Młodość ma to do siebie, że wstyd jest wszechobecny. Słynna „pedagogika wstydu” działa na nas zanim się urodzimy, wszak przychodzimy na gotowe już pole społeczne i rodzinne. Jak się ma farta, z czasem wstyd zmniejsza się, słabnie, choć nigdy nie znika. Mamy go we krwi, wysysamy z mlekiem matki – och, te banalne frazy, językowe komunały wstydliwe dla wytrawnych literatów. Bez wstydu by nas tu nie było, nie czytalibyśmy Pola, nie czytalibyśmy w ogóle, nie pisalibyśmy niczego, bo, powtórzę dla utrwalenia: bez wstydu nie było kultury, literatury, społeczeństwa.
Dlaczego ani ciotki Helki ani Surmy nie zapytałam o to, czego się wstydzili za młodu i wstydzą teraz, kiedy rozmawiamy, w roku 2013? czy wstydzili się, że są ze wsi? To oczywiste: wstydziłam się zadawać im zbyt intymne pytania, wychowałam się wszak w przekonaniu, że między mną a osobami pokolenie starszymi jest coś w rodzaju przepaści, że trzeba szanować ich przestrzeń, nie tykać zbyt osobistych kwestii, nie przekraczać granic szacunku i taktu. Po drugie, w tamtych czasach, trzynaście lat temu, byłam jeszcze młoda i nieopierzona (tak, tak, należę do tych opóźnionych w rozwoju społecznym i psychicznym o jakieś dziesięć lat, a może i więcej, tak mniej więcej do pięćdziesiątki bardziej byłam dzieckiem niż dorosłą osobą, więc to oczywiste, że jako dziecko nie mogłam pytać osób starych, starszych nawet od moich rodziców, o uczucia, z których ja sama zdawałam sobie sprawę tak jakby wstydliwie, w zaciszu własnego pokoju, w rozmowach z najbliższymi przyjaciółmi, a może jeszcze bez tych rozmów, może one nadeszły trochę później).
Ciotka Helka to starsza siostra mojej mamy, rolniczka, jak to się mówiło u nas w domu: „niepracująca”. Bo praca to było „chodzenie do pracy”, a nie uwijanie się od świtu do nocy w gospodarstwie i na polu. Zapamiętałam ją jako spokojną, łagodną kobietę o figurze nieco zwalistej, choć może to chodziło o fartuchy i zapaski, w których widywałam ją na co dzień i ciało po sześciu ciążach, a może o tajemniczy kontrast z tą śliczną dziewczyną na portrecie, który wisiał w domu babci. I jeszcze to, że moja mama, nawykła do punktualności, irytowała się, kiedy widziała z okna ciotkę spieszącą do kościoła, spóźnioną, bo inni przeszli dziesięć czy piętnaście minut wcześniej. W czasach mojego dzieciństwa do oddalonego o jakiś kilometr czy dwa kościoła chodziło się pieszo, a że mieszkaliśmy przy drodze, widać było, kto i kiedy idzie. Wtedy oczywiście stałam po stronie mamy, kiedy mówiła z potępieniem: „Ta się nigdy nie może wyrobić na czas”, a teraz myślę nie tylko o świniach, krowach, kurach i dzieciach, którymi trzeba się było ciotce zająć w niedzielę rano, ale też o tym, że to był rodzaj buntu ciotki przeciwko regułom wyznaczonym przez życie na wsi: „taka jestem i robię po swojemu”. Spóźnieniem na msze krzywdy nikomu nie robiła. To był dla niej mniejszy grzech niż zostawienie krów w oborze zamiast wygonienia ich na pole, gdzie rzecz jasna było im lepiej, w końcu każdy będąc krową wolałby paść się na zielonej trawce niż stać w ciemnym chliwie. Ciotka to rozumiała, jak rozumiała wiele innych rzeczy, pogodzona ze światem i sobą. Taka mi się zawsze wydawała, choć co ja o niej wiem, niedużo. I tu przychodzi mi do głowy trzeci obraz ciotki Helki – ten w trumnie, w domu pogrzebowym. Twarz zmieniona przez śmierć, zupełnie do niej niepodobna, nie poznałabym jej, gdybym nie wiedziała, że to ona. Teraz, kiedy o niej piszę i przywołuję z pamięci jej obraz trumienny, przychodzi mi do głowy, że dopiero po śmierci mogła zakomunikować nam, którzy ją żegnaliśmy: co wy tam o mnie wiecie, kim ja jestem, kim byłam.
