Mary Lavin


Co się zdarzyło pośród pól

przełożyła
Wioletta Perzanowska


 

Jak samotna wyspa pośrodku morza, dom stał otoczony polami; gęsta trawa otulała go jak woda, a bydło brodziło w niej powoli, jakby w rzece. O zmierzchu, gdy zwierzęta zmierzały do lasu, by znaleźć schronienie, brakowało ich łagodnych, spokojnych ruchów. Deszczowy dzień mógł nagle rozbłysnąć wilgotnym światłem, odbijającym się od siana w stodole po drugiej stronie rzeki. Nie było tam żadnego innego domu, a mimo to Vera czuła się w Meath mniej samotna niż gdziekolwiek indziej. 

Za dnia niepokoje i troski, nocą — nieokreślone, nieuchwytne lęki; to były kamienie, które zamykały wejście do grobu. Ale kto mógłby to pojąć? Wszyscy sądzili, że pielęgnuje każde wspomnienie o nim za wszelką cenę. A cóż oni wiedzieli o pamięci? Czym była, jeśli nie inną nazwą dla wygasłej miłości i jałowej tęsknoty? Próbowali nawet narzucać jej własne, nic nieznaczące wspomnienia. 

„Wydaje mi się, że za każdym razem, gdy patrzę w tamtą stronę, widzę go”. — mówili podczas pożegnania, z niepokojem spoglądając na ciemniejące pola. „Mam wrażenie, że zaraz wyjdzie zza drzew.”  

— Na miłość boską! — pomyślała Vera, gdy przez moment udało jej się o nim zapomnieć. 

Patrząc na rozległe pola, nie przywoływała w myślach jego postaci. Widziała jedynie bezkształtne kępy paździerzy i włókien, połyskujące na wierzchołkach traw, przez co łąka przypominała wzburzone morze opryskane strzępami piany. Trawę trzeba było skosić, a w jej głowie wciąż powracało jedno pytanie — ile to wszystko będzie kosztowało? 

Na szczęście stary Ned, pasterz, znał kogoś, kto mógłby się tym zająć. 
— Bartley Crossen to właściwy człowiek, proszę pani. Mąż pani dobrze go znał. 

Vera przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć jego twarzy, aż wreszcie skojarzyła. 
— Ach, tak… jego stodoła jest przecież tam w oddali, prawda? Tak, znam go — przynajmniej z widzenia. 

Rzeczywiście, zdarzało się, że mijali się na drodze: on jechał dużym, ubłoconym samochodem, z kołami oblepionymi gliną, a obok niego siedziała żona. 

— Poproszę go, żeby wpadł do pani i porozmawiał — powiedział pasterz. 
— Tylko niech przyjdzie, zanim zapadnie zmrok — poprosiła stanowczo. 

Nie trzeba było niczego tłumaczyć Nedowi. Dobrze wiedział, że zawsze starała się znaleźć na górze jeszcze przed zmrokiem, zamknięta w swojej sypialni, do której wchodziło się przez pokój dzieci. Modliła się, by nie musiała znów schodzić na dół — a przede wszystkim, by nie była zmuszona otwierać drzwi. To właśnie budziło w niej największy lęk: nocne pukanie. 

— A kto miałby tu przychodzić, proszę pani, wiedząc, że jest pani sama z małymi dziećmi, które łatwo mogłyby się obudzić i rozpłakać? A zresztą, czy można znaleźć bezpieczniejsze miejsce niż pośrodku pól, wśród śpiących, niewinnych zwierząt? — powtarzał. 

Gdy zdarzało mu się przychodzić do domu Very późno — czy po gorącą wodę na okład dla chorej nogi zwierzęcia, czy po to, by wezwać weterynarza — zawsze wołał z daleka, jeszcze zanim dotarł pod szczytową ścianę domu. 
— To ja, proszę pani! — rozlegało się w ciemności. 
— Już idę! Już idę! — odpowiadała z wyraźną ulgą, niemal natychmiast, jakby wyprzedzała echo jego głosu. Przekręcała klucz w zamku, zbiegała po schodach i szeroko otwierała drzwi do sieni — bez względu na porę, nawet w środku nocy. 
— Proszę wracać do łóżka — mówił z mroku, w którym dostrzegała kołyszące się światło lampy, sunące niczym mała łódź ku pomostowi. — Ja pogaszę światła i sam wyjdę. 

Uspokojona myślą, że nie jest w domu sama, szybko wracała do łóżka i niemal od razu zasypiała, zanim dotarł do niej odgłos zamykanych drzwi. Brzmiał tak, jakby dochodził z najdalszych krańców świata. Nie było powodów do niepokoju — Crossen pojawi się wcześnie, a Ned dopilnuje, by tak się stało. 

Crossen podjechał pod drzwi na długo przed zmrokiem. Jak zwykle towarzyszyła mu żona — siedziała wyprostowana na przednim siedzeniu, niczym pasażerowie dawnych, niewygodnych bryczek — z kolanami ściśniętymi razem, bez oparcia i bez możliwości odchylenia się do tyłu. Ned przyjechał razem z nimi, lecz z samochodu wysiedli tylko on i Crossen. 

— Czy pańska żona nie zechciałaby wejść do środka i poczekać, panie Crossen? — zapytała Vera. 
— Och, nie trzeba, proszę pani. Lubi siedzieć w samochodzie. Dobrze, gdzie jest ta trawa do skoszenia? Czy są tam może jakieś kamienie, które mogłyby stępić ostrze?  

