Ledwo przekroczył próg, od razu zobaczył te dwie kiełbaski na talerzu, rumiano przypieczone. Jeszcze nie zamknął drzwi a już swemu bratu Karlowi obiecał, że z pewnością zje jedną. A ten rozłożył ręce utytłane farbami i szeroko się uśmiechnął. To właśnie jest cały Robert. Wylatuje z domu bez śniadania jak motyl ufający, że świat, w który zmierza, jest szczodry. I myli się rzadko. Świat jest łaskawy dla motyli. Tłustymi od kiełbasy palcami Robert przewraca tymczasem strony gazety. Idąc przez park wziął ją z ławki. Może wczorajsza? Może sprzed tygodnia?
Przegląda nieuważnie, przenosząc wzrok z gazety na Karla i znów na kiełbaskę, która znika tak szybko. Potem na wielkie malowidło, które będzie tłem do „Obozu Wallensteina” Schillera. I znowu na gazetę, gdzie nie ma nic ciekawego. Może tylko to ogłoszenie w ramce, w którym jego uwagę zwróciło słowo „szwajcar”. Rozłożył gazetę staranniej, dokończył swój romans z kiełbaską i przeczytał na głos:
– Ogłaszamy, że w maju rozpoczyna się następny trzymiesięczny kurs, dający prawo do pracy jako kamerdyner, lokaj czy szwajcar w domach, gdzie potrzebna jest fachowa służba. Kurs prowadzą najlepsi znawcy krajowi i zagraniczni. Opłata wynosi 25 marek za cały kurs i trzeba ją uiścić z góry. Ilość miejsc ograniczona. Należy się zgłosić Berlin West Potsdamerstrasse 44, pierwsze piętro.
Karl, który dopiero teraz zabrał się za swoją kiełbasę, słuchał, uśmiechał się – jak to on – z całą dobrocią serca, za które Robert tak bardzo go kochał. Ale nic nie powiedział. Dokończył ucztowanie podwójną dawką musztardy, wytarł wąsy rękawem fartucha, złapał za pędzel i szerokimi ruchami zaciągnął niebo na ciemniejszy kolor. Obraz przedstawiał głębię lasu i jakiś domek w stanie upadku. Był prawdziwy, a teraz stał się także groźny. Robert przyglądał się temu i o czymś myślał.
– Skoro już z urodzenia jestem Szwajcarem to może też mógłbym zostać lokajem? To musi być piękne, usługiwać komuś i być bez przerwy uprzejmym. Może bym się nawet zapisał na ten kurs, gdybym miał 25 marek. Czemu nie miałbym spróbować?
Karl znał tę śpiewkę. Robert zawsze był gotów próbować. Tego i tamtego, i jeszcze czegoś. Bo wszystko było ciekawe. Ciągle się przymierzał do prawdziwego życia, trochę jak dziecko, którym przecież już nie jest.
– Ci redaktorzy z Die Insel zwlekają z wypłaceniem mi honorarium za trzy opowiadania, które już dawno im zostawiłem. To znaczy, zostawiłem im dziesięć, ale wybrali tylko trzy. Należy mi się za nie 18 marek. Z biedą wystarczy mi na komorne. Pójdę tam dzisiaj i powiem, żeby mi zapłacili za wszystkie, to im trochę opuszczę i wtedy będzie mnie stać na ten kurs. I zostanę kamerdynerem u jakiegoś grafa.
Karl tymczasem uporał się z niebem, wytarł ręce, zdjął kitel upstrzony farbami. Odsłoniło się jego eleganckie ubranie, bo zawsze dbał o swój wygląd. Usiadł w jednym z teatralnych foteli i szacował swoje dzieło. Robert też patrzył z podziwem na tę grozę, która zagościła wśród namalowanych drzew. Ale myślał o swoim.
– Tylko że ci redaktorzy bardzo są zazdrośni o te swoje fenigi. Liczą je i liczą, a gdy już ci trochę dają, człowiek czuje się, jakby ich okradał, choć jest całkiem odwrotnie.
