Kazimierz Surma


Wspomnienia

spisała
Renata Bożek


 

Portret w wieku 40 lat.

 

Osiemnaście lat miałem, ale mnie nie było, bo ja byłem wezwany do junaków na roboty. 

Z mojego roku siedmiu czy ośmiu rówieśników zginęło. Ja tego nie przeżywałem, bo byłem w Janowie na stójce, woziliśmy drzewo z Lasów Janowskich do tartaku. Jak dziś pamiętam, jak jechaliśmy do domu, wyjeżdżając z Polichny do Szastarki widzimy: pali się. Dojechaliśmy do Szastarki koło 9 rano, wyszedł niejaki Kostrzewski i mówi: „Chłopy, nie jedźta tam, bo w Karpiówce coś się dzieje”. Dojechaliśmy do Kaczeńca i dowiedzieliśmy się, że siostra moja uciekła z Karpiówki na Blinów. Potem dojechaliśmy do Sulowa, poczęstowali nas kluskami na mleku, czekamy aż ktoś będzie jechał od Karpiówki, żeby zapytać, co się dzieje. Pierwszy jechał nauczyciel z Kraśnika, powiedział, że już się Niemcy wybierają do odjazdu, i jego pierwszego puścili.  

Dwadzieścia siedem ludzi wepchnęli do obórki, zamknęli drzwi i podpalili. Jedna kobieta była przy drzwiach, Koszałkowa, chłopy chciały wypchnąć drzwi, a resztę zastrzelili. Czterdzieści dwie osoby zabili tutaj, a jedenaście zabrali. Jeden wrócił, Wieleba. A dlaczego Wieleba wrócił? Bo jego brat miał restaurację w Kraśniku i Szwaby przychodziły do restauracji i tam ten brat załatwił, żeby go wypuścili. A Zdyb, teraz jest tam Kowalik, też był z nim wypuszczony, ale po czapkę się wrócił do więzienia i przepadł.  

Dużo Polaków służyło w niemieckiej policji. Podczas Akcji jakiś kazał się schować Czulińskiemu, bo on był zastępcą sołtysa. A Czuliński mówi, że on nic nie winien, to co się będzie chował. I zginął tego samego dnia. 

To w sylwestra było, a na Nowy Rok droga była czerwona od krwi. 

Przyczyną Akcji było to, że partyzanci byli tutaj i zabili Niemca. W Michnowie jest mauzoleum takich wiosek jak Karpiówka, spacyfikowanych, sto osiemdziesiąt takich wsi. U nas było tak: partyzanci szli od Krasnegostawu, byli gonieni przez Niemców, chcieli się przedrzeć do lasów janowskich. Kontakt z partyzantami to u nas był, chcieli odpocząć, bardzo byli umęczeni, zaczęli się rozlokowywać, a Szwaby już się szykowały. Wiedzieli, że gdzieś tutaj partyzanci muszą być. Z Kraśnika żandarmeria, z Lublina wojsko przyjechało pancernym pociągiem i otoczyli wieś, żandarmeria od Kraśnika, wojsko od torów. Partyzanci mieli jedną drogę, do Dębniaku, tam stał Niemiec. Partyzant jakoś się podczołgał, rzucił granat, zlikwidowali Niemca i uciekli.  

Jedni byli partyzanci, a inni byli złodzieje. Niektóre do żadnej organizacji nie należeli, tylko rabowali. Po wyzwoleniu, 9-go czerwca w Wierzchowinach koło Krasnegostawu Narodowe Siły Zbrojne wybiły sto dziewięćdziesiąt siedem osób za to, że byli związani z komunistami, w tym czterdzieści dzieci.  

[Surma wyciąga z szuflady pożółkłą gazetę i czyta:] 

Nie minął miesiąc od zakończenia II wojny światowej, gdy kierownictwo XVI okręgu lubelskiego Narodowych Sił Zbrojnych podległe Komendzie Ziem Wschodnich NSZ powzięło decyzję o zlikwidowaniu mieszkańców wsi Wierzchowiny. Rzeź zaskoczonej i bezbronnej ludności Wierzchowin trwała około 3 godzin w biały, czerwcowy dzień. Ciała gwałconych przed zamordowaniem kobiet, ciała niemowląt pomordowanych wraz z matkami, zamordowanych starców, kalek i mężczyzn leżały na drodze, a także na podwórkach, w domach i budynkach gospodarczych, piwnicach, sadach i na polach. Zginęło 197 mieszkańców Wierzchowin, w tym 45 dzieci. Po otrzymaniu wiadomości o morderstwie natychmiast za sprawcami wyruszył pościg składający się z grup operacyjnych funkcjonariuszy milicji i bezpieczeństwa, wspartych kompanią podchorążych szkoły oficerskiej broni pancernej w Chełmie. 

A teraz im stawiają pomniki. Na NSZ to mówiło się u nas Pawłaski, były z Szastarki.  