Obchodząc dom od strony szczytu, spojrzał na rozciągające się pola. 
— Nie ma tam żadnych kamieni ani pni — powiedział Ned. — Można by przejechać ostrzem przez cały teren bez przeszkód, podczas gdy gdzie indziej trzeba by je ostrzyć nawet dwadzieścia razy.  
— Tak, widzę — odparł Bartley Crossen, choć Vera miała wrażenie, że mówi nieco roztargnionym tonem. 

Przemierzył trawnik, podszedł do chwiejącej się drewnianej furtki prowadzącej na pastwisko i oparł się o nią. Nie patrzył jednak na pola, lecz na wąski pas karłowatych głogów wzdłuż brzegu rzeki; ich gałęzie tak mocno pochylały się nad wodą, że korzenie niemal wystawały z gliniastej ziemi. Gdy się odwrócił, westchnął. 
— Ach, właściwie nie musiałem patrzeć. Znam to miejsce dobrze — powiedział. 

Widząc jej zdziwienie, zaśmiał się cicho, niemal jak młodzieniec. 
— Kiedy byłem chłopakiem, zalecałem się do dziewczyny tam na dole — dodał. — To było wieki temu. 

Zwrócił się do starego: 
— Chyba pan to pamięta. 

Potem znów spojrzał na nią. 

— Zapewne nie było pani wtedy jeszcze na świecie, proszę pani — powiedział łagodnym tonem, a w jego głosie i spojrzeniu dało się wyczuć serdeczność. — Chciałaby pani, wykosić to jak najszybciej? Może mam zacząć jutro, o świcie? 

Jej twarz rozświetlił uśmiech, choć wciąż pozostawała do uzgodnienia cena. 

— To chyba nie będzie kosztowało tyle, co koszenie całej łąki? — zapytała.  

— Och, nie zamierzam z pani zdzierać — odparł. — Może mi pani zaufać. 

— To bardzo uprzejme z pana strony — odpowiedziała, z ledwie wyczuwalnym wahaniem. 

Za plecami Crossena Ned skinął głową z aprobatą. 
— No to załatwione, proszę pani — szepnął, gdy ruszyli w stronę samochodu. — To uczciwy człowiek. 

Kiedy Crossen z żoną odjechali, Ned jeszcze raz dodał jej otuchy: 
— To uczciwy człowiek — stwierdził, śmiejąc się w sposób zadziwiająco młody jak na swój wiek. — Słyszała pani, co powiedział o tej dziewczynie, z którą się tam spotykał? Wie pani, kim była? Jego pierwszą żoną. Wiedziała pani, że był już wcześniej żonaty? Ach, to było tak dawno, że wcale bym się nie zdziwił, gdyby pani o tym nigdy nie słyszała. Proszę zwrócić uwagę, jak o niej mówił — jakby zupełnie ją wymazał z pamięci. Krzewy głogu przywołały w nim wspomnienia. To właśnie tam spotykali się, gdy byli jeszcze bardzo młodzi i dopiero zaczynali poznawać się nawzajem. 

— Biedna Bridie Logan! — ciągnął dalej Ned. — Była dzika jak zając i szalała z miłości, choć tak młoda. Zaczęli się spotykać, gdy wciąż chodzili do szkoły, lecz nikt nie traktował tego poważnie — chyba on najmniej — aż do zimy, kiedy wyjechał do Clonakilty na naukę w szkole rolniczej. Wtedy zaczęli do siebie pisać. Widziałem ją, jak co drugi wieczór biegła do skrzynki pocztowej na rozstaju dróg, a cała wieś wiedziała, do kogo adresowane były listy. Latem, gdy wrócił do domu i oznajmił rodzinie, że nie zamierza wracać do szkoły, bo chce poślubić Bridie, wybuchła prawdziwa burza. 

A mimo to ojciec urządził ich w domku na własnej ziemi — tym samym, który dziś służy jako obora i stoi za nowym domem. Nie można jednak oceniać Crossena według tego, jaki był wtedy. Choć Bridie była trzpiotowata i lekkomyślna jak oset niesiony wiatrem, potrafiła utrzymać domek w nienagannym porządku. Wysprzątałaby go do ostatniego kąta, gdyby nie to, że zaszła w ciążę. Od tej chwili mąż nie pozwalał jej już nawet sięgać po szczotkę. 

— Ale przecież nie była słabego zdrowia, prawda? 

— Bridie? Była silna jak koza i zakochana w nim do szaleństwa. Po ślubie wcale jej to nie przeszło. Wręcz przeciwnie — powiedziałbym, że było jeszcze gorzej. Nie potrafiła się dla niego wystarczająco natrudzić. Jakby pędziła ją jakaś gorączka. Wystarczyło spojrzeć w jej oczy, żeby to dostrzec. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek potem widział kobietę tak nieustannie w ruchu. 
Zdarzyło się pani kiedyś obserwować małe ptaki wirujące w powietrzu, jakby latały tylko dla samej przyjemności, bez celu? I zauważyła pani, jak czasem wykonują nagły, krótki skok w górę, jakby zmuszały się do jeszcze wyższego lotu — wyżej, niż powinny? Otóż tak właśnie zachowywała się Bridie, krzątając się po domu i dbając o każdy drobiazg, by jej mąż mógł być z niej dumny — choć w rzeczywistości nie mógł być już bardziej dumny, bo jej stan był wyraźnie widoczny. 

— Zmarła przy porodzie?  

