Marta Majdzik


Do Miasta


 

Odwiedzić Z. w jego Mieście. Jeszcze tam nie byłam. 

— Wstydź się! Stara i głupia! — natychmiast zareagował mój wewnętrzny Funkcjonariusz od utrzymania ładu i składu. Gdyby to zależało od niego, w paszport wbiłby mi pieczątkę: ODMOWA ODLOTU.

Z. — obdarzony talentem i tym rodzajem męskiej urody, który z czasem nabiera intensywności. Był dla mnie jak kolorowa karuzela. Zamiast koników i słoni oferował szamańskie emploi, samczy wdzięk, dobrze zastawiony stół oraz gadżety z historycznych planów filmowych. Pamiątki z roboty.

Góra, dół, góra, dół i raz dokoła. A potem otępiała obojętność zastygła w oczach kolorowych jednorożców. 

A Funkcjonariusz ostrzegał. 

Książkę o Mieście kupiłam kilka lat przed poznaniem Z. Po co? To już nie to Miasto! Jakiś marny zamiennik — myślałam, klikając w przycisk z zieloną obwódką zachęcający: „Kup książkę”. 

Kto wie, może był to jeden z tych okruchów Miasta, którymi niemiecki Schicksal zanęcał mnie, by je zauważyć. Przez moje sny przewijali się rodacy Z., wschodnie mozaiki, słoneczne wybrzeża, na których jeszcze nie byłam. Nazwa Miasta krzyczała na czerwono znad drzwi mijanych lokali z szybkim jedzeniem. A ja konsekwentnie — ślepa i głucha. A. twierdzi, że słabo czytam sygnały. 

W końcu Schicksal, jak to Niemiec starej daty, wyciągnął armaty. Podesłał mi Z. wprost do Norymbergi. Wygrzebałam zalegający gdzieś wśród komputerowych plików zakup sprzed lat. W lekturowym ciągu „odpalałam” jedną książkę po drugiej. Z wielokulturowych kosteczek składałam obraz kraju i ludzi uwikłanych w jego historię. Tuż przed wylotem zdążyłam uzbierać całkiem spory nadbagaż wyobrażeń, inspiracji i oczekiwań. 

Teraz mogłam uciszyć Funkcjonariusza.  

— Nie latam za chłopem! Lecę do Miasta, sierżancie!  

— Obywatelko… — Otarł pot z czoła. — Wy mnie tu w chuja nie róbcie. 

Funkcjonariusza — jak dżina do czarodziejskiej lampy — zassało poza horyzont moich wątpliwości. 

 

Pierwszy spacer po Mieście. Pierwsza kolacja u Z. Na zastawiony stół trafił klucz — fikuśnie zdobiony filmowy gadżet, bohater opowieści o mieszkańcach hotelu. Między oliwki, kiszonki i smażoną rybę wylądował fragment serialowej historii, ale też moja własna bajka o Mieście i fatum, które mnie do niego przyprowadziło. Książka sprzed kilku lat, serial o tym samym tytule i Z. — wszystko splecione w kawałku metalu. 

Schicksal, celebrując zwycięstwo, nalewał rakiję rozcieńczoną sporą dawką soku z cytryny — dla anturażu. Funkcjonariusz też będzie miał chwilę smutnej satysfakcji. Ostrzegał, że Z. stanie się emocjonalnym siniakiem. Nie przewidział, że stanie się również narzędziem losu — tym, który pokaże mi drogę „Do Miasta”. 

 

Kto z nas nie szedł kiedyś do miasta, na miasto, jakby to miasto — Kielce, Włocławek, Kraków, Łódź czy Szczecin — było jedynym miastem na świecie? Tak samo od wieków chodzili i Grecy. Do tego Miasta. Pewnie jeszcze przed Konstantynem. Greckie eis ten polin — fonetycznie „stinpoli” — czyli po prostu „do miasta”, padało zapewne częściej niż jego oficjalna nazwa. 
Potem pod mury ściągnęli Turcy. Wlali się do Miasta. Zrobili wyłom w historii, dziś wyznaczający granicę epok. „Stinpoli” przetrwało — wraz z tymi Grekami, którzy mimo wszystko dalej chodzili do swojego Miasta. 