Nie było zjednoczenia, żeby walczyć z okupantem, tylko między sobą.

 

Z córkami Kazią, Stasią i Bożeną w odwiedzinach u brata Władka w Stargardzie Szczecińskim, 1964.

 

Na Karpiówce był AL. Organizację założył Wojtowicz z Kolonii Góry, z Trzydnika Szymański, z Rzeczycy Ziemiański-Czyżewski, nazywało się ją Moskwa. A że brat Józek też był szesnasty rocznik, to miał łączność z Wojtowiczem. Młodzież to nie wiedziała, jaka to organizacja, chcieli walczyć, jak była jakaś organizacja to wstępowali. Dlaczego powstawała partyzantka? Młodzież była wywożona na przymusowe roboty do Niemiec, to młodzi woleli uciec w las niż jechać w niewolę. Moich dwóch braci stryjecznych i brat Feliks byli wywiezieni na roboty do Niemiec. Brat nie przeżył, podobno chodziło o Niemkę, bo nie wolno było się zadawać Polakom z Niemkami. Niemkom włosy zgalali, a Polaków zabijali. Mój brat Józek uciekł z partyzantami, ale zabili go niedługo po tym. Po wojnie Bolek Surma poszedł do milicji w Gostyninie, ale w 1947 zabiły go.  

Na Lubelszczyźnie w 1943 roku w sierpniu mieli to niby partyzanci się zjednoczyć: AL i AK. Najpierw dowódcy AK przyszli do tych z AL, żeby się ugadać, potem AK okrążyło oddział AL i wymordowali, najprawdopodobniej nawet siekierami ich mordowali, to było pod Borowem. Było tam dwóch Polaków, co walczyli przed wojną w Hiszpanii, dwa dni wcześniej byli u nas, bo szli od Wojtowicza i tu wstąpili do brata. A potem ich wycięli siekierami. I od tego czasu zaistniała taka nienawiść między Polakami.  

W partyzantce byli Polacy i Sowieci, jak się któremu udało uciec z obozu lub transportu.  

Ruskie wojsko było karne, kraść im nie wolno było. Był taki Ruski jeden, nazywali go Szynel, bo chodził w takim biednym płaszczu. Inne partyzanty to zabierały kożuchy i palta, a on chodził w tym bidnym płaszczynie i mówił, że jemu więcej nie potrzeba, że on tylko chce przeżyć. Nie sądźmy po przynależności, tylko po działalności, ja powtarzałem nieraz.  

W partyzantce broń samemu sobie trzeba było zorganizować, albo Niemca rozbroić, albo gdzie kupić. W Zdziłowicach wojsko polskie w 1939 roku się rozbroiło, dużo broni wrzucili do stawów. Później ludzie wyciągali, ktoś odsmarował sobie i miał. Pod partyzantów to podszywali się też bandziory i złodzieje. Ja pamiętam pewnego razu Kawęcki Janek zaszedł do Plichty, ja po coś tam poszedłem, patrzę, wszystko: erkaemy, broń, kożuchy. To byli bandziory. W organizacjach była dyscyplina, była żandarmeria, jak zrobiłeś coś nie tak, to ostrzegali i karali. Wolak na Słodkowie raz dostał ostrzeżenie, coś ukradł, upomnieli raz, drugi, potem zlikwidowali. Był w AL.  

 

Z córkami Kazią, Stasią i Bożeną oraz bratankiem Wojtkiem, Stargard Szczeciński, 1964.

 

[Przed wojną, RB] w Stróży był dziedzic, ale jaśnie pan mieszkał w Londynie, a tu tylko miał dzierżawcę. Chłopom nie wolno było buraków sadzić, tylko dziedzic miał pozwolenie. Na wiosnę trzeba było pójść plewić, a na jesieni można było sobie obrać liście. Moja siostra ze szwagrem pojechali obrać liści, to dwie kopki dla dziedzica, a jedna dla siebie. Chodził z laską, żeby sprawdzać, czy chłopi nie wrzucili buraka pod liście i nie ukradli mu.  

Najbogatsi gospodarze to był Mazur, tam, gdzie teraz Flis i Kania. A dlaczego Kania? Bo twoi babki siostra wyszła za Sowę, Sowa wyjechał do Ameryki, jak zmarł, dostała dużą emeryturę po nim. Jak zmarł? Nie wiem. Wdowa wyszła za Kanię, Kania był bardzo przystojny kawaler. Po Sowie została jej córka, nazywały ją Sowka. Za pieniądze po pierwszym mężu kupowała pole. Na wojnę zostało im 20 tysięcy w banku, no i przepadło. Z tego domu to aż pięć osób zginęło. Balawender prosił Niemca: panie, moje syny niewinne, bo to prawda była, do żadnej organizacji nie należały, no to Niemiec go wepchnął do obory, a żona poszła za nim.  

