O patrzcie, jak miasta goreją! Jakąż widzicie różnicę
Między niebem i piekłem? Gdzież są światła i cienie?
Trzeba wam w blaskach gromów rozbić ceglane granice
Byście spłonęli jak w krzaku A krzak się pali zbawieniem
― Witold Wirpsza
I
Co mają ze sobą wspólnego Sokrates i Bob Marley? Oprócz liczby kończyn i zestawu organów pozornie zupełnie nic, a tym bardziej nie ma to nic wspólnego z Witoldem Wirpszą.
Jednak od tego wypada zacząć, że wielu się znajdzie takich, co umrą za ideę, za coś, w co ślepo wierzą, co ich definiuje, określa, być może sytuuje społecznie, może nawet metafizycznie, co jest w jakimś sensie dziełem lub sensem ich życia. Tak właśnie zrobił Sokrates, który pod naciskiem Heliai ― mimo możliwości ucieczki przed ramieniem Helleńskiego prawa ― wypija sok ze szczwołu plamistego, jak rzekłoby się z za Franzem Maurerem, „w imię zasad…”.
Podobnie jamajski muzyk ― nieleczony (czytaj nieamputowany) z powodu wyznawanych wierzeń rastafariańskich stan nowotworowy wielkości ziarnka gorczycy pod paznokciem doprowadza muzyka do śmierci w wieku zaledwie trzydziestu sześciu lat, mimo że można by jej uniknąć przez ektopię tak trywialnie prostą w sensie chirurgicznym, że być może zabieg mogłaby wykonać szkolna higienistka. Przełożyli więc życie nad perspektywiczną możliwość, że to, w co wierzą, się zmieni. Założyli, że jest coś stałego, pewnego, gotowego.
II
Patrzę na Witolda Wirpszę przede wszystkim jako na poetę. Nie tak prosto powiedzieć tak o kimś prowadzącym szeroką działalność literacką, translatorską i nie tylko, kogoś, kogo można uznać spokojnie za wybitnego eseistę i tłumacza, nie wspominając o działalności politycznej, którą to w moim odczuciu, (odczuciu mówię) prowadził tylko po to, by się do takowej zrazić i na zrażeniu tym w ogólnym rozrachunku dotyczącym światopoglądu człowieka i jego miejsca w świecie w końcu ― skorzystać.
Napomknę też tylko o swoim przekonaniu, że to liryka odsłania nas najbardziej, to w liryce najtrudniej się schować ― bez szat prawidła przekładu, czy obłożeń z kompletów narracji ― dlatego też w ludziach piszących poezję najczęściej widzę poetów właśnie. Nie zawsze, lecz chyba najczęściej.
III
Wirpsza jest dla mnie ― co chyba zupełnie oczywiste i pospólne dla zainteresowanych jego poezją ― poetą przemian, choć jak wiadomo, takie określenie jest już mocno przypisane do kogo innego, Wirpsza jest wspaniałym przykładem poety przemian.
Są twórcy dość równi ideologicznie i poddający się lekturze rządzącej się wynikowością bez gwałtownych zwrotów. Z autorem „Faetona” jest diametralnie inaczej. Niemal każda kolejna książka poetycka zdaje się zaginać wektor znaczeniowy i stylistyczny poprzedniej.
W dużym uproszczeniu: zaczyna na się w roku 1949, debiutem poetyckim „Sonata”, w którym doświadczenia wojny mieszane są z metaforyką przedwojennej awangardy, by w kolejnych książkach odbić w stronę socrealistyczną, następnie przeistoczyć się w poezję podejmującą refleksję nad językiem, jego możliwościami i problemami, rozszerzyć je na zagadnienia bardziej ogólne, filozoficzne, by potem doznać głębokiego egzystencjalno- światopoglądowego zwątpienia i stawić tym samym opór wobec gotowych idei i wszelkich uproszczeń.
IV
Oczami wyobraźni widzę, jak cieszą się na to dwaj wielcy filozofowie. Z pewnością Bertrand Russell ― on, w przeciwieństwie do Boba Marleya i Sokratesa nie oddałby życia za ideę, bo jak dodawał zapytany o taką konieczność, „mógłby się przecież mylić”.
