Bezwstydne


 

Ten mężczyzna musiał od nas odejść. Podczas tygodni alkoholowego ciągu robił się nieatrakcyjny. Budził moje obawy, nie, nie bałem się o matkę i o siebie, jego sobie wyobrażałem, jak dynda powieszony na solidnej gałce od drzwiczek pawlacza. A przecież ani razu nie wspomniał o samobójstwie. Mama – o!, co nieestetyczne, nie liczyło się dla niej. A on na piąty dzień pobytu w moim życiu wewnętrznym, rozmarzony i z wzrokiem rozmytym, wyraźnie śmierdział. Nie mógł już być dla mnie najwspanialszym facetem, wspólnie spakowaliśmy mu rzeczy wyprane i wyprasowane w pralni. Trzeźwiejący, dostał ultimatum: jeśli do dnia takiego a takiego stąd się nie wyprowadzi na zawsze (miał pieniądze, już prawie klasyk), wszystkie te jego ubrania, papiery i ogromny szpulowy magnetofon zostaną nie tylko wyrzucone przez okno, ale starannie porozrzucane po Górnośląskiej. Zabrał się bez słowa. Mama, zdaje się, odetchnęła, kiedy po czterech dniach nad Warszawą zapadła i stanęła ciężką chmura wiadomość o jego śmierci. Umarł w apartamencie, w hotelu o pięknej historii, o pańskim, to znaczy bez śladów blichtru, wystroju wnętrz. Gdzie jeszcze jako młodziutki utalentowany przychodził do baru, podejmowany przez znakomitości. Przez autorytety, przez nieszczęśliwych mężczyzn, którym przyszło pisać, malować, grać w filmie i w teatrze, i mieć żony, które nigdy nie kochały albo, pozostawszy opiekuńcze, zbyt szybko przestawały ich kochać. W dziwnym miejscu Europy, gdzie władza była na usługach twórców, a twórcy wyróżniani przywilejami, wysokimi gażami i honorariami, zakupami do zbiorów muzealnych z regularnością zegarka, byczący się w rozlicznych domach pracy twórczej i na plenerach, gdzie otrzymywali materiały malarskie, wikt, dostęp nie tylko do ciastek, lecz i do alkoholu, uważali się za gnębionych przez reżym. Chadzali tymczasem na reżymowe rauty. Zapraszani do ambasad i do lóż rządowych – gdzieżby im przyszło do głowy odmówić – nosili głowy wysoko i z cicha narzekali, że nie mogą sobie kupić odpowiednich butów, ale rekompensowali to w czasie umożliwianych im podróży zagranicznych, z których wracali z westchnieniem i rozwalali się na wygodnych tapczanach w przestronnych jasnych mieszkaniach w pobliżu parków, gdzie przechadzali się (także mieszkający w pobliżu) członkowie rządu – i żyli tanio, zajmując się pracą twórczą oraz recepcją własnych osiągnięć. Straceńcy byli, owszem, ale – jak to straceńcy – ginęli czy to z własnej ręki, czy w wypadku, no, w każdym razie tragicznie. Pili wszyscy, upatrzeni byli upijani i to przyśpieszało ich śmierć. A ci, co uprawiali w latach pięćdziesiątych twórczość okolicznościową, od 1958 – elitarną, mniej więcej od czterdziestego roku życia uważali za swój obowiązek bywać na przeglądach własnego organizmu w lecznicy rządowej natychmiast po napisaniu dwóch wierszy, albo po oddaniu maszynistce do przepisania kolejnego rozdziału książki, po wyrzeźbieniu głowy lub po imieninach u kolegi. Po pogrzebach jakoś darowali sobie odwiedziny znajomego lekarza (kobiety) i znajomej lekarki (mężczyźni). Ojciec zmarłego klasyka, pana bandziora, łagodnego i nieszczęśliwego egoisty, zjechał na jego pogrzeb (trzymał się znakomicie, nie ukrywał zdziwienia, że syn nie postarał się o własne mieszkanie, że oddał koledze reportażyście talon na samochód, wreszcie, że pozostawił na koncie „W” sumę, której on, radca prawny na Ziemiach Odzyskanych, nie mógłby zgromadzić przez dwadzieścia lat pracy i życia o chlebie i wodzie. U nas w domu pozostała część garderoby zmarłego młodo klasyka. Głupio. 

„Dlaczego głupio?” – zapytałaby moja matka. 

 

