Karolina Felberg


Powroty dzikości


 

Wstyd społeczny  

W pewną niedzielę, 15 czerwca 1952 roku, ojciec dwunastoletniej Annie Duchesne chwycił za toporek do drewna i nieomal zabił jej matkę. Przyczyną niedoszłej zbrodni była  zwyczajna kłótnia przy obiedzie. 

 

Z czasem tamta niedziela stała się jakby filtrem pomiędzy mną a wszystkim, co przeżywałam. Bawiłam się, czytałam, zachowywałam się jak zawsze, lecz tak naprawdę mnie tam nie było. Wszystko stało się sztuczne. Zaczęłam mieć problemy z nauką, choć wcześniej wystarczyło, żebym raz coś przeczytała. Zawieszona w próżni nadświadomość zastąpiła nonszalancję uczennicy ufnej w swoje zdolności.  

Tamtego wydarzenia nie da się ocenić. Ojciec, który mnie uwielbiał, chciał zabić matkę, która też mnie uwielbiała1 – stwierdziła Annie Ernaux w autofikcji „Wstyd”.  

 

Zdarzenie to raz na zawsze odmieniło jej rzeczywistość. Annie uznała, że ponowny atak na matkę jest tylko kwestią czasu. Żyła więc w ciągły napięciu:  

 

Mam wrażenie, że miesiącami, wręcz latami czekałam na powrót tamtej sceny. Przekonana, że się powtórzy. Czułam się pewniej w obecności klientów, bałam się chwil, kiedy zostawaliśmy we trójkę, wieczorów i niedzielnych popołudni. Czujnie reagowałam na każdy podniesiony głos. Obserwowałam ojca, jego twarz, dłonie. W zapadającej znienacka ciszy wietrzyłam zapowiedź nieszczęścia. W szkole zastanawiałam się, czy przed moim powrotem do domu nie dojdzie do tragedii. 

Kiedy zdarzało im się okazywać sobie czułość – uśmiechem, porozumiewawczą miną czy żartem – miałam wrażenie, że wróciłam do czasów sprzed tamtego wydarzenia. Jakby to był tylko „zły sen”. Lecz chwilę później zdawałam sobie sprawę, że ten przejaw uczuć miał sens tylko w momencie, w którym się wydarzył, że nie daje żadnej gwarancji na przyszłość2

 

Ze zwykłej nastolatki stała się nagle domową Kasandrą – wieszczką, która antycypuje zdarzenia w tym sensie, że doskonale orientuje się w tym, co się dzieje. Rozumie więc konsekwencje. Tamtej niedzieli Annie zaczęła żyć realnie – bez iluzji oraz projekcji na temat rzeczywistości:  

 

Objawienie zasad panujących w moim dwunastoletnim życiu niepostrzeżenie spada na mnie nieuchwytnym ciężarem, czuję się uwięziona niczym we śnie. Słowa, które znajduję, są nieprzejrzyste, są niczym głazy – nie do ruszenia. Pozbawione wyraźnego obrazu. Pozbawione znaczenia, nawet tego, które daje słownik. Bez transcendencji, bez towarzyszących im marzeń są jak materia. To słowa użytkowe, nierozerwalnie związane z rzeczami i ludźmi mojego dzieciństwa, słowa, którymi nie umiem się bawić. Tablice z przykazaniami3

 

W dodatku Annie przestała czuć się w szkole „u siebie”. A w odróżnieniu od kuzynek, uczęszczała do prywatnej placówki katolickiej. Jej niezamożni rodzice zdecydowali, że będzie jedynaczką, bo pragnęli dla niej lepszego życia. Inna rzecz, że z tych samym powodów przyszła pisarka mogła w ogóle się nie narodzić. Przed drugą wojną światową państwo Duchesne mieli bowiem inną córeczkę. Zmarła im jednakowoż we wczesnym dzieciństwie. Jej nieoczekiwana śmierć stanowiła dla Annie jedyną szansę na bycie spłodzoną i urodzoną. To pierworodna – gdyby nie umarła – skończyłaby katolicką szkołę prywatną. Ciekawe, kim by się stała?  