Z czasem Turcy też zaczęli chodzić „do Miasta” całkiem po grecku. Tyle że z greckiego „stinpoli” zrobili turecki „Stambol”, który w końcu stał się „Istanbulem”. Tak jak z bizantyjskiego półksiężyca i gwiazdy — narodowy symbol, z jemeńskiej kawy — tę po turecku, a z bizantyjskiego dworu — swój własny przepych. Przyjmowali rodacy Z. cudze „dzieci” jak swoje, nadawali im prawa i czynili częścią swojego dziedzictwa. 

Konstantynopol — może i zdobyty w 1453 roku — pokonany został dopiero w 1930, kiedy zniknął z map i dokumentów. Istanbul, not Constantinople — jeszcze ponad dwadzieścia lat później przypominał amerykański przebój. Nazwy nie umierają tak po prostu. 

Prawie sto lat później obraziłam się na koszulkę z napisem „Istanbul”. Dzisiaj, kiedy w końcu zaczęłam pisać o Mieście, dostaję wiadomości od polskich młodzieńców. Informują mnie, że nie ma takiego miasta jak Stambuł — jest Konstantynopol. 

Są momenty, kiedy z chłopcami trzymalibyśmy sztamę. Nie napisałabym nigdy, że Mehmet II zdobył Stambuł. Jednak dzisiaj, zdecydowanie nie jeżdżę do Konstantynopola. I pomimo że sama trafiłabym pewnie wcześniej do Miasta i bez pośrednictwa Z., gdyby nazywało się tak jak jeszcze sto lat temu, tracę cierpliwość przy chłopcach ignorujących upływ niemal siedmiuset lat. Chłopcy nie uderzają w decyzję Atatürka z 1930 r., lecz emocjonalnie i bezkompromisowo nie godzą się na akt przejęcia Miasta w 1453 r. Zaczynam podejrzewać, że za moją reakcją czai się — poza chęcią uwzględniania faktów — zazdrość, że na taką arogancję wobec upływającego czasu mogą sobie jeszcze pozwolić. Ja powoli już coraz mniej. 

 

A może i w czasie inauguracji Miasta w 330 r. byli tacy, którzy po kątach szeptali: 

— Nie ma takiego miasta jak Nowy Rzym, nie ma takiego jak Konstantynopol! Jest Byzantion! 

Pewnie ludzie wtedy byli mniej zawzięci na nazwy, bardziej spragnieni darmowego chleba i zboża, poczucia kosmicznego ładu, w którym uczestniczą, i wyścigów. Wszystko to Konstantyn zaoferował im w gratisie — w zamian za święty spokój i uwielbienie. 

Wielbili go i modlili się do niego o pomyślność swoją i Miasta pod kolumną — jedną z pamiątek wielkiej inauguracji. Na jej szczycie Konstantyn ustawił posąg siebie samego jako wcielonego boga. Czasy były synkretyczne, bóstwa mieszały się, dzieląc ze sobą moce, atrybuty i wizerunki. Konstantyna fascynowały kulty słoneczne: Apolla, Heliosa i Sol Invictusa. Dołączył do nich naukę o Logosie, Chrystusie przedwcielonym, Bogu niosącym światło. I wszystko to zmieszał w swojej podobiźnie ustawionej na kolumnie. Boski Konstantyn — duch opiekuńczy miasta — miał strzec jego wielkości i bezpieczeństwa. Od tej pory to, co rzymskie, stawało się chrześcijańskie — bez wyrzekania się przeszłości. 

Ponoć pod kolumną zakopano też amulety, symbole epokowej przemiany. Wśród nich znalazły się fragmenty Krzyża Chrystusa i Palladion, mityczny posąg Ateny z Troi. 

