Gerontologia wstydu


 

1. Empiryk 

 

Zmierzchało. Czerwona kula satelity wznosiła się nad murawą. Głosy, stukot kopyt o kocie łby, rozdzierane prześcieradła w przytułku, brzęk prętów stukających w latarnie, nawoływania strażników i wycie psów – wszystko to sprawiało, że teren opadał poniżej poziomu morza. 

David Hume właśnie starannie oczyścił pióro i doprowadził je do porządku. Wcześniej łaskotał się nim po policzku i zmarszczonym czole, jakby chciał wyłuskać myśli.  

Świerzbiło go każde zdanie, każda fraza, zwrot komplikujący lub przeinaczający znaczenie. Od dwóch tygodni prawie nic nie napisał. Wciąż widział obraz tej dziewczyny, wyłowionej z kanału. Leżała wtedy na kupie gnoju. Jej twarz była fioletowa, śliska, gładka. Szyja opleciona wodną trawą. Zgniłe palce ociekały szlamem. Nic jej już nie wiązało z tym światem, i tylko język, purpurowy, spiczasty, wydawał się lekko drżeć, wystając z sinych warg. Ktoś z gapiów z litości rzucił na jej obnażoną waginę brudny, popruty pled. Jeśli była samobójczynią, czekała to ciało topielicy jeszcze surowsza kara: wystawienie na lżenie – plucie i pomyje – i gnicie w anonimowym dole bez należytego pochówku. 

Od dwóch tygodni prawie nic nie napisał. Wyjadł wszystkie włochate morele z patery, popił mogunckim winem i w żołądku poczuł wilgotne dni. 

„Poczekam, aż wśród szklistych promieni wzejdzie Syriusz” – pomyślał. W jego głowie wciąż panował zamęt; ranki, o ile były pogodne, poświęcał kuracji słonecznej: lubił słuchać, jak z kleistych, nabrzmiałych torebek sypią się nasiona. Poczta pochłaniała popołudnia, wieczorami zaś głaskał nawoskowane stronice zupełnie pustych kartek. 

Całe dnie spędzał pod oknem i bawił się puszystym grzbietem Empirii – swawolnej kotki, niby kłębkiem włóczki. W sypialni słuchał czubatego, pstrego ptaszka w klatce, który wywodził gwizdy i przepiękne trele.  

Zawijał się w mokre prześcieradło, udając mumię; cienką skórą wchłaniał napary z dziurawca, z suszu rumianku, z szafranu oraz z korzenia tropikalnego pieprzu – były to kuracje odchudzające, trzeba jednak przyznać, że z marnym skutkiem. Bo wciąż tył i tył. Kazał zasłonić zwierciadło krepą, żeby nie oglądać swojego sflaczałego ciała, kiedy mydlił się w balii. 

 

2. Mistyk 

 

Aleja wiekowych dębów. Wielkie pióropusze chmur chrobotały o sięgające nieba gałęzie. Żwir chrzęścił. Na falujących polach trwały sianokosy. Jakiś błyskający sierp rozciął motyla na pół – skrzydełka opadały, niby płatki. W glinianym dzbanku kisło mleko, a w wiklinowym koszyku, pod białą serwetą, topniało masło i wsiąkało w chleb. Pachniało rozgniecionymi badylami pod kołami wozów: intensywna woń soku łąkowej trawy. 

Emanuel Swedenborg zastanawiał się dlaczego miąższ orzecha jest tak pięknego, czysto mlecznego koloru. Wstydził się własnej niemocy. Tracił słuch, wzrok, smak, węch – i tylko dziwił go dotyk, zmieniająca się faktura powierzchni, żywa skóra przedmiotów i rzeczy, ślepa, a jednak wyraźna, z poduszeczkami palców obszytymi senną koronką.  

Księgi porastały trawą, z trudem otwierał grube, twarde woluminy. Z barwnymi iluminacjami. Lubił tę z rozeschłą Arką, po której złuszczały się promienie, a wzniesiony ku stropowi zakwitał bukiet gencjany. Wody tworzyły zamknięte kręgi, spijane krawędziami karty. Zastanawiał się, gdzie wtedy znikał świat: w raju czy w otchłani.  

Po chichocie wygasłych świec, po syku ściskanych knotów pozostawała wokaliza chmur, migocąca ściółka gwiezdnych konstelacji, sypiąca nasieniem z ciemnej sieni kosmosu.  

Miał swoją ulubioną starą rycinę: na stole olejna lampa, ugryzione jabłko, w kącie pogrzebacz i zwinięta łasica, na sztaludze posiwiały kruk, instrument matematyczny zwiększony wzdęciem chaotycznych cyfr, obok maleńki, brunatny diabełek, siedzący na karku dumającego kreatora. 

„Jeszcze tylko szaleńcy beztrosko spędzają czas, gryząc słońce zębate” – pomyślał.  

Ściany komnaty były organiczne, niby wiecznie zapracowane ule. Głos jego zmieniał się, w zależności od pory mokrej lub suchej stawał się chrapliwy lub piskliwy. Schodami raz płynął w górę, to znów turlał się w dół. Wkładał inaczej nocny czepek. Wiedział, że siarka oczyści szkielet. 