— Nie. Przynajmniej nie tak dosłownie. Urodziła dziecko łatwo, bez żadnych komplikacji — we własnym domu — a Crossena kosztowało to tylko kilka szylingów dla jednej z kobiet, które dawniej zajmowały się takimi sprawami. I wszystko poszło gładko. Niedługo potem znów stanęła na nogi. Kiedy zajrzałem do nich tego pierwszego ranka, była już ubrana, a on właśnie wychodził doić krowy. 

— Ach, jaka ulga znów wyjść na dwór — powiedziała, głęboko wciągając poranne powietrze i odprowadzając go wzrokiem z progu. — Zaczekaj… może pójdę z tobą doić? — dodała, rzucając ostatnie spojrzenie na dziecko śpiące w kołysce przy oknie. 

— To dla ciebie za daleko, Bridie — odparł Bartley. Krowy pasły się na niewielkiej łące przy drodze, u stóp wzgórza. Przewidując jej upór, jak najszybciej wymknął się przez bramę z bańkami. „Dobrze zrobił” — pomyślałem. Ale zaraz potem Bridie pobiegła przez podwórze. 

— Jeśli pieszo za daleko, pojadę na rowerze! — zawołała. W jednej chwili wskoczyła na stary rower i ruszyła przez bramę, pedałując z całych sił. 

— Bridie, czyś ty zwariowała?! — krzyknął Bartley, gdy przemknęła obok niego. 

— A cóż mi się może stać? — odkrzyknęła.  

Zamarłem z przerażenia, obserwując ją. Pomyślałem wtedy, że podobnie musiał czuć się on, gdy porzucił bańki i pędził w dół wzgórza. Patrząc z perspektywy czasu, widzę, że ta sama namiętność, która od zawsze ją napędzała, ogarnęła również jego. Oboje byli szaleni z miłości — ona chciała go jeszcze bardziej sprowokować, a on był aż nazbyt chętny. 

— Poczekaj na mnie! — zawołał, ale zanim dotarła na sam dół, zaczęła hamować, opuszczając stopę niczym dziecko, wzbijając przy tym tumany kurzu, że ledwie było ją widać.  

— Zahamowała zbyt gwałtownie? 

— Ona? Nie, w mgnieniu oka zatrzymała rower, zeskoczyła, zawróciła i znów szaleńczo pedałowała pod górę w jego stronę, pochylona nad kierownicą niczym zawodowy kolarz. Ale to był już koniec. 

— Och, nie! Co się stało? 

— Nagle przestała pedałować. Rower prawie się zatrzymał, a potem zaczął staczać się w dół, jakby poślizgnął się na żwirze przy krawędzi drogi. Tak nam się wydawało, bo obaj ruszyliśmy biegiem w dół wzgórza. Nie zdążyła nawet upaść, zanim dobiegliśmy do niej. To było jakieś wewnętrzne krwawienie, jak się potem okazało. W domu ułożyliśmy ją na łóżku, sąsiedzi zbiegli się zewsząd, odeszła jeszcze przed nocą. 

— Och, jaka straszna tragedia! A dziecko? 

— To było silne dziecko. I wyrosło na porządnego chłopaka. To najstarszy syn, Barty, tak go nazwali, by nie mylić go z Bartleyem, teraz jeździ traktorem u ojca. 

— Cóż, można powiedzieć, że jego drugie małżeństwo jest bardziej udane? 

— Dokładnie tak. Druga żona to dobra kobieta. Wychowała dziecko Bridie i co roku wypełniała kołyskę własnymi synami. Ach, w końcu wszystko jakoś się układa, niezależnie od przeciwności! — powiedział stary człowiek i ruszył w swoją stronę. 

— Zaczekaj chwilę, Ned — zawołała Vera z niepokojem. — Czy naprawdę sądzisz, że aż do dziś o niej nie pamiętał? 

— Mógłbym przysiąc — odparł. Spojrzał na nią uważnie. — Z tobą będzie tak samo — dodał łagodnie. — Uwierz mi, wszystko z czasem przemija i idzie w zapomnienie. 

Gdy Vera pokręciła głową z niedowierzaniem, on potrząsnął swoją stanowczo: 

— Gdy drzewo upada, jak mógłby zostać jego cień? — powiedział i odszedł. 

Ciekawe… — pomyślała, idąc w stronę domu. Zazdrościła mieszkańcom wsi ich życiowej mądrości, dzięki której potrafili naprawiać niedoskonałości natury z taką łatwością, jak rozdarta darń zrasta się znów w zieloną murawę. 

Tej nocy, gdy weszła na górę do swojego pokoju, Vera spojrzała w stronę rzeki i pomyślała o Crossenie. Czy naprawdę zapomniał? Trudno jej było w to uwierzyć. Z westchnieniem sięgnęła po szczotkę i powoli zaczęła rozczesywać włosy. Jak wszystko ostatnio w jej życiu, były przygaszone i bezwładne, ciężko opadały na ramiona, lecz po kilku minutach rytmicznych, coraz energiczniejszych pociągnięć zaczęły się rozjaśniać i unosić, wirując wokół twarzy niczym drobne krople piany nad spiętrzoną wodą. 

Zawsze tak reagowały — od dzieciństwa. Wystarczyło przetrwać pierwsze bolesne szarpnięcie, a matka z zachwytem wołała: „Patrz! To elektryczność!” Na ułamek sekundy w lustrze zapalał się błękitny punkcik, niczym gwiazda migocząca w szarawej głębi. Niewiele więcej wiedzieli wówczas o elektryczności, w tych mrocznych czasach, gdy doliny cienia zalegały głęboko między meblami. Może dlatego, że pokoje były słabo oświetlone, często dostrzegali tę małą, niebieską gwiazdę. 