Po tamtej niedzieli Annie nie potrafiła już odnaleźć się wśród uczennic z tak zwanych dobrych domów. Choć przecież dotąd garściami czerpała ze wszystkich przywilejów prymuski, którą faktycznie była. Nagle jednak coś się zmieniło: 

 

Przestaliśmy zaliczać się do kategorii porządnych ludzi, tych, co nie piją, nie biją, a wychodząc do miasta, ubierają się jak należy. Co z tego, że na początek roku szkolnego kupowano mi nowy fartuszek, że miałam piękny modlitewnik, że byłam najlepsza ze wszystkich przedmiotów i odmawiałam modlitwy? Przestałam być jak inne dziewczyny z klasy. Zobaczyłam coś, czego nie wolno mi było zobaczyć. Wiedziałam to, czego w społecznej niewinności katolickiej szkoły nie powinnam była wiedzieć, co po cichu spychało mnie do obozu tych, którzy przez przemoc, alkoholizm czy zaburzenia psychiczne stawali się pożywką dla historii kończonych słowami: „Żałość bierze, jak się na to patrzy”4.  

 

Annie uznała, że stała się niegodna szkoły katolickiej – „jej doskonałości, jej cnót”. Zaczął się dla niej „czas wstydu” za niedorastanie do społecznej normy. Ten wstyd społeczny, choć niezawiniony, trwale ją straumatyzował. Rozumiemy to, bo znamy z autopsji. Jednak w zależności od tego, gdzie i kiedy dorastaliśmy, wstydzimy się różnych rzeczy i stanów. Wstyd to główny regulator reprodukcji społecznej we wszystkich stanach i klasach. Nie znają go tylko ludzie dzicy – szczęściarze.  

Zasadniczo są dwa rodzaje wstydu. Pierwszy, powiedzmy – osobisty, to wstyd za coś, co się zrobiło. Przyłapana na podbieraniu rodzicom gotówki – wstydzę się, przepraszam i obiecuję poprawę. W pewnym sensie jest to wstyd sprawiedliwy. Drugi – to ten, który wyżej nazwałam „społecznym”. To wstyd zupełnie innego rodzaju. Bo dlaczego właściwie dzieci wstydzą się pijanego ojca? Dlaczego dziewczyny wstydzą się gwałtu, którego doświadczyły? Dlaczego mężczyźni wstydzą się bezpłodności? Dlaczego osoby starsze wstydzą się własnych ułomności? Wstyd społeczny to nie jest wstyd za własne zachowanie – to wstyd WOBEC wspólnoty, która stawia wysoko poprzeczkę. A wspólnota, w zależności od tego, jakie się zajmuje w niej miejsce, może wymagać od jednostki bardzo różnych rzeczy. Na przykład  doskonałości, wybitności, normalności, przeciętności, świętości, czystości, przydatności, ofiarności, posłuszeństwa, karności. Żołnierz powinien zginąć za ojczyznę, matka poświęcić się dla dzieci, a dziecko słuchać rodziców.  

Wstyd społeczny nie jest sprawiedliwy. 

Tyran, który zrzucił bombę atomową, rozpoczynając w ten sposób zimną wojnę – wojnę niemożliwą do zakończenia, nie został z tego powodu zawstydzony przez opinię światową. Natomiast tyran, który chciał posiąść broń jądrową, nie dość, że latami był pedagogizowany wstydem, a w końcu zapłacił życiem za te dążenia. Jednym dzieciom pozwala się spać do południa, a inne nazywa się z tego powodu gnuśnymi, niedobrymi, leniwymi, nieposłusznymi. Niektóre dziewczęta mogą sypiać ze swoimi chłopcami przed ślubem, a inne zostałyby za podobny występek ukamienowane. W niektórych krajach osoby nieheteronormatywne mogą okazywać sobie czułość publicznie, a w innych nie. W zależności od towarzystwa – zawstydzające może być zarówno picie alkoholu, jak i abstynencja. Pamiętam czasy, kiedy paleniem papierosów dodawałam sobie szyku i szpanu. Ale w covidzie zaczęłam palić po krzakach i bezdrożach – jakoś głupio było to robić WOBEC…  

