Trzy fragmenty


 

Muchy

Pielęgniarki zawiozły go na salę i umieściły w łóżku, które wydało mu się metalową klatką. Może dlatego, że miało reling, który sprawiał, iż w stanie, w jakim się znajdował, raczej nie udałoby mu się z niego wstać. Dostał zastrzyk, końską dawkę, po czym w obie ręce wpięły mu wenflony – ta młoda nie bardzo potrafiła wejść w żyłę, więc ta starsza musiała jej pomóc – dzięki czemu przyjmował dwie kroplówki jednocześnie. Potem znów dostał zastrzyk, jeszcze jeden, a może dwa, z tym że ostatni już w torebkę z kroplówką. Wszędzie igły. Czuł się trochę jak lalka voodoo.

Jeszcze niedawno, gdy czekał na przyjęcie, nic się nie działo i zastanawiał się nawet, czy nie zrezygnować, ale zaraz potem, w ciągu kilkunastu minut, poziom alkoholu opadł gwałtownie, on sam zaś zjechał na dno piekła. Teraz leżał, trząsł się, nasłuchiwał i raz za razem zapadał w krótki, niespokojny sen. Gdzieś z boku, oddzielone parawanami, były jeszcze dwie kobiety, a pod ścianą jakiś mężczyzna, którego bolały wnętrzności. Jedna z kobiet chyba umierała, o czym poinformowała go pielęgniarka, kładąc palec na ustach. Poprosił ją o wodę, podała mu plastykowy kubeczek kranówki. Nie kontrolował dłoni, więc zamiast ująć, zgniótł go, wylewając na siebie zawartość. Ofuknęła go i następny podała mu sama, ze słomką. Chciał więcej, ale nie dostał.

Suka!

Pokój pielęgniarek znajdował się gdzieś przy drugim końcu dużego, podłużnego pomieszczenia, w którym leżał, i szmer ich paplaniny dochodził do niego jak przez gęstą mgłę, niezrozumiały i niewyraźny, splątany z szumem medycznej elektroniki. Na ścianach ćmiły się ledowe lampy, wokół panował nieokreślony półmrok.

Raz za razem odpływał w sen. Kiedy się budził, chciało mu się pić. Podczas gdy kroplówki tłoczyły w żyły ożywczy płyn, błony śluzowe jego ciała wysychały w zastraszającym tempie. Podniebienie, dziąsła i nozdrza nie były już nawet martwymi żabami zasychającymi na rozgrzanym asfalcie, ale pustynią, na której stopiony piasek łączy się w coraz większe grudki czarnego i ciemnozielonego szkła. Raz na dwie godziny dostawał kubeczek kranówki, którego zawartość gwałtownie wsysał przez słomkę, po czym bez powodzenia żebrał o drugi, patrząc jak w ledowej poświacie znikają rozkołysane biodra siostry wpatrzonej w ekran smartfona.

Suka!

Próbował im tłumaczyć, że chociaż z pewnością mają rację, utrzymując, iż jego ciało jest nawadniane, to jednak nie składa się ono tylko z tego, co tam głęboko w środku, ale również z tych najbardziej zewnętrznych, granicznych błon śluzowych, które pozbawione wilgoci dostarczają mu niepotrzebnego cierpienia. Z jakiegoś powodu pielęgniarki go nie słuchały. Był doświadczonym pacjentem, więc wiedział, że tak musi być, bo zawsze tak jest – suki leniwe! – tym niemniej czuł się poniżony. Na domiar złego rzeczone ciało rozpadało się na wiele kawałków, z których każdy zdawał się mieć osobne troski i wspomnienia. Niczym rozbite lustro, którego każdy okruch odbija trochę inny fragment otaczającego je świata.

Pielęgniarkom taka noc, kiedy starsza pani oddaje ducha, on usycha, a ten gość pod ścianą pojękuje, że go boli, wydawała się pewnie cicha i spokojna. Jemu nie. Zastanawiał się nawet, czy przypadkiem nie umiera. Trochę byłoby mu to nie na rękę, ale jednocześnie kusiła go perspektywa odwołania stanu, w jakim się znajdował. Już wcześniej zdarzały mu się takie chwile, jakby dusza opuszczała ciało – być może nie kategorycznie, ale jednak – brał się wtedy w garść i jej nie pozwalał. Teraz gotów był nawet pozwolić, ale znów usnął.

