Dziennik jako pozytywny aspekt w życiu dorosłej kobiety

przełożyła
Wioletta Perzanowska


 

Już w chwili, gdy rozcięłam długą, cienką, bladoniebieską kopertę, wiedziałam, że znów jestem uzależniona. Tym razem do listu dołączone było zdjęcie. Miał na sobie koszulkę z wizerunkiem Edgara Allana Poe, a na niej – coś, co wyobrażałam sobie jako tradycyjną indonezyjską kurtkę z tkanym wzorem na przodzie. Jego uśmiech był tak szeroki, że oczy zamieniły się w wąskie szparki, przypominające przydymione brzegi wysuszonego płatka anyżu.

Ale znikające oczy tylko podkreślały jego uśmiech. Miał ładne zęby. Jednak najbardziej pociągały mnie jego włosy – czarne, lśniące, opadające na ramiona, niemal aż do pasa. Były piękniejsze niż włosy większości kobiet, które znałam. Myślałam o nich, wyobrażając sobie, jak przeczesuję je palcami, wącham, szczotkuję, a nawet myję. Na dole zdjęcia widniał napis: Z serdecznymi pozdrowieniami, Yudi.

Przypomniałam sobie tamten poranek, gdy z moją przyjaciółką Jyoti wspinałyśmy się na wzgórze w Auckland. Niosłam w torbie, przewieszonej przez ramię, wino, ser i bagietkę, a przy każdym kroku torba uderzała o moje biodro. W końcu, by odwrócić uwagę od tej denerwującej torby z winem, serem i bagietką, zaczęłam mówić.

Powiedziałam, że nie ma znaczenia, co myślisz, ani w co próbujesz uwierzyć. Nie liczy się, czym się łudzisz ani kogo usiłujesz przekonać. Wszystko sprowadza się do jednej rzeczy – do punktu, wokół którego kręci się całe życie. A tym punktem jest: kto z kim się pieprzy i kto o kim fantazjuje.

Patrzyłam na Jyoti, tłumacząc, że wszystko obraca się wokół tego centralnego jądra. Wokół niego układa się reszta życia, a ono istnieje samo – zanim pojawi się cokolwiek innego.

– Mówisz o miłości? – zapytała.

Dotarłyśmy na szczyt i spojrzałyśmy na siebie. Wtedy obie zrozumiałyśmy, że zapomniałyśmy o korkociągu.

– Miłość – powiedziałam – to odbicie tego, jak postrzegasz samą siebie i jak chcesz być widziana przez innych.

Kiedy skończyłam czytać list od Yudiego, nadszedł moment, by wyregulować kolory w telewizorze. Na ekranie ludzie zmieniali się w kosmitów – ogolone na gładko głowy, twarze pokryte białą farbą, a na nich zielone kropki. Zawsze oglądam telewizję po południu. Kiedy mieszkałam z M., była to pora jego powrotu z pracy. Teraz po prostu lubię w tym czasie włączyć telewizor, jakby to miało przywrócić mi jakąś znaną, choć już utraconą rutynę.

Uzależnienie od M. było najgorszym, jakiego kiedykolwiek doświadczyłam. Trwało najdłużej, nieustannie do niego wracałam, a zerwanie z nim było najtrudniejszym z wyzwań. Kiedy w końcu się skończyło, nie podaliśmy sobie rąk, nie obiecaliśmy sobie regularnych spotkań przy kawie. Zamiast tego spaliłam jego książki, a ukochane płyty z ksylofonową muzyką Arthura Lymana wyrzuciłam do kontenera Burkesa.

Zrobiłam małą figurkę z kartonu, narysowałam na niej ubrania, a potem przypięłam ją do ściany pinezkami – wbijałam je w stopy, ręce i serce. Jyoti powiedziała, że jestem uzależniona do granic możliwości, a potem przyniosła mi książkę.

Zaczęłam czytać:

Rób notatki podczas lektury, zwłaszcza jeśli poczujesz, że któraś z dziesięciu opisanych historii wydaje ci się znajoma. Zacznij od Raewyn, zanim przejdziesz do Altamiry. A czytając, zastanów się: czy ty również jesteś kobietą, która kocha za bardzo…?

Zastanawiałam się, kim była Raewyn i co takiego zrobiła, że kobieta poświęciła jej dwieście pięćdziesiąt stron swojej książki. Rzuciłam tom pod łóżko, a potem, nie zwlekając, odpowiedziałam na anons o korespondencyjnej znajomości i zaczęłam pisać do Yudiego.

Tydzień po wysłaniu pierwszego listu do Yudiego wyszłam z mieszkania późnym piątkowym popołudniem. Powietrze było tak gorące, że jeszcze rano widziałam karalucha, który wychodził z odpływu w zlewie. Przed pubem, przy jednym ze stolików, siedziała para w średnim wieku. Obejmowali się i całowali. Na stole przed nimi stał rząd pustych szklanek. Kobieta miała na sobie pastelowy róż, a mężczyzna garnitur, ale bez koszuli, tylko z krawatem. Łaskotał ją po brzuchu, a ona zaśmiała się, mówiąc: – Wiem, czego chcesz, figlarzu. Piątkowe popołudnie, a wszyscy, którzy przechodzili obok, mieli w oczach ten sam błysk: Dziś noc należy do nas.

Stałam na przystanku autobusowym, przeglądając wieczorną gazetę. Kiedy podniosłam wzrok, by sprawdzić, czy nadjeżdża autobus, zauważyłam kobietę, która zbliżała się od końca długiej ulicy, przy której czekałam. Miała na sobie biały top, czarną spódnicę i białe buty do biegania. Ciemna spódnica niemal całkowicie skrywała jej nogi, które ginęły w cieniu, zlewając się z szarością ulicy.

Znów zaczęłam czytać, gdy nagle dostrzegłam wystającą ze ściany nogę. Stała tam kobieta, ukryta w wąskim, głęboko cofniętym wejściu prowadzącym do Galerii Rękodzieła Czarna Perła. Widać było tylko jej nogę w białym bucie do biegania, a od czasu do czasu, gdy paliła papierosa, wyłaniał się także jej łokieć. Jeden łokieć i jedna noga wydawały się bardziej prowokujące niż całe ciało.

Wysiadając z autobusu w centrum miasta, niedaleko Starego Banku, pierwsze, co przykuło mój wzrok, to różowa furgonetka z ciastkami. Różowa jak plastry samoprzylepne, jak dziecięce ubranka w sklepach, które nieustannie bankrutują i zamieniają się w bary z burgerami. Różowa jak budyń dla rekonwalescentów na fotografiach w starych książkach kucharskich Edmondsa.

Cukiernik zaparkował naprzeciwko całodobowego sklepu, rozkładając na stole czekoladowe lamingtony, lukrowane bułeczki, rurki z kremem, lepkie pączki z dżemem i grube kawałki ciasta z wyciekającym budyniem. Tylne, przesuwne drzwi furgonetki były uchylone, a w środku widać było samego cukiernika – niskiego mężczyznę w bermudach, z rękami pełnymi morelowych tart. Zapytałam, czy mogę kupić pączka, a on bez wahania zaprosił mnie do środka.

W aksamitnym, słodkawym półmroku furgonetki noga cukiernika, w długiej skarpecie, otarła się o moją, gdy podawał mi pączka. Dżem w środku błyszczał złowrogo – jak rubinowe oko pirata, które mrugało i połyskiwało, zdając się mówić: No, no może byś mnie zjadła? Może byś zjadła trzy na raz?

– Zawsze są takie, które mają więcej dżemu niż inne, prawda? – zapytał cukiernik, jego głos pełen był jakiejś dziwnej tajemnicy.

Chciałam tylko jednego pączka – z nadzieniem tak krwistoczerwonym, że wyglądało, jakby krwawił. Dlaczego więc próbował wciągnąć mnie w jakąś głęboką, filozoficzną dyskusję o porcji dżemu?

Wysiadłam z furgonetki. Z zewnątrz różowa, cukierkowa, a w środku ciemna, przesycona zapachem słodkiego ciasta i wilgotnego biszkoptu. Cukiernik uszczypnął mnie w tyłek, a ja udałam, że tego nie zauważyłam, ruszając dalej, zajadając pączka, z którego wciąż sączył się krwawy dżem.

Gdy doszłam do rogu, nie mogłam się powstrzymać – musiałam spojrzeć, skręcając w lewo. Cukiernik właśnie zamykał tylne drzwi furgonetki. Odwrócił się, zauważył mnie i pomachał, a ja – tak beznadziejnie uzależniona od miłości i słodyczy (jak powiedziała Jyoti) – odwzajemniłam gest. Absurd tej sceny unosił się w powietrzu jak słodki, lepki opar.

To było mniej więcej wtedy, gdy wszystko zaczynało się zaogniać, a moje życie przypominało chemiczne doświadczenie ze szkoły: jeden składnik łączy się z drugim i nim się obejrzysz – bum! – lont już płonie. Weszłam do sklepu z alkoholem Super Saver, by kupić kilka małych puszek gotowych drinków. Uwielbiałam ich nazwy, kolory, opisy na etykietach – wszystko wydawało się częścią jakiejś osobliwej alchemii.

Za ladą stał starszy mężczyzna o białych włosach – ten sam, którego unikałam od czasu dawnej sprzeczki. Wiedziałam, że mnie rozpoznał, bo rzucił złośliwe spojrzenie, gdy poprosiłam, by włożył puszki do papierowej torby. W Super Saver panował chłód, podczas gdy na chodniku, w prawdziwym świecie, powietrze było gęste, parne i duszne.

Jeszcze przed rozmową o pracę wypiłam dwie puszki. Znajomy polecił mi tę pracę i dał jasno do zrozumienia, że jeśli mnie nie przyjmą, on umywa ręce. On sam pracował w szpitalu i twierdził, że to pestka – jak sikanie w słoneczny dzień, w przeciwieństwie do sikania pod wiatr, jak sądziłam.

Jego entuzjazm dodał mi otuchy, choć wciąż czułam napięcie. Szpital psychiatryczny nigdy nie był moim marzeniem, ale perspektywa pracy na zmiany – raz w dzień, raz w nocy – miała w sobie pewien urok. Poza tym, jak zapewniał znajomy, praca salowej była łatwa: żadnej krwi, wymiocin, moczu ani kału. Ktoś inny zajmował się tym wszystkim.

Małe puszki zrobiły swoje – dodały mi energii i zaróżowiły policzki. Zaczęłam więc opowiadać o swoim doświadczeniu w sprzątaniu, o maszynach do polerowania podłóg, które rzekomo znałam. Oczywiście były to drobne kłamstwa, powtarzałam to, co mi podpowiedział znajomy. Kobieta podała mi formularz i oznajmiła, że przyjmą mnie na okres próbny – trzy miesiące.