Dziś Çemberlitaş (Spalona Kolumna) — oczadzona śladami licznych pożarów, obsrana przez gołębie — sterczy jak kikut przeszłości, dopominający się o pamięć dawnego znaczenia. Tam, gdzie Konstantyn ustanowił centrum nowego świata, dzisiaj stoją zaparkowane motory, ludzie wsiadają do i wysiadają z tramwajów, kupują podróbki markowych torebek. Z trudem decyduję się na któreś z ciasteczek, cukrowych cudów świata. 

O wyznaczonych porach zlewają się tutaj głosy muezinów z różnych stron Miasta, a mnie co stragan ściga pytanie: „Where are you from?”. Z Grenlandii — odpowiadam bodaj setny raz, zapytana o to samo. 

Czy z fantastycznej wizji Konstantyna zostało tak niewiele, skoro moje wyobrażenia o Mieście, niemal tysiąc siedemset lat po jego założeniu, zaskakująco zbiegały się z ideą jego twórcy? Pępek świata — tym w mojej głowie był dawny Konstantynopol — i wciąż znajdują się tacy, którzy zażarcie walczą o nazwę Miasta. Chyba trudniej o nią walczyć, gdy się tam mieszka. Z., spacerując po Norymberdze, wzdycha z ulgą. Tam, gdzie ja widzę pustkę, on widzi przestrzeń wolną od straganów i nieustającego nawoływania. 

 

Staję często na schodach prowadzących do Błękitnego Meczetu. Mniej więcej tam, gdzie Konstantyn w cesarskiej loży przy hipodromie inaugurował Miasto. Próbuję usłyszeć tłumy wiwatujące z trybun, które okalały dzisiejszy Sultanahmet Meydanı. 

Myślę o chłopcu z nieprawego łoża — synu Heleny, karczmarki, przez niektórych podejrzewanej o przynajmniej czasowe paranie się prostytucją, przyszłej chrześcijańskiej świętej. O jego ojcu, Konstancjuszu Chlorusie, rzymskim żołnierzu, który w wyniku sprzyjających przetasowań losu dochodzi do godności współcesarza. I choć ma już żonę i inne dzieci, nie zapomina o potomku spłodzonym w przydrożnej karczmie. Ściąga go na dwór Dioklecjana. 

„Wstydź się, bękarcie, z rzymskiego zadupia — gdzie ci na salony?” — kto wie, może Funkcjonariusz, a może nie tylko on, właśnie to sączy mu do ucha. I wtedy Konstantyn snuje opowieść o własnej wyjątkowości i wielkości, dopisuje sobie wyimaginowanych cesarskich przodków, tworzy mit miasta i imperium. I tak jak jego nowy Bóg przemienił słowo w ciało, on przemienia opowieść w rzeczywistość. 

Na „grobie” Licyniusza, szwagra i sojusznika, zbuduje jedną z nich. Obieca szwagrowi ocalenie, a potem go zgładzi. Z człowieka, który jako pierwszy dał wyznawcom Chrystusa równy status, zrobi wroga chrześcijaństwa i poplecznika Gotów. Nie napisze książki „Jak pokonałem Gotów”. Postawi kolumnę. Jej cokół — Kolumna Gotów — do dziś stoi w Parku Gülhane. Pomnik zwycięstwa i pomyślności Fortuny. A dla mnie także pomnik tych, którzy przegrali opowieść. 