Innym razem próbował wstać, żeby podejść do kranu i napić się wody, nie był jednak w stanie wydostać się łóżka.

W pewnym momencie je dostrzegł. Najpierw kilka, które przeleciały mu przed nosem, potem więcej, całe stado. Krążyły nad nim w elektronicznym półmroku niczym maleńkie sępy. Kiedy wytężał wzrok, widział, że jest ich naprawdę dużo.

Muchy.

Próbował je odganiać, ale ruchy krępowała mu pajęczyna rurek od kroplówek. Poza tym muchy, jak to muchy, zręcznie mu umykały. Interesował się owadami, więc wiedział, że mechanikę lotu ułatwia im jedna para skrzydeł. Druga przekształciła się w przezmianki i spełnia rolę żyroskopu oraz steru. Tyle wiedział i ta wiedza sprawiała mu maleńką przyjemność. Nie miał natomiast pojęcia, skąd się wzięły w szpitalu i to na oddziale ratunkowym. Na szczęście ich bzyczenie nie przebijało się przez monotonny szum urządzeń.

Co za burdel!

Z drugiej strony, aż taki kłopot to nie był – obserwacja much pozwalała zapomnieć na chwilę o własnej kondycji.

Poza tym, rozmyślał, jest w tym jakaś tajemnica. Przecież jest listopad i muchy powinny prowadzić już życie utajone, anabiotyczne – co nawet korespondowałoby jakoś z ogólnym nastrojem SORu – lub też zdechnąć, ze starości bądź na grzybicę przychodzącą zwykle jesienią. A w każdym razie zniknąć i nie szpecić przestworza. Nie mogą przecież sobie tak hasać, jak gdyby nigdy nic. Co niby miałyby tu robić? Zlizywać pot z umierających?

Ale muchy nie znikały.

Zaczął przyglądać się im uważniej. Wszystkie zdawały się należeć do jednego gatunku, którego jednak pamięć nie pozwalała mu uznać za zwykłą muchę domową. Były jakby ciut krótsze i odrobinę mniejsze, choć poza tym takie jak ona. W zasadzie mu nie dokuczały, nie siadały na nim, nie łaskotały w nos. Nie wiedział tylko, dlaczego są. Niepokoiły jego percepcję.

W końcu zrozumiał: te muchy, chociaż tak przekonująco krążą nad nim charakterystycznym lotem dwuskrzydłych, tak naprawdę nie istnieją. Są tylko demonicznymi epifaniami, obrazami łagodnego delirium tremens. Zrobiło mu się nawet przyjemnie, że delirium objawia mu się w takim entomologicznym kostiumie.

Znów zasnął i znów się obudził. Owady nadal krążyły i umykały, kiedy próbował je złapać. Niektóre zawisały w powietrzu na kilkadziesiąt sekund niczym bzygowate albo latające spodki UFO. Jakby mu się, kurwa, przyglądały. Nie, to nie może być delirium, to są regularne muchy!

Pić!

Przyszła pielęgniarka, niezadowolona, i wydzieliła mu kubeczek kranówki. Po czym go zbeształa, że ciągle woła pić, a tu pani obok być może chciałaby spokojnie umrzeć. Chciał powiedzieć, że być może pani obok też umiera z braku wody, ale nie miał siły.

Bez znaczenia.

Wciąż zasypiał i wciąż się budził. Muchy niestrudzenie patrolowały przestrzeń powietrzną.

To nie może być delirium!

Z drugiej strony, gdyby krążyła nad nim rzeczywista chmara much, niczym nad gnojówką, to przecież nawet ta nieużyta siostra by je zauważyła i jakoś zareagowała. A zatem chyba delirium. Ale jeśli tak, to jak to możliwe, że iluzoryczne muchy tak udatnie naśladują lot rzeczywistych muscae. Nie potrafił tego zrozumieć. W ogóle za każdym razem, kiedy próbował doprowadzić jakąś myśl do końca, ta zaczynała natychmiast biec, potykała się i przewracała, tłukąc twarzą o bruk, po czym, zanim dźwignęła się znów na czworaki, on już spał.