Wstyd jest potężnym i arcyskutecznym narzędziem społecznym, politycznym, kulturowym i symbolicznym. To narzędzie (o)presji. Czysta przemoc. W dodatku w białych rękawiczkach.  

A we wstydzie najgorsze jest przekonanie, że tylko ty go odczuwasz5 – dopowiada Annie Ernaux. Wstyd osamotnia jak nic innego. W bólu, cierpieniu, stracie – zwykle znajdą się ludzie gotowi do pomocy. We wstydzie jest się samemu WOBEC tego, co realne.   

Strach, gniew, euforia, szał dezintegrują, ale wstyd społeczny to cierpienie wykluczające. Separujące od wspólnoty. Osoba zawstydzona samotnie niesie swój ciężar. Wytrzymanie tej sytuacji kosztuje ją wiele sił oraz zdrowia.  

 

Do egzaminu diecezjalnego – powiada Ernaux – przystąpiłam jeszcze osłupiała, więc ku zdziwieniu i rozczarowaniu pani L. dostałam tylko ocenę „dobrą”. Było to w następną środę, 18 czerwca6

 

Pewnie niejedna dziewczynka mogłaby szczycić się tak wysoką oceną, ale dla Annie Duchesne i dla mnie, kiedy byłam dwunastolatką, nota niższa od „celującej” lub choćby „bardzo dobrej” była powodem do wstydu.  

 

Wstyd społeczny po polsku  

Oida to właśnie wstyd WOBEC. Będzie oida na całe miasto, jeśli odwołasz ślub w ostatnim momencie, oida będzie na całą wieś7, jeśli rozwiedziesz się z mężem – słyszą bohaterki autofikcji „Oida” Marty Michalak. Narobić oidy można rzecz jasna znaczenie łatwiej – wystarczy ubrać się niestosownie do okoliczności albo kosić trawę w dzień pański. Lecz co gorsza – brak dzieci to także powód oidy na całą wieś, a z kolei zbyt duża gromadka dzieci to oida na co najmniej pół miasta.  

W jednych rodzinach pierwsza miesiączka to święto. Tatuś zabiera swoją małą kobietkę na wielkie lody, a potem kupuje jej pierwszą „dorosłą” sukienkę. W innych – oida i źródło wielu kolejnych oid.  

 

Wykładów o tym, czego dziewczynce nie wolno w te dni – pisze Michaluk – wysłuchiwałam od dziesiątego roku życia, gdy pewnego grudniowego popołudnia wezwałam ją do łazienki i z dumą zaprezentowałam zawartość swoich majtek. Matka zbladła, że to już, i po patrzyła na mnie ze współczuciem, które dopiero po latach przyszło mi zrozumieć, a za razem ucieszyła się, że zyskała towarzyszkę konspiracji w zdominowanym przez mężczyzn domu. Nasze okołomenstruacyjne praktyki przypominały działania struktur przemytniczych: kupowane dyskretnie podpaski i watę ukrywałyśmy na dnie siatki, a po przeszmuglowaniu do domu chowałyśmy w szafie na korytarzu, bo w łazience od razu zostałyby namierzone. Temat moich bolesnych miesiączek, które nieraz wymagały nocnej wizyty na pogotowiu, funkcjonował pod kryptonimem babskich spraw, o których nie opowiada się braciom. Dwadzieścia lat później braciom nie opowiada się o moich dalszych komplikacjach. Jeśli w ogóle o nich wiedzą, to od swoich żon, i nigdy nie dają tego po sobie po znać. 