Kiedy wróciłam do domu, było już późno, a wokół panowała głęboka cisza. Cisza – z wyjątkiem moich futrzastych, zwinnych towarzyszy, którzy przemykali po kuchni. Nie boję się myszy, jak niektórzy, ale nie mogę znieść myśli, że te pulchne, futrzaste stworzonka biegają po mojej blasze do pieczenia i węszą tam, gdzie jeszcze przed chwilą leżały ciastka.

Weszłam do kuchni, robiąc przy tym sporo hałasu, i kopnęłam drzwi piekarnika, by te małe, tłuste istoty wiedziały, że wróciłam. Gdy siedzę w ciszy, już po chwili zaczyna się coś dziać – jakiś dźwięk, niemal niesłyszalny, ale wyraźnie dochodzący z piekarnika lub opiekacza. Wtedy wstaję, kopię w drzwi lub zrzucam sztućce na kuchenkę, w nadziei, że może to je przepędzi. To tam, w tych ciemnych zakamarkach, skrywa się mysia kraina.

Tuż po tym, jak się wprowadziłam, zebrałam się na odwagę, by zajrzeć do opiekacza. W środku panował straszny chaos – mysie odchody, brud i resztki, które zdawały się tętnić własnym życiem. Nie miałam odwagi, by wysunąć go do końca, więc po prostu zatrzasnęłam drzwiczki i od tej pory go nie używam. Przestałam jeść tosty. W końcu te futrzaste stworzenia muszą gdzieś mieszkać.

Zrzucając łyżeczki na kuchenkę, znowu sięgnęłam po list od Yudiego. Dopiero teraz zauważyłam, że wspominał o planach przyjazdu do Nowej Zelandii i pytał, czy mógłby się u mnie zatrzymać. Spojrzałam na moje maleńkie mieszkanie, próbując wyobrazić sobie, gdzie mogłabym go upchnąć. Czasem, rozmawiając ze znajomymi, nazywam to miejsce „apartamentem” lub nawet „pied-à-terre”, ale ci, którzy znają mnie lepiej, doskonale wiedzą, jak jest naprawdę. Największym atutem tego obskurnego lokum jest jego położenie – w samym sercu miasta, tuż naprzeciwko komisariatu policji. Więc, tak czy inaczej, powinnam czuć się całkiem bezpieczna.

W ciągu dnia winda niemal się nie zatrzymuje – ktoś nieustannie nią jeździ. Wydaje przy tym dziwne, świszczące dźwięki, gdy sunie w górę i w dół szybu. Zawsze ogarnia mnie lekki niepokój, kiedy czekam, zastanawiając się, kto się w niej pojawi, gdy drzwi wreszcie się otworzą – a jednak często bywa pusta, mimo że przez cały dzień jej ruch nie ustaje. Na moim piętrze mieszkają inni ludzie, ale nie wiem, kim oni są. Czasem w korytarzu, porzucony, stoi rower. Jednego dnia w powietrzu unosi się zapach boczku i jajek, kiedy indziej – słodkiego toffi.

Noc kryje w sobie coś, czego nie ma dzień – biura wokół migoczą jak maleńkie, kolorowe światła w szklanych pudełkach. Stoję przy oknie, wpatrując się w ich wnętrza. Obserwuję komisariat, choć nigdy nie zdarza się tam nic dramatycznego. Jyoti mówi, że takie rzeczy dzieją się w tylnej części budynku, gdzie okna to wąskie szczeliny w murze, a zamiast firanek widać tylko czarne szkło. Błękitne światła w kształcie policyjnych pałek migoczą na dachu, wlewając do mojego pokoju upiorny blask.

Leżę w łóżku, wsłuchując się w szelest prześcieradeł. Jutro o siódmej rano zaczynam nową pracę. Moje robocze buty – płaskie, brązowe, sznurowane, jakby stworzone do szpitalnych korytarzy – błyszczą wypolerowane. Kanapki czekają, spakowane w brązową papierową torebkę, gotowe do drogi. Ubrania wiszą wyprane i wyprasowane, choć zapewniali, że na miejscu dostanę ubranie robocze. Na biurku leży zdjęcie: mam na sobie różową szyfonową sukienkę z lumpeksu i kapelusz mojej matki, przywieziony z jej podróży przez Kanał Panamski. Może czas pozbyć się tych zbędnych drobiazgów. Wypaliłam starego skręta. Deszcz bębni o szyby.

Wczoraj z publicznej toalety przy windzie zniknęły cztery szklane żaluzje. Leżały na podłodze w korytarzu w równym rzędzie, a ja włożyłam je z powrotem na miejsce. Zaraz potem zauważyłam uchylone drzwi przeciwpożarowe, więc zamknęłam je na klucz. W tym samym momencie w trzech mieszkaniach na piętrze zadzwoniły telefony, a chwilę później uruchomiły się automatyczne sekretarki. Wiem, że w jednym z nich nikogo nie ma – wyjechali, zostawiając mi klucz, żebym mogła pilnować mieszkania. W innym mieszka właściciel roweru, a naprzeciwko, w rogu, – kobieta od pudełek Bento, prowadząca własny biznes.

Ubiera się w ponure kolory, jakby codziennie wybierała się na pogrzeb: czerń, stalowy błękit i to, co moja matka nazywała szaromysim. Jej kosz na śmieci wypełniony jest pudełkami po sushi bento oraz małymi plastikowymi rybkami z sosem sojowym. Czasem trafiają tam również ubrania – białe koszule i bielizna, które wyrzuca, by potem kupić nowe komplety. Dwie z tych koszul uratowałam, wyprałam i zaczęłam nosić, nigdy się nie zorientowała. Dwie inne sprzedałam w sklepie z używaną odzieżą w galerii handlowej.

Kiedy zamknęłam drzwi przeciwpożarowe i wsunęłam szklane żaluzje z powrotem w ramę okna, usłyszałam, jak winda rusza w górę. Zadzwonił dzwonek, zatrzymała się na moim piętrze, drzwi się rozsunęły – ale w środku nie było nikogo, tylko zapach ryby z frytkami, który unosił się w powietrzu.

Sąsiedzi, którzy wyjechali, to Damian i Ariadna, choć ja nazywam ich Ślicznotka i jej Ukochany. Mówią, że są małżeństwem od trzech lat. Gdy są w mieście, pracują niemal bez przerwy – dniami i nocami. Ukochany Ślicznotki to mężczyzna uporządkowany, powściągliwy, zawsze spokojny, jakby nic nie mogło wyprowadzić go z równowagi. Ona zaś, przeciwnie, pełna życia, błyskotliwa, jak barwny ptak z odległych krajów.

Ukochany Ślicznotki, Damian, ma przyjaciela – Pana Groovy’ego, wysokiego mężczyznę w słomkowym kapeluszu, z opaską z tkaniny tapa wokół ronda. Razem wyruszają w miasto, tworząc duet: Pan Groovy i Pan Cool. Ślicznotka zostaje w domu, z telefonem przy uchu, popijając wodę mineralną z małych butelek, by nawodnić organizm. Damian nigdy się nie poci, podczas gdy Ślicznotka – tak, i to właśnie ich odróżnia.

Jej zapasy rozmaitych środków higieny intymnej wypełniają półki i szuflady: jednorazowe papierowe majtki, wielkie pudła supertamponów, perfumy, dezodorowane wkładki do butów, miętowa nić dentystyczna, preparaty do oczyszczania twarzy, a także ogromne, ekonomiczne paczki wacików kosmetycznych.

Zawsze zostawiają mi klucz, gdy wiedzą, że nie będzie ich dłużej niż tydzień. Ich mieszkanie jest pełne napoczętych rzeczy – rozpakowanych, ale nigdy nienoszonych rajstop, szklanek z niedopitym winem, jakby myśleli, że mieszkają na pokładzie Marie Celeste.

Nie wiem, czym właściwie się zajmują, ale często wyjeżdżają z miasta. Kiedy wracają, ich samochód zawsze nosi ślady drogi – oblepiony błotem lub zakurzony. Ariadna zabiera kalosze, Damian – łopatę, a potem pakują wszystko do bagażnika terenowego jeepa cherokee.

Wślizgnęłam się w ich życie niepostrzeżenie, spędzając długie godziny w pobliżu ich drzwi. Kiedy udaje mi się wejść do środka, krążę między ogromnymi bukietami kwiatów, które regularnie przysyłane są dla Ariadny. Uwielbiam dotykać jaskrawych, designerskich bibelotów – misternie rzeźbionych drobiazgów, które wypełniają każdy kąt mieszkania. Z zazdrością przyglądam się eleganckim belgijskim zasłonom, obrazom i drobnym dziełom sztuki, które zdobią ściany – zawsze gotowym tematom do rozmów przy kolacji. Przesuwam dłonie po kanapie w paisleyowy wzór w stylu Lacroix, czując pod palcami miękkość i ciepło tkaniny.

Często dostają prezenty – błyszczące pakunki przewiązane delikatnymi, przezroczystymi wstążkami. Jedne maleńkie, starannie zapakowane, inne ogromne, wypchane po brzegi; wystarczy nimi potrząsnąć, by usłyszeć obietnicę czegoś niezwykłego – takich podarunków zawsze pragnęłam. A w środku – luksusowe czekoladki, egzotyczne likiery, zabawne kartki i urocze drobiazgi, które później z dumą wystawiają na widok publiczny. Pewnego razu anonimowy nadawca przysłał im pudełko sztucznych psich odchodów.

Mimo że wciąż jestem w pobliżu, udając pomocną i licząc na choćby najmniejszy gest, nigdy niczego mi nie zaoferowali. Pilnuję ich mieszkania za darmo, a oni doskonale wiedzą, że nie poproszę o nic w zamian.

Któregoś dnia, gdy Ariadny akurat nie było w domu, siedzieliśmy z Damianem przed telewizorem. Zaparzył nam dwie maleńkie filiżanki kawy z wyjątkowych ziaren, które – jak opowiadał – przywiózł z ostatniej podróży do północnego Queensland.

– Uprawiają ją tam w idealnym klimacie, w żyznej glebie. Spróbuj. Delektuj się – powiedział, wykonując teatralny, niemal przesadny gest, podając mi filiżankę.

Kawa była tak gorąca, że natychmiast poparzyłam sobie język. Maleńka filiżanka okazała się nieporęczna – musiałam się pochylić, by w ogóle zdołać przyłożyć do niej usta. Wtedy, ilekroć włączałam telewizor, zawsze trafiałam na ten sam program – „Największe wpadki akrobatów”.