I tak przez dwadzieścia cztery godziny.

Obudził się nad ranem. Muchy latały nadal, choć już nie tak liczne, a on czuł się odrobinę lepiej. W tej sytuacji zaciekawił się, na którym jest piętrze. Ktoś niedoświadczony, kto rzadko bywa w szpitalu, nie podejrzewa nawet jakie to ważne. Kiedyś Maniek ocknął się w szpitalu. Nie miał pojęcia, jak się tam znalazł, ale od razu ustalił dwie rzeczy: po pierwsze, że jest przypięty pasami, po drugie, że to parter. Pasy to źle, ale parter dobrze. Powiercił się trochę i udało mu się wypiąć, dzięki czemu ustalił dodatkowo, że w kieszeni ma jakieś sto sześćdziesiąt złotych. To również dobrze. Na sali było jeszcze dwóch, jeden chciał, żeby go wypiąć, drugi nie. Maniek uwolnił chcącego i podzielił się z nim taką refleksją, że pasowałoby coś wypić. Kolega był tego samego zdania. Działając wspólnie i w porozumieniu opuścili placówkę medyczną oknem i w pierwszym napotkanym sklepiku zrobili flaszkę.

Wspomnienie przygody Mańka poprawiło mu nieco humor, ale nie mógł się odwrócić do okna ­­– jeżeli w ogóle tam było – i ustalić, które to piętro. Ponadto zmaterializowała się pielęgniarka i oznajmiła, że wkrótce zostanie przewieziony na detoks. Przez chwilę zastanawiał się, czy tamtej kobiecie udało się umrzeć.

W sumie bez znaczenia, to nie jest czas na współczucie!

Po jakiejś pół godzinie zjawił się pan Marek, pielęgniarz, i wózkiem inwalidzkim zawiózł go na Izbę Przyjęć, gdzie pacjent musiał przebrać się w szpitalną piżamę, własne ubranie oddając do worka, i coś podpisać, co udało mu się dopiero wtedy, gdy lewą ręką unieruchomił nadgarstek prawej.

Po dokonaniu tych formalności pan Marek pojechał z nim do windy i dalej na pierwsze piętro, gdzie detoks znajdował się na oddziale psychiatrycznym. W zasadzie nie powinno tak być, ale w sumie to też bez znaczenia, pomyślał.

Pielęgniarz nacisnął dzwonek i przez chwilę czekali, aż ktoś ich wpuści. Potem drzwi się otworzyły i pan Marek zawiózł go do sześcioosobowej sali, w której było już trzech mężczyzn. Kiedy dźwignął się z wózka i opadł na wysokie, metalowe łóżko, z sąsiedniego poderwał się Jasio i pomógł mu się ułożyć, po czym przykrył go kocem. Z trudem skinął Jasiowi głową i uśmiechnął się życzliwie, bo zawsze tak jest – empatia mężczyzn osadzonych na detoksach jest wzorowa.

– Nie ruszaj się, bo się spierdolisz – poradził mu Jasio, po czym zapytał go o imię.

Tymczasem pielęgniarka podłączyła go do kroplówki i kazała spać. Kiedy wyszła, Jasio wyregulował kroplówkę wedle własnego uznania. Podłączony ponownie się uśmiechnął, bo i tak jest zawsze – szybkość kroplówki ustalają koledzy, którzy wiedzą, o co chodzi.

Zasnął.

Zombie

Kurwa albo zombie, pomyślał.

Ponaglany złym spojrzeniem pani Skoczek Grobowy, opuścił właśnie palarnię i przytrzymując się ściany wyciągniętym ramieniem – trochę tak, jakby był trolejbusem, a jego ręka pałąkowym odbierakiem prądu – w maksymalnym skupieniu sunął po linoleum w kierunku swojej sali.