Ale Robert nie skarżył się. Wiedział, jak to jest w świecie, choć wcale nie chciał wiedzieć. Każdy ma to, co mieć powinien. Na przykład Karlowi udaje się wszystko, bo jest pracowity i uparty w robocie, na której się zna. Odwrotnie niż Robert, który nie zna uporu. Gdyby go miał choć za grosz, już dawno byłby aktorem. Tymczasem nie wiadomo kim jest, bo może być wszystkim. Nawet lokajem.
Karl przestał podziwiać swe dzieło, już bliskie ukończenia. Jak zwykle, był powód do zadowolenia. Spojrzał na brata czując miękkość w okolicy serca. Włożył rękę do wewnętrznej kieszeni żakietu. Wyjął stamtąd jakieś pieniądze. Odliczył kilka banknotów a resztę włożył z powrotem.
– Idź do tej redakcji, Robert. Załatw tam wszystko po swojemu i może ci się uda. A jeśli ci nie wyjdzie, to nie martw się niczym. Masz tutaj dwadzieścia pięć marek. To jest pożyczka od brata. Biegnij na tę Potsdamerstrasse, może cię jeszcze przyjmą na ten kurs.
*
Wszystkie dworce berlińskie ani się umywały do wrocławskiego Hauptbahnhof. Ale nie było czasu, żeby wszystko obejrzeć. Starczyło tylko, by wyjść na plac przed dworcem i zaraz się udać do kasy i kupić bilet na dalszy etap podróży. Szkoda, bo słyszał już coś o tym mieście, choć zawsze mu się zdawało, że ze Śląska jest blisko do Danii. Ale zapomniał, co i kto mu to mówił. Gdyby nie ten pośpiech, mógłby sprawdzić, jak jest naprawdę. Niestety, już siedział w wagonie i jechał przez świat łagodny i równy, lekko upstrzony kolorami jesieni i pól rozebranych do naga. Konduktor obiecał, że go wysadzi na docelowej stacji, ale na wszelki wypadek Robert powtarzał w myślach kolejne przystanki. Aż od tego zapadł w drzemkę i byłby przespał, gdyby nie uczynny kolejarz. Całym jego bagażem był niewielki kuferek, więc z wysiadaniem poszło gładko. Poza nim na peronie był ktoś jeszcze, gdy po pociągu została tylko smuga dymu i oddalający się gwizd parowozu. Zapytany jegomość poradził mu wziąć dorożkę, bo do pałacu jest spory kawałek. Pieszo nie mniej niż trzy kwadranse. Nazwa Dambrau nasuwała Robertowi jakąś rzekę, może wodny kanał lub od biedy rozlewiste stawy.
Szedł jak mu poradzono i niczego takiego nie widział. I w ogóle spacer okazał się niezbyt ciekawy. Tyle że droga porządna, wybrukowana, ale żadnej rzeki, żadnych okazałych budowli, cienistego lasu ani żywego gwaru. Może rzeczywiście należało wziąć dorożkę? Aż coś innego zajaśniało w wiejskim krajobrazie. Zbliżał się mianowicie do ściany okazałego parku, w głębi którego – tak mu powiedziano – znajduje się pałac.
Właśnie tam zmierzał. Tam się go spodziewano z łaski księcia pana Hansa Heinricha jedenastego von Hochberg, z którym jego brat Karl jest prawie na ty. W każdym razie wypili razem niejedną butelkę szampana, czarując asystujące im damy, dla których książę był niemal bożyszczem. On, za pan brat z samym cesarzem, miał tych pałaców na pęczki. W ogóle nie było na świecie zbyt wielu rzeczy, których by książę nie posiadał. Robert, choć sporo się o nim nasłuchał, nigdy go jeszcze nie widział na oczy, ale tak sobie to wyobrażał.
Oto brama parkowa. Później daglezjami wysadzana długa aleja. I wreszcie sam pałac – starodawna wieża z bramą i olśniewająca jasnością fasada.
Godziny były popołudniowe i cały pałac jakby sjestował. Żadnych oznak życia, żadnych dźwięków poza szczebiotem drozdów i wilg, które jednak należały do parku. Tylko na piętrze dwa otwarte okna, z których przeciąg wywiał białe zasłony. Mógłby Robert na to patrzeć bez końca, ale przecież nie po to tu szedł. Pociągnął za dzwonek chyba zbyt delikatnie, bo nie usłyszał dźwięku. Spróbował jeszcze raz energiczniej, ale znów nic.