Była sześcioletnią dziewczynką, kiedy stała przy swojej mamie i patrzyła na płonącą z ludźmi oborę. Siedemdziesiąt lat później opowiadała mi o pacyfikacji i opowiadała tak, jak to robią ocaleńcy, z daleka, bez emocji, jakby mówiła o filmie, który kiedyś obejrzała. Jak inaczej to przeżyć i o tym opowiadać? Oczywiście (ani innych osób, z którymi rozmawiałam o wojnie w Karpiówce) o uczucia i detale, które mogłyby mi dać lepszy materiał do książki, w końcu nie jestem reporterką. Na rozmowie o wojnie się nie skończyło, rozmawiałyśmy także o moim życiu w Warszawie, wakacjach w Szkocji, o jej młodość (oczywiście bez pytań o życie uczuciowe czy seksualne, spaliłabym się ze wstydu, gdybym miała ją o to zapytać). I ciotka powiedziała coś, co zostało ze mną do teraz, o czym myślę, kiedy myślę o tym, jak miota nami los, o przypadkach i wypadkach, które rzucają nami to tu, to tam, kiedy myślę o sobie i zastanawiam się, jak to się stało, że jestem pisarką i piszę ten tekst do Pola, pisma, które współtworzę od początku. Szczęśliwe i nieszczęśliwe zbiegi okoliczności. W jej przypadku brak dwóch punktów w teście do liceum pedagogicznego. Chciała być przedszkolanką. Nie udało się. Dlaczego babcia i dziadek nie namówili jej, by zdawała raz jeszcze, za rok, dlaczego wysłali ją na naukę do krawcowej? Brak pieniędzy? Chęć zatrzymania starszej córki w swoim świecie? Przekonanie, że najważniejszy jest konkretny zawód, że krawcowej pracy nie zabraknie? Więcej podpowiedzi daje książka Antoniny Tosiek o pamiętnikarkach: „Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet”, w której takich kobiecych losów jak los mojej ciotki Helki jest więcej.
To, co mnie uderzyło podczas tamtej naszej rozmowy, to pogodzenie z losem, który przypadł jej w udziale, brak goryczy, zawiści czy choćby rozczarowania. Czy pomógł jej w tym charakter wyniesiony z domu rodzinnego odległego od domostwa Nowaków o pół kilometra? Wiara i religia? Słuchała wtedy Radia Maryja i dużo się modliła, a przecież różańce, zdrowaśki i litanie to nic innego jak medytacja, to znaczy mogą być medytacją, jeśli takie modły nie nudzą śmiertelnie, a ciotki nie nużyły, przynajmniej pod koniec życia, bo wcześniej to nie wiem.
Nie wiem tak wielu rzeczy, nie tylko o mojej rodzinie i o mojej wsi rodzinnej, i się nie dowiem, i niespecjalnie mnie to martwi, to przecież oczywiste, że żyjemy wśród tajemnic, sekretów i ciemności. Pamięć siebie, pamięć o innych ludziach, tych bliskich i tych dalszych, pamięć osobista, społeczna i historyczna to konstrukty budowane na rusztowaniach podsuwanych przez umysł (a może tylko mózg?), dominujące ideologie i bańki, w których żyjemy.