W połowie drogi, już za stołówką i kanciapą dyżurnego pielęgniarza, w otwartych drzwiach po drugiej stronie korytarza stała długowłosa kobieta w białej koszuli nocnej. Musiała niedawno wyjść spod prysznica, bo jej włosy były jeszcze mokre, a przynajmniej wilgotne. Stała nieruchomo, w posągowym osłupieniu, co w tym miejscu nie budziło zdziwienia. Twarz o regularnych rysach, kiedyś pewnie nawet niebrzydka. Ładnie wykrojone wargi, prosty nos, nieco gorzej z oczami: przekrwiona lewa gałka wychylała się niebezpiecznie nad siny policzek i mocno łzawiła. Całość przypominała rzodkiewkę, która wpadła do ciemnoniebieskiej jajecznicy.

Wzdrygnął się i wzruszył ramionami. Kurwa albo zombie, pomyślał właśnie wtedy i odwrócił wzrok.

Był tu już drugi albo trzeci dzień, trudno powiedzieć. Było dobrze w tym sensie, że życie toczyło się z monotonną regularnością. To, co złe, miał w środku. Wewnątrz był rozdygotany i półprzytomny, ale świat zewnętrzny był znajomy i to go uspokajało.

A zatem spokój, nie licząc monotonnych wrzasków tego przypiętego, który wulgarnie klął i wył jak ten pies, co zawisł u Rocha na płocie. Nigdy go nie widział, ale piękny Oskar, jeden z nowych kolegów, który otoczony paniami w piżamach pomykał po oddziale niczym Hermes, powiedział mu, że zna tego przypiętego, bo obaj są z tego samego miasteczka, i że ten chłopak zawsze jest jakiś nadmiernie pobudzony. A że to krzyżówka, więc go zapinają w pasy. W tutejszym języku „krzyżówka” oznaczała delikwenta uzależnionego zarówno od alkoholu, jak i od narkotyków. Niech zatem wrzeszczy, pomyślał, oby tylko wrzeszczał monotonnie. Te wrzaski przypomniały mu tamtą dużą dziewczynę, kilka szpitali wstecz, która w świetlicy tak malowniczo wyrwała przyśrubowaną do podłogi szafkę z telewizorem. Ona też czasami krzyczała i też ją zapinali. Chociaż nie była krzyżówką, a tylko nie halo. Tutejszego krzyżówkę wkrótce zresztą odpięli, a on im uciekł, odpychając pielęgniarkę, która wpuszczała na oddział gości. Zrobiło się cicho i wszyscy, pacjenci i personel, odetchnęli z ulgą.

Drugiego albo trzeciego dnia na jego salę trafił potężnie zbudowany starzec, wytatuowany jak marynarz. Miał nos jak z obrazów Breughela i był cudownie jowialny. Jak z rękawa sypał malowniczymi anegdotami. Choć próbował, żadnej nie zapamiętał, pamiętał tylko, że bardzo mu się podobały. Polubili się.

– Wiesz, kto jest? – zapytał go kiedyś Oskar, który zauważył ich zażyłość.

– Nie, skąd miałbym wiedzieć?

– To sam król pułtuskich złodziei – z szacunkiem wyjaśnił Oskar.

Potem jednak królowi zmienili coś w lekach, wskutek czego zrobił się podejrzliwy i depresyjny, a na koniec stracił kontakt z rzeczywistością. Odwiedzała go żona, która, jak przebąkiwano, koniecznie chciała się dowiedzieć, gdzie są jakieś pieniądze.

Od samego początku regularnie chodził zapalić. Właściwie życie toczyło się tu od jednego papierosa do drugiego. Na szczęście na oddziałach psychiatrycznych i detoksach zawsze jest palarnia. Tu jednak w palarni mogło przebywać tylko trzech palaczy na raz, więc reszta musiała czekać w kolejce. Dość okrutne rozwiązanie. Ci, którzy dużo palili, mogli w zasadzie zaraz po wyjściu ustawiać się w kolejce. Najwierniejszą użytkowniczką tego przybytku była pani Skoczek Grobowy. Nazywano ją tak, bo na pogrzebie męża, wzruszona ponad miarę, skoczyła na opuszczoną trumnę i zażądała, żeby ją też zakopać. Nie lubił jej. I z wzajemnością, nazywała go Szatanem. To znaczy mniej więcej od trzeciego dnia, kiedy przestał ją częstować. Nie żeby jej żałował, ale kiedy dostała papierosa, to zaciągała się nim dwa trzy razy, po czym przygaszała i próbowała wysępić kolejnego. Co było irytujące.