Cisza.
Nawet mu przez myśl nie przeszło, że dzwonek może być zepsuty. Była na drzwiach także kołatka spiżowa o kształcie lwiej głowy. Złapał za nią i teraz przynajmniej usłyszał, jak donośnie stuknęła. Głęboko i natarczywie. Niemal natychmiast otworzyły się drzwi.
Stał w nich chudy jak patyk, umundurowany jegomość o twarzy ledwo widocznej w obfitych bokobrodach. Patrzył na Roberta, jakby go ledwie dostrzegał. Patrzył, milczał i widziało się, że tłumi złość. A gdy już zaczynało się robić nieswojo, powiedział jakby w powietrze:
– To pewnie jest Robert Walser.
– We własnej osobie – odpowiedział Robert natychmiast, bo milczenie zawsze sprawiało mu kłopot. A najpewniej liczył, że uda mu się wnieść trochę ciepła w tę chudość naprężoną jak struna. W ten kłąb bokobrodów, który należał do jeszcze nie wiadomo kogo.
– Wejdź – odrzekł krótko, a zamykając drzwi dodał – i zapamiętaj to sobie na zawsze, że wejście dla służby znajduje się w tyle pałacu.
Zrobił kilka zesztywniałych kroków, zatrzymał się i już całkiem groźnie wycedził:
– Czekamy na ciebie już od tygodnia, a ty sobie gdzieś hulasz po świecie. A gdy już jesteś łaskaw się zjawić, robisz tyle hałasu, jakby cały cyrk przyjechał.
Roberta aż zamurowało. Dzisiaj był czwartek. Telegrafem, który go kosztował prawie półtorej marki zapowiedział, że przyjedzie w środę, ale trochę poplątało się z pociągami. Lecz jeden dzień spóźnienia to przecież nie tydzień. Pomyślał więc, że się może przesłyszał i spróbował załagodzić tę sprawę.
– Ale już jestem. Już się wyhulałem w pociągach.
Patyk w mundurze skinął na niego dłonią bez słowa i poszedł przodem. Solidnie podkute szwajcarskie buty Roberta wystukiwały krok na marmurowych posadzkach. Potem stukały na drewnianej podłodze. Krętymi schodami na piętro i ciemnym korytarzem aż do izby, gdzie pachniało lawendą. Tutaj Robert został należycie wylegitymowany, to znaczy okazał list księcia pana, świadectwo ukończenia kursu i swój szwajcarski paszport. Właściciel bokobrodów obejrzał to wszystko wnikliwie i położył na stole. Potem zrobił kilka kroków do tyłu i zmierzył Roberta wzrokiem od stóp aż do głowy. Powtarzał przy tym chyba z dziesięć razy „Robert Walser, Robert Walser, Robert Walser…”, kuśtykając ku wielkiej szafie.
Otworzył ją i grzebał w środku dalej mamrocząc. Nie po niemiecku, ani po francusku, więc nie wiadomo w jakim języku. A później znów: „Robert Walser, Robert Walser…”, jakby dociekał rozwiązania zagadki. Wreszcie zaczął wydobywać z szafy w odpowiedniej kolejności różne przedmioty. Był to komplet służbowej odzieży – surdut z metalowymi guzami, kamizelka, koszula, pantalony. Do tego wszystkiego dołożył jeszcze parę safianowych pantofli. Kładąc je przed Robertem na stole, raczył się odezwać w sposób zrozumiały:
– Nie będziesz nam w swoich buciorach robił tutaj hałasu. Zabieraj to wszystko i ruszamy dalej.
Znów kręte schody i długi korytarz do odległego skrzydła pałacu. Pierwsze piętro. Drugie. Po obu stronach drzwi do licznych izb. Bokobrody patyk zatrzymał się przed jednymi. Otworzył. Wewnątrz dwa łóżka, dwa krzesła, jeden stół i szafa. W kącie urządzenia do mycia – miska na wygiętym stelażu, wieszak na ręczniki i dzban z wodą. Zupełnie jak w tych niezliczonych hotelach, gdzie Robert zatrzymywał się na nocleg, jeśli było go stać.