Nagle zapragnęła zobaczyć ją raz jeszcze. Poderwała się i zgasiła lampę. W tym samym momencie na dole podniosła się żelazna kołatka i uderzyła w drzwi mocnym, zdecydowanym dźwiękiem. Nie było w nim ani śladu nieśmiałości czy wahania — poczuła to od razu, siedząc nieruchomo, sparaliżowana strachem w ciemności. Potem rozległ się głos, który wydawał się znajomy: 

— To ja, proszę pani. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?  

— Och, pan Crossen! — zawołała z ulgą. Otworzyła drzwi swojego pokoju, przebiegła półpiętro i uchyliła okno po tej stronie domu. — Już schodzę! — krzyknęła. 

— Nie ma potrzeby schodzić, proszę pani! — odkrzyknął. — Chciałem tylko zamienić z panią słowo. 

— Oczywiście, że zejdę. 

Wróciła do pokoju, narzuciła szlafrok i właśnie chciała upiąć włosy, gdy usłyszała tupot po żwirze. Dzień był łagodny, lecz z nadejściem nocy powietrze przeszył chłód, a ostry, wschodni wiatr wiał znad rzeki, mimo że była już późna wiosna. 

— Zaraz pobiegnę i otworzę drzwi, żeby pan nie zmarzł! — zawołała. 

W pośpiechu zebrała włosy, przytrzymując je przy głowie bez spinania. Zbiegła boso po schodach i otworzyła drzwi wejściowe. 

— Ach… wybierała się już pani spać? — zapytał z zakłopotaniem, gdy stanęła w progu. Jeszcze przed chwilą był niecierpliwy, teraz jednak stał nieruchomo w otwartych drzwiach. — Zauważyłem, że na dole światła są pogaszone — dodał skruszonym tonem. — Nie sądziłem, że udała się pani już na górę. 

— Ależ skąd — skłamała, chcąc go uspokoić. — Byłam na piętrze, bo czesałam włosy. Proszę wybaczyć — dodała, gdy przeciąg wpadający przez drzwi uniósł poły szlafroka i odsłonił jej kolana. Aby przytrzymać szlafrok, musiała puścić włosy, które opadły swobodnie na ramiona. — Czy mógłby pan zamknąć drzwi? — zapytała, cofając się ku schodom. — Proszę wejść do saloniku przy holu i zapalić światło. Zaraz zejdę. 

Wszedł do środka, zatrzasnął drzwi i zamarł w holu, pełen wahania. 

— Nie powinienem był wchodzić — powiedział. — Chyba wybierała się pani już do łóżka — dodał z lekkim wyrzutem, jakby chciał sprowokować ją, żeby temu zaprzeczyła. 

Nie odrywał wzroku od jej włosów.  

— Proszę mi wybaczyć, proszę pani, ale nigdy nie widziałem tak pięknych włosów. Niech Bóg je błogosławi! — dodał pośpiesznie, jakby przestraszony własną śmiałością. — To niesamowite, jak taki drobiazg potrafi odmienić wszystko. Wygląda pani jak młoda dziewczyna. 

Uśmiechnęła się wbrew sobie, mile połechtana, choć nie miała ochoty słuchać dalszych zachwytów.  

— Doprawdy, wcale się tak nie czuję — odparła chłodno. 

To, co miało go ostudzić, najwyraźniej sprawiło mu przyjemność i dodało pewności siebie. 

— Widzę, że jest pani rozsądną kobietą — powiedział, podchodząc do schodów i swobodnie opierając się o słupek poręczy. — Proszę się nie kłopotać. Mam tylko jedno słowo do powiedzenia. Powiem je tutaj i od razu wrócę do swoich zajęć. Żona czeka na mnie i nie chciałbym, żeby musiała czekać zbyt długo. 

Zawahała się. Czy wspomnienie o żonie miało ją uspokoić? 

— Chyba powinnam włożyć pantofle — powiedziała, bo poczuła, że marzną jej stopy. 

— Owszem, powinna pani — przytaknął, dopiero teraz dostrzegając, że stoi boso. — Ale co do reszty, dawno już przestałem zwracać uwagę na to, co kobieta ma na sobie. W ogóle przestałem zwracać uwagę na kobiety.  

Jej wzrok wreszcie padł na coś, co mogło posłużyć za obuwie. Pod stołem w holu stała para starych butów Richarda, podszytych wełną. Nie miała serca oddać ich razem z resztą jego rzeczy; choć były za duże i niezgrabne, często wsuwała w nie stopy, gdy po powrocie z pola zdejmowała zabłocone buty. 

— Proszę wejść tam, gdzie cieplej — powiedziała.  

Zeszła kilka stopni, wsunęła stopy w buty i otworzyła drzwi do saloniku. Dobrze, że zeszła na dół — sam nie potrafiłby zapalić światła.  

— Coś jest nie tak z górną lampą — powiedziała, przesuwając dłonią wzdłuż listwy przy podłodze i szukając wtyczki lampki do czytania, która znajdowała się w niewygodnym miejscu, za biurkiem, musiała więc uklęknąć.  

— A co się z nią dzieje? — zapytał z typowo męskim pragmatyzmem, klikając przełącznikiem w górę i w dół, lecz bez skutku. 