Któregoś dnia drepcząc powoli do palarni bądź z niej wracając, ujrzał dwie młode kobiety, jakby matkę i córkę, idące korytarzem pod rękę. Były tak ładne i eteryczne, że pomyślał, iż przyszły tu w odwiedziny, po chwili jednak zauważył, że mają na sobie szlafroki. Szły do stołówki, która między posiłkami pełniła rolę świetlicy. Obie miały długie, jasne włosy i były bardzo zgrabne. Starsza mogła mieć trzydzieści lat, młodsza, filigranowa, była w nieokreślonym wieku.

Nie odczuwał żadnych potrzeb natury erotycznej – uchowaj Boże! – chciał tylko przetrwać. Jednak obecność tych młodych piękności sprawiła mu wielką przyjemność, więc kiedy potem widział, że idą do świetlicy, i on tam szedł, siadał w drugim końcu pomieszczenia i – jakkolwiek dziwnie to brzmi – patrzył na nie. Wydawały mu się niczym wróżki w ciemnym lesie i nie rozumiał, po co tu są. Potem dopiero dowiedział się, że obie, Monika i Marta, są tu z powodu depresji. I że Marta gra na klarnecie.

Tak czy inaczej była to jakaś odmiana, bo do tej pory widywał tylko panią Skoczek Grobowy i Panią z Brodą. Przy czym ta druga miała nawet miłą twarz i niezłą figurę, ale również wąsy i bródkę, kilkucentymetrową, niczym uczony konfucjanista.

Potem poznał jakoś Martę, tę młodszą, i kiedy czegoś nie kojarzył, a nie kojarzył wielu rzeczy, pytał o to ją albo Oskara. Jasia trudno było zlokalizować.

Tym niemniej któregoś razu to właśnie Jasio powiedział mu, że na oddział przywieźli nowego. I że nowy ma na imię Paweł. I że jest w porządku, a wygląda tak, jak wygląda, bo jest po czwartym ataku padaczki. Ale to fajny gość i właśnie go ostrzygł, bo ktoś inny jeszcze ma maszynkę.

Była to ważna informacja, bo i on chciał się ostrzyc. Odszukał zatem Pawła, który nadal wyglądał jak kobieta nieumarła (on to bowiem był ową kobietą-zombie), i zapytał go, czy mógłby to zrobić. Paweł odparł, że nie ma sprawy, tylko że on teraz przez to oko trochę kiepsko widzi, więc może wyjść nierówno. Jemu to nie przeszkadzało.

Musieli jednak poczekać do następnego dnia, bo było już późno, a personel konfiskował maszynkę wraz z telefonami. Można ją było pobrać tylko w wyznaczonych godzinach.

Nazajutrz udali się we dwóch do dyżurnego pielęgniarza po maszynkę. Następnie do przestronnej męskiej łazienki z umywalką, kiblem i prysznicem wstawili krzesło ze stołówki. Była to delikatna operacja, bo jeden niedowidział, a drugi musiał trzymać się ściany.

W środku zdjął górę od piżamy, usadowił się na krześle i poprosił Pawła, żeby ustawił maszynkę na milimetr. Żeby się potem nie pierdolić z czesaniem. Paweł zabrał się do roboty, ponownie zastrzegając, że w stu procentach nie odpowiada za rezultat. On zaś ponownie go zapewnił, że to i tak bez znaczenia.

Drzwi były niedomknięte, bo nie chcieli, żeby ktoś sobie pomyślał coś nieprzyzwoitego o dwóch mężczyznach zamykających się w łazience. W połowie zabiegu skrzypnęły i ukazała się w nich głowa dyżurnego pielęgniarza. Nic nie powiedział, a tylko z aprobatą skinął głową. Po jakimś czasie skrzypnęły ponownie. Tym razem pojawiła się twarz Pani z Brodą. Nieśmiało, ale bez przesadnego zakłopotania zapytała, czy Paweł mógłby tą maszynką ogolić jej twarz. Paweł się zgodził, ale wyjaśnił, że nie w tej chwili, bo jego klient chce jeszcze wziąć prysznic. Pani z Brodą ucieszyła się i zapisała na późniejszy termin.