Nic już nie wiem, nic nie wiem. Do wczoraj byłem przekonany, że jestem synem, jedynym dzieckiem mojej matki, kobiety o najgładszej skórze i o drobnych piersiach z brodawkami sutek tak wciągniętymi, że nawet lowelas uwierzyłby, że ona nie rodziła. A jednak zachowały się fotografie mojej matki karmiącej mnie piersią; w przypływie lepszego humoru – zawsze była ładnie podniecona, gdy odwiedzał ją mężczyzna z najwyższych sfer, brunet z kontrastowym siwym pasemkiem biegnącym wzdłuż włosów zaczesanych z lewa na prawo, to był chyba ten jeden, ten właśnie, którego wielbiła najbardziej, wyciągała ze skrzyni na czystą pościel album – i pokazywała nam te zdjęcia. Sutki schowały się później; kobieta jest istotą cudowną; wszystko tutaj może się zdarzyć, wszystkiego się można spodziewać. Nadto, czy się istotnie musiałem dowiedzieć – czy nikt nie mógł tego przede mną zataić – że moim naturalnym bratem jest Amar, słynny piosenkarz big-beatowy? Spłodzony z wiceministrem Gojdalewskim, wychowywał się, niestety, w sierocińcu zakonnym; siostry uczyły go, utalentowanego, śpiewu, od jednej z nich, byłej aktorki, brał regularnie lekcje dykcji, miał słuch idealny, przygrywał sobie na fisharmonii, budził podziw sióstr grając bez nut Präludium pro organo pleno Es-Dur, BWV 552 Johanna Sebastian Bacha. Tak! Amar był pierwszym dzieckiem mojej matki. Czy jest wobec tego moim starszym bratem? Idol, którego płyty są teraz nieustannie tłoczone, człowiek, nad którego pozycją czuwają fryzjer z Wilanowa, pani choreograf, inżynier dźwięku, wreszcie gospodarz półgodzinnej sobotniej audycji radiowej „Szkoła rytmu”. Jak to wyszło na światło dzienne, w moim pokoju, po ojcu, rozproszone, gorące Wiceministrowi Gojdalewskiemu zrobiono wypadek samochodowy, wdowa oszalała nie z rozpaczy po zmarłym, lecz po pobieżnym przejrzeniu papierów. Romanse, adresy kobiet. Jezu, kto ich nie miał, wyrazy współczucia, ale żeby od razu dziecko, i  żeby z całą jawnością ten syn z prawem do dziedziczenia!? Makabryczna niespodzianka. A moja matka nic nie mówi. Posągowa i, jak to posąg, nieco podniszczona, jak przez tyle lat mogła żyć ze świadomością… No – a teraz ? Robi wrażenie osoby, której to nie dotyczy. Prawdopodobnie za dużo okropieństw przeżyła w wieku dojrzewania, ażeby później brać na poważnie głupstwa. Bo czymże jest urodzenie dziecka niekochanego mężczyzny? Ulgą – i nie każda musi mieć książkowy instynkt macierzyński. Zwłaszcza w dużym mieście wskrzeszonym z ruin. Światło odbija się od nowych ścian; drzewa, które przetrwały hekatombę, są smutne; te młode prawie jeszcze nic nie znaczą w pejzażu; obłoki przeglądają się w rosie na psim gównie. 

 

Matka (dla obcych: mama, dla mnie: mamusia) przetrwała ich wszystkich: i pisarzy, i dygnitarzy, i sekretarzy. Nie była giętka, pozostawała sobą. Na wpół obłąkaną dziewczynę, wyciągnęli ją z ruin. Stolarz Serwacy Walczyk mieszkał na Solcu, miał tam kochankę, rudą, szczupłą i oczytaną; ona wprowadziła go regiony mu dotychczas nieznane, w okupacyjne noce rozmawiali o postawie etycznej księcia Myszkina, trochę im się w końcu mylili uczestnicy śniadania, które obserwował Swan, aż tu okazało się, że dorośli synowie stolarza przynieśli im, no tak, 13 maja 1943 roku, w prezencie imieninowym, dziewczynę. To była moja przyszła matka, która miała wtedy szesnaście lat, wyglądała podobno na jedenaście, uciekła w gruzy w męskich, prawie zwęglonych trzewikach, straciła rodzinę, przyjaciół i poczucie rzeczywistości. Na długo straciła pamięć. Kiedy ją wyczyszczono i minął rok, i gęsto odrosły spalone włosy,  przez kochankę stolarza najpierw wygolone tam gdzie się dało, a rany od oparzeń wygoiły się smarowane tynkturą z arniki, przypomniała sobie to i owo. Stolarz i jego pani dbali o wymazywanie nazwisk. Potem – wychowywać i tuczyć można, w rodzinie zostawić nie warto. Rodzice i znajomi stolarza podjęli decyzję o przekazaniu pięknej dziewczyny komuś, kto znalezisko doceni. Dopóki byli w mieście niemieccy naziści (niektórzy mieszkańcy myśleli, że będą tu zawsze), nie było mowy o kupnie-sprzedaży „niearyjki”. Dopiero po błyskawicznym utworzeniu Rządu Lubelskiego zaczęło się na horyzoncie rozjaśniać. Ci, którzy z Lublina przyjeżdżali do Warszawy, musieli należeć do grona najważniejszych. Pisarzy ulokowano w Łodzi, gdzie centrum niezbombardowane i niespustoszone wyglądało jako tako, tam porozmieszczano większość krajowych redakcji, wydawnictw i drukarń, trochę podobnie w Krakowie, ale do Krakowa nowy nowopowstały rząd nie miał zaufania: siła oddziaływania reakcji, podziemne samorządy kleru, wśród starych pamięć o wygodnych czasach pod rządami CK Austrii, no więc w Warszawie, wyondulowana i przebrana w gustowne granatowo-białe ciuszki licealistka przed maturą znalazła się w dobrym domu, przysposobiona przez bezdzietne małżeństwo urzędników w ministerstwie zdrowia. Dziewczyna nazwana Romą (moja przyszła matka) wreszcie zrzuciła sztuczny garb. Stało się to bezboleśnie. Jeszcze się łudziła, że ma taką twardą skórę. Aż do momentu, kiedy odzyskała pamięć. Odtąd puściła się – jak kamień z długo naprężonej gumy procy. Znakomicie, by tak rzec, umiejscowiona, rozejrzała się dokładnie na wszystkie strony, czysta – uznała, że to koniec skrupułów. Będzie – dopóki to możliwe – miała, co chce i, w granicach rozsądku, kiedy chce. Karta książki o niej, dla niej, do pewnego momentu strzeżona przez Boga, administrowana przez Jego namiestników – otwarta na lakonicznie spisanym rozdziale, od okupacji niemieckiej w Polsce do znalezienia przez synów stolarza – została definitywnie zamknięta. Byłaby wyrzucona, gdyby nie moje wyznania 

Kiedy cię uderzą, nie nadstawiaj drugiego policzka. Nie nadstawiałeś pierwszego. Zostałeś podstępnie zaatakowany. Zwabiony i pobity. W biały dzień, wśród nieznajomych. 