— Och, pewnie nic poważnego — odpowiedziała rozkojarzona. — O, jest! — dodała, znajdując wtyczkę i pokój natychmiast wypełniło jasne, białe światło. 

— Dlaczego nie zostawia pani wtyczki w gniazdku? — zapytał z nutą krytyki. 

— Nie wiem — odparła. — Ktoś kiedyś mówił mi, że bezpieczniej jest wyjmować ją na noc. Mogłoby dojść do zwarcia albo myszy przegryzłyby przewód… Nie pamiętam dokładnie. Przyzwyczaiłam się i teraz już tak robię. 

Poczuła się nieco głupio. 

On jednak potraktował sprawę poważnie. 

— Nie sądzę, żeby mogło się coś stać — stwierdził, po czym zmienił temat. 

— A co do jutra, proszę pani — powiedział tonem lekko obojętnym, jak jej się zdawało. — Postanowiłem, że dziś wieczorem muszę się z panią zobaczyć, bo nie jestem człowiekiem, który łamie słowo, a już na pewno nie wobec kobiety. 

Do czego zmierzał? 

— Powiem to wprost — dodał szybko. — Niech pani zrozumie, proszę pani, że dla mnie wykaszanie pola jest tym samym, co koszenie siana. Ten sam czas, ta sama praca, te same koszty i takie samo zużycie ostrza. Pani rozumie, prawda? 

Czujna, skinęła głową. 

— No cóż, muszę przyznać, że dla pani nie jest to dokładnie to samo. Dla pani wykaszanie nie daje natychmiastowego zysku, jaki przyniosłoby siano. 

— Z wykaszania nie ma żadnego zysku! — oburzyła się. 

— Ach, proszę pani! — powiedział. — Dobre pastwisko przynosi taki sam zysk jak wszystko inne. Pani przecież wie, że z zaniedbanej ziemi nie zbierze się smacznej paszy dla bydła, a tylko brudną, starą trawę, która plącze się pod nogami. Chodzi jedynie o to, że nie daje to natychmiastowego zysku, i dlatego, jak pani wie, obiecałem dać pani specjalną cenę. 

— Wiem — odparła zniecierpliwiona. — Myślałam jednak, że to już zostało ostatecznie ustalone. 

— Och, nie wycofuję się, jeśli pani tak myśli — przyznał przyjaźnie. — Cieszę się, że mogę zrobić, co w mojej mocy, tym bardziej że nie ma pani nikogo, kto zająłby się tymi sprawami za panią, i jest pani zdana wyłącznie na siebie. 

— Och, świetnie sobie radzę sama — odpowiedziała, podnosząc głos. 

Słowa te znów wywołały skutek przeciwny do zamierzonego. On roześmiał się pogodnie. 

— Tak właśnie wszystkie kobiety lubią myśleć — powiedział. — A teraz… — zmienił ton, co ją zirytowało, bo przecież coś między nimi zostało już ustalone — byłoby mi wygodniej, a i sądzę, że pani nie miałaby nic przeciwko, gdybyśmy odłożyli pani drobne zlecenie na koniec tygodnia, bliżej sianokosów. Wtedy będę miał listwę tnącą w pełni przygotowaną, naostrzoną i gotową do pracy. Teraz natomiast, gdy wciąż trzeba tu i tam coś orać, musiałbym przeskakiwać między pługiem a kosiarką, raz używając jednego, raz drugiego. 

— Jakby ktoś teraz jeszcze orał! Z kim się pan już umówił? — domagała się wyjaśnień. 

— Proszę się nie denerwować, proszę pani. Z nikim się nie umówiłem — a już na pewno nie bez uprzedzenia. 

— To znaczy: nie bez uprzedzenia mnie, że pan nie przyjdzie. 

— Ależ proszę się nie gniewać. Staram się tylko, żeby wszystkim było łatwiej. 

Teraz była już naprawdę wściekła. 

— Wciąż to samo. Myślałam, że wobec mnie będzie pan inny. Mam czekać, aż upora się pan z jednym, potem z drugim, a na końcu moje pole zdąży zarosnąć chwastami! 

Spuścił wzrok, jakby nieco zawstydzony. 

— Och, proszę pani, nic podobnego się nie stanie. Choć prawdą jest, że nie każdy widzi sens w wykaszaniu ugoru. 

— Ja widzę. 

— Być może jest w tym racja — przyznał ociągając się. — jednak według mnie koszenie chwastów w lipcu można traktować jako rodzaj wykaszania. 

— Jeśli skosi się trawę, zanim zdąży wydać nasiona, zagęszcza się ona u korzeni tak, że chwasty nie mają szans wyrosnąć! — krzyknęła, wzburzona, nie zdając sobie sprawy, jak stanowczo to zabrzmiało. 

— Na Boga, nie wiedziałem, że jest pani tak dobrze obeznana, proszę pani — odparł z uznaniem, choć widać było, że nie zamierza ustąpić pod naporem jej pewności. — A jednak nie powie mi pani, że kilka dni zwłoki może zrobić aż taką różnicę? 

— Kilka dni może przesądzić o wszystkim! — oburzyła się. — Ta ziemia ma żwirowe podłoże, choć rośnie na niej bujna trawa. Parę dni suszy może wypalić ją aż po same korzenie. I jak miałabym ją wtedy kosić? Gdzie byłaby ta „soczysta pasza”, o której pan przed chwilą mówił? — dodała z przekąsem, naśladując jego sposób mówienia. 