Przenosimy się do Nevady. Mężczyzna wykonuje skoki na motocyklu – jeden za drugim, każdy perfekcyjny, bez żadnej wpadki. Chwilę później udziela wywiadu, a na jego szyi błyszczy krzyżyk. Potem jesteśmy na stadionie Aloha w Honolulu, śledzimy go na Hawajach, w Teksasie, w Australii – wszędzie, dokąd się udaje, każda akrobacja kończy się sukcesem.

Ale wkrótce szczęście zaczyna go opuszczać. Biała łódź koziołkuje przy zawrotnej prędkości, rozbijając się, a mężczyzna wypada z niej, lądując tuż przed różową łodzią, która pędzi jeszcze szybciej. Natychmiast udzielają mu pierwszej pomocy. Niedługo potem akrobaci spadają z nieba w płomieniach, smuga dymu ściga ich w powietrzu, a w tle rozlega się nieznośne buczenie silników. W tym czasie pilotka, Ana Maria Osterunden, udziela wywiadu, opowiadając o swoich doświadczeniach.

Podczas przerwy reklamowej na ekranie pojawia się olśniewająca kobieta – rozkoszuje się żółtymi lodami Solaris, otoczona aureolą złocistych gołębi.

Damian dolewa wrzącej kawy. W telewizji mężczyzna zostaje zamknięty w szklanej trumnie, którą następnie zakopują. Kolejne akrobacje kończą się tragedią: wybuchające samochody, pojazd przecięty na pół, nurkowie skaczący do wody.

– Raczej nudne, nie sądzisz? – rzuca Damian, patrząc obojętnie na ekran.

Dzwoni jego przyjaciel, Pan Groovy, informując, że wkrótce się pojawi, więc uznaję, że pora się pożegnać i wyjść. Słyszałam, że Pan Groovy powiedział Ślicznotce, iż uważa mnie za dziwną, porównując mnie do rozgniecionej śliwki na drożdżowym placku. Ślicznotka jednak nigdy się tym nie przejmowała. Dla niej liczył się tylko duch rywalizacji – jeśli ktoś miał zostać rozgniecioną śliwką, zrobiłaby wszystko, by stać się najpiękniejszą, najbardziej wykwintną rozgniecioną śliwką na drożdżowym placku, jaką kiedykolwiek stworzono.

Nie wiem, jak wyglądam w ich oczach. Może jak krowa. Mam okrągłą, płaską twarz i tendencję do gapienia się na ludzi. W szkole przezywali mnie buła.

W moim mieszkaniu ściany zdobią zdjęcia fragmentów ciał, które mnie fascynują – ramiona, nogi, dłonie, stopy, a nawet całe twarze. Jest też wycinek z gazety: starożytny grecki tors z marmuru, wydobyty z morza przy pomocy dźwigu. Zbieram także maleńkie, różowe rączki lalek. Mam brudną porcelanową nogę lalki, którą znalazłam, kopiąc w ogrodzie mamy. Szczególne miejsce w mojej kolekcji zajmują różowe plastikowe dłonie, które wcześniej należały do dużej lalki w stroju panny młodej, czarne buciki zapinane na guziczki, stópki, tors misia i łysa główka lalki Kewpie. Wszystko to poustawiane jest na szerokim parapecie w moim pokoju, niczym eksponaty w prywatnym muzeum.

Czasami wspinam się na parapet w samych skarpetkach, opierając się o okno na piątym piętrze, i zastanawiam się, czy któryś z policjantów w komisariacie naprzeciwko zobaczy mnie i zawoła. Potrafię stać tam przez pół godziny, wpatrując się w pusty chodnik, a mimo to nikt mnie nie zauważa – może tylko jakaś mała dziewczynka, zbyt wolno podążająca za matką, idącą przed komisariatem. Policja nigdy się nie pojawia.

W mieszkaniu spędzam czas, pochłaniając spore ilości jedzenia. Zostawiam po sobie brudne plastikowe kubki, lepkie celofanowe opakowania, porysowane pojemniki i papierowe torby w odcieniach brązu i bieli. Jem lody, malutkie jajka wielkanocne wypełnione kleistym, żółtym cukrowym nadzieniem, a także miniaturowe paczki płatków śniadaniowych – po osiem w zestawie. Ostatnia paczka zawsze trafia do mnie, jakby nikt inny jej nie chciał; płatki przypominają małe orzeszki i śrubki.

Kiedy ktoś puka do drzwi, uchylam je tylko na tyle, by rzucić okiem na gościa. Ślicznotka twierdzi, że jestem tajemnicza, ale w rzeczywistości to dlatego, że nie chcę, by ktokolwiek zobaczył całe to jedzenie, które pochłaniam: truskawkowe muffinki z kawiarenki przy bibliotece, ciastka ze sklepu w podziemnym pasażu, resztki smażonego ryżu, puste puszki po coli, popielniczki pełne niedopałków.

Żeby zatuszować wszystkie zapachy palę „jaśminowe” kadzidełka ze sklepu Warehouse, które cuchną tak intensywnie, że trudno je znieść.

Lubię wstawać wcześnie, by obserwować, jak słońce powoli wznosi się nad zatoką. Później, rankiem, jem zupę błyskawiczną z kubka z motywem „Star Treka”, przegryzając dwoma waflami ryżowymi. Uwielbiam te grube, okrągłe wafle – takie lekkie, kiedy niosę je ze sklepu, i nigdy się nie psują, nie tracą na świeżości. Trzymałam jedne w szafce przez czternaście miesięcy, a nadal smakowały dokładnie tak samo. Wafle ryżowe wciąż nie zdobyły uznania, na jakie moim zdaniem w pełni zasługują.

Budzi mnie sen. Śnił mi się dom z tektury – cudowny, wymarzony. Z idealnie rozmieszczonymi drzwiami i oknami, uroczym małym dachem, na który można było się wspiąć przez właz, by w razie potrzeby naprawić go samodzielnie. Dom dotarł do mnie pocztą, a ja sama go złożyłam – zginając zakładkę A w zakładkę B i wsuwając je w szczelinę C. To był prawdziwy cud – wunderbares, wunderliches.

Mój nowy dom stał już gotowy tuż obok starej, brzydkiej rudery, w której mieszkam. Niestety, postawiłam go na skraju klifu – co może wydawać się dziwne w rzeczywistości, ale we śnie wszystko jest możliwe – i w nocy po prostu się zsunął.

Obudziłam się dokładnie w chwili, gdy spadał. Patrząc przez ponure okno mojej rudery, widziałam, jak mój nowy dom opada coraz niżej, aż w końcu z hukiem wpadł do wody u podnóża klifu. W moich snach woda zawsze się pojawia – psychiatrzy twierdzą, że ma silny wydźwięk seksualny.

– Widzisz? – zwróciłam się do Jyoti. – Seks jest wszędzie, nawet gdy śpisz głęboko i nie jesteś tego świadoma.

Kiedy mój dom z tektury wpadł do wody, natychmiast zatonął. Miałam nadzieję, że może uda mu się utrzymać na powierzchni, ale nie – glup-glup – jedno donośne chlupnięcie i zniknął. Stoję przy obdrapanym oknie mojej rudery, z otwartymi ustami, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę.

Przez resztę snu opowiadam tę historię różnym ludziom, ale za każdym razem spotykam się z tym samym, udawanym zdziwieniem.

– Naprawdę? – pytają. – Nie przyszło ci do głowy, że to utonie?

Czuję, jak gromadzą się za moimi plecami.

– Co ta głupia baba sobie myśli? – szepczą między sobą. – Nie jesteśmy idiotami. Wiemy, że to badziewie było zrobione z tektury. Co z tego, że karbowanej, wciąż to tylko tektura.

Kiedy rano przychodzę do szpitala, tuż przed siódmą, podłogi znów wyglądają na brudne. Pacjenci dopiero zaczynają się budzić – słychać ich ciche jęki. Oddział jest ospały, nocne pielęgniarki ziewają, szykując się do powrotu do domu. Pielęgniarka oddziałowa pojawia się punktualnie o ósmej. Do tego czasu wszystko już działa jak dobrze naoliwiona maszyna.

Wyobrażam sobie ósmą rano w szpitalach na całym świecie. Pielęgniarki oddziałowe wchodzą schludne i czyste, idąc szybkim, pewnym krokiem. Pocierają dłonie, rozglądają się po salach – otoczone setkami pacjentów, wymytych środkami antyseptycznymi. Setki pielęgniarek podają im śniadanie: uprzejme, delikatne, bardziej przypominają stewardesy niż personel medyczny.

W tle, zawsze cicho i z godnością, porusza się armia Salowych. Napełniają swoje stukające wiadra gorącą, mydlaną wodą, manewrując mopami z niezwykłą lekkością i precyzją. Ach, cóż to za widok dla pielęgniarek oddziałowych: pacjenci skupieni nad jedzeniem, pielęgniarki śmiejące się przy ścieleniu łóżek, gorąca para unosząca się nad beżowym linoleum, a milczące Salowe, z plecami sztywnymi jak posągi, nieśpiesznie przecierają podłogi.

Jyoti powiedziała mi, że powinnam wreszcie przestać myśleć o M. Pokłóciłyśmy się wtedy w McDonaldzie. Była zirytowana nie tylko rozmową, ale także samym faktem, że chciałam tam zjeść – przecież jest wegetarianką. Przez cały czas, gdy jadłam swojego podwójnego cheeseburgera z frytkami, widziałam, jak jej wzrok śledzi inne kobiety wchodzące do środka. Kiedyś próbowała mnie przekonać, że lesbijki nie patrzą na kobiety w taki sam sposób jak mężczyźni, ale ja zawsze podchodziłam do jej teorii z dystansem.

Najpierw tuliła się do mnie i obejmowała, potem zaczęła podjadać moje frytki. Położyła rękę blisko mojego uda, grzebała w mojej torbie – wybuchła śmiechem, gdy natrafiła na paczkę prezerwatyw. Kiedy się odsunęłam, straciła równowagę i spadła z siedzenia. To ją naprawdę zdenerwowało. Pomyślałam, że zachowuje się jak mężczyzna – flirtuje, a potem obraża się, gdy nie odwzajemniam jej zainteresowania.

– Jesteś pewna, że nie jesteś facetem? – zapytałam, starając się rozładować napięcie lekkim uśmiechem. Wtedy naprawdę się wściekła. Wybuchła, wyrzucając z siebie wszystko – o mnie, o M, o tym, że pora dorosnąć i przestać zachowywać się jak nastolatka.