Myślę, że to jest cecha wielkich ludzi: wiedzieć, zaś wiedzieć, że się mogą mylić ― największych.
Kartezjusz też by się z pewnością cieszył. Kartezjusz cieszyłby się co prawda z każdego zwątpienia, ale Wirpsza wątpił o wiele ― jak dla mnie ― piękniej, bo nie programowo, machinalnie, jakby chciał notorycznym zwątpieniem natrafić na główkę każdego pojawiającego się krecika jednej z maszyn w wesołym miasteczku, a przemyślanie i po doznaniu zawodu, nie wątpił w byle co. W co więc wątpił?
V
No cóż, poza tym, że rzecz jasna w komunizm, za co ― bo chyba za to, prawda? ― Miłosz nazywał go „gnidą” i za to ― bo chyba za to ― wygnano go (co prawda poprzez objęcie cenzurą tylko, ale jak dla mnie w praktyce wygnano) z kraju potomków Lechitów, wątpił jeszcze w rzeczy nieco bardziej wyrafinowane, niż że deklarowanie dawania wszystkim po równo wyjdzie na dobre komukolwiek prócz prostytutki.
Wirpsza mówi przede wszystkim, że: język nie jest przeźroczysty, interpretacja nie jest możliwa (ostateczna), prawda nie ma formy idei, tożsamość i ja to pojęcia równoległe, a nie synonimy, i: narzędzia którymi przeprowadzamy badania, a zarazem przedmioty, które poznajemy, nie są doskonałe ze względu na swoje szczególne ograniczenia i zespolenia.
Przynajmniej tyle (zaznaczam): ja rozumiem ― o ironio, jak źle to sformułowanie brzmi po wymienieniu tego wszystkiego ― z twórczości autora „Traktatu skłamanego”. Wydaje się jednak, że wątpię w takim razie w tyle rzeczy, że nie mam za bardzo z czego cokolwiek rozumieć. Zaraz się będę tłumaczył, przy okazji dodam czasem mimochodem, kto by się z tego jeszcze ― oprócz mnie ― cieszył.

VI
Język nie jest przeźroczysty, interpretacja ostateczna nie jest możliwa. Wirpsza zauważa, jak mi się zdaje na wysokości „Małego gatunku”, że język jest nie tylko nacechowany (jak ciekawa byłaby tu literówka „naczechowany”, mówię oczywiście o Antonie Czechowie „Краткость — сестра таланта”, no doprawdy) zbrudzonymi na wszelkie sposoby definicjami, że nie jest czymś, co ukazuje świat, ale że jest czymś, co jest ukazaniem ukazania świata, przez co patrzymy wciąż na narzędzie, nie zaś na przedmiot.
Ta epistemologia śmiało bratająca się z Magrittem (por. „Ceci n’est pas une pipe.”) skutkuje skłonnościami do gier językowych najpierw, potem do szczególnego przeniesienia, rozszerzenia tego założenia na kody kulturowe, a dalej do Heisenbergowskiego przekonania o szalenie upierdliwej własności bytu w ogóle. Prowadzącej ― co już na tym poziomie widać chyba samo przez się ― do niemożliwości ostatecznej interpretacji, ze względu na ciągłe badanie narzędzia, nie zaś przedmiotu, i tym samym sytuowanie się wciąż na kolejnym i kolejnym badaniem namnażających się metapoziomów ujęć i spojrzeń.
VII
Prawda nie ma formy idei. Cóż, nie mieszajmy w to Platona przede wszystkim, nie o to zupełnie chodzi, co trzeba zaznaczyć z początku. Wirpsza widzi ideę jako konstrukt, coś co zawsze jest… interpretacją jakiejś sytuacji i przyjęciem założeń dla niej dogodnym i nie jest zdolna sięgnąć absolutu. Z tego, jak wiemy, cieszyłby się Russel, a smucił Lenin i w zasadzie każdy przywódca, który zrozumiałby, że czegokolwiek by nie proponował w sensie systemu postępowań, w końcu natrafi kosą na kamień i każdy gotowy, sztywny system kiedyś ulegnie dezaktualizacji w płynnym i nieujmowalnym świecie.
