I
Chwyta mnie za gardło; smarkacz, ile on ma lat? Jedenastoletni. Trzepotanie nie pomaga, drapię powietrze szponami, nie mogę zadrapać urwipołcia, skrzydła omdlewają, muszę otwierać dziób: powietrza! Do otwartego dziobu powietrza; jeśli rozewrę dziób bardzo szeroko, coś musi się stać z krtanią, niech się krtań poszerzy pod uciskiem, krtań pod uciskiem nie poszerza się, nie rozluźnia, rozwieranie dzioba nie rozwiera dławionej we wnętrzu szyi tchawicy. Powietrze! Zamiast powietrza wlewa mi się do rozdziawionego dzioba gryzący płyn, z małego szklanego naczynia, ladaco rozluźnia chwyt; nie można: powietrza! Muszę to przełknąć, płyn musi spłynąć przełykiem, nie może się dostać do tchawicy, ciecz spłynęła, rozluźniony chwyt nie zamknął się jeszcze od nowa, teraz więc mogę urzeczywistnić: powietrza!; aż syknęło w tchawicy.
Jestem kogutem przenikliwym i wiem, co się stało. Nicpoń czytał całą noc; lektura snuje się jeszcze po jego mózgu, zasnuwa mu czoło i oczy; widzę to moim wyłupiastym okiem. Postanowił mnie uraczyć alkoholem, ściska mnie między kolanami: a więc oko moje staje się coraz bardziej wyłupiaste, mój ptasi mózg przybiera na przenikliwości. Tak jak ja z uciskanymi płucami i przewodami oddechowymi marzę o powietrzu, tak wisus marzy o kurach: wedle lektury bowiem, pobudzony alkoholem, powinienem rzucić się na nie ze zdwojoną żywotnością. Mój ptasi mózg o tym wie, stłamszone zaś ciało przeczuwa ziejącą za pobudzeniem seksualnym grozę, o której oczytany huncwot pojęcia nawet mieć nie może. Miary również nie zna.
Ten gałgan jeszcze raz dławi mi krtań; sapie z przejęcia, kiedy ja oddychać nie mogę. Teraz wiem: groza jest skutkiem urwisowego braku miary: uprzedni proceder powtarza się raz jeszcze. Jeszcze nic się we mnie nie dzieje, przenikliwość mózgowa tylko wzmaga się we mnie i nagle, wyłapując łapczywie i wydziobując otaczające mnie powietrze, jestem swobodny. Ustał wszelaki ucisk. Rozgrzebuję szponami glebę; rozczesuję skrzydłami atmosferę; gdaczę z trudem, wódka popaliła mi struny głosowe; pieję skowyczącym falsetem. Nie, piać nie będę, lękam się kompromitacji wobec kur.
Odurzony lekturą szczeniak wdrapał się opodal na płot; jest zaciekawiony, będzie obserwował. Co będzie obserwował? Tego przecież nie jest w stanie zrozumieć: że ponieważ alkohol zniweczył we mnie wszelkie hamulce, nie mogę już postępować wedle mej wolnej woli, ponieważ zdany jestem na pastwę samego siebie.
To ja sam siebie teraz chwytam za gardło. Ile ja mam lat? Trzy, cztery; jestem kogut dorosły.
II
W przeciwieństwie tedy do ancymonka, wolno mi uprawiać działalność płciową. Dawno już jestem dorosły; dawno już mi to wolno. Ale teraz ta swoboda działania urzeczywistnia się pod wielkim naporem wewnętrznym, który przechodzi [w] oślepiającą zaciekłość; moje wyłupiaste, ptasie, nabiegłe czerwienią oko (o nabieganiu czerwienią pod wpływem alkoholu ziółko pewnie czytało) widzi wszystko pobielałe; kury są pobielałe, pobielałe samice, pobielone groby; zza pobielenia prześwitują jeszcze niektóre kolory naturalne: pomarańczowy but kawalarza, kołyszący się u płota; sam psotnik szarzeje. Wybieram kurę najbliższą, tę, która w świecie przedalkoholowym była najjaskrawiej ruda; jestem pełen animuszu i niespokojności serca; ruszam do natarcia. Z bieli twojej uczynię srebro, ze srebra złoto, ze złota słońce. Rudzieje pomarańczowy trzewiczek figlarza. Płot stał się przezroczysty.