Uniósł ręce w geście poddania.  

— Cóż, człowiek powinien umieć przyznać się do porażki — stwierdził. — Nawet jeśli pokona go kobieta. W każdym razie nie może mi pani zarzucić, że złamałem słowo. 
— Nie powiem, że pan je złamał, ale próbował pan aż nadto — odparła z niechęcią, choć w duchu czuła satysfakcję, że dopięła swego. — Czy podać panu coś do picia? — dodała, chcąc wyraźnie zakończyć rozmowę. 

— Nie, dziękuję, proszę pani. Pora mi wracać do domu. 

— Mam nadzieję, że nie uzna pani, iż próbowałem panią wykorzystać — powiedział, gdy zbliżali się do drzwi. — Każdy przecież musi jakoś troszczyć się o własne sprawy, czyż nie? A pani radzi sobie z nimi nad wyraz dobrze. Mało kto wierzył, że zostanie tu pani po śmierci męża. Zapewne zrobiła to pani ze względu na dzieci? — Spojrzał w górę, ku schodom. — Już śpią? 

— Och, od dawna — odpowiedziała obojętnie. 

Otworzyła drzwi. Do sieni napłynęło chłodne nocne powietrze, niosąc z oddali zapach świeżo skoszonego siana. 

— A więc gdzieś już koszą — powiedziała zaskoczona i uniosła twarz ku tej słodkiej woni. 

Przez chwilę Crossen patrzył ponad jej ramieniem w ciemność, po czym znów przeniósł wzrok na nią. 

— Czy nigdy nie czuje się pani samotna po zmroku? — zapytał niespodziewanie. 

— Chce pan zapytać, czy się boję? — poprawiła go szybko, chłodnym tonem. 

— Tak… właśnie to miałem na myśli — odparł, nieco zmieszany. — Ale czegóż miałaby się pani obawiać? Czy może być bezpieczniejsze miejsce niż tutaj, wśród własnych pól? 

To, co powiedział, zabrzmiało przekonująco, a on sam, stojąc z kapeluszem w ręku, wydawał się zwyczajny i naturalny. Trudno było przypuszczać, że gdy tylko drzwi zamkną się za nim, ona pobiegnie po schodach jak przestraszone dziecko.  

— Może pan nie uwierzy — zaczęła cicho — ale czasami ogarnia mnie prawdziwe przerażenie. Dziś, gdy usłyszałam pana pukanie, omal nie umarłam ze strachu. 

Na chwilę urwała, jakby zawstydzona własną szczerością. 

— Właśnie dlatego byłam na górze — dodała już ciszej. — Zawsze uciekam na piętro, gdy zapadnie zmrok. Tam czuję się bezpieczniej. 

— A to dopiero dziwne — powiedział, a ona dostrzegła w jego spojrzeniu zdumienie, jakby uznał to za coś typowo kobiecego. Mimo to w jego głosie brzmiała życzliwość. — Nie powinna pani zostawać tu sama. Taka jest prawda. To nie przystoi. 

— Och, nic nie da się na to poradzić — odpowiedziała. W jego współczuciu było coś, od czego instynktownie chciała się odsunąć, choć jednocześnie ceniła jego serdeczność. — Czy zrobiłby pan coś dla mnie? — zapytała nagle. — Czy mógłby pan zgasić światła na dole i pozwolić mi wejść na górę, zanim pan wyjdzie? Ned często tak robi, kiedy pracuje tu do późna. 

Ledwie wypowiedziała te słowa, poczuła zażenowanie, lecz zaraz uświadomiła sobie, że dla niego była to prośba aż nazbyt skromna. Naprawdę się o nią martwił. I nie chodziło wyłącznie o tę jedną noc — miała wrażenie, że myśli o całym jej życiu tutaj, o jej samotności i odosobnieniu.  

— Czy naprawdę nie ma nikogo, kto mógłby z panią tu nocować, choćby od czasu do czasu? Oczywiście mam na myśli kobietę — dodał szybko. Ujęło ją to, że bez najmniejszej zachęty z jej strony natychmiast wykluczył inną możliwość. — Chociaż pewnie nie chciałaby pani obcej kobiety w domu — dorzucił stanowczo. 

— Och, naprawdę sobie radzę. Z czasem się przyzwyczaję — odpowiedziała. 

— Wciąż wydaje mi się to nie w porządku — powtórzył bezradnie. Skinął w stronę schodów. — Dzisiejszej nocy jest pani bezpieczna. Proszę iść na górę, a ja pogaszę światła. 

Wszedł do saloniku. 
Coś jednak poszło nie tak, jak zamierzała, więc niepewnie postawiła stopę na pierwszym stopniu.  

— Chwileczkę! Jak mam zgasić to światło? — zawołał z pokoju, zanim zdążyła wejść wyżej. 

— Lepiej zrobię to sama — odpowiedziała, przypominając sobie, jak niewygodnie umieszczona jest wtyczka. 

Zeszła na dół, minęła go w drzwiach małego pokoju, uklękła i pociągnęła za sznur. 

Pokój natychmiast pogrążył się w ciemności. I wtedy ogarnęło ją niepokojące przeczucie, że postąpiła nierozważnie. To nie było zwykłe przekręcenie wyłącznika przy drzwiach i szybkie cofnięcie się do jasnego holu. Zerwała się na nogi — i zobaczyła Crossena stojącego w progu. Jego masywna sylwetka rysowała się czarną plamą na tle światła z korytarza. 