Bardzo dobrze to pokazują wspomnienia Kazimierza Surmy, którego zapamiętałam jako sędziwego pana, nic dziwnego, był starszy od mojego ojca o dziewiętnaście lat i przynależał bardziej do pokolenia dziadków niż rodziców. Dlaczego nie napisałam: starszego chłopa? Bo jakoś na chłopa nie wyglądał, był dość dystyngowany, do kościoła zawsze garnitur pod krawatem albo mundur strażacki, na uroczystości na cmentarzu porządna jesionka i „po pańsku” ułożony szalik. Mówił również „po pańsku”, nie słyszałam z jego ust żadnej gwary, choć może tak ten język był dla mnie naturalny, że słyszałam tylko intonację, akcent, a u Surmy akcent był „poprawny”, czyli znamionujący wykształcenie i lepsze pochodzenie. Szkół jakiś wielkich nie skończył, podstawówka i inteligencja mu wystarczyła, żeby po wojnie pracować na kolei, zajmować się niedużym gospodarstwem i być przewodniczącym ZBOWiD-u na Karpiówce. Najmłodszy syn Zbyszek został w domu, ożenił się z moją siostrą cioteczną Joanną (córką ciotki Helki), więc odwiedzałam ich od czasu do czasu i rozmawiałam z Surmą Kazikiem, jak to „w gościach” u rodziny, o tym i owym. Kiedy szedł do swojego pokoju, z Asią i Zbyszkiem zaśmiewaliśmy się z naszych dziecięcych zabaw na cmentarzu w Święto Zmarłych (teraz Wszystkich Świętych) – więcej o tym piszę w „Wakacjach w domu”, ale moi rówieśnicy z Karpiówki wiedzą i bez czytania książki, o co chodzi.
Na rozmowę o wojnie umówiłam się z Surmą dwa razy. Za pierwszym razem siedzieliśmy w świeżo wyremontowanej kuchni, zajadaliśmy pyszną szarlotkę upieczoną przez Asię, Surma chwalił synową i z dumą pokazywał mi teczki z papierami dotyczącymi elektryfikacji wsi, śledztwa IPN, spisów zniszczonych w czasie wojny gospodarstw i wycinki z gazet. Drugi raz rozmawiałam z nim niespełna rok później, było lato, miał wtedy osiemdziesiąt dziewięć lat, zima dała mu w kość, postarzał się, siedzieliśmy na ławce przed domem i więcej patrzyliśmy na szosę w dole, na wzgórza po drugiej stronie wsi, las, drogę prowadzącą na Sulów niż rozmawialiśmy, bo tym razem pamięć mu doskwierała, powtarzał się, mówił niewyraźnie, „schłopiał” w rozczłapanych tenisówkach i z uwalanymi ziemią rękami, coś plewił wcześniej i zapomniał umyć ręce, choć może nie zapomniał, może pamiętał, że kiedy był dzieckiem i młodzieńcem rąk za często się nie myło, bo szkoda zachodu, zara się uwalają od roboty, i do tych czasów przywróciła go starość.
W spisanych wspomnieniach Kazimierza Surmy zacytowałam artykuł z powojennej gazety, który mi z przejęciem przeczytał. Wtedy po raz pierwszy dowiedziałam się o zbrodni w Wierzchowinach: Narodowe Siły Zbrojne zamordowały 197 osób, w tym 45 dzieci. Za to, że wieś współpracowała z komunistami, czyli: albo wspierała partyzantkę lewicową, albo wzięła się do parcelacji pańskich gruntów, bo za to też żołnierze wyklęci zabijali wtedy chłopów, albo ktoś ze wsi zdradził kryjówkę bojowników czy bandytów, w czasie wojny i po wojnie trudno było rozróżnić jednych od drugich. Tak myślał o tym Surma i tak myślałam ja, bo przejęłam od niego pamięć o tamtej zbrodni.