– Tu będziesz mieszkał z Klausem, który jest u nas stangretem. Teraz go nie ma, bo pojechał z państwem. Tamto jest jego łóżkiem. A ty się na razie wyrychtuj, doprowadź do porządku i po kolacji zgłoś się do oberlokaja Hermanna, który tutaj będzie twoim przełożonym. Znajdziesz go na dole w jadalni. Zrozumiałeś?
Robert przytaknął, choć jego uwaga pobiegła za okno, gdzie wiatr delikatnie zdejmował z drzew liść za liściem. Drzwi zostały zamknięte.
*
Właściwie lubił swoje nazwisko. Gdy – jak na przykład teraz – tak dźwięcznie potykało się o drzewa parkowe: – Walser! Walser!!!
Ktoś go nawoływał od strony pałacu. Głos kobiecy. Zapewne Adeli – kucharki. Jak zwykle, gdy jest jej potrzebny jako tragarz. On – na salonach lokaj, w kuchni stawał się dźwigaczem ciężarów. Worki z czymś tam, kotły pełne wrzątku, skrzynki z mąką, kosze z owocami. Służył jej chętnie pomocą, ale najchętniej zapuszczał się tutaj, gdzie tłum nagich drzew przekazywał sobie od jednej korony do drugiej białe chmurki o kształcie piłeczek. Zupełnie jak na bilardowym stole. Przesuwały się leniwie, by ustąpić miejsca następnym. Choć pora była już chłodna, dobrze mu się tak siedziało w głębi parku na ławce.
– Walser!!!
Z bliska głos Adeli nie brzmiał tak przyjemnie jak teraz, z odległości. Walser – tak go tu tytułowano i to brzmiało lepiej niż „panie lokaju”. Zasadą panującą w pałacu było, że każdy nowicjusz spośród służby występował pod swoim nazwiskiem. A gdy już sprawdził się po okresie próbnym, zapominano o nazwisku, jakby nagle otworzyła się pamięć na to, że przecież ma jakieś imię. I odtąd było już tylko ono z dodatkiem „pana”. Natomiast samego Wysoce Urodzonego Księcia, Hrabiego i Barona Hansa Heinricha Jedenastego von Hochberg zu Pless jeszcze Robert nie widział. Gdzieś tam książę polował w swoich lasach, może nawet z samym cesarzem? Robert wyobrażał go sobie według opowiadań Karla, którego książę chętnie do siebie dopuszczał, jako że lubił teatr i lubił artystów. Toteż za poręką Karla dostał tę posadę w Dambrau, o którym część służby mówiła Dombrowa, na górnośląskim wygonie.
Po dwóch pierwszych miesiącach Robert mógł zwrócić bratu pożyczonych 25 marek i napisać, jak mu jest wdzięczny i że czuje się tutaj dobrze. To byłoby prawdą, gdyby nie czuł się coraz gorzej. Mógłby mu też napisać, że nic się tu szczególnego nie dzieje, bo wszystko kręci się w kółko. Dzień w dzień to samo. Robert głowił się nawet, jak w tę monotonnie wtrącić coś, co by ją choć na chwilę zmiękczyło. A na razie wyprawiał się do parku, gdzie nikt nie przychodził. Tylko czasami jacyś ogrodnicy. Zagadywali do niego, ale rozumiał z tego najwyżej połowę. Oni zaś widząc, że się nie dogadają, szli dalej, zatroskani o porządek wśród drzew.
– Walser!!! Walser!!! Walser!!!
To już trzeci raz i w dodatku potrójnie. Dźwięk jego nazwiska naprawdę robił mu dobrze. Tym chętniej czekał na następne zawołanie. Są tam przecież inni nowicjusze. Niech teraz oni przesuną kocioł, albo przydźwigają koszyk buraków. Niech zdejmą liberię i nacieszą się ciepłem kuchni. Bo tutaj jest chłodno i wiatr. Więc słusznie Robert okręcił szyję szalikiem wypożyczonym z szafy Klausa, którego też jeszcze na oczy nie widział. Ale mniejsza o chłód, skoro można gapić się na majestatyczną zadumę pawia. Ptak zasiadł na kolanach marmurowej figury i ożywił ją swoimi barwami. Była to postać dziewczyny. Z jej piersi osunęła się koszula i teraz wydawało się, że to ona jest żywa, podczas gdy paw wyrzeźbiony. Nie miało znaczenia, że czasem poruszył głową. Robert pomyślał, że gdyby on sam usiadł na tych marmurowych kolanach, też stałby się rzeźbą, podczas gdy w dziewczynę wstąpiłoby życie i ona by już wiedziała, co robić.