Ta jest jeszcze bielsza; była zielonkawa. Moja serdeczność rośnie, mój impet maleje, przekształca się w subtelność: w srebrne nitki, w złote nitki, są promienie, ale nie ma słońca. Niespodzianką jest, że dociera do mnie jej gdakanie; gdakanie potrąca mnie, wywłaszcza z zamierzonej subtelności; czuję się nagle osamotniony i wydziedziczony. Wszystko przemieniło się w bylejakość: następna biel jest niedbała, wynikła z uprzedniej żółtości; bezpromieniste srebro i złoto, subtelność zamieniona w szarugę zniechęcenia; nudy. Następna? Następna jest przezroczysta jak płot, ukształtowana z pobielanych sztachet. Nie ma jej. Majta się jedynie but żartownisia, zetlały, zwietrzały, uszyty ze zwiędłego wiatru; gówniarza także nie ma: widać wkurczył się w trzewiczek; tak jak kury wtopiły się w opłocenie.
Krok mój staje się chwiejny. Przenikliwy ptasi mózg bieleje na podobieństwo tego, co niedawno działo się ze wzrokiem; wzrok z kolei wiotczeje na podobieństwo smarkaczowskiego buta. Co zostało? Słuch pozostał, boleśnie rozdygotane gdakanie całego kurzego podwórka, zbiegające się koncentrycznie w czym? W moim splocie słonecznym.
W moim żołądku.
III
Mózg zbielał i całe ciało zbielało, pstre moje pióra zbielały jak i wszystko, cokolwiek z siebie oglądać jestem w stanie. Powietrze wokół zbielało: powietrza! To nie rączka chłopięca mnie dusi, but wiszący u płota zwiądł już zupełnie, opadł i przepadł; dławi moją tchawicę biało tętniąca w naczyniach szyi i głowy krew; w naczyniach korali i grzebienia. Ciężar gatunkowy zbielałego powietrza rośnie, powietrze opada i dla zaczerpnięcia go muszę dziób coraz niżej osuwać. Nogi muszę zginać, abym mógł dziobem sunąć przy ziemi; skrzydła muszę rozłożyć, abym mógł tą zapowietrzoną białością zatrzepotać. Co ze szponami? Co z ostrogą? Jeszcze przypisane ziemi; dla szponów i dla ostrogi: powietrza!
Nie wiem, czy owa biel, bielidło, pobielenie, w którym się teraz nurzam, które się we mnie nurza, zamierzone zostało przez swawolnika; czy jest mu znane; czy powierzone mu zostało przez lekturę. Nie wiem, gdzie on się znajduje: trzewik poszedł na przepadłe, płot migocze żerdkową bielą, cóż wobec tego dzieje się nad płotem? W białym powietrzu nieuchwytny zarys bieli? Czy dociera tam przenikliwa penetracja mego ptasio wybielonego mózgu? Jeśli dociera, przypuszczam, że tyle uchwytne: myśli wiatrogłów: za duże wystarczyłby dwa zatrucie; co jeżeli bezradny. Nie . Między wyrazami pobielane sztachety niepochwyconych wyrazów; przenikliwość mego mózgu dociera do wyrazu: nie. Poza wyraz: nie penetracja moja dotrzeć nie jest w stanie. Nad wszystkim (również i nad wyrazem: nie) unosi się widmo oczajduszy; lekko spłoszone.
Biel staje się śniegiem; bielidło zadymką. We mnie krąży śnieg, kurzy się zadymka. Pobielanie i wybielanie, wewnętrzne i zewnętrzne przeistacza się w chłód, w mroźność, w ziąb. Biały ziąb zgina moje nogi, abym mógł
Witold Wirpsza
CZYTAJ TEŻ