— Resztę zostawiam panu — odezwała się, chcąc przerwać dziwną ciszę, która zapadła w domu. 

Nie ruszył się jednak. Stał w przejściu, wypełniając je sobą, a jej trudno było zdobyć się na to, by przejść obok niego. 

Dlaczego się nie cofnął? Chwycił ją za ramię i oparł drugą dłoń o framugę, zagradzając jej drogę.  

— Proszę mi powiedzieć — wyszeptał, potykając się o własne słowa — czy naprawdę nigdy nie czuje się pani samotna? 

— Co pan mówi? — odpowiedziała chłodno, z wyraźnym dystansem, bo lepkość jego głosu budziła w niej odrazę. Ledwie uchwyciła sens pytania. Myślała tylko, jak się od niego uwolnić. 

Nachylił się bliżej. 

— A może… mały pocałunek? — szepnął. 

Puścił framugę, chcąc uchwycić ją pewniej, lecz nim zdążył objąć ją obiema rękami, szarpnęła się gwałtownie, wyrwała z uścisku i, pochylając się, przemknęła pod jego ramieniem. W następnej chwili była już w oświetlonym holu. 

Tam, gdzie światło chroniło ją przed nim — tym poczciwym, starym głupcem — wybuchnęła śmiechem. Wystarczyło poczekać, aż wyjdzie za nią, zawstydzony. 

Nie przewidziała jednej rzeczy: w jego zawstydzeniu było coś żałosnego, coś naprawdę godnego litości. Sposób, w jaki powłóczył nogami, wchodząc w światło, nie podnosząc wzroku, poruszył ją głęboko. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, wyciągnęła do niego rękę. 

— Proszę się tym nie przejmować — powiedziała cicho, z łagodnym uśmiechem. — Nie poczułam się urażona.  

Wciąż na nią nie patrzył. Ujął tylko jej dłoń i ścisnął ją z wdzięcznością, odwracając twarz. Ku swojemu zakłopotaniu zauważyła, że z jego nosa cieknie woda. Jak mały chłopiec otarł ją wierzchem dłoni, rozmazując po twarzy. 

— Nie wiem, co mnie naszło — powiedział powoli. — Starzeję się. Myślałem, że już mam to za sobą. 

Znów przetarł twarz. 

— To znaczy… nie pozwolę sobie na coś takiego — poprawił się smutno. 

— Och, naprawdę nic się nie stało — odpowiedziała spokojnie. 

Pokręcił głową. 

— Nie było żadnego powodu, by się tak zachować. 

— Ale przecież nic pan nie zrobił — zaprotestowała. 

— Dla mnie to nie było „nic” — odparł przygnębiony. 

Przez chwilę stali w milczeniu. Drzwi do sieni pozostały uchylone, ale nie odważyła się ich zamknąć. Co teraz z nim zrobię? — przemknęło jej przez myśl. Jeśli nie będę ostrożna, utkwi tu aż do rana. Która to właściwie godzina? Tej nocy wszystko zdawało się tracić miarę i proporcje. 

— Cóż, do zobaczenia rano, panie Crossen — powiedziała możliwie najspokojniejszym, rzeczowym tonem. 

Skinął głową, lecz nie ruszył się z miejsca. 

— Wie pani, że w żadnym wypadku nie chciałem pani urazić, prawda? — powiedział, patrząc na nią błagalnie. — Zawsze darzyłem panią wielkim szacunkiem. I pani męża również. Myślałem o nim dziś wieczorem, kiedy szedłem do domu, a potem przypomniałem sobie o nim, widząc panią w drzwiach — wyglądała pani jak młoda dziewczyna. Pomyślałem wtedy, jaka to wielka strata, że został pani odebrany… byliście oboje tacy młodzi. Och, co mnie tak nagle opanowało? I co powiedziałaby Mona, gdyby się dowiedziała? 

— Ale przecież nie zamierza pan jej o tym mówić? Mam nadzieję, że nie! — zawołała Vera z przestrachem. Jak by to wyglądało, gdyby opowiedział żonie, że zeszła na dół boso, z rozpuszczonymi włosami? — Proszę jej o tym nie wspominać — dodała ostrzegawczo, niemal szepcząc, pełna lęku.  

— Chyba nie powinienem — odparł niepewnie, z posępną miną, opierając plecy o ścianę. — Mona to naprawdę wyjątkowa kobieta. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek miał o niej złe zdanie. Moi synowie mogliby to potwierdzić. Przez te wszystkie lata była im oddaną matką. Nigdy żadnego nie wyróżniała. Niektórzy twierdzą nawet, że dla Barty’ego miała najwięcej serca. Wychowywała go od pierwszego tygodnia życia. Mieszkała wtedy tuż obok, kiedy zostałem z nim sam — mówił powoli, z czułością w głosie. — Już tej pierwszej nocy przyszła, zabrała go do siebie, do własnego łóżka. A to, proszę pani, było ogromne poświęcenie dla kobiety bez doświadczenia z dziećmi i nie tak młodej, jak to się mówi — choć później urodziła mi sporą gromadkę. Wzięła go pod swoją opiekę, a przecież nie każda kobieta zdecydowałaby się na taką odpowiedzialność. Tego mężczyzna łatwo nie zapomina. Wielu powie, że gdyby ona tego nie zrobiła, znalazłby się ktoś inny — ale nikt nie zrobiłby tego tak dobrze jak ona. 