Tylko raz, w sytuacji wyjątkowo awaryjnej, gdy obie byłyśmy chore, matka po długich pertraktacjach powierzyła misję zakupu podpasek ojcu. Wrócił z apteki czerwony na twarzy i oznajmił, że w życiu takiego wstydu nie przeżył, bo w aptece spotkał znajomego. W swym upokorzeniu milczał przez następne dwa dni8.  

 

Bohaterka „Oidy” nie może zajść w ciążę. Walczy o dziecko jak lwica, ale i tak je traci. I to też jest, rzecz jasna, oida. Jej matka podejrzewa zresztą, że córka nie miałaby takich problemów, gdyby nie używała tamponów. Sama zdołała przeflancować się tylko z waty na grube podpaski. A to i tak była rewolucja w jej życiu.   

Symptomatyczna jest opowieść Marty Michalak. Niezwykle wiarygodna. Dlatego wkurza mnie, kiedy osoby, które tak „nie miały” (w tym wypadku – faceci i córeczki fajnych tatusiów), narzekają, że ile można o tych okresach, wstydach wiejskich, małomiejskich, a nawet miejskich oraz awansach poprzez emancypację.  

Oida to czysta niesprawiedliwość. Używa się jej do temperowania podległych, zależnych, bezsilnych, wykluczonych, słabych itp. Świetnie, że doczekała się gatunku, który ją demaskuje, dekonstruuje, obnaża. Kto nie chce – niech nie czyta.  

 

Literacki bezwstyd  

Literatura pisana wbrew temu, co ludzie powiedzą, a nawet z intencją zrobienia oidy na całą wieś, to jedna z możliwych taktyk autonarracyjnych. Zwykle znajduje wyraz w prozie autofikcjonalnej – z pewnością jednak można ją uprawiać na wiele innych sposobów.  

 

Zawsze miałam ochotę pisać takie książki – konkluduje Ernaux – o których potem nie będę w stanie rozmawiać, po których ludzkie spojrzenia staną się nieznośne. Lecz jak wielki wstyd musiałby wyniknąć z napisania książki, by równać się z tym, który przeżyłam w dwunastym roku życia?

 

No właśnie. Najtrudniej z własną historią wraca się do domu. Odyseusz odwlekał ten moment wiele lat, choć wszyscy czekali na powrót bohatera. Na opowieść Ernaux o dzieciństwie i młodości w normandzkim miasteczku nikt w Yvetot nie czekał. Po co gadać o tym, jak było? Po co wracać do przeszłości? To dlatego kobiece historie tak trudno odnajdują wyraz w męskocentrycznej kulturze. Nie są oczekiwane. Nie krzepią – jak opowieści o bohaterskich czynach. A przecież każdego dnia przeżywamy dziesiątki zawstydzeń, które – opowiedziane – wyjawiłyby więcej z tego, jacy naprawdę jesteśmy niż zakrojone na szeroką skalę badania antropologiczne.  

Przykładowo – chleb. Jestem wnuczką Heleny, która przeżyła dwie wojny światowe i chociaż całe życie była bardzo zamożną gospodynią, po posiłkach zbierała wszystkie okruszki chleba i wrzucała je do karmy dla zwierząt. Nigdy nie widziałam, by wyrzuciła choć jeden ułomek do śmieci. Z czasem moim rękom oraz sumieniu udało się uwolnić od poczucia winy za nieczynienie znaku krzyża nożem na chlebie przed rozpoczęciem każdego nowego bochenka – nigdy natomiast nie uniknęłam zawstydzenia, wyrzucając chleb do kosza. Na szczęście w Warszawie mam osobę, której przekazuję niezjedzony przez moją rodzinę chleb. Przeżywam jednak wstyd związany z chlebem w moim podlaskim domu, gdzie nie znalazłam (jeszcze) takiej osoby. Jeden z moich domowników ma bowiem w zwyczaju niedojadanie chleba. Właśnie chleba! Po każdym posiłku zostawia sobie „na potem” jeden gryz. Pod koniec dnia talerzyki z resztkami trafiają do lodówki, bo ponoć kolejnego dnia zostaną dojedzone. Po kilku kolejnych dniach nienadające się już do jedzenia gryzki lądują w koszu na śmieci, wywołując we mnie frustrację za ten wstyd, który muszę w takich razach poczuć i jakoś przeżyć.  