Czy zresztą (początki manii prześladowczej) byli to nieznajomi? „Nie znoszę widoku człowieka, który się przewraca” – powiedziała moja matka (a powtarzała to przy okazji rozmaitych konfiguracji zdarzeń, niekoniecznie przystających do tej refleksji, może nie obsesyjnie, ale często) i wtedy Zofipolski, utalentowany twórca, wymierzył jej policzek. Ubrała się natychmiast i, zostawiając mnie w towarzystwie Zofipolskiego, wyszła ze swojego mieszkania. Zofipolski znalazł się w ten sposób w obcym mieszkaniu. Po raz pierwszy (a nie ostatni) widziałem wtedy, jak masywny mężczyzna płacze. Złapałem i pokręciłem w prawo klamkę okna na naszym wysokim piętrze, zrobiło mi się bowiem niedobrze, chciałem się jakoś wydostać z wnętrza rozdygotanego od energii słabości, zawstydzenia i uciskającego bólu, pochłaniającej winnych, niewinnych, zaangażowanych, odstających. Może nawet najzwyczajniej zamierzałem przewietrzyć. Doskoczył do mnie natychmiast. Jego łzy wyglądały jak prawdziwe. Odepchnął mnie od okna. 

– Czego?! – ryknąłem spod ściany. 

– Wymagasz opieki – powiadomił i poszedł spokojnie do łazienki. Był to człowiek opanowany. Nadmiar wyobraźni i intuicji wyładowywał na sobie. Nie mógłby żyć długo. Stałby się potwornym starcem, zabijającym wzrokiem. Bo na pewno nie pierdzącym bez uprzedzenia. Dicti. 

Przemoc, jej przypomnienie. Wyszło na jaw po mojej wizycie w obrzydliwym miejscu, w nowo postawionym biurowcu – bez śladu wyrazu, nawet bez śladu weń wpakowanych pieniędzy – na peryferiach miasta, gdzie kiedyś były (jeszcze pamiętam) żywe malownicze ogrody, zaradne, rzekłbym, gospodarskie zabudowania i, do cholery, inne niebo! Teraz blacha, cement, plastik i wieczorem jaskrawe trupie światło halogenów strzegących dóbr na parkingach. Samochody. Ani śladu po najmizerniejszym drzewku. Kupa ludzi z kupą forsy i z kieszeniami, których strzeże kupa. Krajobraz śmierci, jej własność. 

Muszę to wszystko jakoś przedstawić, zanim zabraknie mi sił. Ludzie odchodzą – w milczeniu o swoim życiu. Czy są aż tak dyskretni, czy leniwi? A może zdają sobie sprawę, że nie potrafią. To akurat cenna świadomość, rzadkość w czasach przekwalifikowań. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu było jasne: Nie umiesz – nie zabieraj się do tego, bo zepsujesz, zniszczysz! Dziś już przedszkolaki wrzeszczą: – „Ja umiem! Ja umiem! Ja umiem!”. Od 1990-go podrośli. Psują świat. Zachęcani przez starych. Dziadygi obieżyświaty jako przedszkolanki wraz z ciotkami rewolucji prowadzą tę koszmarną ochronkę. Każą się nazywać obywatelami świata, te kobiety nazywają od przypadku do przypadku pierwszymi damami, mają dwór składający się z samych smutnych błaznów. Niekiedy dla zabawy polują na takich jak na przykład Zofipolski. 

Zofipolski był ich w pewnym stopniu tworem, w pełnym zaś tego słowa znaczeniu – zabawką. Oraz ofiarą. Pozostanie dla mnie tajemnicą, w którym momencie to sobie uświadomił. 

Sny, w których ekipy najemników burzą, rozłupując cegła po cegle, dom stojący naprzeciw okna mojej sypialni. Sny, w których moja matka, ciemna szatynka, ma włosy ufarbowane na blond. Śniłem po jednym z obrzydliwych dni w moim życiu. Należę do tych, którzy przeżywają takie dni. W odróżnieniu od tych, którzy nie są w stanie przeżyć masy przemocy i niepewności, i umierają na serce, oraz do tych, którym los oszczędza takich upiornych dni. Zasypiam potem i raz po raz budzę się – a jestem budzony własnym krzykiem. A ten krzyk odczuwam nie jako swój; mam błędne wrażenie, że on pochodzi wprawdzie z mojego wnętrza, ale ktoś mi go wsadził bez mojej woli, bez mojej wiedzy. Gwałt. 

 

Mężczyźni lgnęli do mojej matki. Czy była piękną kobietą? Wydawała się zgrabna, miała najgładszą skórę (to w niej niepowtarzalne, ta skóra musiała mieć specjalny zapach, bo jeszcze bez żadnego dotknięcia przyciągała), no i oczy. Tak jasnej, a zarazem intensywnej zieleni nie ma w naturze. Tego rodzaju świetlistej przejrzystości nie uzyskał, jak mi się zdaje, żaden malarz. Jej oczy mówiły: weź mnie, wystarczy, że mnie weźmiesz w ramiona, będzie święto; jestem ci oddana już teraz, a czy to lubię – dowiesz się – tu nie wolno się zastanawiać. Skąd wiem, że aż tak to mogli odbierać? Nie muszę się przyznawać – Zofipolski uświadomił mi, że niczego nie muszę. Skoro tak jest, odpędzam strach. Ponieważ ślepnę, częściej zamykam powieki. Mam teraz więcej wolnego czasu; wewnątrz, bez udziału oczu – choć oczy kiedyś miały ten potężny wpływ – przesuwają mi się obrazy. Gdyby były za bardzo ruchome – szybciej zwariowałbym. 

