Wybrany kwiat wiśni


 

 Piękno japońskiej scenerii jest czymś kompletnym, bo
do rozpoznania wymaga kontekstu.
 
Donald Richie 
„Morze Wewnętrzne” 

 

 

 

na powierzchni dwudziestu trzech  
tysięcy kilometrów kwadratowych 
szukałem płatka, który opadł  
piętnaście lat przed erą kwiatów 

Wiosną ubiegłego roku spędzałem czas na wyspie Yuge na Morzu Wewnętrznym. Zajadałem się smażonym tofu i popijałem mętne nigorizake w towarzystwie mojej żony. W pewnym momencie zapatrzyłem się we wnętrze kieliszka choko, wypełnione mlecznobiałym płynem z drobinkami ryżu. Napój przypominał rzekę Shō i nasze początki w Kraju Kwitnącej Wiśni — pierwszy dzień na japońskiej prowincji. 

 

1.Biel

 

Zobacz, jak na Islandii! 

Co takiego? 

Woda, tam na dole, wygląda jak z lodowca. 

Powiodłem oczami po dnie doliny, gdzie na szerokości kilkudziesięciu metrów płynęła mlecznobiała rzeka. Budziła skojarzenia ze spienionym wodospadem Öxarárfoss z naszej pierwszej wspólnej podróży na ukochaną przez żonę Islandię. 

Widzisz Arletta — tu też możesz znaleźć coś dla siebie. 

Na przełomie marca i kwietnia podróżujemy do Ogimachi, wioski położonej w dolinie rzeki Shō w górskim regionie Shirakawa-Gō. „Shirakawa” oznacza dosłownie „biała rzeka”, tym samym odnosząc się do wód Shō, zawdzięczających swoje ubarwienie bogatym w minerały źródłom termalnym, wybijającym spod pobliskiej góry Haku. Podania ludowe łączą ten uśpiony wulkan i zarazem jeden z trzech świętych szczytów Japonii z reprezentacją wody i życia, ponieważ u jego podnóża ożywają strumienie wszelkich rzek obszaru Shirakawa-Gō. Gra ognia i wody, swoisty kontrapunkt dla melodii tego miejsca, rezonuje z nami tak mocno, że okolica wydaje się znajoma.  

Wiesz, że jesteś świrem? 

Co? Dlaczego? 

Świrujesz Macieju — widzę to po tobie; widzę, jak patrzysz na Japonię. Moim zdaniem jesteś azjatyckim świrem. 

Azjatyckim świrem? Podoba mi się. 

Po Japonii poruszamy się wynajętym samochodem. Mój plan, aby w pierwszym dniu przejechać ponad trzystukilometrowy odcinek trasy w kraju z ruchem lewostronnym, brutalnie weryfikuje rzeczywistość. Po drodze mijamy samochód po dachowaniu. Wypadek musiał zdarzyć się całkiem niedawno, ponieważ zator na jezdni wygląda na świeży. Spoglądam przez boczną szybę Nissana i dostrzegam szczątki SUV-a leżącego w rowie. Widok ten odbiera nam mowę. Przełykam ślinę, próbując bardziej skupić się na jeździe. Nigdy w życiu nie widziałem podobnego wypadku. 

Na zewnątrz jest jeszcze widno, gdy dojeżdżamy na miejsce. Witają nas dywany śnieżnobiałego puchu rozłożone wzdłuż jezdni. Chłodne powietrze doliny daje o sobie znać, dlatego szybko kierujemy się do celu, jakim jest nocleg w tradycyjnym ryokanie. 

O ryokanach mówi się, że są to najstarsze udokumentowane rodzaje hoteli na świecie. Słyną z omotenashi — sztuki japońskiej gościnności — owocu kultury pielęgnowanego przez wieki. W jakimś sensie to lustrzany odpowiednik polskiej gościnności: „Gość w dom, Bóg w dom”. Różnica polega na tym, że filozofia, którą można zawrzeć w słowach: „Z całego serca dbać o gości”, odnosi się do wszystkich aspektów życia społecznego Japonii. Dlatego nie dziwię się, gdy przed wejściem do ryokanu drzwi frontowe rozchylają się, a w progu wita nas mężczyzna ubrany w czarny uniform. „Lokaj” — myślę. 

Nomura Takuya, właściciel — kłania się uprzejmie. 