Zdziwiłam się, kiedy przygotowując wspomnienia do publikacji, wpisałam do Google’a nazwę miejscowości i dowiedziałam się, że owszem, NSZ wymordowało tam ludzi, ale nie z powodu powiązań z komunistami, tylko za współpracę z UPA i jako odwet za mordy na Wołyniu, i nie 197 osób, tylko („tylko”) sto dziewięćdziesiąt cztery. Nie zmieniło to mojego obrzydzenia działalnością żołnierzy wyklętych (na szczęście nikt z mojej rodziny do NSZ nie należał, więc nie muszę się tego wstydzić ani żałować tych, którzy tam trafili przypadkiem, bo i tak się zdarzało, nierzadko szło się do takiej partyzantki, jaka była pod ręką), ale po raz kolejny udowodniło tezy znane mi chociażby z pism Haydena White’a, że historia to literatura lepiej lub gorzej opowiedziana, mniej lub bardziej przekonywująca. Nie dziwi więc tekst pt. „Zagadka Wierzchowin” opublikowany w Szczerbcu i Naszej Polsce (dostępny na stronie Związku Narodowych Sił Zbrojnych), napisany w typowym dla tej formacji duchu „co złego, to nie my”, ani artykuł w powojennej gazecie, który nie zająkuje się o kwestiach narodowościowych, choć teraz wiemy sporo o wyrzynaniu przez tzw. podziemie niepodległościowe tych, którzy nie pasowali im do wzorca prawdziwego Polaka, prawdziwej Polski, prawdziwego polskiego dziecka. Czy to znaczy, że nie można wierzyć żadnemu historykowi i przyjdzie się pogodzić z tym, że przeszłość jest dla nas stracona na zawsze? No nie, bądźmy realistami i upierajmy się przy niemożliwym. Tak jak trzeba szukać wybitnej literatury, czy w pisaniu własnym, czy cudzym, tak też trzeba znaleźć narrację o Wierzchowinach jak najwierniejszą zdarzeniom, które się wówczas rozegrały. Tym, którzy się zainteresowali tą straszliwą tragedią polecam wydaną w 2023 roku przez Wydawnictwo ISP PAN książkę Mariusza Zajączkowskiego pt. „Wierzchowiny 1945. Fakty i mity, współczesne dyskursy historyczne spory interpretacyjne o sprawstwo zbrodni i Narodowe Siły Zbrojne”.
Pacyfikacja Karpiówki budzi mniej kontrowersji, choć kiedy zaczęłam badać tę naszą karpiowską historię wojenną, co i rusz pojawiały się niejasności, zaskakujące, a wręcz szokujące fakty (choć może tylko szokujące opowieści i zapamiętania), oczywiste właściwie, to była wojna, a nie ma nic gorszego od wojny, brutalność i okrucieństwo są przecież jej niezbywalnymi atrybutami. Czytałam artykuły w regionalnych czasopismach, dokumenty IPN, rozmawiałam z tymi, którzy Akcję przeżyli, porównywałam dane na listach pomordowanych, które dostałam od Surmy, sprawdzałam nazwiska i wiek na cmentarzu, konsultowałam niejasności z rodzinami zabitych. I wciąż coś się nie zgadzało. O moich poszukiwaniach faktów, a nie tylko potwierdzeń znanych mi opowieści, piszę w „Wakacjach w domu”. Mieszam fikcję z faktami, to w końcu powieść, ale jestem bliżej rzeczywistości tego wojennego mordu niż śledczy z IPN-u, opisujący tę historię z perspektywy biura i powielający błędy dotyczące chociażby zapisu nazwisk, wieku ofiar czy ostatnich godzin torturowanych dziewcząt.
Czy moja pamięć o Akcji przed pisaniem książki i po jej napisaniu zmieniła się? Jasne że tak, trudno, by było inaczej, napracowałam się, żeby tak się stało. Ale pisząc o pacyfikacji Karpiówki pisałam też o tajemnicy pamięci i tajemnicy historii, która jest nasza, stwarza to, kim jesteśmy, która tworzy nasz świat, a przecież jest czymś zawsze dla nas zakrytym i sekretnym, podobnym do snów.
Cdn.
Renata Bożek
CZYTAJ TEŻ