Co mi pozostało? Garsteczka ludzi, do których jeszcze się mogę odezwać (nie zawsze, często im brak humoru albo intensywnie pracują), żałosne próby nawiązania kontaktu z możnymi tego świata (kiedyś niektórym  pomogłem, chyba pamiętają). Oni, jak się może wydawać, stracili umiejętność współodczuwania, patrzą na mnie z perspektywy własnej wyczyszczonej, lśniącej, zapewne i śliskiej, drogi życiowej, której nawierzchnia pieści koła limuzyn takich samych możnych jak on. Ale też i innych nad miarę zamożnych, którzy się dorobili na krzywdzie biednych. Do nie tak dawna prawy, dla swojej limuzyny, dla jej motoru, powiedzmy, zrobi w końcu nawet najstraszniejsze głupstwo: zwiąże się z tymi, którymi pogardza jednocześnie i których się boi. 

Osaczonemu własnymi myślami nie pomoże już nic. 

 

– Czy zauważyłeś, jak mi się przyglądają mężczyźni? 

– Zawsze ci się przyglądają. Odkąd sięgam pamięcią. 

Siedzieliśmy na tarasie Diego Valmante. Była tam obszerna, rzekłbym, kawiarnia, w której podawano także proste smaczne dania. Zdaje się, że stołowało się tutaj wielu mężczyzn pracujących w okolicznych sklepach i galeriach. Porządne ciemnozielone parasole ochraniały nas od słońca, z wysoka rzucały na twarze rozproszony, intensywnie butelkowy ton. 

– Ale teraz już jestem pomarszczoną staruchą, żylastą, wiesz – powiedziała. 

– Nieprawda, niemożliwe! – rzuciłem szybko; zbyt szybko. 

– Mówisz tak, ponieważ się przyzwyczaiłeś i patrzysz już na mnie niestarannie – zaśmiała się bez ironii. – Ale do rzeczy: oni ciągle mi się przyglądają. 

– Siła przyciągania nie zależy od wieku. 

– Ach, więc jednak mocno się pomyliłam! 

– Nic takiego nie powiedziałem. Łapiesz mnie za słówka, które należą do ciebie. 

– Chciałam ci tylko powiedzieć, że coś musi we mnie być. 

– A ty nie wiesz, co to jest? 

– Nie, nie. 

– Naprawdę, nie podejmujesz żadnych wysiłków, nie dokładasz starań, żeby…? 

– Żeby co? 

– Żeby zainteresować. Ich. Sobą. No i? 

– Jeżeli na przykład już rozmawiam, to co innego. W rozmowie oddaję się całkowicie sobie i rozmówcy. Wtedy rzeczywiście się staram. Jak kiedyś w szkole. – (Miałem wrażenie, że słyszę chichot). – Poza tym nigdy. 

– Musisz mieć coś takiego, co oni wyczują na odległość. Komar. 

– Co? 

– Komar podobno leci przez kilka kilometrów do tej, a nie innej ofiary, której krew będzie wysysał. Przepraszam cię, mamusiu. 

 

Zupełnie teraz nie rozumiem, jak mogłem odbywać z matką takie rozmowy. Byłem przyzwyczajony do ich nocnych wizyt w naszym przytulnym mieszkaniu; wtedy nie można było sobie wyobrazić mężczyzny, który by nie palił papierosów – a jeżeli nawet palił mało, to palił zawsze, by tak rzec, w buduarze. Cierpiałem na astmę, często wysyłano mnie do sanatorium – ale dziwnie nie przeszkadzał mi ten łagodny, dobiegający zza drugich drzwi, zapach najprzedniejszego spalanego tytoniu. Uspokajał, niósł na ciągłej fali. Mężczyźni byli jak na tamte czasy wytworni, raczej zębów by im brakowało, nie pieniędzy, sięgali po te najdroższe papierosy: Belwedery, Wawele, Syreny, a jeśli ktoś wolał ostrzejsze – to Grunwaldy. Wszystkie w tekturowych pudełeczkach. A głosy? Dochodziły słabo. Na drzwiach pokoju matki wisiało od niepamiętnych czasów futro, podobno ze srebrnych lisów. I to wyciszało dźwięki. Obserwowałem, czytałem – mechanicznie, raczej dla popisania się przed samym sobą znajomością pochłaniania zadrukowanych stron niż dla zrozumienia – nowości wydawnicze, które przynosili panowie. Poznawałem ich – po chodzie, po chrząkaniu, po co?! – już na klatce schodowej. Otwiera się na dole brama (wtedy nie było domofonów) z jedynym w swoim rodzaju piskiem, zamyka się ze szczękiem, te dźwięki niczego innego nie przywodziły na myśl poza tym, czym były, nie można się było pomylić – i do kamienicy, tak a nie inaczej odbudowanej dzięki planom i staraniom mojego ojca nieboszczyka, wchodził w środę dyrektor P., w czwartek muzyk C., w piątek redaktor Sz., w soboty i niedziele (dość rodzinne) zazwyczaj siedziałem z matką, która mogła się zajmować gotowaniem czegoś domowego (w inne dni przynosiła różne tam takie dania z redakcyjnego bufetu, albo – potem to już weszło w zwyczaj – po szkole pojawiałem się w tamtym bufecie; lepiej smakowało niż odgrzewane, no i można było patrzyć, jak jedzą ludzie oglądani w Polskiej Kronice Filmowej, zawsze świeżej i zawsze wyświetlanej przed właściwym filmem (coraz częściej poprzedzanym krótkometrażówką). Z kina wychodziło się z uczuciem sytości. Czułem, że dogadzają mi. W końcu kino to coś, na co trzeba było sobie zasłużyć. Mimo pozorów i mimo sprzyjających temu warunków nie byłem pozostawiony na łaskę losu. Raz w tygodniu chodziłem z matką na pływalnię, do pewnego momentu – do czego wrócę – raz na trzy tygodnie dostawałem na fryzjera, musiałem wyglądać jak człowiek, a codziennie (prócz sobót) mama sprawdzała, czy mam odrobione wszystkie zadania. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nie wylewając za kołnierz tych lepszych trunków, które przynosili panowie, wszystko, co dotyczyło mnie, miała pod kontrolą. Bez śladu nachalności, ale zorientowana, o który guzik chodzi, przyszywała go, trudno powiedzieć kiedy, i jakim cudem, w oparach dymu tytoniowego, koniaku, kawy i przekąski z wyczuwalną nutą marynaty, sosu tatarskiego, zimnych mięs i cebulki. Spałem w najlepsze, gdy następował cud. Kiedyś sprawdziłem przez przypadek. Ten mężczyzna także już spał. 