Wbiłam wzrok w sezamowe ziarenka, pozwalając, by słowa z reklamy McDonalda – bułka z sezamem – krążyły w mojej głowie, odbijając się echem, aż jedyne, na czym mogłam się skupić, to te maleńkie ziarenka. To nie był mak ani siemię – to był prawdziwy sezam, nasi starzy, dobrzy przyjaciele. Myślałam o ich złotym połysku i łagodnym cieple, aż w końcu przestałam słyszeć, co mówiła Jyoti.

Kiedy skończyła, chwyciła papierową torebkę po frytkach i rzuciła we mnie resztkami. Kątem oka zauważyłam, jak kierownik sali przeciska się między stolikami w naszą stronę.

– Wszystko w porządku, proszę pana – powiedziałam spokojnie. – Moja przyjaciółka po prostu czasem musi się wyładować.

Jyoti prychnęła i wyszła. Jej wysokie, czarne buty na obcasach uderzały rytmicznie o czarno-białą, kraciastą podłogę. Ciach – jedno pole. Ciach – drugie.

W drodze do domu zobaczyłam trzy martwe karaluchy: jednego w toalecie McDonalda i dwa na parapecie, leżące do góry nogami. Nikt poza mną chyba ich nie zauważył – wszyscy jedli dalej, jakby to było zupełnie normalne. Z autobusu dostrzegłam rozjechanego oposa na poboczu drogi. Za oknem śpiewały ptaki. W moim mieszkaniu odkryłam dwie martwe pszczoły w kącie kuchni. Wzięłam szczotkę i szufelkę, starannie je zmiotłam. Przypomniałam sobie, jak M. i ja jechaliśmy samochodem przez wieś, a moja siostra siedziała z tyłu. M. kłócił się ze mną w sposób, w jaki ludzie kłócą się przy innych – udając, że to żart, podczas gdy w rzeczywistości toczyła się prawdziwa, cholernie poważna wojna, ukryta pod lekką drwiną. Nie odpowiadałam mu. Minęliśmy martwą krowę leżącą przy wjeździe do gospodarstwa. M. wciąż się kłócił, siostra patrzyła przez okno po przeciwnej stronie, a ja byłam jedyną, która widziała martwą krowę.

Nie powiedziałam Jyoti, że dostałam kolejny list od Yudiego:

Droga Raminsky,

Bardzo się cieszę, że napisałaś i że moje zdjęcie Ci się spodobało. Chciałbym zobaczyć Twoje. Oglądałem albumy z Nowej Zelandii i zachwyciła mnie ilość zieleni. Jak duży jest Twój dom? Czy znalazłoby się w nim miejsce dla gościa z Indonezji o pogodnym usposobieniu, który przy okazji doskonale gotuje? Muszę poćwiczyć angielski – może mógłbym to zrobić w Nowej Zelandii. Z Tobą.

Reszta listu dotyczyła studiów Yudiego i jego uwag o prezydencie Suharto. Zanim zaczęłam do niego pisać, ledwie pamiętałam, kim właściwie był Suharto – często myliłam przywódców z tamtej części Azji Południowo-Wschodniej. Jednak Yudi wspominał o nim nieustannie, więc szybko zrozumiałam, że naprawdę go nie znosi. W jednym z listów zapytałam, co Indonezyjczycy myślą o Timorze Wschodnim, ale Yudi odpowiedział, że najważniejszą sprawą wciąż pozostaje prezydent Suharto.

Na końcu listu napisał:

Proszę, nie zapomnij o zdjęciu. Myślę o Tobie bardzo często.

Yudi

Zdecydowałam, że zamiast zdjęcia wyślę mu znowu pieniądze. Sama nie miałam ich zbyt wiele, ale sprawiało mi to przyjemność – wysyłanie pieniędzy Yudiemu pozwalało mi utrzymywać wizerunek, który przed nim wykreowałam: kobiety zamożnej, posiadającej dom i nie do końca jasne źródło dochodu. Yudi był przekonany, że mieszkam w zielonej, spokojnej dzielnicy, takiej jak Khandallah albo Remuera.

Usiadłam, by napisać nowy list:

Drogi Yudi,

Sprzedałam swój dom i przeprowadziłam się do eleganckiego apartamentu w centrum Wellington…

Siedziałam w autobusie, gdy obok nas, na światłach, zatrzymała się niewielka ciężarówka. Na otwartej pace, przywiązane linami, stało kilka pudeł. Na ich bokach widniał napis: „Tłuszcz spożywczy z Nowej Zelandii.”

Natychmiast wyobraziłam sobie rzeźników odcinających grube płaty tłuszczu z boków wielkich, czarno-białych krów – albo z ud i pośladków tłustych Nowozelandczyków. Tłuszcz spożywczy, zawijany w pergamin, pakowany w pudełka i wysyłany… ale dokąd właściwie? Gdzie potrzebny jest tłuszcz? Do Etiopii? Somalii? Sudanu?

Na samą myśl o tłuszczu spożywczym zrobiło mi się niedobrze. Jak oni to w ogóle wytwarzają? Co to właściwie jest? I kto to kupuje? Pewnie ktoś chudszy od nas.

Kiedy wróciłam do domu, spojrzałam na zdjęcie Yudiego i pomyślałam o tych niezliczonych milionach, a może nawet miliardach ludzi mieszkających w Indonezji – czwartym najludniejszym kraju na świecie. Przyszło mi do głowy, że Yudi pewnie świetnie by się tu odnalazł; czułby się w Nowej Zelandii jak ryba w wodzie.

Zaczęłam obsesyjnie zapisywać wszystko, co zjadałam w ciągu dnia:

 

– kubek zupy błyskawicznej i szklanka soku pomarańczowego– dwa jajka sadzone, bez tosta (z powodu myszy)– miska zupy dyniowej, dwa kotlety i szklanka soku pomarańczowego– sześć lukrowanych ciastek z dżemem malinowym posypanych kokosem– puszka brzoskwiń i cztery gałki lodów o smaku toffi– kubek zupy błyskawicznej, dwa wafle ryżowe i sok pomarańczowy– dwie kanapki z sałatką, jedna z serkiem śmietankowym i szynką– dwie obrzydliwe kiełbaski i miska zupy pomidorowej– filiżanka herbaty– duży kawałek szarlotki z bitą śmietaną– kubek zupy błyskawicznej i sok pomarańczowy– sześć wafli ryżowych z masłem orzechowym– mini quiche i butelka Ribeny z cienką słomką– talerz spaghetti z sosem pomidorowym– cztery pączki z lukrem i filiżanka herbaty

 

Przeglądając swoje zapiski, zauważyłam, że każdy dzień zaczynał się od kubka zupy błyskawicznej, którą często jadłam ponownie później. Prawie codziennie pojawiały się też wafle ryżowe, a po obiedzie zazwyczaj sięgałam po coś słodkiego, by się pocieszyć. Zauważyłam również, że w notatkach nie uwzględniałam alkoholu. Postanowiłam więc stworzyć bardziej szczegółową listę z dzienną ilością wypitych trunków. Jednak zanim się za to zabrałam, przyszedł moment, by przestać analizować i po prostu zjeść kolejną porcję zupy oraz wypić kilka kieliszków wina.

Potem próbowałam dodzwonić się do Jyoti. Odezwała się automatyczna sekretarka, więc zostawiłam wiadomość – historię o pewnym mężczyźnie, matematycznym geniuszu, o którym mówiono, że cierpi na zaburzenie seksualne i nie potrafi czerpać przyjemności z żadnej formy seksu.

Po jego śmierci stwierdzono, że przez całe życie opublikował ponad 2000 prac naukowych. Nieustannie podróżował po świecie, nigdy nie pozostając w jednym miejscu dłużej niż cztery lata – to był najdłuższy okres, jaki spędził gdziekolwiek. Wędrował z pustą walizką i plastikową torbą, uzależniony od amfetaminy, najwyraźniej niezdolny do dbania o siebie. Nie potrafił nawet przypomnieć sobie swojego numeru ubezpieczenia zdrowotnego w Stanach Zjednoczonych.

Zostawiłam wiadomość dla Jyoti na automatycznej sekretarce:

Jak wyglądałoby życie bez przyjemności seksualnej? Nie odrzucaj mnie, Jyoti. Bardzo cię potrzebuję.

Wchodzę do kuchni, liczę talerze, kubki, miski. Widzę tylko dwie miski, więc zaglądam do szafki, spodziewając się, że znajdę więcej.

Na ulicy poniżej panuje chaos – pijani wariaci walą pięściami w samochody, a zwariowani skejci popisują się sztuczkami na deskorolkach wokół fontanny. Skaczą przez ławki, pędzą przez dziedziniec, śmigają wzdłuż ścian.

Śni mi się, że jestem uczennicą w szarej, plisowanej zimowej sukience. Zostaję wysłana do specjalnego obozu, gdzie uczę się sztuki szpiegostwa. Tam trenuję jazdę na ołówku, używając go jak deski surfingowej, sunąc nim po płytkich kanałach, które przecinają naszą okolicę – kanałach biegnących tuż obok obozu, w którym odbywam trening. Dzięki nim można dotrzeć niemal w każdy zakątek kraju.

Uczą mnie, jak zostać szpiegiem. Codziennie zakładam moją szarą, wełnianą sukienkę na zajęcia szpiegowskie. Podobno istnieje wiele Obozów Szpiegów, dla ludzi różnych narodowości. Amerykanie uczą się tam, jak pisać „centre” zamiast „center” i unikać słów takich jak „downsizing” czy „underwomanned”. Na początku wszyscy w obozie się ze mnie śmieją, ale wkrótce udowadniam, na co mnie stać. Choć jestem bardzo młoda, doskonale radzę sobie z jazdą na moim ołówku.

Każdego dnia na chodniku przed budynkiem natrafiam na psie kupy. Podejrzewam, że to sprawka Boba, psa z ósmego piętra. Bob to jeden z tych psów, które machają ogonem w sposób wyjątkowo niezgrabny. Wygląda na przestraszonego, kiedy wymawiam jego imię, bo mnie nie zna. Gdy go widzę na ulicy i wołam Bob, patrzy na mnie z cofniętymi uszami i wysuniętym nosem. Ma długie, kościste nogi i białą, pręgowaną końcówkę ogona. Mieszka w narożnym mieszkaniu na ósmym piętrze – małym, jak moje – i najbardziej cieszy się, gdy uda mu się zjechać windą na parter i rozerwać worki ze śmieciami w tylnej alejce. Widziałam go nawet, jak rozrywał worek ze śmieciami kilka przecznic dalej. To jeden z tych psów, które potrafią odejść daleko od domu, byle tylko coś porozrywać. Jestem pewna, że to on.