Na wiosnę z rozlewisk wyławiał nenufary – potem żelazkiem z duszą prasował je, niby zmiętą koszulę Serafina, której nie potrafił już założyć. 

 

3. Soliptyk 

 

Mgła nie znikała. Trwała niezmiennie. Pochłonęła cały wszechświat – Ziemię i Niebo, i Morze. George Berkeley znał język morza, znał nawyki fal, jednostajne skrzypienie dulek, miarowe pociągnięcia wioseł, podmorskie bębny bębniące, aż do pustynnych przybrzeżnych piasków, wirujące strzępki śniegu, wrzaskliwe mewy. Giętkie, zwiędłe wydmy ssące bryzy i szpik kostny muszli. 

„Nie wytrzymam tutaj, gdzie łoskocą posępne, mroczne, wyjałowione brzegi” – pomyślał.  

W ciągu dnia obcinał knoty lamp, chował się za drzwiami, za obrosłym wilczą skórą klawesynem, za wnękami szaf, za piszczelami przodków w gablocie, za popielatym szlafrokiem z czerwonymi wypustkami. Sprawdzał woń w trąbce kwiatu bez płatków: była niema. 

Pewnego razu umęczony wędrówką zatrzymał się nad klifem. Był odpływ. Dymiły śliskie skały pokryte wodorostami, co naprężały się jak sznury, a wokół inhalacje soli, wyżerające krtanie wiatru, z eremitami krabów na plaży, zamieniały się w struchlały pejzaż.  

Dostał gęsiej skórki zanim nastąpił przypływ, który pokrył pienistą pianką całe wybrzeże; mewy trzepotały skrzydłami na rozkołysanym morzu, rybacy pakowali ryby w wielkie drewniane beczki, płaskodenne kutry szurały po kamykach.  

Zapamiętywał głoski wiatru w wykrotach skał. Echo przynosiło szum i szmer. Nieodwracalne było doświadczenie marności. Starzał się, wracając – kamienistą ścieżką, w kłębach mlecznych mgieł, wizji i zwidów, w porywach wiatru, w wydrążonym pniu nieba, czując ból w krzyżu – w zasnute krajobrazy, po omacku wydeptując chwiejność każdego kroku.  

Po którymś sztormie przybiegł goniec, przeciąg przykleił do okien ażurowe firanki, przypominające pajęczynę: wzywało go przez cieśninę, do Europy, Towarzystwo Wyznawców Światła – miał dać wykład o aurze. A przecież nie wiedział, czym ona tak naprawdę jest. Albo raczej inaczej: wiedział, czym jest, ale nie potrafił jej wyrazić. Tak, jak puenta była słowem z zamulonymi brzegami, tak aura była słowem z przezroczystymi brzegami. Znikał w niej – w tej urwanej linii – pomiędzy lądem, a morzem. 

 

4. Intymista 

 

Co noc dręczył go ten sam sen: wieloryb osiadł na mieliźnie, gapili się na niego rybacy w gumowych płaszczach i kobiety w sukniach z lepkich wodorostów, koła parowca ugrzęzły na płyciznach, wytrzeszczone bulaje szorował lodowaty wiatr, a w środku proteza ręki robiła dokładnie to samo. 

Georges Bataille przesączał się jak tusz przez kartkę papieru i rósł do środka. 

Kiedy matka kładła się do łóżka, jego stopy śpieszyły ku jej stopom, jak szczeniątka. Dotykał jej zapięty aż pod gardło gorset: szorstki, dyszący fiszbinami. 

„Posłuchaj tej piosenki – nuciła ochrypłym głosem – obcinałam śmierci sukienkę, gdy mewy wracały na ptasią wyspę, a śmiech dzieci, rybacy zaplatali w sieci”. 

Ogarnięta manią samobójstwa piłowała pilnikiem ostrza noży, krogulcze pazury widelców, szpilki do włosów, pręty zepsutych parasolek – głowę miała ogromną, napuchniętą od zdublowanych odbić rzeczy (tych, które widziała i tych, które trwały bez niej). 

Poruszał się wokół matki, jak ktoś, kto został dla zwykłej draki wrzucony w istnienie: chyłkiem w sobie, a buńczucznie na zewnątrz. Wchłaniał fluorescencję jej źrenic zasłoniętych rzęsami. Łukowato wygięty  oczekiwał jakiegoś objawienia. Zjawiał się w kolibrze, w wildze, w pawianie, w lotosie, w delfinie, w planet zziajanych kołowrotkach orbit. 

Napełniał się wizjami uzbrojony w reflektory słońca – w czarne promienie, w druty do robótek kości z obłoków wzdętych, jak śnięte ryby. Pod sklepieniem języka wykluwał kukułcze jajo, które podrzucał czemuś, na co na ziemi nie było nazwy. 

Aż wreszcie błona pękła, zaczął wciskać się w piąstki, w nos, w uszy – w łopatki tracące ptasie skrzydła, w nogi tracące grzebieniasty ogon.  

Na długo przed starością szedł ku resorpcji, ku stopionej istności – przygotowany na fuzję, na rozpad słońca, na pierwszą separację, na szum piany w żyłach – na czuwanie duchów z miliona jajeczek słów, z pyłków nieskończoności, wyłuskujące introspektywne oko. 

 

 

Bogdan Nowicki


 

CZYTAJ TEŻ