Ze zdumieniem na twarzy odwzajemniam gest. Nie mogę uwierzyć, że wita nas sam właściciel obiektu. 

Którym autobusem przyjechaliście? — pyta poprawną angielszczyzną, co potęguje moje zaskoczenie. Japończycy nieczęsto umieją płynnie rozmawiać po w tym języku. 

Autobusem? — dopytuję. — Przyjechaliśmy samochodem. 

Samochodem? — Takuya kręci głową nieprzekonany. — Nie widzę bagażu. 

Jest w aucie. 

Sokka — odpowiada, co można odczytać jako: „rozumiem”. — W takim razie pomogę. 

Tym razem to ja nie jestem przekonany. 

Ale to trzy ciężkie walizki… 

Nie szkodzi — ucina, machając otwartą dłonią na wysokości twarzy. W jego spojrzeniu dostrzegam serdeczny uśmiech. 

Nie wkładając wierzchniego odzienia Japończyk przekracza próg domu i podąża za nami na parking. Wypakowując walizki nie zdążam spostrzec, jak mężczyzna łapie za bagaż.  

Mogę pomóc… 

Nie trzeba — ucina ponownie. 

Mężczyzna lekkim krokiem zanosi walizy do środka. W przedsionku genkan ściąga obuwie, wchodzi na stopień i z podwyższenia zaczyna na klęczkach czyścić koła bagażu. Trwamy tak dobrą chwilę, aż w korytarzu nie pojawią się pozostali domownicy: kobieta z dwójką chłopców. 

Nomura Yuki, bardzo mi miło — kobieta przedstawia się, uśmiechając życzliwie. — Żona Takuya-san. 

Wymieniamy głębokie powitalne ukłony. Pochłonięty pracą Takuya nie odwraca wzroku od czynności, którą wykonuje bardzo starannie. 

Na który autobus się zdecydowaliście? — pyta poprawnie po angielsku Yuki. 

Autobus? — „Dlaczego znowu autobus?”, myślę. — Przyjechaliśmy samochodem. 

Samochodem? — kobieta szeroko otwiera oczy. — Nieczęsto to się zdarza. 

Nieczęsto? — dopytuję. 

Tak. Turyści zwykle podróżują do Shirakawa-Gō autobusem. To dla nas nowość. 

Yuki-san — napomyka Arletta — w drodze widzieliśmy wypadek. Czy to może być przyczyną? 

Niekoniecznie — odpowiada właścicielka — Japończycy jeżdżą bardzo ostrożnie. To przyjazny kraj dla kierowców. Być może ludzie boją się samych zasad. Jest ich naprawdę wiele… 

Sokka — puentujemy jednomyślnie. 

Po chwili kobieta przeprowadza nas do pokoju obok i zapala w nim światło. Lampy rozświetlają minimalistycznie wykończoną salę, z rozłożonymi pośrodku stołami, bardzo klasycznie urządzoną jak na Japonię. 

Znajdujemy się w jadalni — wyjaśnia Yuki. — To tutaj odbędzie się dzisiejsza kolacja, proszę pamiętać, że zaczyna się o osiemnastej. 

Wchodzimy w korytarz. Moją uwagę skrada wyjątkowo piękna część pomieszczenia z przeszklonymi do połowy ścianami zewnętrznymi. Okna odsłaniają widok na wąski przesmyk placu z gęsto rosnącą górską roślinnością. Ogród imitujący dzikość doliny Shirakawa-Gō w rzeczywistości wygląda na bardzo wypielęgnowany. W pozornym chaosie dostrzegam porządek. 

Jeśli potrzebujecie się napić — Japonka tłumaczy, wskazując na podokienny zlew — z kranu płynie filtrowana woda z rzeki… 

W tym samym czasie rozbrzmiewa dźwięk syreny alarmowej. Jest na tyle głośny i nieprzyjemny, że budzi jednoznaczne skojarzenia. Niepewni spoglądamy z Arlettą po sobie. 

Proszę się nie przejmować — kobieta uspokaja nas. — To sygnał dźwiękowy odstraszający turystów od zbliżania się do Shō. Mieszkańcy Shirakawa-Gō niezwykle dbają o jej czystość. To z rzeki czerpiemy wodę do codziennego życia, jest dla nas bardzo ważna. A jeśli o wodzie mowa… 

Kobieta prosi, abyśmy przeszli dalej. W końcu korytarza zatrzymujemy się przy uchylnych drewnianych drzwiach. Prześwity zdradzają, poprzez kłębiącą się z nich parę wodną, że tutaj mieści się serce ryokanu. 