Kiedy potem Paweł golił wąsiki i bródkę Pani z Brodą, ponownie zajrzał do nich tamten pielęgniarz. Tym razem się uśmiechnął.

– Widzę, że damsko-męski…

Tymczasem ostrzyżony odszukał Martę i poprosił ją, żeby za pośrednictwem odwiedzających ją rodziców kupiła mu papierosy i jakąś dużą czekoladę dla Pawła. Filigranowa dziewczyna była z tej okolicy, więc odwiedziny miała niemal codziennie. Ogromną czekoladę zaniósł potem Pawłowi. Ten powiedział, że nie trzeba było, ale się ucieszył. I tak zawarli bliższą znajomość.

Paweł opowiedział mu o swoich atakach padaczkowych, zwłaszcza o tym ostatnim, kiedy niemal stracił oko, waląc głową w betonowy chodnik. Była to oczywiście padaczka alkoholowa. Pogotowie zabrało go do szpitala w sąsiednim miasteczku, jakieś trzydzieści kilometrów od tego, w którym się teraz znajdowali. Rodzona siostra Pawła była tam pielęgniarką. Lekarze powiedzieli jej, że jak brat przeżyje pierwszą noc, to będzie. Przeżył, więc przywieźli go tutaj na detoks.

Polubili się i po pewnym czasie, a także mimo tej dziwacznej nocnej koszuli, zaczął widzieć w nim przystojnego, miłego i niebywale zgodnego mężczyznę. Jednak nie rozmawiali zbyt wiele, bo Paweł był niepalący.

Inni

Zaraz po pobudce oddział ustawiał się w długiej kolejce po leki. Jedni stali samotnie, świdrując przestrzeń zagubionymi spojrzeniami, inni w rozgadanych grupkach. Przez kilka pierwszych dni dostawał jakieś witaminy i zastrzyk w pośladek. Na stojąco. Bawiło go, że niektórzy mężczyźni bali się zastrzyków. On je lubił, nie samo kłucie, ma się rozumieć, ale kopa z relanium, który był mocniejszy niż po tabletkach. A tego każdy przepity potrzebuje niczym żołnierz Wehrmachtu aspiryny. Po lekach i śniadaniu rytm życia wybijały kolejne posiłki i papierosy. Niepalący grali w tysiąca lub drzemali. W jego przypadku najważniejsze rzeczy działy się w środku i na tym etapie polegały głównie na rozpaczliwych próbach restauracji pamięci.

Po kilku dniach świeżo przybyłych przenoszono do innych sal. Jemu przypadła pięcioosobowa na samym końcu korytarza. Król złodziei trafił do sąsiedniej. Z tej sali zapamiętał tylko dwóch pacjentów. Krzysiek, pochodzący bodajże z Ostrołęki, był gadatliwy i nieustannie podekscytowany. Na wolności, jak opowiadał, miał osobliwy zwyczaj chodzenia nocami boso po swoim miasteczku, co nie byłoby może aż tak dziwne, gdyby nie fakt, że robił to również zimą. Jego stopy, wystające spod kołdry przypominały podkute kopyta. Ale był sympatyczny.

Drugim był niespotykanie pobożny człowiek w niebieskiej piżamie, którego niemal codziennie odwiedzała tajemnicza grupka ludzi.

– Robert, posłuchaj go, ty znasz języki, po jakiemu on się modli?

Bo Niebieski modlił się niemal nieustannie, klęcząc przy szpitalnym łóżku jak mały chłopczyk z przedwojennych rycin. Poza tymi pacierzami nie mówił nic, ani słowa. Żadnego dzień dobry, przepraszam, żadnej odpowiedzi na pytanie. Któregoś razu podsłuchał go, udając, że śpi. Przez chwilę myślał, że to hebrajski, potem jednak doszedł do wniosku, że to tylko potok podszywających się pod słowa dźwięków, namiastka modlenia się językami. Z drugiej strony mógł to być również jakiś nieznany mu język, może nawet martwy niczym wyraz twarzy Niebieskiego, choć ten w żaden sposób nie wyglądał na zapoznanego poliglotę.