 

Był rozwalony na szerokim tapczanie matki (od tej pory przestałem ten sprzęt tak nazywać), miał kwadratową szczękę, siną pustkę rozwartych szeroko ust i zaczesane do góry, siwiejące na razie tylko na skroniach włosy, szare, proste, twarde chyba tylko z pozoru, rozsypywały się bowiem na boki. Biała pościel, możliwe, że już nawet nie pierwszej czystości, tego faceta czarny garnitur starannie rozwieszony na dwóch krzesłach, bielsza nad śnieg koszula z pasemkami świeżego potu i naleciałego nań kurzu – czyli już brudu – na wewnętrznej części kołnierzyka. Śmierdziało wygasłymi papierosami, popiołem z tytoniu, papieru, kleju i farby drukarskiej, i czymś jeszcze. O! Przypływ nad morzem, kiedy na plaży pojawiał się morszczyn. I nagle – buch, pach! – padlina. I krem do opalania. Teraz, tu, w pokoju mojej matki, pachniał, nagrzany słońcem. I wygarbowana skóra. Matka się myła – dochodziły do mnie odgłosy takiego szybciutkiego prysznicu. Trochę tylko skrapiała się wodą. Wystarczyło. Robiła wrażenie schludnej i obłędnie świeżej. Miałem pewność, że dużo dobrego bierze ona dla siebie z tych chłopów! Nawet z takiego jak ten – który teraz leży jak martwy – słowiańskiego Holofernesa. 

Tak, z albumów o sztuce, które do nas do domu przynosili, nie przepuściłem ani jednej reprodukcji. Najbardziej, już od małego, zaciekawiał mnie motyw Judyty z głową Holofernesa, pół rozebranej, za-do-wo-lo-nej. Będę kiedyś malował. I wiem co, wiem kogo namaluję. Druga rzecz – ale to już mną wstrząsnęło – do straszliwego bólu – odchorowałem – przyplątał się dyfteryt – to była „Umarła matka” Edvarda Muncha. Zupełnie dziki, najprawdziwszy i straszny obraz. Nic z bezczelności. Ale jest uderzenie gorąca, które może paraliżować. Wiesz, dziewczynka zwrócona do mnie, ręce splątane na karku, w najświętszej (zostanie świętą) rozpaczy; w tle tej samotności między nimi łóżko, jakieś łóżko matki, pościel ostatniej świeżości i ptasi profil tak pięknej i ciepłej jeszcze niedawno kobiety. Srał pies rysunek i dbałość o subtelne zestawienia kolorystyczne; twarde słowa i majstersztyk siności i ugrów – bez myślenia o cudach warsztatu. Zagarnął mnie Munch tym skromnym obrazem. Potem Madonna, różne wersje uświęconej jakiejś grzesznicy. Pięknej modelki, idealnie dopasowanej do formy wyobraźni malarza. Ale to już zupełny pół-obłęd, nad którym musiałem przejść do porządku dziennego, żeby nie zwariować. Madonna Muncha, czy olejna, czy odbita z kamienia litograficznego, zawsze miała twarz, małe piersi mojej matki. To tak. Madonna Muncha stała się powodem mojego całkowitego odsunięcia się od kobiet. Madonna była moim ideałem (z erotyką, seksualnością, a przede wszystkim chodziło o wyraz), Munch zza grobu wyjaśnił mi, że ideał skupił się – w całości – w mojej matce. Matka – święta, zwłaszcza dla takiego syna jak ja (niemal znalezionego w kapuście), a przecież nie może chodzić po świecie kopia mojej matki. W oszołomieniu nie wziąłem pod uwagę faktu, że Munch dał mi szansę: namalował i narysował kilkanaście wersji Madonny. 

 

A może matka myślała tak: „Nie jest głupim chłopakiem, toteż choć bardziej z niego obserwator niż analityk, musi się zastanawiać, jak ja na przykład wyglądam w nocy. Z jednym z moich gości, a może ze wszystkimi?! Co on sobie myśli. Do jakiego punktu dochodzi? Skończył już dziesięć lat”. 