Dlaczego mój bliski robi mi to? Ponieważ pozostawiając odrobinę jedzenia na talerzu unika wstydu związanego z dojadaniem do końca. Tak, pamiętam, że w dzieciństwie także i mnie uczono, by zawsze zostawić co nieco na talerzu – na dowód, że nie jestem na tyle biedna czy zachłanna, by pochłonąć całą porcję. Najtrudniej było w te niedziele, w które udawaliśmy się do restauracji na dewolaja z frytkami (serwowanego obecnie w większości warszawskich knajp jako kurczak po kijowsku). Uwielbiałam to danie i nie chciałam zostawiać ani frytek, ani mięska. Dla odmiany – surówkę musiałam obowiązkowo zjeść do końca. No ale z drugiej strony nie chciałam wyjść na pozbawionego dobrych manier obżarciucha – każdorazowo więc zostawiałam. Szczęśliwie wyrosłam z tego idiotycznego wstydu. Od lat biorę na talerz tylko to, co faktycznie chcę zjeść. Nie przeszkadza mi wycieranie talerza chlebem ani dopijanie zupy bezpośrednio z naczynia. Bylebym nie musiała wyrzucać jedzenia, bo mnie to bardzo zawstydza.  

Tymczasem część mojej rodziny ma inaczej. Nie dojada właśnie po to, żeby nie czuć zażenowania. I bądź tu mądry. Historia wstydu rozpada się na miliardy zindywidualizowanych przypadków. Powiedz mi, czego się wstydzisz, a powiem ci, kim jesteś. Każda opowieści o wstydzie to powrót do źródeł naszych lęków, frustracji, niespełnień i fobii. Oidy z kolei więcej mówią o naszych wspólnotach niż przepisana na daty i statystki wiedza naukowa. Jestem pewna, że gdyby nigdy nie powstały te setki historii spod znaku zwrotu ludowego, Marta Michalak nie mogłaby włożyć w usta swojej bohaterki fundamentalnej prawdy o wstydzie. Takiej oto, że może to nie wstyd wylosować wiejską kartę. Może wstydem jest się jej wstydzić. Otóż to. Dlatego tak potrzebujemy autofikcji. Mogą nas nudzić, ale są nam po prostu niezbędne. Bo w gruncie rzeczy opowiadają o różnicach i barierach, które sami (sobie) ustanawiamy. Nie rozumiejąc ich pochodzenia, pozostajemy niebywale podatni na rozmaite manipulacje i socjotechniki.  

Wolność od wstydu to jeden z najcudowniejszych stanów. Bezwstyd to powrót do dzikości – do siebie samego sprzed momentu utraty niewinności, z którą rodzimy się, i którą tak szybko sobie nawzajem odbieramy. 

  

 

Bibliografia:

1. Annie Ernaux, „Powroty”, przeł. Anastazja Dwulit, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, s. 13. 

2. Tamże, s. 14

3. Tamże, s. 41-42.

4. Tamże, s. 66.

5. Tamże, s. 67.

6. Tamże.

7. Marta Michalak, „Oida”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2024, s. 27 i 21.

8. Tamże, s. 38.

9. Annie Ernaux, dz. cyt., s. 79.

 

 

Karolina Felberg


 

CZYTAJ TEŻ