Najbiedniejszy to był tu, gdzie teraz Bartyska Jaś, Kuchta, przyjechał na wyrób lasu, tu się zapoznał i został. Kaczyńskie były biedne, tu gdzie Reszka i Musiały teraz mieszkają.  Krowę chowali i dwa świniaki, nawóz wywieźli do bogatszego, kartofle zebrali, a drugi plon pół dla właściciela, a pół dla siebie, chodzili z cepami. Tu taki był Kuba, za Grytą zaraz, na Ożogowym, też chodził z cepami po ludziach, jak młócił, to w kieszenie zboża chował.  

Żydzi byli tutaj gdzie Zarzeczny i tam, gdzie Wielgusy, ale wyprowadziły się przed wojną. Przed wojną było dużo Żydów, handlowali, wziął koszyk, tam śledzia, igły, zapałki i worek ze sobą, gdzie wkładał wełnę, pakuły, jajka, aby coś w zamian. Jajka były po 3 gr, on zapłacił po 2,5 i miał zarobek. Pudełko zapałek 3 – 4 gr, a 48 zapałek – 8 gr. Robotniki leśne dzieliły zapałki na dwie części. Trzeba było iść do bogatego za 1,50 zł z sierpem na cały dzień. Kilogram słoniny można było za to kupić, kilo cukru to było 1 zł, a kosiarz z kosą zarabiał 2 zł lub flaszkę wódki. I dlatego w Rzeszowszczyźnie w 1936 roku powstał bunt, policja pozabijała chłopów. Tam było jeszcze biedniej.  

Na Budzyniu [filia obozu koncentracyjnego na Majdanku, RB] pamiętam takie małe Żydziątko: daj chlebu, wyciągało rękę. Ale za danie chleba to byś poszedł do obozu albo od razu by zastrzelili. To pamiętam, że miałem jakąś kromkę chleba, to rzuciłem jak psu, żeby nikt nie zobaczył. Najpierw chcieli wybić Żydów, a potem szli Polacy. 

Po wojnie było źle, bo wszystko było wykończone, a kontyngent dalej trzeba było oddawać. Gdy armia radziecka wchodziła, uciekałem z koniem do Jurnicy, przeczekaliśmy całą noc z końmi i krowami, widzieliśmy, jak żołnierze jadą na koniach. Krzysztoń Józef chciał już iść do domu, ja mu mówię: „nie chodźmy, bo jeszcze nam konie zabiorą”, ale nie posłuchał, wyjechał na gościniec i Ruskie: „dawaj”, wzięli jego młodego konia i dali mu wymęczonego drogą. 

 

Pięćdziesięciolecie ślubu, 1997.

 

Jak przyszli Rosjanie to euforia, szczęście. Potem znów bieda. Po wyzwoleniu obowiązkowy pobór do wojska, rocznik 1920. Ale była taka sytuacja, że trzeba było obsadzić posterunki. I co taki chłopak miał do powiedzenia? Janek Nowak był wzięty do wojska i jego dowódca wyprowadził całą kompanie z uzbrojeniem w las przeciwko władzy. To tacy jak on przyszli w Zakrzówku i wybili cały posterunek. Jak władza się umocniła, to tylko dzięki Brzezinie Kazikowi nie wzięli go do więzienia.  

Byłem inicjatorem elektryfikacji. Mam tu gdzieś jeszcze brudnopis… Ja jeździłem trzynaście razy do Wojewódzkiej Rady Narodowej, trzy razy byłem w Warszawie: w Ministerstwie Rolnictwa, w Ministerstwie Energetyki i w KC byłem, bo mnie tam odesłali. Bo wszystkie wsie w okolicy miały światło, a na Karpiówce nie doprowadzili. Kolonia miała światło, bo tam był Wojtowicz, Słodków też miał, a u nas nie było, jakby celowo ktoś nie chciał nam dać. Wtenczas wrócił Gomułka z więzienia, to był październik 1956 roku. I od tego czasu szybko mieliśmy prąd. 

 

Na cmentarzu pomordowanych w czasie pacyfikacji wsi, Karpiówka, 2018.

 

 

Kazimierz Surma

 

 

Kazimierz Surma (1925-2019) – urodził się na Karpiówce i z wyjątkiem lat dziecięcych mieszkał tam całe życie. Kiedy miał cztery lata – umarł jego ojciec, więc starsza o dwadzieścia jeden lat, zamężna siostra, by pomóc matce, wzięła go na wychowanie. Po wojnie wraz z matką i młodszym bratem prowadził trzyhektarowe gospodarstwo. W 1947 ożenił się z pochodzącą z sąsiedniej wsi Natalią Kokoszką, z którą przeżył sześćdziesiąt trzy lata. W latach 1958-1960 był radnym i sołtysem w Karpiówce. Pracował na kolei, działał społecznie w stowarzyszeniach weteranów. Ojciec pięciu córek: Kazimiery, Stanisławy, Elżbiety, Bożeny i Barbary oraz syna Zbigniewa. 


 

CZYTAJ TEŻ