– Walser!!!
Usłyszał po raz czwarty czy piąty i żeby tak nie było bez końca, zawołał przed siebie najgłośniej jak mógł:
– Tak! Słyszę!
Wołał w przeciwnym kierunku, więc mógł nie być słyszany, ale wstał z ławki. Przeciągnął się i poszedł na przełaj przez trawy, starając się nie deptać po liściach – platanowych, klonowych, kasztanowych. Należałoby je wszystkie ocalić, tak były piękne. Nie spieszył się bynajmniej.
Na miejscu okazało się, że nie chodziło o jego umiejętności tragarza. Adela już dawno uporała się ze swoją robotą, a teraz powierzono jej misję odnalezienia Walsera. Wiedziała, że – jak zwykle – szwenda się wśród drzew, ale ani jej w głowie, by gdzieś go tam szukać. Kosztem wytężonego gardła wywołała go w końcu. Zjawił się przed nią, a ona wyraźnie widziała, jak ten chłop nie pasuje do liberii. Wszystko rozpięte, jakiś gałgan na szyi, włosy zburzone. Lokaj tak nie wygląda. Już mu to nieraz mówiła, ale wszystko na próżno. Przekazała mu, że ma się stawić do pana Hermanna, który właśnie robi porządek w głównym salonie. Poszedł tam nie zwlekając.
– Są skargi na ciebie, Walser – powiedział pan Hermann, nawet nie patrząc na niego. Strącał miotełką kurz z wiszących tutaj obrazów. Od tych wszystkich portretów wiało dworską nudą. Sami generałowie kawalerii i ich małżonki lub córki. Babki i prababki. Dziady i pradziady.
– Dwakroć nie odbyłeś służby w kuchni oraz odmówiłeś przenoszenia dywanów.
Z całym szacunkiem, jakiego uczono go na kursie, obalił zażalenia kuchni, dla której zawsze jest na usługi, więc doprawdy nie ma powodów do skargi. Co zaś tyczy dywanów, właśnie wtedy dopadł go ischias i każdy ruch sprawiał mu wielki ból. Ustąpiło to dopiero po trzech dniach, gdy z dywanami już zrobiono, co trzeba. Wyłożywszy swą całkowitą niewinność, Robert oczekiwał na ciąg dalszy. Wtedy oberlokaj Hermann przydreptał ku niemu. Poruszał miotełką, jakby chciał i Roberta odkurzyć. Choć najchętniej – to się czytało w jego oczach – poczęstowałby go batem. Ale tylko z lodowatym zacięciem zakończył odprawę:
– Żeby mi więcej nie było na ciebie skarg, Walser. I mam nadzieję, że nie będzie, bo inaczej…
Robert zrozumiał, co się kryje w tej pogróżce i ze szczerością swego serca rzekł tylko:
– Nie będzie. Przyrzekam.
To ostatnie słowo mógł sobie darować, bo nie miał wpływu na to, co komuś ze służby pałacowej strzeli do głowy. On lubił wszystkich, ale czy podobnie wszyscy lubili jego? Oberlokaj Herman skinął miotełką na znak, że już może odejść. Więc odszedł, ale było mu przykro, że to przyrzeczenie może się kiedyś okazać chybione. Tylko jedno mógł zrobić, by jego słowo nie poszło na wiatr.
Następnego dnia w południe zaczęło prószyć. Rzadki, wczesny śnieg grudniowy upudrował okolicę, ale pod wieczór nie było już po nim śladu. Po kolacji, która nie była zbyt obfita, w swojej izbie na drugim piętrze pałacowej oficyny napisał list na niecałe pół strony.