Czy zaczynała się obawiać? Nie trzeba było. Podczas Sylwestra 1961, po obejrzeniu w polskiej telewizji świątecznej rewii (z elementami przedwojennego kabaretu, z wystawnością, przy której wysiada wodewil, ze świetnymi aktorkami w podniecających, ale nie wyzywających kostiumach), kiedy byłem w mieszkaniu sam, już w łóżku, w ciemnościach (za oknem tylko jakiś neon mrugał, ale niedenerwująco, bezpiecznie, zza story), no i przecież w cieple, miałem może nie te, co tak je Władysław Strzemiński nazwał, powidoki, ale realistyczne wizje młodej, prawie nagiej kobiety; w jej pępku była biżuteria. Jakim sposobem została tam umocowana, myślałem gorączkowo, ale bez popłochu. Mały diamencik? Tańczyła. Nigdy wcześniej czegoś tak ekscytującego mnie nie widziałem. I miałem przekonanie, że czegoś, co tak dziwnie i błogo odurza, i ponadto orzeźwia, nie zobaczę, nie przeżyję wcześniej jak na następnego Sylwestra. Multiplikowała mi się (leżącemu w łóżku) ta kobieta z pępkiem. Jeszcze raz, jeszcze i jeszcze raz – w uszach muzyka, którą słyszałem, choć jej teraz nie było. Tańczyła, była muzyka. Miałem po raz pierwszy w życiu wzwód. Niepokojące, podniecające. I wytrysk nasienia. Cud! 

W kilka miesięcy później się dowiedziałem, że to nie cud, lecz rozkosz. Przeżyłem więc rozkosz i co dalej? Niepokoiły mnie wyczyny matki. Często dochodziłem w myślach do sceny, gdy ten czy inny mężczyzna wpycha się na nią, wyrywa jej kości, maltretuje tkanki, zatrzymuje bieg krwi w żyłach, włazi, szuka… Nie dochodziłem do momentu „trafia”, zdziwiony przekonałem się, że matka była dla mnie świętością. Zaglądałem do kościoła, gapiłem się, słuchałem muzyki organowej, nie znosiłem źle śpiewanych pieśni nabożnych (kojarzyły mi się z brudem i z nieświeżym oddechem), ale szanowałem każdą reprodukcję ze świętym obrazkiem. Te kartoniki, przynoszone przez księdza, którego się w domu przyjmowało raz w roku, służyły mi jako zakładki. Dbałem, żeby nie zagiął się róg, uważałem, by nie kichnąć na reprodukcję. Nie profanować! Z tego samego pnia zasad: nie wtrącać się do spraw najbliższych. Tajemnicze, powinny się spokojnie otaczać kolejnymi warstwami tajemnicy – pajęczyna na pajęczynie. Miękko, coraz bardziej miękko. No i potem cenna materia, nie do zdarcia. 

Spytam ją kiedyś, ja na pewno spytam ją kiedyś – myślałem zasypiając. Zdarzało mi się to coraz częściej, a skończyło się w pierwszych dniach pobytu, a raczej bywania u nas Zofipolskiego. Miałem wrażenie, że matkę połączyło z nim wreszcie jakieś autentyczne uczucie, zdawało mi się, że wręcz słyszę dźwięk stykania się dwóch szlachetnych kruszców, było oczywiste, że od jesiennego zgniłozielonego dnia (nawet powietrze zdawało mi się wtedy zielonkawe) nie pojawi się w tym domu już żaden inny mężczyzna. Ale jak ona to zrobiła, że tamci poszli w kąt? Co się stało? Czy ten jeden, ten Zofipolski, już za pierwszym razem zmył skutecznie pot i inne wydzieliny tych wszystkich mężczyzn, których zady, czy to w garniturze, nagie, czy w gaciach, niekiedy prane lub przynajmniej układane w bieliźniarkach przez jakieś żony, przetaczały się przez maminą sypialnię? 

 

Dlaczego to w ten sposób robiła? Za kogo matka mnie ma? – pomyślałem jednocześnie. Odrabiałem lekcje. Kawałek bułki (lubiłem tak) zagryzałem dropsem owocowym. Miałem otwartą stronę podręcznika z rycinami stylizowanymi na podobizny z epoki, przedstawiające Annę Jagiellonkę po stronie nieparzystej i Henryka Walezego po parzystej. Na rozkładówce. Wiedziałem, że to rozkładówka, mama pracowała dodatkowo jako redaktorka techniczna. Zrobiło mi się dziwnie (mdłości), wyplułem ukradkiem dropsa do wiklinowego kosza, do którego nie wolno mi było wrzucać ogryzków i pestek owoców, mama bowiem wychodziła właśnie ze swojego pokoju z zakrwawionym nożem. 

– Popatrz – powiedziała z uśmiechem – chyba jestem jakaś dziwna. 

Doskoczyłem do niej. 

– Dziwna jestem. Przyniosłam do pokoju nóż z kuchni. 

Jeszcze nie do końca wierzyłem. 

– Kroiłam nim wątróbkę cielęcą, o widzisz, to tyle zawsze z niej krwi. Czy wiesz, że podczas obróbki cieplnej tylko mięso cielęce się nie kurczy? I ludzkie. 

– Przepraszam! – Potrąciłem ją, z tym nożem, umykając do łazienki, żeby tu nie zarzygać parkietu. 