Czasami jego odchody wyglądają jak małe, czarne granulki, jakby Bob był lekko odwodniony – twarde, czarne kuleczki, łatwe do zebrania. Innym razem na chodniku leżą obok siebie cztery psie kupy, jakby ktoś je starannie rozmieścił: północ, południe, wschód i zachód – największa jest ta północna. Kiedy próbuję je zmiatać starym kartonem, rozpadają się i rozmazują. Typowe, brązowe psie gówno: twarda zewnętrzna warstwa i miękkie, czerwonobrązowe wnętrze. Następnego dnia plamy ciemnieją, przypominając brudną wodę lub błoto. Ale wiem, czym naprawdę są. To gówno. Gówno Boba.

Zdarza się, że kiedy jestem na zewnątrz, muszę się czegoś przytrzymać – kręci mi się w głowie, czuję się słaba. W mieszkaniu kładę się na podłodze, nogi opieram na poduszce przed telewizorem, obok stoi drink. Trzej superbohaterowie z różnych zakątków świata próbują wydostać się ze swojej szklanej kopuły-więzienia.

– On chce zniszczyć świat, musimy go powstrzymać! – krzyczy jeden z nich.

Złoczyńcy wsiadają do pojazdu i odlatują.

– Połączmy nasze moce! – wołają superbohaterowie, zbliżając do siebie pierścienie, z których buchają promienie światła.

Zostali narysowani tak, by reprezentować różne części świata. Jeden z nich przypomina trochę Yudiego, tylko nie ma długich włosów.

Moja matka dzwoni i zaczyna mówić o M. Rozłączam się, bo czuję, że lubi go bardziej niż mnie. Idę do kuchni i liczę talerze oraz kubki. Przypominam sobie, że mam tylko dwie miski, ale i tak je liczę. Siadam i zaczynam spisywać to, co widziałam wczoraj. Na pierwszym miejscu – niezwykle niska kobieta idąca Lambton Quay w sukience ozdobionej francuskimi słowami: na biuście miała napis „derrière”, na pośladkach – „penser”. Na drugim miejscu – furgonetka z napisem „Hydraulik-Czarodziej”.

Zapisuję to wszystko, gdy nagle dzwoni telefon. To znowu moja matka.

– Łamiesz mi serce! – krzyczy. Muszę wytrzymać potok jej wyrzutów, jaką to jestem niewdzięcznicą. Nadal spisuję moją listę, podczas gdy ona mówi. Przypominam sobie, że na ulicy widziałam coś, co przypominało mały pęcherzyk – pęcherzyk płodowy, zapisuję. Widziałam też dwie kupy ułożone jedna na drugiej, niczym klocki, tworzące prawdziwą wieżę gówna. Wieża z kup – dopisuję.

– Zadzwoń, jeśli poczujesz się gorzej – mówi matka. W końcu odkłada słuchawkę, a ja decyduję się opuścić mieszkanie, zanim spróbuje zadzwonić ponownie.

W korytarzu spotykam Ariadnę, która właśnie wychodzi.

– Cieszę się, że cię złapałam – mówi, podając mi klucz. – Wyjeżdżamy na kilka tygodni, chcielibyśmy, żebyś zajęła się mieszkaniem.

Kiwam głową, chowam klucz do kieszeni.

– Kochana Raminsky – dodaje, pochylając się i całując mnie. Czuję intensywny, drażniący zapach jej perfum, przesiąknięty czymś nieokreślonym, niemal zwierzęcym. Jej włosy całkowicie mnie otulają, wpadając nawet do ust. Szybko się odsuwam i kieruję ku windzie. Drzwi zamykają się, a ja odkrywam, że jadę na ósme piętro. Do środka wsiadają Bob i jego pan. Uśmiecham się, pokazując zęby – wiem, że Bob za tym nie przepada.

– Cześć, Bob – szepczę do psa. Piszczy i cofa się w kąt windy, słychać, jak jego pazury skrobią po wypukłych wzorkach na metalowej podłodze. Wychodzę i idę do biblioteki po drugiej stronie ulicy. Szukam książek o bitwie pod Maratonem – chcę przeczytać o biegaczach, tych, którzy biegli aż do samego końca. Bibliotekarze wyraźnie ożywiają się, gdy słyszą moją prośbę. Z entuzjazmem znikają między regałami, zostawiając mnie samą przy ladzie. Czuję, jakbym wyruszała w podróż do bezkresnej krainy.

Niektórzy proszą bibliotekarzy o mapę Auckland autorstwa Wise’a, książkę telefoniczną Rotorua lub inne praktyczne rzeczy. Strażnicy Książek jednak tego nie znoszą – wolą moją „Bitwę pod Maratonem”. Krzątają się między starymi, zakurzonymi regałami, po kolana w tomach. W powietrzu unosi się zapach starych książek – wilgotny, lekko pleśniowy aromat pożółkłych, cienkich stron. Mimo to wciąż nie potrafią znaleźć tego, czego szukam.

Strażnicy Książek zawsze wyglądają, jakby coś przed nami ukrywali. Jakby posiadali wiedzę, której nie chcą po prostu ujawnić. Czy zdradzą ją tym, którzy przejdą ich próbę?

Tylko jeden się wyróżnia – młody chłopak, który rzuca mimochodem „okey dokey”, tak jak kiedyś mówił mój ojciec. Ma na sobie błyszczącą biżuterię – pierścionki, kolczyki – oraz koszulkę z grafiką przedstawiającą skałę.

Chciałabym go przytulić, pociągnąć za sobą między regały – może w okolice działu 290, gdzie cisza jest gęsta jak modlitwa i tylko kilku wierzących zagląda z ciekawością. Chciałabym go pocałować i szepnąć:„Jesteś inny niż reszta – zdrajco, Judaszu Strażników Książek. Uważaj. Bądź ostrożny. Może cię ocalę.”

Biblioteka jest pełna tajemnic, które wyczuwam już przy wejściu. Siadam przy jednym z małych biurek z wnęką, osłoniętym metalową półką.

Ludzie, którzy podjadają w bibliotece, uwielbiają takie miejsca – mogą schować się pod półką i tam, w ukryciu, wkładać do ust ciastka, cukierki lub kanapki. W szufladzie biurka znajduję „Wprowadzenie do fotografii aktu”, pustą paczkę po czekoladowych makaronikach Griffin i korektor w płynie. Leży tam również zgnieciona kartka, w opakowaniu po makaronikach. Wygładzam ją i rozkładam przed sobą.

… ponieważ Bianca nie miała nikogo, odkąd Shane ją opuścił. Na szczęście poznałam faceta w banku i w końcu poszliśmy razem na noworoczną imprezę w South Yarra. Wstęp kosztował 15 dolarów, a Bianca przyszła sama – bez partnera! Wszyscy tak szybko odlecieli, że nawet nie zauważyli, kiedy wybijała północ. Klub nocny nazywał się Fantasies, a Bianca spędziła sporą część wieczoru, płacząc w damskiej toalecie. Woda w barze kosztowała 3,50 dolara. Byłam zaskoczona strojami dziewczyn – właściwie prawie nic na sobie nie miały. Wszyscy byli niesamowicie atrakcyjni: dziewczyny wyglądały jak modelki z okładek, a faceci po prostu zachwycali.

Moje życie wydawało się pożerać samo siebie – jak te zwierzęta, o których mówi się w legendach, zjadające własną część ciała, niczym wąż pożerający własny ogon. Tak właśnie czułam swoje życie.

Krążyło w kółko, a jego koniec nieuchronnie zbliżał się do moich ust. Mój świat składał się z chwil, w których czas toczył się w zamkniętym cyklu, jak pociąg, który wciąż wraca na tę samą stację. Nigdy nie wyruszałam w góry, na wybrzeże ani na pustynię. Nigdy nie zaczynałam prawdziwej podróży, która mogłaby mnie zaprowadzić dalej. Zamiast tego tkwiłam w miejskim kole, pożerając własny ogon i pochłaniając swoje życie.

Kilka dni po wizycie w bibliotece trafiłam do tego zmechanizowanego piekła – miejsca, gdzie przerobione, odzyskane i odtworzone artykuły wypełniają wspólną przestrzeń, zwaną supermarketem – i znów zaczęło się to dziać. Koniec ogona zbliżał się do ust, a ja wiedziałam, że muszę go ugryźć.

Dziewczyna z plakietką „Shushi” przesuwała po taśmie dziesiątki puszek kociej karmy, a ja rozglądałam się, aż nagle dostrzegłam M. w sąsiedniej kolejce. Odwróciłam wzrok i skupiłam się na puszkach, obserwując, jak kobieta układa je według kolorów: zielone, różowe, czerwone, niebieskie. Myślałam o tych czterech barwach, gdy kątem oka zauważyłam, że M. odchodzi – z dziewczyną u boku. Wiedziałam, że mnie zauważyli. Lekko przyczajeni, przygarbieni, ruszyli szybkim krokiem ku wyjściu.

M. wie, że potrafię wybuchnąć niespodziewanie, z głośną falą furii i wściekłości – taką, która przyciąga uwagę, a jednocześnie ma w sobie coś wzniośle potężnego, niemal orgazmicznego. Po takim wyładowaniu jestem wyczerpana i zasypiam jak noworodek.

Inni jąkają się, powtarzają, bąkają pojedyncze słowa, jakby wypluwali pestki arbuza. Ja – działam. Warstwa po warstwie. Zbieram broń, żyletki i kilof, łącząc je w jeden ostry, błyskawiczny ruch, który rozświetla całą scenę.

W supermarkecie patrzę na sumę migającą zielonym światłem na kasie i podaję pieniądze. Kątem oka dostrzegam Adama i Ewę, którzy opuszczają Raj. W pośpiechu przekraczają główną ulicę, przeskakują drewniany płot i znikają w parku naprzeciwko, poruszając się szybko, jakby sam czas ich gonił. Wąż pożera własny ogon. Każda chwila mojego życia wraca, odsłania się i zostaje połknięta na nowo. Wąż nigdy nie jest syty.

Kiedy wracam do mojego obskurnego, ciasnego mieszkania, widzę Jyoti stojącą na zewnątrz. Zapisuje coś w notesie, ale gdy mnie dostrzega, zgniata kartkę w kulkę i wślizguje się do środka. Omijam ją bez słowa i idę prosto do lodówki. Wyjmuję tackę z lodem, kruszę go do dużej szklanki, wlewam bourbon i piję powoli, aż ciepło alkoholu rozlewa się po całym moim ciele.

Jyoti przygotowuje swój napój. Ja piję dalej, choć nic nie jadłam. Lód topnieje na podłodze, w torbie ze sklepu. Śmieję się tak, że sufit nad głową zdaje się pękać. Jyoti włącza muzykę, a dźwięki wypełniają ciasną przestrzeń, mieszając się z naszymi ruchami i śmiechem.