Za moimi plecami znajduje się onsen — konkluduje Yuki. — Mogą państwo z niego skorzystać w każdej chwili, jest całkowicie prywatny… Czas pokazać pokój. 

Wracamy przeszklonym korytarzem i przystajemy w miejscu, gdzie dwie pary schodów rozchodzą się w przeciwnych kierunkach. Wcześniej nie zwróciliśmy na nie uwagi. Stopnie jednych wyglądają na nowe i jak stwierdza Yuki — te prowadzą do domowej przestrzeni rodziny Nomura; drugie posiadają wyraźne ślady użytkowania. Z zagłębień w stopniach staram się wyczytać ich wiek. Właścicielka, jakby ubiegając moje myśli, mówi: 

Te schody prowadzą do najstarszej części budynku, która ma blisko sto czterdzieści lat. To właśnie w tej części znajduje się państwa pokój. 

Stopnie poskrzypują. W tym dźwięku wychwytuję znajome nuty nostalgii: dziecięce lata spędzone na wsi w rodzinnej wiosce taty, spacery nad rzeczkę, mokre od wody stopy i schody prowadzące do domu dziadków, przecież niezbyt wiele różniącego się od ryokanu państwa Nomura. Drewniane ściany, zapach drewna, strzecha pokrywająca dach i ciepło pieca… Pierwsze wrażenie, jakie robią na mnie Japończycy, tylko potwierdza, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. W polskiej przestrzeni publicznej nieczęsto spotykam się z tą opinią. Częściej słyszałem ją od napotkanych mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. W zasadzie w wiosce Ogimachi nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, nic, co wykraczałoby poza zwykłe przejawy ludzkiej życzliwości. Natomiast gościnność państwa Nomura przypomniała mi ciepło unoszące się z pieca rodzinnego domu taty. Ciepło rodzinnych stron— 

nie ma dwóch takich samych 
powrotów – recto – rozlała się tęsknota 
za wiewiórką, która spadła z sosny 
w miejscu zardzewiałego płotu, rzeczki 
i zatopionego czołgu— 

Z zadumy wybija mnie pytające spojrzenie Arletty. Yuki gestem zaprasza, abym jako pierwszy przeszedł przez rozsunięte panele fusuma. To częsty zwyczaj odnoszący się do mężczyzn, tak bardzo różny od polskiego, w którym pierwszeństwo przejścia przypada kobiecie. Zaprzeczając tutejszym standardom, przepuszczam w drzwiach Arlettę. 

Naszym oczom ukazuje się washitsu, tradycyjna sypialnia pokryta tatami. W centrum rozłożono dwa materace futon, a obok postawiono przenośny piec gazowy. Na przeciwległym krańcu pokoju, za uchylonymi przegrodami shoji, znajduje się drewniany taras z wysokimi oknami i przepiękną panoramą na rwący nurt rzeki Shō. Z balkonu dostrzegam ogród herbaciany z centralnie położonym stawem pełnym kolorowych karpi koi. Zauważam, że tatami jest miejscami zapadnięte. Kobieta, jakby dostrzegając moją troskę, stwierdza: 

W zeszłym roku dom przebył gruntowną renowację. Odnowiono tatami, ale trudno było przywrócić do życia stropy… — przerywa, z troską w oczach wpatrując się w zapadnięte maty. 

Dlatego mam nadzieję, że nie będziecie mieć nic przeciwko temu, że walizki pozostaną w oshiire. To te wnęki, o tam. — Japonka wskazuje na szafy ścienne w rogu pomieszczenia, gdzie złożono nasze bagaże. 

Obok schowka znajduje się kosz ze strojami w stonowanym granacie w delikatne wzory kwiatowe. Arletta rzuca pytające spojrzenie. 

To yukaty — mówi Yuki. — Tradycyjny japoński strój domowy. Mogą państwo z nich korzystać, przemieszczając się po domu, szczególnie podczas dzisiejszej kolacji.  

Ale jeżeli chcecie możecie też w nich pójść do onsenu — dopowiada.  

Dziękujemy Yuki-san za pomoc.  