Za dnia trzymała go u siebie w domu — karmiła, przewijała i troszczyła się o wszystko. Wieczorem, gdy wracałem z pola, przynosiła go i stawiała kołyskę przy kominku, tuż obok mnie. Udawała, że ma coś do zrobienia u siebie, wymykała się, zostawiając nas samych — choć to nie było prawdziwym powodem. Widziała, jak wpatrzony w ogień zamartwiam się nad przyszłością, więc zostawiała mi dziecko, by ulżyć mojej rozpaczy. I miała rację. Nie dane mi było długo pogrążać się w smutku — maluch zaczynał płakać albo kwilić, i musiałem po nią biec. Nieraz sama słyszała jego płacz i przychodziła, nim zdążyłem ją zawołać. Czasem miałem wrażenie, że trzyma wszystkie drzwi i okna otwarte, by nie umknął jej żaden dźwięk. 

Tak, krok po kroku, wracałem do życia. Często zastanawiałem się, co by się ze mną stało, gdyby nie ona. Są mężczyźni, którzy, tracąc jasny kierunek, łatwo zbaczają w ciemność. Ja byłem jednym z nich.  

Mówiłem pani, że w ciągu dnia zabierała chłopca, a wieczorem znów go przynosiła? Gdy noc zapadała na dobre, brała go do siebie, a on spał w jej łóżku. Z miesiąca na miesiąc, gdy podrastał, widziałem jednak, że coraz trudniej przychodziło jej zabierać go ode mnie. Zaczynał się uśmiechać, bawić rączkami, stawał się prawdziwym towarzyszem. 

— Może powinnam zostawić go dziś z tobą? — powtarzała niemal co wieczór. 

Czasem wchodziła do pokoju przy kuchni i kładła go na środku szerokiego łóżka, lecz po chwili znów brała go na ręce. 

— Bałabym się, że go przygnieciesz. Mógłbyś go przez sen zadusić — nie daj Boże! 

— Weź go lepiej ze sobą — mówiłem. A przecież sam z trudem patrzyłem, jak go wynosi. Bałem się, że w nocy dziecko zacznie płakać — i co wtedy? Gdybym musiał po nią biec w środku nocy, ludzie mieliby o czym gadać. I tak plotek było już aż nadto, mimo że nie miały żadnych podstaw. Nie patrzyłem na nią jak na kobietę — jakby nią wcale nie była. Czy to nie dziwne? 

Aż pewnego wieczoru, gdy raz brała małego na ręce, raz odkładała go z wahaniem, wciąż nie mogąc się zdecydować, czy go zostawić, czy zabrać, tak krążyła z nim w tę i z powrotem, że w końcu parsknąłem śmiechem. 

— Najprościej byłoby, gdybyś została razem z nim. To by wszystko rozwiązało. 

Żartowałem tylko, lecz ona spłonęła rumieńcem, a zaraz potem rozpłakała się. Najpierw chwyciła dziecko i otuliła je płaszczem, potem spojrzała na mnie z wyrzutem i wybiegła z dzieckiem za drzwi. 

Od tego wszystko się zaczęło. Nawet nie przypuszczałem, że coś do mnie czuje. Byłem przekonany, że chodzi jej wyłącznie o dziecko. Ale mężczyźni bywają ślepi — a kobiety wiedzą to aż nadto dobrze — i to ona jako pierwsza pojęła, co będzie słuszne i przyzwoite dla nas obojga. I dla dziecka również. Niektóre kobiety mają w takich sprawach niezawodny instynkt. 

Tamtej nocy Bóg jakby otworzył mi oczy. Zobaczyłem w niej kobietę, która od dawna stała u mego boku. Zrozumiałem, że lepiej będzie poślubić ją, niż marnieć z tęsknoty za tą, która odeszła. Czyż nie miałem racji? 

— Oczywiście, że miał pan rację — odpowiedziała od razu. 

Znów oparł się ciężko o ścianę, a w jego oczach pojawił się wyraz upokorzenia. 

— I pomyśleć, że zhańbiłem nie tylko siebie, lecz i ją — wyszeptał. 

Nigdy się go nie pozbędę — pomyślała Vera z narastającą rozpaczą. 

— Ach, co się z panem dzieje? — zawołała niecierpliwie. — Czy nie może pan o tym zapomnieć? 

— Nie mogę — odpowiedział spokojnie. 

— Na miłość boską! To z pańską żoną nie ma nic wspólnego. 

Zaskoczony spojrzał na nią. 

— Chyba nie obwinia się pani? — zapytał. 

Mogłaby się zaśmiać, gdyby nie widziała, że robi postępy. Jeszcze jeden ruch i uda się go ostatecznie pozbyć. 

— Dlaczego pan kogokolwiek obwinia? — zawołała. — To nie ma nic wspólnego ani z panem, ani ze mną, ani z kobietą, która czeka na pana w domu. Winna jest tylko ona — tamta dziewczyna, pańska pierwsza żona, Bridie! To ją należy winić! 

Słowa wyrwały się z jej ust mimowolnie. Przez moment poczuła, że wpada w histerię i nie zdoła się powstrzymać. 

— Myślał pan, że ją zapomniał — krzyknęła. — A proszę spojrzeć, co z panem zrobiła, kiedy tylko nadarzyła się okazja. 

Przez chwilę stał w otwartych drzwiach. 

— Niech Bóg ma ją w swojej opiece — powiedział, po czym, nie oglądając się, zniknął w mroku nocy. 

 

 

Mary Lavin


 

CZYTAJ TEŻ