Jyoti opowiada mi o dziewczynie, którą poznała w przychodni. Czekały na opatrunek, obie miały skaleczone palce, kiedy zaczęły rozmowę. Była z wyspy Toine, miała posągową urodę i złocistą, ciepłą karnację. Jyoti odwiedziła ją w domu i pomogła jej odrobić pracę domową z angielskiego – dziewczyna wciąż chodziła do szkoły. W domu opiekowała się licznym rodzeństwem. Mieszkanie dziewczyny było skromne: kilka plecionych mat na podłodze, lei na kominku i wszędzie rozwieszone suszące się ubrania. Jej ojciec pracował w fabryce lodówek, matka odeszła. Dziewczyna opowiadała, jak bardzo czuła się przytłoczona swoją rodziną. Jyoti chciała ją przytulić, bo kiedy mówiła, miała w sobie tyle wdzięku.

Pokazała Jyoti swój zeszyt do angielskiego. Jej wypracowania były zabawne, nieprzewidywalne, miały własny, niepowtarzalny rytm – dokładnie jak ona. Jyoti musiała wyjaśnić jej znaczenie kilku wyrazów. Trzymały się za ręce, udając, że przyglądają się swoim skaleczonym palcom. Czuły, że rozumieją się bez słów. Kiedy Jyoti odwiedziła ją następnym razem, poszły na spacer, zabierając ze sobą jej młodszego brata. Usiadły pod drzewem pohutukawa na plaży, a ona dała mu kilka monet, by kupił lody. Położyła dłoń na piersi Jyoti, a potem się pocałowały. Jyoti chciała, żeby były same. Szepnęła jej do ucha: „Jak mówi się kocham cię w Toine?” A ona odpowiedziała.

Jyoti kończy opowieść i mocno mnie obejmuje. Mówię jej, że historia wydaje mi się głupia, ale jednocześnie czuję, jak bardzo ją kocham i jak bardzo jej potrzebuję – tak jak ta dziewczyna z Toine. Zawsze była moją podporą, zawsze przychodzi, gdy wołam o pomoc. Moje ciało wypełnia się miłością do Jyoti, a ja przytulam ją raz po raz.

Wkrótce tańczymy do „Tutti Frutti” Little Richarda. Przewracam szklankę i wybucham histerycznym śmiechem, a Jyoti podnosi ją i nalewa mi kolejnego drinka. To ona mnie całuje, ale w mojej wyobraźni jej usta należą do mężczyzny. Kobieta, mężczyzna – który obraz jest prawdziwy? Czuję się wypełniona miłością i chciałabym w jakiś sposób odwdzięczyć się za wszystko, co dla mnie zrobiła. Kiedy całuje mnie tak pięknie, tak namiętnie, uświadamiam sobie, czego naprawdę pragnie w zamian za swoje dobro.

Rano Jyoti już nie ma. Wszystkie szklanki są umyte, butelki uporządkowane, a na stole leży kartka: Musiałam pojechać na wykład. Leżę w łóżku, włączam telewizor pilotem. Moje myśli wciąż krążą wokół dziewczyny z Toine. Na kanale piątym mówią o Słynnym Gumowym Ciele – manekinie, którego można kupić, by odstraszyć włamywaczy. Wystarczy posadzić go na krześle lub w dowolnym innym miejscu. Wygląda tak, jakby ktoś naprawdę był w domu. To Słynne Gumowe Ciało „zamieszkuje” twoje wnętrze. Oto ono – układa się, osuwa i zapada w fotelu, wygrzewa się przy kominku albo chłodzi w wannie. Kosztuje jedynie 199 dolarów, plus przesyłka, jeśli zamówisz teraz. Potem włączam Telebingo. Trafiam na nudną część, kiedy prowadzący tłumaczy zasady gry. Opowiada żart, a potem pada pytanie o Wanakę. Nagrodą jest podróż Tranz Rail po Wyspie Południowej. Wyłączam dźwięk i po prostu wpatruję się w ekran.

Masturbuję się w łóżku i dochodzę tak nagle, tak pięknie i niemal za wcześnie. Ciepłe, płynne uczucie rozlewa się po mojej pachwinie, a potem spływa w dół po udach i nogach. Kiedy otwieram oczy, widzę małe iskierki tańczące w powietrzu – to cudowne, jak „Śnieżna Fantazja” Disneya.

Zasypiam i śnię, że mam wizytę u lekarza, który przyjmuje w gabinecie ukrytym za domem towarowym DEKA. Przechodzę przez drzwi, wspinam się po stromych schodach i odkrywam, że gabinet mieści się na samym dachu. Przyszłam na badanie cytologiczne. Lekarz pracuje sam – bez recepcjonistki ani pielęgniarki. Wprowadza mnie do pustego, surowego pomieszczenia i prosi, żebym rozebrała się od pasa w dół, po czym wychodzi. W pokoju nie ma zasłon.

Ludzie patrzą na mnie przez odsłonięte okna. Czekam, ale lekarz nie wraca. Chwytam za klamkę – drzwi są zamknięte. Ogarnia mnie wstyd i zakłopotanie; widzę, jak ludzie wskazują mnie palcami, gdy stoję prawie naga. Myślę, że gdybym nie była kobietą, nie musiałabym przechodzić przez to badanie.

Zapada zmrok i znów zasypiam. Śni mi się, że jestem Saamką z odległego plemienia, pełną tajemniczości i egzotyki. A równocześnie czuję, że jestem tylko jedną z wielu – jedną z Saamek w łodzi na wzburzonym morzu. Nagle rozlega się przeciągły dźwięk trąbki; unosimy wzrok i widzimy ogromny liniowiec, który pędzi prosto na nas, podczas gdy fale rozbijają się o burty. Budząc się, odkrywam, że znów leżę w swoim łóżku. Już nie jestem Saamką na morzu. Moje łóżko to jedyna łódź, którą mogę żeglować ku tamtym snom.

Faktem jest, że choć Jyoti i ja spałyśmy razem, i choć wydaje mi się, że wspominam to dobrze, teraz czuję się z tym dziwnie. Na dodatek dostałam kolejny list od Yudiego, w którym pisał:

Chciałbym odwiedzić Cię w Twoim nowym mieszkaniu. Staram się o możliwość studiowania w Twoim kraju, na Uniwersytecie Wiktorii w Twoim mieście. Rodzice uważają, że to świetny pomysł. Proszę, wyślij mi swoje zdjęcie i zdjęcie Wellington. Moi rodzice byli bardzo wzruszeni, gdy dowiedzieli się, że pracujesz na Uniwersytecie Wiktorii. Czym dokładnie się tam zajmujesz? Jeśli zostanę przyjęty, wkrótce wyjadę z Dżakarty. Często o Tobie myślę.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Yudi

Muszę znów do niego napisać:

Drogi Yudi,

Z przykrością muszę Ci napisać, że już nie pracuję na Uniwersytecie. Westchnęłam, zastanawiając się, dlaczego w ogóle wspominałam Ci o tej pracy.

Pisząc list, sięgam po alkohol. Bourbona już dawno zabrakło, więc opróżniam kilka małych buteleczek likieru, które od miesięcy zalegały w lodówce. Jedna, w kształcie maleńkiego kaktusa, zawiera odrobinę płynu, który przyjemnie rozgrzewa. W drugiej, z zamkiem namalowanym na etykiecie, unoszą się drobinki złota. Trzeci trunek jest brązowy i smakuje jak kawa rozpuszczalna. Piję je prosto z butelek, nie zawracając sobie głowy szklanką.

Drogi Yudi,

Coraz mniej rozumiem z tego, co nazywamy życiem. Stało się dla mnie zbyt potężne, zbyt nieokiełznane – a ja jestem tylko słabą, bezbronną istotą, delikatną i niezdolną przyjąć na siebie zbyt wielu ciosów. Czuję się jak zraniony tygrys – już nie dumny i silny, lecz z sercem rozdartym i pazurami stępionymi przez ból. Nawet moja najbliższa przyjaciółka mnie zawiodła. I to rozczarowanie boli bardziej, niż kiedykolwiek mogłabym przypuszczać. Zrozumiałam, jak krucha potrafi być przyjaźń – jak łatwo pęka przy pierwszej rysie. Wydaje się nam, że to coś trwałego, mocnego, odpornego na uderzenia z zewnątrz, z tyłu, z góry. A potem nagle odkrywamy, że rozpad zaczyna się od środka – od niewidzialnego wroga, którego nosimy w sobie.

Piszę dalej, choć żołądek się buntuje, a głowa pulsuje ciężkim rytmem. Całe ciało drży, więc w nadziei, że odzyskam choć odrobinę równowagi, piję dalej. Gdy kończą się małe buteleczki likieru, sięgam po różowy, wiśniowy syrop na kaszel znaleziony w łazienkowej szafce.

Czuję się, jakbym stała na krawędzi urwiska – nad przepaścią opadającą coraz głębiej, niczym szyb prowadzący w czarną otchłań. Nie widać dna, nie da się go zmierzyć. Nikt nigdy nie odkrył, jak głęboka jest ta czeluść. Nie istnieją żadne zapisy, choć może ktoś kiedyś próbował je stworzyć. Najważniejsze jednak jest to, że nikomu się nie udało. Stoję więc na samym skraju i patrzę w dół. Pode mną rozciąga się czerń – bezkresna, niezbadana, inna niż wszystko, co dotąd znałam.

Siedzę do późna, wpatrując się w ckliwe romanse w telewizji, jakbym zapomniała, że kiedyś, po śmierci mojego ojca, robiłam dokładnie to samo. Każdego wieczoru byłam wtedy sama, podczas gdy reszta kolejno udawała się do swoich łóżek. Oglądam filmy aż do piątej lub szóstej rano, a potem padam na łóżko, ignorując telefon, którego nigdy nie odbieram. Kiedy jeden film się kończy, ogarnia mnie dziwne uczucie – tak przytłaczające, że trudno oderwać wzrok od ekranu. Wtedy włączam kolejny i znów zostaję pochłonięta tą niekończącą się sekwencją.

Kiedyś oglądałam z mamą film „Cud w deszczu”. W głównych rolach występowali Jane Wyman i Van Johnson. Opowiadał on historię dziewczyny – zakochała się w mężczyźnie, który wkrótce musiał wyjechać na wojnę i tam zginął. Gdy dziewczyna zachorowała, poszła do kościoła w deszczu – padało dokładnie tak samo jak w dniu ich pierwszego spotkania.Spojrzałam na mamę i zobaczyłam łzy w jej oczach. Zrozumiałam, że chce mi opowiedzieć o II wojnie światowej, o tragediach, które naprawdę miały miejsce, o kobietach, które traciły swoich ukochanych. Nie odezwałam się. Milczałam, mając nadzieję, że jeśli ja nic nie powiem, ona także się powstrzyma.