Przez jakiś czas rozmawiamy z żoną o wrażeniu, jakie wywarła na nas gościnność państwa Nomura. Wymieniamy się spostrzeżeniami i snujemy teorie na temat zbliżającej się kolacji. Przygotowawszy zieloną herbatę sencha, rozkładam się w fotelu na tarasie, kontemplując biel rzeki Shō. Biorę łyk aromatycznego naparu, spoglądam na ogród herbaciany, brokatowe karpie i przymykam oczy. Za zamkniętymi drzwiami washitsu staram się wychwycić kolejne osobliwe dźwięki ryokanu— 

czarna dziura pochłania 
kolor wypluwa biel 
ciała nasycone bilirubiną są 
— niedoczekane 
jaką odpowiedź przyniesie thorne? 

 

 

 2. Czerń

 

Zapadał zmrok. Cień toczył się po dolinie szerokimi pasmami, przemieniając Shō w atramentowo-czarny strumień. Koi z przydomowego stawu, utraciwszy swój blask, osiadły na dnie zbiornika, jak gdyby akceptując stan rzeczy chciały wypowiedzieć swoje „dobranoc”. 

Przepasuję yukatę, starannie nakładając lewą połę tkaniny na prawą. To zastanawiające jak dużą wagę w japońskiej kulturze przypisuje się kolejności doboru klap. W religiach dalekowschodnich zmarłych ubierano w odwrotnym kluczu, prawy panel wsuwano pod lewy. Zwyczaj sięga czasów sprzed okresu Heian i trudno o jego dokładną genezę. Panuje przekonanie, że duchy przodków nosiły letnie kimona w ten sam sposób. Nawet osoby zamierzające popełnić rytualne samobójstwo seppuku wkładały prawy rękaw pod lewy. Nic więc dziwnego, że pomyłka mogłaby zostać uznana za poważny nietakt. 

Przed posiłkiem pada uroczyste smacznego: „itadakimasu!” Małżeństwo Nomura osobiście usługuje nam podczas kolacji kaiseki ryori — wielodaniowego posiłku, którego potrawy są starannie wyselekcjonowane.  

Na początku otrzymujemy kartę napojów, z czego wybór pada na zestaw trzech sake o odmiennym wykończeniu. Takuya-san tłumaczy kolejność degustacji trunków. Zaczynamy od łagodnej, lekko schłodzonej junmai ginjo. Ma delikatny smak i wyczuwalne nuty wiśni oraz świeżych owoców. Pobudza apetyt i każdy kolejny łyk sprawia, że chce się pić ją dalej. Kolejne junmai ginjo sasanigorizake mocno schłodzono dla podkreślenia gładkiego wykończenia. To znacznie subtelniejsza odmiana nigorizake z odcedzonymi drobinkami ryżu. Ostatnie kimoto junmai ogrzano do temperatury ludzkiego ciała. Jest głębokie i wyraziste. Ma ciemny i wyjątkowo pełny kolor. Najlepiej smakuje w chłodne wieczory, takie jak ten, i świetnie komponuje się z wrzącym wywarem z leśnych grzybów, który podany do stołu służy nam do maczania cienko pokrojonych plastrów surowej wołowiny wagyū. 

Posiłki serwowane są w następujących po sobie długich sekwencjach czasowych. To swoista paleta lokalnych składników wyznaczających sezonowość potraw. Wśród nich mogę wymienić tempurę z dzikiej zieleniny, sashimi z ryb łowionych w rzece Shō, ozorki wołowe, ryż, z którego Shirakawa-Go słynie czy… pieczone pszczoły. W chwili degustacji skrzydlatych owadów, Takuya-san zauważa naszą konsternację. 

Mój syn je uwielbia — mówi. — Pszczoły wyłapuje się z ula i macza w miodzie, a następnie podgrzewa na ogniu jak pianki.  

Są pyszne — dodaje właściciel, wykonując okrężne ruchy dłonią po brzuchu. To jeden z tych gestów, który jest niemal identyczny jak u Polaków. 

Przełamuję opór, nie chcąc urazić uczuć Japończyka. Ku mojemu zaskoczeniu owad smakuje jak… miodowy cukierek. Jednak słodycz pozostawia po sobie gorzki posmak. Nie potrafię zrozumieć, jak mieszkańcy wyrażający bliską więź z naturą są w stanie zabić tak pożyteczne stworzenia. 