Dopiero kiedy kończyłem w łazience myć zęby, usłyszałem jej jęki. Zobaczyłem nóż w brzuchu. Potrącona przeze mnie tak nagle, potknęła się na zmiętoszonym dywaniku, a upadając wbiła sobie nóż. Telefonowałem po pogotowie. To była sprawa poważniejsza niż się mogło wydawać. Krwawienie na zewnątrz było niezbyt obfite, więc wydawało się, nic takiego. Ale matka co chwila oblewała się zimnym potem, wskrzeszana przeze mnie kompresem z zimnej wody, przykładanym do czoła, znowu traciła przytomność. Gorzej jednak: krwotok wewnętrzny. Do szpitala. Wróciła po trzech tygodniach, bez macicy, z tego, co wiem, uratowano jajniki, które czuwały nad ogólną gospodarką hormonalną tej młodej kobiety. Miała trzydzieści dwa lata, gdy się to stało. Nie byłem pewny, czy przyczyniłem się do katastrofy. A ona? Stała się niepewna. Nie wracałem, niewrażliwy, do absurdalnej sytuacji i do rozmowy poprzedzającej nieszczęśliwy wypadek. Od tego czasu jednak – i już do końca – matka bała się siebie. Ja zamykałem się w pokoju. Żeby jak najdalej od tego noża. Czułem się samotny, nieszczęśliwy chodziłem z kąta w kąt, czekając aż zapadnie zmrok; będę się mógł oddać marzeniom, niekiedy zwieńczonymi łaską samozadowolenia, aż do momentu, kiedy poznałem Zośkę. 

Matka była wtedy (już „na zawsze”) z Zofipolskim, który po jej wypadku i okaleczeniu okazał się czułym partnerem, i było tak do momentu, kiedy się przeczekał. Zrobił risotto, przyniósł z delikatesów specjalnie na tę okazję białe wino, matka nie wracała. Nawiasem mówiąc, pojawiła się nad ranem, cała w zapachu czyjegoś cygara, trzeźwa, ale umorusana. A miała wrócić na podwieczorek. Zofipolski się nie doczekał. Przez miesiące jej rekonwalescencji nie pił. Teraz włamał się do barku i kieliszek po kieliszku pił żytnią z kłosem do góry. Potem z gwinta. Był zły na siebie, spocony, znowu podśmierdujący, choć jeszcze na szczęście z niewygasłą nutą Yardleya – i był niestety do niczego. Od nowa. Ten cholerny ciąg. Głupie pretensje matki, dlaczego nie przystopowałem człowieka?! Coś się z nią działo. Brzuch to słabe miejsce. Nie wiem, dlaczego nie zacząłem pić. Zofipolski i tak by zabronił. 

Gdybym powiedział, że ojciec nieboszczyk fruwa nade mną, a konkretnie popod sufitem, nikt by w to nie uwierzył. Miewałem coraz częściej takie chwile, kiedy było mi lepiej niż w rzeczywistości. Działo się to podczas wizji na jawie. Odkryłem takie właściwości mojej wyobraźni, może wskutek wpływu ojca na ducha tego domu, akurat w dniach, kiedy po raz pierwszy zagadałem do Zośki. Bez sensu, ale z celem. Miałem tamtego dnia pewność, że osiągnę cel i że początek ma być właśnie dzisiaj. Nie powiedziała mi tego zjawa ojca; nakaz był w wyrazie twarzy zjawy. Teraz albo nigdy. Wygrasz albo przegrasz. Ruszaj! 

Głupio tak bez przygotowania coś dźwignąć. Można nawet stracić życie. Ale o tym, że życie to nie wszystko, dowiedziałem się w chwili ujrzenia pod sufitem ojca (który nie żył już przed mym urodzeniem). Nie życie więc jest tym, czego kres oznacza koniec wszystkiego, lecz duch. Duch nawet po kilku wiekach potrafi zebrać się w sobie, ożywić szczątki. I – właśnie – ruszyć! 

To nie były czasy, kiedy można byłoby wychodzić publicznie z takim zabobonem. Martwiałem na samą myśl, co się stanie, kiedy duch ojca znajdzie sobie ekran do wyświetlania wizji w pokoju obok. Teraz wiem, że nie było to możliwe z powodu aury kompletnie zakłóconej wskutek setek dusz, i nie tylko dusz, męskich,  przechodzących przez pokój, który w zgodzie z czystą myślą powinien być wyłącznie albo jej wdowią sypialnią, albo sypialnią byłej wdowy, obecnie mężatki lub kobiety żyjącej z jednym partnerem. Czegoś nietypowego świeży duch nie przeklina. Starego ducha zaś te szczegóły – owszem, owszem, pikantne, choć mało mające wspólnego z higieną – nie interesują. 

Nie wszystko pamiętam. Pamiętam piersi Zośki – dokładnie – i ojca płynącego tuż pod sufitem. Kiedy uda mi się opisać najpiękniejsze spośród danych mi do oglądania kobiece piersi, będę mógł zejść z tego świata z poczuciem spełnionego obowiązku. Zośka udzielała się politycznie, była poważna i stosunek ze mną traktowała jako czynność toaletową. Zamykała się ze mną tak jakby się zamykała w ustępie. A ja do niedawna żyłem w ułudzie, pewny, że to miłość. Chociaż właściwie była. Moja. Ja nie zmarnowałem uczucia. Tyle tylko, że zamazałem pięć lat swojego życia. Dawałem wszystko. Kto by przypuszczał, że to się skończy potworną zdradą? 