Los bywa złośliwy. Konstantyn, ogarnięty szałem, niedługo po pokonaniu Licyniusza niszczy tych, których kocha najbardziej. Skazuje na śmierć własnego syna Kryspusa. Fausta — jego druga, młoda i ambitna żona — oskarża pasierba o próbę uwiedzenia. Gdy nieco później wychodzi na jaw mistyfikacja — a może dowód, że Kryspus nie tylko próbował — Konstantyn równie porywczo zamyka Faustę w rozgrzanej łaźni. I już jej nie wypuszcza. W drodze do władzy zabił teścia (ojca Fausty, zresztą dzięki jej donosowi), dwóch szwagrów, a zaraz potem syna, swojego spadkobiercę, i żonę — nawet jak na starożytne standardy musiało to być trudne do udźwignięcia. Czym można uciszyć podszepty wyrosłego ze starożytnego, a wkraczającego w chrześcijański system wartości Funkcjonariusza? Opowieścią? Narracją wcieloną w Miasto? Miastem — celebracją wygranej? 

Starożytni wiedzieli, jakie koszty niesie zwycięstwo. Krzywda, którą należało zadać, by je odnieść, była wpisana w przestrzeń publicznych rytuałów. Ich ślady przetrwały do dzisiaj w łukach triumfalnych tamtej epoki. Przechodzili przez nie wodzowie i żołnierze po odniesionym zwycięstwie. Były to bramy przejścia: od chaosu wojny do świata, w którym można było znów żyć. Przemoc nie była unieważniana, lecz przekształcana — w pamięć, w porządek, w historię. Pokonani byli obecni jako nieusuwalny cień zwycięstwa, bez którego nie mogłoby ono zaistnieć. 

Konstantyn pójdzie krok dalej. Uczyni siebie chrześcijańskim narzędziem przeznaczenia — woli Boga, która nada sens wszystkiemu. To ona stanie się oczyszczeniem, którego potrzebował bardziej jako chrześcijanin niż jako wyznawca Apolla Heliosa. Zbuduje opowieść o sobie jako wcieleniu Logosu, trzynastym apostole, reprezentancie Boga na ziemi, strażniku kosmicznego ładu — i wpisze ją w architekturę miasta. 

Hipodrom — miejsce, w którym kosmos, władza i lud spotykały się w jednym rytuale wyścigów. Kolumna Konstantyna — oś świata, nieruchome centrum, punkt, w którym kosmos zakotwiczał się w ziemi. Hagia Sophia — wcielony w architekturę Logos, sens i znaczenie świata. 

Ta ostatnia, wzniesiona na nowo dwa stulecia później przez Justyniana I, stanie się najpełniejszym rozwinięciem idei Konstantyna — Nową Świątynią Jerozolimską. Miasto: Nowe Jeruzalem. Nowa Troja. Nowy Rzym. 

Starożytni lubili płynne przejścia — pragnęli ciągłości. Lecz Konstantyn pragnął także czegoś innego: nowego początku, w którym to, co konieczne, lecz niegodne, pozostaje przed bramą pamięci. Nic nie ucisza Funkcjonariusza lepiej niż nadanie sensu. 

 

W 1106 roku potężna wichura zrzuciła figurę ze szczytu kolumny. Ówcześni ludzie wierzyli w sny, zbierali okruchy zdarzeń — jak archeolodzy ze skorup obraz przeszłości — oni składali z nich wizję przyszłości. Nic nie wydarzało się w próżni. Było wyśnione lub przepowiedziane, przeznaczone. 

Od tego czasu nieuniknione krąży w przepowiedniach i wróżbach upadku Miasta. Winni będą sami mieszkańcy. Ich niemoralność sprowadzi na Miasto zniszczenie. Nawet miasta mają swojego Funkcjonariusza, który obarcza odpowiedzialnością i straszy karą. Zadziwiające, że daje w ten sposób także nadzieję: winę zawsze można odkupić, coś zmienić, przestawić zdarzenia na tory pomyślności. Przed fatum nie ma ucieczki — bez względu na wszystko robi swoje. 

Od 1071 r., od zwycięstwa Turków pod Mantzikertem, pradziadkowie Z. systematycznie wkraczali w terytoria Cesarstwa, wyszarpując dla siebie kawałek po kawałku. Wierzyli w swoje zwycięstwo, a mieszkańców Konstantynopola stopniowo ogarniała wizja zbliżającego się końca. 