Arletta, oczarowana glinianymi filiżankami do herbaty sencha, pyta japońskich właścicieli, gdzie można je dostać. Najwidoczniej małżeństwo źle rozumie intencje mojej żony, ponieważ na ich twarzach pojawiają się grymasy niezadowolenia. Para patrzy po sobie z niedowierzaniem, a zgorszona Yuki odpowiada: 

Ale te filiżanki mają ponad sto lat! 

Nie, nie to miałam na myśli — Arletta potrząsa rękami w poprzek ciała dla zaprzeczenia. — Chodziło mi o sklep, w którym możemy kupić podobne.  

Tym samym małżeństwo oddycha z ulgą, a na ich obliczach maluje się spokój. 

Mężczyzna tłumaczy, że najbliższa pracownia znajduje się w mieście Takayama. To pięćdziesiąt kilometrów drogi stąd. Podaję telefon właścicielowi ryokanu z prośbą o wpisanie adresu. Pan Takuya ma opory — nie potrafi korzystać z alfabetu łacińskiego. Z zadziwieniem na twarzy spoglądam na nieudolność dorosłego mężczyzny. Karcę się za samą tę myśl: „Baka!”  mówię do siebie, co znaczy „Głupku!” — „Jesteś w Japonii, kraju, gdzie nie używa się alfabetu łacińskiego na co dzień”. Po raz pierwszy zdaję sobie sprawę z różnic kulturowych. Litera, słowo, język, sposób artykułowania swoich potrzeb i spojrzenia na świat, a nawet gesty… Nie chciałem się różnić. Przyjąłem, że moja sympatia do Japonii sprawi, że będę bliski Japończykom. Nic bardziej mylnego. Pomimo wielu podobieństw różnica jest widoczna gołym okiem. 

Dla mieszkańców Kraju Wschodzącego Słońca ostatnie dziesięciolecia były w istocie podnoszeniem się z klęski, jaką przyniosła gorycz powojennej porażki — rozpad Cesarstwa Wielkiej Japonii. Zapędy imperialistyczne doprowadziły do upadku państwowości mocarstwa, którego powierzchnia w czasach świetności przekraczała blisko dwukrotnie rozpiętość Cesarstwa Rzymskiego w okresie jego absolutnej dominacji. Jednak po latach walk o hegemonię w świecie i ich bolesnej kulminacji w postaci II wojny światowej, Japonia była zmuszona zwrócić się w stronę Zachodu. Krew na rękach najeźdźców stała się tak naprawdę krwią na rękach ofiar. Przypomina o tym płonący znicz w Parku Pokoju w Hiroszimie, który ma wygasnąć wraz ze zniknięciem ostatniej broni nuklearnej na Ziemi. Japończycy odeszli od imperializmu na rzecz pokojowych zmagań o lepszy byt. I tak, kraj odradzający się jak feniks z popiołów, z pozycji silniejszego przeszedł w pozycję słabości. Ale ta pozycja — w mojej opinii — bardzo się opłaciła. 

na moście odmalowanym pędzlem 
schowany w muszli jak mięczak 
zapatrzyłem się w granatowe wiry naruto — 

Pobieram na smartfona pakiet japońskojęzyczny i teraz to ja nie umiem sobie poradzić. Gubię się w rozpiętości znaków kanji: „ 

– Hachi, kawa, nani, ni — wyliczam — kotoba, yama, hi, ko, tsuchi, naka, hito… — śmiejemy się z tego, dwa małżeństwa z odmiennych kultur. Czuję, jak przez ten drobny gest zbliżamy się do siebie. 

Kolacja dobiega końca, a ja nie myślę o niczym innym, jak tylko o kąpieli w gorącym onsenie. Dopijam ostatni łyk herbaty i rozchodzimy się, każdy w swoją stronę: Arletta prosto do washitsu, państwo Nomura do swojej prywatnej przestrzeni, a ja do onsenu. 

Nie zamierzam się spieszyć. Korzystając z prywatności biorę długi prysznic. Zapach drewna cyprysowego hinoki dociera do moich nozdrzy. Czuję, jak je wypełnia. Czuję, że odpoczywam. W normalnych okolicznościach nie mógłbym sobie pozwolić na zbyt długie obmywanie ciała. Jeden ze starszych mężczyzn z kompleksu onsenów z Kinosaki — uznanej wioski wypoczynkowej w Japonii — brał prysznic przez całą moją godzinną wizytę. Zastanawiałem się dlaczego. Być może z przeświadczenia rozpowszechnionego wśród Japończyków, że osoby starsze wydzielają więcej nieprzyjemnego zapachu. Uśmiecham się do siebie i rozmyślam: czy ten mężczyzna nadal tam stoi pod prysznicem? 

