadku gleba poezji jest nader urodzajna. A w tym przypadku jest zarośnięta po brzegi. Zwróciła moją uwagę ilość trawy. Prawie w co drugim wierszu – trawa. Czasem drugorzędna, ale jest. Jakby prowokowała dociekanie – co pod nią? 

Znam Bogusława Michnika od dawna. Poetę, który poza tym jest zawziętym fotografikiem oraz bardzo zasłużonym aktywistą społecznym. To on patronował Kłodzkim Wiosnom Poetyckim! Wiele mu zawdzięczam i nasza przyjaźń hartowała się w ogniu bałamutnej historii lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i nawet – choć na odległość – teraz. Z konieczności więc w jego poetyckim słowie doszukuję się cząstki własnych doświadczeń, jakkolwiek od poezji żyję z daleka. I znajduję je w bliskich mi krajobrazach – noworudzkich, wambierzyckich, lądeckich, stołowogórskich. lwóweckich. W wędrówkach po kłodzkich ostępach, gdzie wszystko jest żywą historią. Ale w tym szwendaniu się po przebrzmiałych klimatach, jakby kątem oka, zauważam coś jeszcze, mianowicie, niepokojącą płynność słów, obrazów, znaków, symboli, detali. To zapewne efekt konsekwentnego braku znaków przestankowych. Zastępuje je najczęściej wielka litera słowa, przed  którym – domyślam się – mogłaby stać kropka. Kropki pojawiają się tylko w tytułach dziesięciu wierszy. A w jednym przypadku nawet dywiz. Pomijam oczywiście trzykropki, których nie zliczę, choć liczyć lubię. Więc znaków przestankowych jak na lekarstwo i nie wiadomo, w którym miejscy wziąć wdech. Potoczysta narracja. Pośpiech.  

No, ale to nic nowego. Co tam znaki i zadyszka. Tadeusz Nowak też się bez nich obchodził. I wielu innych. Nawet przez chwilę pomyślałem – aby to uhonorować – tekstowi, który właśnie piszę, także odmówić znaków przestankowych. Mógłbym ostatecznie to zrobić, choć przecież nie jestem poetą. Tylko od biedy najwyżej poezję czytam, po cichu lub na głos. Z zadowoleniem lub bez. Na przykład: 

 

Ze snu 

Co można wynieść ze snu 
Płonący oddech Cynfolię 
Późnego światła Podcięte 
Serce Kołatkę języka Może 
Głodną krew Starą Ślepą 
Samotność A może kroplę łzy 
Głęboką Głębszą niż nasiono 
Co można wynieść Kształt  
Który w nowy kształt się 
Nie przemienia Krzyk który 
Krzykiem zarasta Splątanie 
Włosy Białe włókno gwiazdy 
Co można wynieść ze snu 
Zegar dotknięty upływem 
Czasu i oczy Tonące oczywiste  
Śmiertelne przebudzenie 
 
1 VI 1974 

 

I tu może postawiłbym kropkę, gdyby jeszcze nie te ostatnie zdania, które muszę napisać. Drogi poeto i drogi czytelniku – także jestem po stronie snów. Bo – jak powiedział Pedro Calderon de la Barca – la vida es sueño. Owszem, życie jest snem. A gdy odzywa się budzik – umieranie. Tak napisałeś, poeto. Tak przeczytałeś, czytelniku.

 

 

Henryk Waniek 


 

CZYTAJ TEŻ