Wszystko, co oglądam, wydaje się całkowicie pozbawione sensu, a mimo to wciąż siedzę przed ekranem, jakbym nie potrafiła się od niego oderwać. O pierwszej w nocy cisza gęstnieje, staje się niemal piękna. Po drugiej stronie ulicy, w komisariacie, światła nigdy się nie gasną. Często widuję policjantów po służbie – w szortach i japonkach – jak siedzą przy biurkach, pochylając się nad papierami. Czuję ulgę, gdy świt zaczyna powoli rozmazywać niebo, jak wodnisty katar. To znak, że noc dobiegła końca, a ja wreszcie mogę pozwolić sobie na sen. W nocy słychać odgłosy, które nie pojawiają się za dnia. Głębokie, niespokojne tony, których natury nigdy nie potrafię określić ani zlokalizować. Kojarzą mi się z ciemnością – to dźwięki, które jakby stanowiły sam rdzeń nocy. Przypominają maszyny przewracające się w swoich posłaniach, by uniknąć odleżyn. To odgłosy urządzeń, które budzą się dopiero wtedy, gdy ludzie zasypiają, jakby tylko wtedy mogły poczuć swoją wolność.

Czuję się tak, jakby ktoś wyrwał moje serce, posiekał je na kawałki, a potem włożył z powrotem, udając, że nic się nie stało. Jakby próbował ukryć krzywdę wyrządzoną tej niezwykłej, pulsującej części mnie, która miała towarzyszyć mi przez kolejne etapy życia. Teraz jest poranione, a ja – co najgorsze – nawet nie potrafię zrozumieć, jak do tego doszło. To była powolna, nieustanna erozja. W ciągu ostatnich dni spotkałam trzy kobiety z oparzeniami: jedna miała poparzone ramiona, druga nogi, a trzecia twarz. W gorące dni taki widok naprawdę potrafi wytrącić z równowagi. W drodze do pracy, jadąc jedenastką, wciąż rozmyślałam o śnie, który miałam poprzedniej nocy. Byłam wulkanologiem, badającym ogromne szczeliny, wypełnione intensywnie aktywnym materiałem wulkanicznym, które pojawiały się w różnych częściach Wellington. Jednocześnie zgłębiałam starożytne rytuały Maorysów z tego regionu, mające na celu uspokojenie Ziemi.

Rytuały te polegały na krojeniu ludzkiego mięsa na maleńkie jednocalowe kwadraty. Następnie wrzucano je do gigantycznych szczelin, a także spożywali je uczestnicy rytuału. We śnie spierałam się z Jyoti o etykę kanibalizmu i składania ofiar z ludzi.

Obudziłam się spocona, a poczucie winy ogarnęło całe moje ciało. Z jakiegoś powodu budzik nie zadzwonił, a ja zbudziłam się znacznie później niż planowałam. Na zewnątrz panował upał. Po wzięciu prysznica zanurzyłam głowę w wodzie, która wypełniła moje lewe ucho i nie chciała wypłynąć. Ucho stało się pustą muszlą, która napełniła się wodą niczym laguna, w której pływały kraby, ryby i grube, czarne węże namorzynowe. Przeciskały się między śliskimi, zielonymi roślinami rosnącymi na brzegu, które sięgały powierzchni wody, oplatając korzenie zwisających drzew bagiennych, rosnących w pobliżu zbiorników wodnych – jak moja laguna w uchu.

Skrzydlate nasionko krążyło w szalonym tańcu, aż w końcu opadło na wodę, zanurzając się w miejscu, gdzie węże wiły się w skomplikowanych, misternie splątanych kłębach.

Z impetem uderzyłam w swoje ucho. Woda wypłynęła gwałtownie jak po wyciągnięciu korka, spływając po moim ramieniu, piersi, brzuchu, aż wzdłuż lewej nogi. Usiadłam na sedesie, osuszając ucho czystym ręcznikiem. Telefon dzwonił bez przerwy. Pewnie to Jyoti, którą ignorowałam od czasu jej zdrady. Stukała w drzwi, wołając mnie. Za każdym razem ją lekceważyłam, licząc na to, że zniknie, jak wszystko inne, kiedy minie czas.

Czekałam, aż zapadnie noc, po czym wyszłam z budynku, by odwiedzić Shaalenę, która mieszkała po drugiej stronie miasta. Chciałam opowiedzieć jej o tym, co wydarzyło się z moim uchem. Mieszkanie Shaaleny leżało naprzeciwko noclegowni dla mężczyzn, a cała okolica była pełna pijanych ludzi, którzy przez cały dzień kręcili się wokół jej budynku i w pobliskim parku. Przeklinali i wyzywali się nawzajem. To było ich terytorium – nikt nie miał odwagi ich stamtąd ruszyć. Mieli pełną swobodę: siali bałagan, srając pod ścianami jej mieszkania, wymieniali się ubraniami, a po zmroku rozpalali ogniska na parkingu. Towarzyszyły im kobiety, a kiedy ogniska gasły, wszyscy razem zasypiali, przykryci gazetami.

Na ulicy prostytutki wciąż stoją przy zamkniętych na klucz wejściach do biurowców. Wiele z tych budynków ma schody prowadzące na podest, który przez całą noc jest oświetlony niczym mała scena. Często przed wejściem znajdują się też kolumny w stylu antycznym, za którymi można się skryć, by po chwili niespodziewanie się pojawić – miejsca te szczególnie upodobały sobie drag queens.

Młodsze, mniej doświadczone dziewczyny wybierają ciemniejsze zakamarki. Gdy prawie docieram do Shaaleny, dostrzegam mężczyznę, który pyta jedną z nich: „Ile?”. Młoda dziewczyna obejmuje go ramieniem i gdy tylko ustalona zostaje cena, nagle stają się parą, spacerującą razem po zmroku.

Shaalena siedzi na balkonie swojego mieszkania, zastanawiając się, jaki kolor dywanu wybrać do nowego wnętrza. Na dole, w ogrodzie, pijani mężczyźni z noclegowni prowadzą głośne rozmowy, puszczają bąki, kłócą się i śpiewają. Mimo hałasu Shaalena nie traci koncentracji. Opowiada mi o swojej pracy konsultanta, dzieląc się pasją do przedmiotów, które uważa za najlepsze w każdej kategorii produktów konsumpcyjnych. Pytam ją, czy ma coś do picia. Podaje mi szklankę filtrowanej wody. Kiedy zaczynam mówić o problemie z uchem, wyraźnie traci zainteresowanie.

– Powinnaś przepłukać je strzykawką – mówi, bo Shaalena ma szczególne zamiłowanie do strzykawek. Zawsze radziła mi, żebym zabierała je ze sobą, gdziekolwiek się wybierałam.

– Ja zawsze tak robię – dodaje. – To może uratować życie. – Szkoda, że nie jesteś już z Maksem. Pamiętam, że jego lekarz naprawdę znał się na uszach.

Znów stoję na krawędzi przepaści. Czuję się jak lunatyczka, która nagle obudziła się w tym dziwnym miejscu. Teraz, w pełni przytomna, zaczynam zastanawiać się, czy przypadkiem nie trafiłam do Shaaleny we śnie. Krawędź przepaści zanika w gęstej mgle – przez chwilę ją dostrzegam, a potem znika bez śladu. To uczucie jest nieodparte. Jeden krok naprzód…, ale czy mogę zaufać samej sobie? Spoglądam w dół. Nic nie widzę, tylko wirującą mgłę.

Znowu stoję na ulicy. Na rogu drag queen przechadza się w blasku małej kałuży światła. Ma na sobie błyszczącą złotą sukienkę, czerwone boa z piór i wysokie szpilki.– Chodź tu, skarbie. Co słychać? – chyba mówi właśnie do mnie.

Łzy napływają mi do oczu. – Kochanie, co się dzieje? – pyta.

Moje usta puchną, ciemnieją jak jagody i zaczyna mi cieknąć z nosa. Drag queen wychodzi z kręgu światła i rusza w moją stronę. Łzy spływają mi po policzkach, nie mam nad nimi żadnej kontroli. – Kochanie, chcesz wytrzeć nos? – pyta łagodnie.

Nie mogę się ruszyć. Stoję jak sparaliżowana. Czuję się, jakbym znajdowała się wysoko – na tarasie albo na krawędzi przepaści – gotowa, by skoczyć. Wysuwam stopę, robię krok i…

Pędzę ulicą, wciąż płacząc. Szlocham, biegnąc tak szybko, że wiatr świszcze mi w uszach. Krzyczę, nie mając pojęcia, co właściwie wykrzykuję. To brzmi jak coś o dywanie Shaaleny, ale nie jestem pewna. Mój nos jest zapchany smarkami. Przechodzę przez skrzyżowanie i zauważam okno pubu po drugiej stronie. W środku dostrzegam wirujące sylwetki kobiet tańczących w rytm muzyki. Są oświetlone w taki sposób, że widzę tylko staccato ich postaci, tańczących na podwyższonej scenie w oknie. Zakręcam, potykając się, i wchodzę do damskiej toalety na placu. Wewnątrz pełno graffiti, a umywalki i klozety zatkane są rolkami papieru toaletowego. Ktoś rozwinął cały zwój papieru i zawiesił go na drzwiach, tworząc coś na kształt girlandy, która splata się między kabinami.

Na ścianie zauważam napis: Kerry W. to stara szmata. Niżej ktoś dopisał: Bierz się za nią, brudasie. Obok lustra widnieje kolejny: Rhiannon wali kuzyna. Poniżej: Ten podlec, co tak skłamał, niech uwarza – karma i tak go dopadnie. Sięgam po pisaka i gryzmolę: Zrobiłeś błąd w uważa. Nie wiem, co jeszcze dodać, ale nagle czuję, że naprawdę mam ochotę zrobić graffiti. Po prostu tego chcę. Wchodzi kobieta i widzi mnie stojącą przy umywalce z czarnym pisakiem w ręku. Jak wytłumaczyć jej, że tylko poprawiam ortografię?

Kobieta naciska wielki czerwony przycisk nad drzwiami. Natychmiast rozlega się ogłuszająca syrena, a przycisk zaczyna pulsować czerwonym światłem. Czterech ochroniarzy w czarnych mundurach, z bronią i pałkami przy pasie, wpada do środka, popychając mnie brutalnie w stronę ściany. – W jakim okręgu wyborczym mieszkasz? – pyta kobieta. – Rongotai – odpowiadam, jąkając się, czując, jak umywalka wbija mi się w bok, a suszarka jest tak blisko, że gorące powietrze muska moją twarz. – Twoje zachowanie w toalecie narusza zasady odpowiedzialności społecznej i rodzinnej – mówi kobieta.