Obce mi było – jako chłopcu – pojęcie zdrady w znaczeniu, by tak rzec, obrotów rzeczy między płciami w zakresie pary. Od dziecka wiedziałem, ba, czułem, czym może być zdrada, wiedziałem, że człowiek, który zdradził, powinien ponieść karę podwójną (pierwszą z nich ma sobie wymierzyć sam). Zdrada natomiast innego rodzaju niż zdrada ideałów, przyjaciół, zaprzedania się, nie istniała dla mnie. Na ekranie węgierskiego Oriona  oglądałem u koleżanki, rówieśniczki, film o koniach. Śliczny i pouczający. Było ciepło, przyjaźnie, Dzida, estetyczna dziewczynka, dużej urody. Jej matka, uderzająco podobna do aktorki Michelle Morgan, coś tam, jak zwykle, przyrządzała w otwartej kuchni; wyszła stamtąd do nas, do pokoju, gdy lektor wypowiedział słowa: „została zdradzona”. Klacz. Ogier zdradził klacz. Nie mogłem przyjąć do wiadomości, ze „zdradzić” znaczy obcować z inną (innym), spółkować. Jak to – myślałem – przecież to nie ma znaczenia, skoro ON potem wraca do NIEJ. Rozumiesz, nie pojmowałem (koń, nie koń, kozioł, ptaszek), że może być gorycz. Piekąca, nie do zniesienia. To, że nie musi to nawet w układach partnerskich dotyczyć łóżka, dowiedziałem się dopiero teraz, na starość. 

Czyżbym był wtedy aż tak podobny do matki? Tak jak ona, miałem niewyrażalny żal do Stwórcy, że architekt odbudowujący Warszawę niespodziewanie odszedł. I do niego, do trupa, mieliśmy – ja i matka – dwa osobne żale. Noga w nogę – robiliśmy wszystko, żeby tego żalu nie okazać światu. 

Uważaj, uważaj! Zdrada wszędzie. 

 

Ile było zdrad w ciągu mojego życia? Ile razy poczułem między podniebieniem a szczytem czaszki tę gorycz i tępą twardość? Koledzy okazywali się konfidentami, a jeśli nawet nie, to są do dziś oszustami w grze. Widocznie poniżani od dziecka, pomijani za młodu, postawili na najwygodniejsze życie. A że zasłane trupami kolegów? Jakie to ma znaczenie dla kogoś, kto nie wyobraża sobie wygód bez woni rozkładu. 

Czy okazja czyni zdrajcę? A może zdrajca to rodzaj? 

 

– Żebyś mnie nie próbował szukać – powiedziała po tych wszystkich sprawach Zośka. 

Byłem o dosłowności przekazu przekonany do momentu, kiedy po latach, bliski starości, przypadkiem natknąłem się na terminarz z tamtego czasu, w którym te słowa Zośki zapisywałem w ich oryginalnym, no i naturalnym brzmieniu: „Nawet mnie nie próbuj odnaleźć”. 

Jakaś różnica jest. Także w dramaturgii. 

Zośka żyła potem jeszcze całkiem długo i, jak słyszałem, bez komplikacji zdrowotnych, poza tą sprawą, która już się nie odstanie. Wstyd nie pozwala mi wybełkotać. Czekać trzeba. Samo to przyjdzie. Za wcześnie na odrzucenie swej własnej winy. Lepiej paść oblepiony gliną niż dać się oczyścić i potem snuć się nago, obolały, z poodzieranym naskórkiem. To nie ja spowodowałem okropny uraz Zośki, ale ja byłem tym, który znalazł się z nią i który, owszem, przyszedł na czas, ale z powodów, których racjonalnie nie potrafię wytłumaczyć, schował się przed nią w bezpiecznym miejscu i obserwował jej oczekiwanie, niepewność, złość… Czy chciałem zdjąć z  niej poczucie godności, tak mnie u niej irytujące? Jeżeli tak, to wywołałem skutek przeciwny. Ze straszną siłą ze mnie spadała godność, gdym widział, jak po godzinie bezsensownego czekania Zośka odchodzi z miejsca, w którym mieliśmy się spotkać, w pomieszaniu, blada i z włosami, które w słońcu, w parującym po deszczu powietrzu pięknie jej się zakręciły na skroniach, ciemnobrązowe, mocne. Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego pozwoliłem, żeby oddzierana z godności na tych kilka chwil oślepła i ogłuchła z żalu? Wracając zataczała się. Wpadła pod ciężarówkę. Potem zniknęła z horyzontu; koniec z karierą pianistki. Ręka. W sumie trzy lata, z nielicznymi przerwami, w klinikach ortopedycznych, nie tylko na oddziałach chirurgii ręki. Miała pogruchotaną miednicę, Boże. Dzielna, nauczyła się pisać lewą ręką. Zatrułaby ją nuda, jak wszystkich innych pacjentów, zawodowych kierowców na przykład, którzy wiedzą, że nie dotkną już nigdy kierownicy, bo nie mają czym; nie nacisną sprzęgła, bo nie mają czym. Zośka pisała. Wiedziałem, gdzie jest hospitalizowana, wmówiłem sobie, że ona nie chce nikogo widzieć z tamtego świata, z tamtej strony, poza rodziną. Zośka to potężny rozdział. Księga zła w moim życiu. Nie wymażesz, nie potargasz. Jeszcze nie przegrałem. Dopóki wierzę, że chmura znad mej głowy kiedyś się ruszy. 

Nie miałem pojęcia, że to zrobię: że się przed Zośką ukryję. To się stało w ostatnich sekundach; stanąłem za nieczynnym kioskiem, w cieniu morwy, kiedy zobaczyłem Zośkę wyłaniająca się zza kamienicy, pięćdziesiąt metrów ode mnie. Miałem wtedy bardzo dobry wzrok. 

I twarde serce? 

Może nie do końca tak. Nagle, obserwując ją z dystansu, zyskałem pewność, że jest mi obojętna. A przecież umówiłem się z nią jako z kobietą. Gotowość seksualna zmieniła się w obojętność w ułamku sekundy. A ona taka wyniosła. Nie – nie ma prawa do wyniosłości! – tupało we mnie. 

 

______________ 

Fragment gotowej do druku powieści „Bezwstydne”.

 

 

Marek Sołtysik


 

CZYTAJ TEŻ