W 1453 roku Mehmet II stał się Zdobywcą — po turecku Fatih. Dziś to imię wielu tureckich mężczyzn i nazwa części Stambułu obejmującej obszar zdobywanego wówczas miasta. Zwycięstwo uczyniło Mehmeta czymś więcej: narzędziem przepowiedzianego fatum, wykonawcą scenariusza objawianego w snach i wizjach od wieków. Zbierał je i wplatał we własną opowieść o Mieście, tak jak Konstantyn pragnął ciągłości i boskiego namaszczenia. 

Miasto miało upaść. Bizantyńczycy wierzyli, że nic nie mogło zdarzyć się bez boskiego pozwolenia. Już samo zwycięstwo stawało się znakiem Bożej łaski. Sam Mehmet nazwał siebie Cesarzem Rzymu — Kayseri Rum. Nie zmienił nazwy miasta ani nazwy Hagii Sophii, nie naruszył jej monumentalnej obecności. Nie uczynił Miastu tego, co później zrobiła Republika Atatürka — nie odebrał mu stołecznej pozycji. Przejął status i bizantyńską ideologię władzy. Çemberlitaş i Kolumna Gotów to symbole, które do dziś przypominają o bizantyńskich śladach w Mieście. Na miejscu pierwszego konstantyńskiego cesarskiego pałacu Mehmet wzniósł własny — Topkapı. 

Zupełnie inaczej postąpi Atatürk — prorok nowej ery. Nie potrzebuje snów, znaków, ciągłości. Potrzebuje idei oderwanej od boskiej opatrzności. Odetnie się od Imperium, języka, tradycji i religii. Ofiarą tego cięcia padnie Konstantynopol — zdegradowany, odsunięty na boczny tor politycznych zawirowań, wreszcie anulowany i przemianowany. 

 

Stambuł (nie Konstantynopol). Po drodze z lotniska czerwone flagi z półksiężycem i gwiazdą — jak znaczki pocztowe — sygnowały każdy kadr: łopotały na wietrze, w balkonowych doniczkach, przyklejone do okien. W różnych formatach: od maciupeńkich po takie na pół horyzontu. Jakby to nie tylko były entuzjastyczne „okrzyki” jeszcze nowego — bo zaledwie stuletniego — republikańskiego ładu, ale znaki przynależności: jest takie miasto jak Stambuł i to jest nasze miejsce. 

Nawet Z. miał potrzebę przekonywania mnie, że zdobycie Konstantynopola przez Turków nie było najgorszym, co mogło się Miastu przydarzyć. Wychowywał się między Stambułem a Monachium — między szkołą, w której 1453 r. był końcem, porażką i uzurpacją, a tą, gdzie był początkiem i chwałą. Miał potrzebę tłumaczenia swoich rodaków. A może to Atatürk odciął ich nie tylko od Imperium, języka i religii, ale od poczucia ciągłości, która daje ukojenie i nie wymaga rozgrzeszenia? Teraz trzeba budować je na nowo — flagami, pomnikami, patriotyzmem. Zapomniał Ojciec Turków, że odciąć się wcale nie jest tak łatwo. 

Patrzę na półksiężyc i gwiazdę na czerwonych flagach. Symbol Hekate, bogini Księżyca i Artemidy — boskich patronek Byzantionu, obecny od najdawniejszych czasów na pieczęciach Miasta. Półksiężyc i gwiazda — to pewnie także z nimi na chorągwiach wkraczały do Konstantynopola oddziały Mehmeta II. Symbol, który z czasem stanie się znakiem Turków i ich nowoczesnej republiki. 

A może to znak opowieści, która buduje sens nawet na największych ruinach — nie tylko Miasta. Tam, gdzie Funkcjonariusz nie ma litości. 

 

 

 Marta Majdzik


 

CZYTAJ TEŻ