Wkładam niewielki ręcznik do kubła z zimną wodą. Etykieta zakazuje tej praktyki, ale teraz jestem sam i nie wiążą mnie żadne reguły. Zresztą sami Japończycy nie zawsze przestrzegają zasad. Krępują ich normy społeczne i wrażliwość na opinię innych. Wchodzę do ofuro. Lodowaty ręcznik pomaga mi wytrzymać w wannie znacznie dłużej. Woda jest gorąca i zaparowuje okna w onsenie. Dłonią przecieram szybę. Widok odsłania spowitą w mroku rzekę Shō—  

na wyspie wielu świateł 
wpatrywałem się w ciemność: 
wołała — nie potrafiłem odpowiedzieć— 

To właśnie wtedy oglądam swój pierwszy padający śnieg w Japonii. 

 

 

 3. Zieleń

 

„Następny przystanek to Ueno-Keisei, H-18”. 

Wysiadamy z metra na stacji przy południowym wejściu do parku Ueno. Nie bez powodu wybieramy ten mniej popularny wśród turystów przystanek. Nasza podróż powoli dobiega końca. Opadają płatki sakur i zbliża się koniec hanami, pory podziwiania kwiatów, dlatego chcemy spędzić ostatnie dni w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło — w parku Ueno. Minęło sporo czasu od naszej wizyty w Shirakawa-Gō. Wspomnienia stały się odległe jak deszcz, którego nie widzieliśmy od początku naszej trzytygodniowej podróży, a teraz pada. I podobnie jak wtedy, wybieramy to samo wejście do parku.  

Wchodzimy po betonowych stopniach. Mijamy statuę Saigō Takamori. Przechodzimy obok fontanny żaby. Tym razem nie stoi tu scena, gdzie występowała początkująca śpiewaczka j-popu. Brakuje straganów ze smażonym makaronem soba i piwem za tysiąc jenów. Nie ma tłumów pod gałęziami shimei-yoshino — najpopularniejszego gatunku wiśni w Japonii — pod którymi turyści ostatnio robili zdjęcia. Drzewo przekwitło, tak samo jak wspomnienia o tym miejscu. Trzy tygodnie temu przy początkach wiosny było tu znacznie cieplej. Mieliśmy na sobie letnie stroje i cieszyliśmy się upałem podczas hanami 

Wpatrujemy się w płaczącą kanhizakura, płatki maihime tańczące na wietrze. Kwiaty opadają tak wolno, jak tylko mogą — z prędkością pięciu centymetrów na sekundę. Spacerujemy przez aleję Sakura Dori. Oglądamy drzewa, podziwiamy ich barwy i chłoniemy zapach. Ale czujemy tylko wilgotne, przesycone deszczem, powietrze parku. Nie czujemy już zapachu wiśni. 

Zerkam na płachty rozłożone pod przekwitniętymi sakurami. Nie ma tam nikogo. Nie ma „(…) ludzi pijących sake, zajadających się dango i spacerujących wśród kwiatów, rzucających frazesami o pięknym widoku czy wiośnie w pełnej krasie” jak w barwnych opowiadaniach Ango Sakaguchi. Park opustoszał wraz z ostatnimi opadłymi płatkami shimei-yoshino. Nadeszła pora na kanzany, wiśnie piłkowane, rozpoczynające rozkwit około połowy kwietnia. Kwiatostan drzew jest bardziej spektakularny, ale nie posiada zapachu i być może dlatego nie ma aż tak wielu zwolenników. 

Zostawiam na moment żonę, aby podejść do budki policyjnej obok statuy księcia Komatsu. Nad budynkiem góruje wolnostojący zegar — to właśnie przy nim rośnie drzewo, które chciałem dzisiaj zobaczyć. Przydrożna tabliczka głosi: 

W 2001 roku w Toyooka, w mieście Suzaka w prefekturze Nagano, odkryto gałąź starego drzewa fugenzo, która zakwitła żółto-zielonymi, podwójnymi kwiatami. Nazwano ją „sonosato-kizakura”, nawiązując do starej nazwy miejsca, w którym dokonano odkrycia, wioski Sonosato. W 2006 roku została uznana za nową odmianę. 