Wkomponowują się w to oczywiście problemy tożsamościowe. Instancja „ja” jest tylko nośnikiem świadomości, która ― sicut supra scriptum est ― nie może się uczciwie sytuować w stałej idei, gdyż takie są zawsze błędne.
Właśnie za tego typu wywijasy i pokrewne wyżej wymienionym konstatacjom wybryki niezadowolone władze polskie uznały, że pisząc „Polaku, kim jesteś?” przegiął przysłowiową pałkę i już więcej nie będą czytać w kraju książeczek, które pytają bezczelnie Polaka o to, co ma na myśli mówiąc, że jest Polakiem, bo Polak ma wiedzieć „że” i nie drążyć „dlaczego” bo inaczej ciężko pospólstwem miotać. I właśnie po tym troskliwym wobec obywateli ruchu autor „Traktatu skłamanego” wyjeżdża do ojczyzny Goethego, bo tam go bardziej lubią. Ale nie o tym teraz.
VIII
W końcu napotykam na mój ulubiony problem, ze względu na jego ― co zaraz zobaczymy ― przewrotną plastyczność.
Więc: czy próbowałe/a/ś kiedyś znaleźć Wally’ego na wydruku formatu a zero? Jeśli nie, powiem ci, na czym polega problem. Im bardziej przybliżasz twarz do kartki, tym większa szansa, że odgadniesz, czy to Wally, ale coraz mniejsza, że obejmiesz obszar, na którym się akurat znajduje. Ta własność optyczna elegancko przekłada się zarówno na prosty sąd hermeneutyczny, że badanie części prowadzi do poznania całości, ale w swój niewygodny sposób, bo musi przebiegać stopniowo, a poznawanie całości prowadzi do poznania części, ale musi się zacieśniać.
Cieszyłoby to przede wszystkim Heisenberga, bo na polu fizyki kwantowej (równoległe korpuskularne prawidło fizyczne widać przy wspomnianym zagadnieniu optycznym) też mamy ów problem dotyczący nieoznaczoności. Czyli tego, że ustalanie własności pędu cząstki i jej położenia wykluczają się wzajemnie.
Sprawia to wszystko, że zamiast przedmiotów badamy tak naprawdę (por punkt IV) narzędzia i ich możliwości, nie rzeczy same w sobie, co na tym poziomie staje się sądem właściwie metafizycznym, dotyczącym wszystkiego co w nas i wokół, i ponad.
IX
Cała postać Wirpszy prowadziła mnie w efekcie takich przemyśleń zawsze przede wszystkim do dwóch arcyistotnych refleksji.
Pierwsza jest taka, że człowiek, który zauważy, że zasada Πάντα ῥεῖ καὶ οὐδὲν μένει dotyczy niemal każdej sfery życia ― na co cieszy się, rzecz jasna, Heraklit ― nigdy nie będzie wygodny dla upośledzonych ideologiami systemów i społeczności posiadających tyle tylko siebie w sobie, że są w stanie powiedzieć na temat siebie tylko „jestem komunistą” albo republikaninem, feministką, demokratą, faszystą ― i tak dalej, wszystko jedno, ponieważ nie będzie wyglądał w ich oczach bezpiecznie. „Skoro nie jesteś…” ― i dodaj nazwę ideologii ― to kim jesteś? Кто не с нами, тот против нас! ― krzyknąłby może nawet i Miłosz, a przypominam, że (jeśli wiesz, o czym mówię) oryginał jest po hebrajsku. Ach, kolejna ideologia. Tak, ideologia.
Druga jest taka, że nie powinienem dawać gotowych refleksji, zamykać ich sztucznie, bo nigdy nie są zamknięte. Że cel nie jest potrzebny i trzeba kochać drogę, bo jest tylko droga. Że rozbijanie granic jest nieuchronne, jeśli nie chce się stać kamieniem.
X
Ale to już moje głębokie przekonanie na temat życia i jego lotnych ogółów, do którego niejeden Wirpsza przyłożył słowo. Ale o relacjach z Panem Aleksandrem (znanym jako Leszek Szaruga) i tym, co wyciągnąłem z jego opowieści, napiszę innym razem. Lecz nie dam wam czekać długo. Jaka szkoda, że nie może tego przeczytać.
Wojciech Zamysłowski
CZYTAJ TEŻ