Na kopercie umieścił imię oberlokaja Hermanna. Włożył na siebie, co miał najcieplejszego i ze swoim małym kuferkiem, tak by nie zwrócić niczyjej uwagi, położył kopertę koło drzwi wyjściowych i opuścił pałac. Trochę w ciemności pogubił się w parku, ale w końcu trafił na bramę. I już szedł szosą przez wieś. Nie uważał tego za ucieczkę. Wszystko wyjaśnił adresatowi w krótkich słowach listu, który pewnie zostanie przeczytany nazajutrz. Tylko w ten sposób mógł dotrzymać słowa, że już nigdy nie będzie przedmiotem skarg.
W niewielu oknach paliło się światło. Wieś robiła wrażenie, jakby już poszła spać. Droga nie była zbyt prosta i łatwo mógł w tym mroku zabłądzić. Znów zaczął padać śnieg, ale nie czuło się mrozu. Napisał, że jest bardzo wdzięczny za wszystko, szczególnie zaś jego wysokości księciu von Hochberg, że dał mu szansę wypróbowania nowej drogi życiowej. Doszedł jednak do wniosku, że nie zasłużył sobie na zaszczyt bycia lokajem w tak dostojnym domu i najlepsze, co może uczynić, to zniknąć czym prędzej. Tak to mniej więcej napisał, jeśli pominąć szczegóły, które mu uleciały z pamięci. Z końcem listopada otrzymał już kolejną wypłatę, a tych kilka grudniowych dni mógł sobie darować.
Między chmurami przemykały pojedyncze gwiazdeczki, a wiatr nie był wcale tak zimny, jak to bywa w Szwajcarii. Szedł i jak zawsze czuł się szczęśliwy, gdy zrobił coś, co uważał za najlepsze. Również i to, że ostatecznie zobaczył latarnię, która musiała należeć do budynku stacyjnego. Przed wejściem stał i przyglądał się płatkom śniegu zażywny mężczyzna w kolejarskiej czapce i stosownym mundurze. Ożywił się na widok Roberta, Wymienili pozdrowienia i urzędnik zapytał, czy wybiera się w kierunku Opola, czy Wrocławia.
– Udaję się do Berlina, wyjaśnił Robert, co wtrąciło kolejarza w zawodowy namysł.
– To będzie przesiadka we Wrocławiu, bo bezpośredni pociąg pośpieszny do Berlina jutro rano o ósmej. Dokładnie ósma i czterdzieści trzy minuty. Zaś do Wrocławia najbliższy pociąg pojedzie za półtorej godziny. Tam będzie pan musiał poczekać nieco ponad godzinę.
– Trudno – rzekł Robert, ale wcale nie był zmartwiony.
Wszedł za kolejarzem do budynku, który był dobrze ogrzany. Kolejarz spełniający tu funkcje zawiadowcy i dyżurnego ruchu, również sprzedawał bilety. Załatwiwszy już te sprawy, wskazał miejsce na ławce koło pieca i nie chcąc się narzucać Robertowi miał zamiar ponownie wyjść na zewnątrz.
– Muszę obserwować ten śnieg, bo jeśli napada go wiele, to może zakłócić pracę kolei. Czasami tak bywa, że trzeba odśnieżyć tory.
Robert usiadł wygodnie, wyciągnął nogi i wsłuchał się w szum płomieni buzujących w piecu. Zegar tykał na ścianie. Z drzemki wytrąciły go kroki kolejarza. Na stację zaraz wjedzie pociąg do Opola. Robert podniósł się także, by to podziwiać.
– Pan jeszcze ma dużo czasu. Będę nad tym czuwał.
Ale ciekawość była silniejsza. Wjazd pociągu na stację zawsze robi wrażenie. Parowóz dyszał, sapał i hojnie rozniecał parę. Nikt nie wysiadł ani nikt nie wsiadał. Kolejarz spojrzał na zegarek i dał sygnał. Zagwizdała syrena. Lokomotywa pociągnęła wagony z łoskotem. W oknach widać było czasem jakąś głowę. A to mężczyzna, a to znowu kobieta w wielkim kapeluszu. Później wszystko przyśpieszyło i nad całym śląskim krajobrazem zapanowała woń parowozowego dymu. Robert to lubił. Pachniało mu tęsknotą i odległymi miejscami. Z czymś takim w sercu nie da się zostać lokajem.
Henryk Waniek
CZYTAJ TEŻ