W sumie bez znaczenia.

Jadano plastykowymi sztućcami, przy czym na całą stołówkę przypadały tylko trzy noże, bo to taki oddział, że lepiej na zimne dmuchać. Nie było stałych miejsc, więc każdy siadał, gdzie chciał bądź było wolne.

Z pozostałych kilkudziesięciu osób zapamiętał jeszcze jednego pacjenta, który zawsze robił jakieś zamieszanie, a przy tym był pocieszny i żarty. Mówili, że to podleśniczy, a może on sam tak się przedstawiał. Szczerze mówiąc, nie wyglądał na podleśniczego – był tłustawym okularnikiem i przypominał raczej mało rozgarniętego urzędnika gminy bądź redaktora z katolickiej telewizji. Nie wyglądał również na gościa, który pije, raczej na takiego nie halo. Tym niemniej jego okrągłe oblicze wyrażało bezgraniczną życzliwość i grzeczność.

Jak ktoś nie chciał pomidora lub dżemu, Podleśniczy już pędził między stolikami, żeby je odebrać. Gromadził również pozostawione kromki chleba. Innymi słowy, wciągał wszystko.

Pewnego razu, trzeciego albo czwartego dnia pobytu, spóźnił się nieco na obiad i przysiadł do Podleśniczego i kogoś jeszcze, bo jego ulubione miejsca przy oknie już pozajmowano. Tego dnia było mięso polane sosem w kolorze orzech jasny. Jedli w milczeniu. W pewnym momencie Podleśniczy, który siedział vis-à-vis, uśmiechnął się i zapytał go, czy wie, co to za sos.

– Nie wiem, ale wszystko jedno.

Grubasek się rozpromienił.

– To rzadki kał – wyjaśnił grzecznie. – Ja bym nie jadł!

Wkurwił się, ale zanim zdążył zareagować, przestraszony własną śmiałością Podleśniczy umykał już w drugi koniec jadalni.

Kutas!

Siedzący przy tym samym stoliku mężczyzna uśmiechnął się i wyjaśnił mu, że Podleśniczy tak zawsze – próbuje obrzydzić obiad, licząc, że sam będzie mógł go dokończyć.

Ten brzydki zwyczaj Podleśniczego nie uszedł uwagi pacjentów, którzy urządzili sobie zabawę, poniekąd nawiązującą do jego fascynacji ekskrementami. W świetlicy był telefon stacjonarny, na który dzwoniła głównie rodzina do tych, którzy nie mieli komórek. Co jakiś czas ktoś dzwonił na ten numer i prosił Podleśniczego. Wołano go do telefonu, a on spieszył tam zaciekawiony. Następnie głos „lekarza” w słuchawce informował go, że ma wkrótce zostać wypisany do domu, tylko chcą mu jeszcze zrobić ostatnie rutynowe badania kału. W tym celu ma się jak najszybciej udać do dyżurki pielęgniarek i pobrać pojemniczek. Podniecony perspektywą wolności Podleśniczy truchtał tam czym prędzej i żądał pojemniczka na kał, po czym oczywiście pielęgniarki opierdalały go od stóp do głów, że im dupę zawraca i że jak mu się chce, to niech idzie srać do ubikacji. Coś z nim musiało być nie halo, bo na ten numer z ostatnim badaniem nabierał się kilka razy.

Takie miejsca mają zawsze dwie twarze: ponurą i komiczną.

Ostatnim wartym odnotowania wydarzeniem było zniknięcie Oskara. Zapowiadał je od kilku dni, tłumacząc, że zakochał się w jakiejś niezwykłej dziewczynie i chce się wypisać. Chociaż wcześniej szykował się na terapię na piątym piętrze. W sumie było to sympatyczne. W końcu miłość zdarzała się nawet w obozach koncentracyjnych, dlaczego zatem nie na detoksie?

Robert Pucek

[Fragmenty większej całości, która wkrótce ukaże się w Wydawnictwie Linia/Biała Plama] 


 

CZYTAJ TEŻ