Biuro Zieleni Parków Wschodniej Tokijskiej
oraz Stowarzyszenie Opiekunów Wiśni Ueno
 

Sonosato-kizakura — moja wiśnia — w końcu rozkwitła. W początkowej fazie jej kwiaty są kremowo-zielone, z biegiem czasu stają się białe, aż do pory przekwitu, kiedy nabierają pudroworóżowych tonów. Dzisiaj płatki mają odcień zieleni — kolor nadziei, barwę przynoszącą życie. Określenie sonosato-kizakura oznacza dokładnie żółtą kwitnącą wiśnię z wioski Sonosato. Nigdy tam nie byłem, ale sama nazwa sugeruje coś bliskiego, miejsce dobrze ci znane. To w dosłownym sensie „ta” wioska, okolice bliskie sercu. 

Rozmyślam nad doliną Shirakawa-Gō, nad ryokanem państwa Nomura. Bielą rzeki Shō za dnia i jej osobliwą czernią po zmroku. Myślę o tamtejszym omotenashi — cieple przypominającym rodzinne strony, dom moich dziadków. 

Dla mnie sonosato-kizakura jest moją wiśnią. To jej kwiat sobie wybrałem. To odpowiednik mojego azjatyckiego świryzmu— 

chcę 
pocieszyć się liściem spadającym 
z urwistego zbocza, jak kamieniem 
rzuconym na pożarcie otchłani, 
którą nazywa się sercem — 
moje serce — ono nie zna granic 
wyznaczonych przez strażników: 
zrób, nie rób, nie, nigdy — 
to ja! — heroicznie wchodzę 
w epokę świryzmu. z bieli 
i czerni, czerni i zieleni.  
żarliwość rozgrzewa moją dłoń — 
dłoń prowadzącą do lepszego być 

 

*** 

 

Opieram się o barierki promu płynącego z Yuge na Innoshima. To prom powrotny z wyspy, na którą można się dostać jedynie drogą morską. Pod tym względem niewiele tu się zmieniło od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy Donald Richie, autor reportażu „Morze Wewnętrzne”, podróżował po tym akwenie i odkrywał wyspę po wyspie. To wszystko na przestrzeni zbiornika o powierzchni dwudziestu trzech tysięcy kilometrów kwadratowych. Po trzech dniach spędzonych na morzu i pożegnalnej kolacji w izakayi na Yuge, nadszedł dzień powrotu. 

Na promie moje spojrzenie krzyżuje się ze spojrzeniem mężczyzny po pięćdziesiątce. Ku mojemu zaskoczeniu podchodzi do mnie i pyta: 

Co cię sprowadza na Morze Wewnętrzne? 

 W pytaniu zawarta jest odpowiedź, więc rzucam: 

Morze Wewnętrzne.  

Sprytnie — mówi mężczyzna. — Jesteś tu sam? 

Nie, z żoną — odpowiadam. — Siedzi w samochodzie, o tam. 

A tak, racja… Przepraszam za moje maniery. Jestem Takeshi, na co dzień nauczyciel. 

Maciej, na co dzień były nauczyciel — uśmiecham się. 

Skąd jesteś, Macieju? 

Z Polski. 

Znam Polskę. Mam tam przyjaciela, który uczy. 

Nieźle… A pan? Czego pan uczy? 

Matematyki. 

O, to nie dla mnie. Jestem słaby z matematyki. 

Takeshi wpada w niekontrolowany śmiech. 

Nie szkodzi. Matematyka nie jest łatwa — zamyśla się. — A ty? Czego ty uczyłeś, Macieju? 

Religii. 

Sokka — i znowu się namyśla, po czym kontynuuje. — Długo byłeś na Morzu Wewnętrznym? 

Trzy dni, dzisiaj wracam. 

To tak jak ja. Trzy dni i też wracam, ale nie jestem sam. Jestem z tymi o to pięknymi paniami, o tam! — gestem pokazuje na rufę statku, gdzie stoją dwie młode kobiety. — To moje córki, Eiko i Fubuki. Ten mały obok, co kręci się przy samochodach, to mój wnuczek, też Takeshi. Wpadliśmy tu na weekend. Chciałem pokazać rodzinie Morze Wewnętrzne. 

To trochę tak jak ja… Ja też chciałem pokazać żonie Morze Wewnętrzne.  

Mężczyzna uśmiecha się życzliwie. 

Gdzie byliście wcześniej? 

Biorę głęboki wdech. 

Tokio, Kioto, Osaka, Shirakawa-Gō, potem przemieściliśmy się na Sikoku i teraz jesteśmy tutaj. Bardzo chciałem zobaczyć to miejsce. 

Sokka… 

Wczoraj przejechaliśmy też Shimanami Kaido. 

Pięknie – kiwa głową z przekonaniem. – Całe?  

Tak. 

Oo, to duży dystans. Sześćdziesiąt kilometrów?  

Siedemdziesiąt.  

Dużo — znów kiwa  głową z uznaniem. — Powiedz, Macieju, co zamierzasz dalej, nie chcesz zobaczyć Hiroszimy? 

Pewnie, że chcę. To nasz następny punkt programu. 

Naruhodo — co można przetłumaczyć na „rozumiem”. 

Prom powoli cumuje do brzegu. Statkiem kołysze, a Takeshi stoi niewzruszony. 

Podoba Ci się w Japonii, Macieju? Planujesz tu wrócić? 

Nie wiem, naprawdę nie wiem, pewnie kiedyś tak… — zamyślam się. — Ale zwierzę się panu. Bardzo chciałbym tu zamieszkać. 

Takeshi zanosi się śmiechem. 

W takim razie, co stoi na przeszkodzie? 

Chyba ja sam… 

Załoga rzuca liny. Obsługa portu chwyta rzutkę i wyciąga właściwą, grubą linę cumowniczą. Statek zostaje dociągnięty do kei. 

Miło było cię poznać, Macieju. 

Pana również, Takeshi-san.  

Życzę dobrego wyjazdu, tobie i żonie. Dobrze mieć kogoś, z kim można podróżować. Życie wydaje się wtedy… prostsze. 

Dziękuję, panie Takeshi. 

Wymieniamy uścisk dłoni. Po raz pierwszy w Japonii ściskam dłoń prawdziwego Japończyka. 

 

 

NOTA OD AUTORA 

 

Wiosną ubiegłego roku spędziłem w Japonii trzy tygodnie. W tym czasie miałem okazję doświadczyć piękna, które ten kraj oferuje. Moja żona nazywa mnie azjatyckim świrem. Bawi się myślą, że Japonię mam we krwi. Kiedyś na jednym z portali społecznościowych natrafiłem na komentarz odnoszący się do czytania poezji: „To tylko poezja. Pisz, zobaczysz świryzm”. Określenie przywarło do mnie na tyle mocno, że sam zacząłem tak nazywać moją pasję do Kraju Kwitnącej Wiśni — azjatycki świryzm. Myślę, że obecnie żyjemy w epoce azjatyckiego świryzmu: fanów kultury Orientu. Pytanie, dlaczego jest nas tak wielu? 

Dla mnie Japonia jest taka jak jej kontekst. Kompletna. 

W Alpach Japońskich jest stara, dostojna, naturalna; z wysokimi dachami w stylu gasshō-zukuri i wysokimi cyprysami pachnącymi wonnym olejkiem; rwąca jak wodospady Akaganetoyo i Neonotaki i czysta jak ich szmaragdowe źródła. 

W Tokio jedyna, niepowtarzalna, z szacunkiem do przyrody; z jednej strony spokojna, z drugiej zabiegana jak pracownicy korporacji; przestrzenna, bez zgiełku wielkiego miasta, a przy tym ogromna, powalająca swoją potęgą. 

W Kioto ze świątynią na świątyni, rozmodlona i głośna. 

Na Sikoku dzika, z wysychającą rzeką Yoshino-gawa i kwitnącymi kwiatami shimei-yoshino; rozszalała jak wiry w cieśninie Naruto. 

Na Morzu Wewnętrznym jak w reportażu Donalda Richiego — moja; z perłą szlaków rowerowych — trasą Shimanami Kaido — pośród mandarynkowych sadów i opadających płatków wiśni. 

W Hiroszimie budząca zachwyt nad ludzką nadzieją i przerażenie nad ludzkim okrucieństwem. 

Na Okinawie inna; z podwodnym światem raf koralowych, nieprzychylna i przyjazna, dwuznaczna. 

Jaki więc jest więc Kraj Kwitnącej Wiśni? Odpowiedź zawarta jest w jego kontekście. 

Nie bez powodu wróciłem tam jesienią zeszłego roku. 

 

 

 

Maciej Szwej


 

CZYTAJ TEŻ