– Ja tylko poprawiałam błąd ortograficzny na ścianie – wyjaśniam, gdy jeden z ochroniarzy zaczyna mną potrząsać. – Nie interesuje nas ortografia. Chcemy mieć pewność, że robisz wszystko, by znaleźć właściwą pracę. Co by na to powiedzieli twoi rodzice? – pyta kobieta, przechadzając się między kabinami, spuszczając wodę w toaletach i prostując zwinięte rolki papieru. – Mój ojciec nie żyje – odpowiadam cicho. – A matka… nic dla mnie nie znaczy. – Zgodnie z paragrafem szóstym, twoja matka może ponieść odpowiedzialność za to skandaliczne zachowanie. Sąd ma prawo nałożyć na ciebie areszt domowy i zobowiązać matkę do udziału w szkoleniu dla rodziców.

Zaczynam płakać, próbując wytłumaczyć, że staram się dbać o siebie. Codziennie chodzę pieszo do pracy, żeby oszczędzać, bo zarabiam mało, pracując w szpitalu, a pietruszkę jem raz w tygodniu – zawsze jest tania.

– Twoja słaba kondycja psychiczna obciąża nasz system opieki zdrowotnej, a twój sarkazm tylko pogarsza sytuację. Musisz natychmiast poprawić swoje zachowanie! Przestań płakać. Wypiszcie jej mandat! – mówi kobieta do ochroniarzy. Jeden z ochroniarzy przypomina Jyoti. Kiedy dostają polecenie, by mnie puścić, przesuwa ręką po moim biuście. – Tym razem wychodzisz z tego cało, ale lepiej uważaj – następnym razem ci się to nie uda. – ostrzega ochroniarz, który wygląda jak Jyoti. – To ty, Jyoti? – pytam, a kiedy się uśmiecha, nagle zdaję sobie sprawę, że to naprawdę ona. Wręcza mi mandat i wkłada go do kieszeni, ponownie dotykając mojego biustu. – Na razie, frajerko – rzuca z pogardą.

Ochroniarze wychodzą. Gdy się oddalają, Jyoti zaczyna wykonywać obsceniczne gesty językiem w moją stronę. – Mam nadzieję, że nigdy więcej cię tu nie zobaczę – mówi kobieta-sędzia, po czym znika w trzeciej toalecie po lewej, z której dochodzą dźwięki jej głośnego wypróżniania. Patrzę na mandat. Za tydzień mam stawić się w biurze posłanki z Rongotai, gdzie będę musiała wyczyścić językiem sześćdziesiąt par jej butów. Idę w upale, długą, zakurzoną drogą. Biały pył osiada na moich butach. W końcu docieram do pięknego domu w stylu tudorowskim, otoczonego malowniczym ogrodem i bujnym, zielonym trawnikiem. Decyduję, że chcę tam zamieszkać.

Pukam do drzwi, a M. je otwiera. Mówi, że pozwoli mi zamieszkać w tym domu za darmo. Czuję ulgę, ale szybko odkrywam, że wszystko ma swoją cenę. Piękny dom okazuje się być burdelem, którym zarządza M. M. testuje nas wszystkie w łóżku, a potem tworzy dla nas historie rodem z Hollywood. Nadaje nam nowe imiona, porównuje nas do owoców – takich, które można zerwać, skosztować, poczuć ich smak, a potem wyrzucić, gdy zaczniemy gnić lub psuć się. Jedna z dziewczyn znika po nocy spędzonej z M. Gdzie się podziała? Nikt nie wie.

Dom już nie wydaje się taki uroczy. Ogrody, które niegdyś zachwycały swoim naturalnym pięknem, starannie pielęgnowane i uporządkowane, teraz wyglądają na sztucznie zaprojektowane, wyraźnie poddane kontroli. Każda roślina zdaje się być uformowana ludzką ręką.

Próbuję uciec, ale za każdym razem kończy się to niepowodzeniem. Boli mnie głowa, a wtedy ktoś puka do drzwi. To dziwne, bo wcale nie jestem w swoim domu – jestem w mieszkaniu Ślicznotki, podlewam jej kwiaty i kaktusa jej ukochanego.

Ukochany Ślicznotki ma tylko jednego kaktusa, ale to naprawdę wyjątkowy okaz. Shaalena na pewno by go doceniła – to najlepszy kaktus, jaki można mieć. Ma wysokość pięciu stóp, jest pokryty grubymi, brudnymi kolcami, wielkości małego ołówka. Podobno jest dość stary (w ich mieszkaniu wszystko jest antyczne i bezcenne). Kaktus kwitnie tylko raz na pięć lat. Nigdy nie widziałam, jak rozkwita, ale wiem, że to będzie niezwykła chwila.

W rzeczywistości ani Ślicznotka, ani Damian nigdy nie widzieli go w pełnym rozkwicie, bo kupili go dopiero sześć miesięcy temu. Kaktus przyjechał od profesjonalnego hodowcy z gwarancją i broszurami, w których znajdują się zdjęcia podobnego okazu, kwitnącego w swoim dwudziestym piątym roku życia.

Ktoś znów stuka do moich drzwi. Na początku było to delikatne pukanie, teraz jednak staje się coraz bardziej uporczywe i głośne. Próbuję dostrzec go przez wizjer, ale moje drzwi są za zakrętem korytarza. To nie może być Jyoti.

Mam na sobie starą czerwoną flanelową piżamę i ładny, niebiesko-biały, kraciasty szlafrok z bawełny, ozdobiony napisem „Shiba Park Hotel”. Znalazłam go w śmieciach kobiety od pudełek Bento. Często chodzę w piżamie przez cały dzień, aż w końcu nadchodzi czas, by założyć coś odpowiedniego do pracy. Nagle pukanie ustaje, jakby ktoś zrobił krótką przerwę, by złapać oddech. Otwieram drzwi mieszkania Ślicznotki i stawiam kilka niepewnych kroków w korytarzu, trzymając w ręku konewkę. To mała, żółta konewka z długim dzióbkiem, przypominająca te, w których podają sosy w Yum Char. Wygląda całkiem ładnie, ale w przeciwieństwie do dzbanuszków z Yum Char, nie jest zbyt praktyczna. Przy moich drzwiach stoi młody mężczyzna z walizką wielkości Godzilli. Ma długie, lśniące włosy związane grubą czarną gumką. Rozpoznaję je od razu – to właśnie te włosy sprawiły, że stał się dla mnie wyjątkowy. To one sprawiły, że wciąż pisałam do Yudiego.

Czuję, jak tracę oddech. Słyszę bicie swojego serca, które pulsuje w rytm dud-it, dud-it, dud-it. Musiałam wydać jakiś dźwięk, chociaż byłam pewna, że tego nie zrobiłam. Może po prostu wyczuł moją obecność, bo odwrócił się, trzymając uchwyt walizki Godzilli – na szczęście z kółkami.

– Dzień dobry, nazywam się Yudi. Szukam pani Raminsky. – To ja – odpowiadam. – Jestem panią Raminsky.

Jego ciemne, migdałowe oczy koloru anyżu badają każdy szczegół mojego wyglądu: szlafrok z nadrukiem Shiba Park Hotel, starą czerwoną flanelową piżamę, której trzeci guzik ma plamę po jajku, bose stopy i żółtą konewkę w ręce.

Czuję, jak jego wzrok zatrzymuje się na mojej pełnej, krowiej twarzy i małych, niebieskich oczach, których kąciki opadają zbyt nisko, by można je było uznać za ładne. Czy dostrzega bladą, fioletową opuchliznę pod oczami i drobną, brązową plamkę na nosie, przypominającą rozmazany pieprzyk? Wciąż stoi w milczeniu. Czy wpatruje się w moje usta? W lewym kąciku ust widać wgłębienie – ślad po dwóch wyrwanych zębach. Czuję, jak ta chwila staje się ciężka, pełna niewypowiedzianych emocji. Nagle moja twarz wykrzywia się w grymasie, nozdrza drżą, a z wewnętrznego kącika oczu płyną duże, słone łzy, które spływają po policzkach, zostawiając cienkie smugi soli.

– Pani Raminsky? Zbliża się do mnie, wyjmuje konewkę z moich rąk, delikatnie głaszcze moją dłoń, a potem unosi ją do swoich ust i całuje. Moje usta opadają w osłupieniu, a twarz zastyga w grymasie – jak zwykle, gdy jestem w szoku. W tej samej chwili w mojej głowie rodzi się przerażający plan.

– Yudi – mówię. – To ja – odpowiada. – Jestem Yudi. Przyjechałem. Twój list był taki smutny. Wiedziałem, że mnie potrzebujesz. Nie płacz. Yudi już tu jest.

Pozwalam, by ten straszny plan w pełni uformował się w mojej głowie. Chwytam Yudiego za rękę. – Proszę, wejdź – mówię cicho. – Chodź, pokażę ci moje nowe mieszkanie.

Prowadzę go do mieszkania Ślicznotki. Czuję, jaka jestem głupia i jak bardzo to wszystko jest nierozsądne. Jestem najwyższej klasy Madame Idiotiną.

Madame Raminsky, Najwyższej Klasy Idiotina: Wow, jego włosy są naprawdę tak niesamowite, jak sobie wyobrażałam. Życie jest cudowne, gdy marzenia stają się rzeczywistością.

Inna Osobowość Raminsky, Zazwyczaj Ignorowana: Włosy to tylko włosy. Na twoim miejscu nie zawracałabym sobie nimi głowy.

Raminsky Idiotina: Tylko je komentuję, cholerna idiotko.

Inna Osobowość: To nie ja jestem Idiotina. Tu jest napisane, że to ty jesteś najwyższej klasy Madame Idiotiną.

Raminsky Idiotina: Schrupanie?

Inna Osobowość: Mówiłam, żebyś nie próbowała go schrupać.

Raminsky: Chcesz powiedzieć, że chodzi o coś takiego jak schrupanie ciastka?

Inna Osobowość Zazdrośnica: On jest dla ciebie za słodki.

Raminsky: Aha! Więc teraz ty go chcesz?!

Inna Osobowość: Moim zadaniem jest wybić ci go z głowy. Otrzyj te krokodyle łzy i pokaż mu drzwi. I nie zapominaj, że to mieszkanie Ślicznotki.

Raminsky Idiotina: Można powiedzieć, że jest moje, kiedy w nim jestem. Teraz naprawdę należy do mnie. (Trzymając klucz i machając nim.)

Inna Osobowość: Idiotino, nie wciskaj mi kitu.

Raminsky: I tak byś go zjadła. (Gdybym ci podała.)

Inna Osobowość: Nie zjem niczego, co mi podasz. To ty jesteś łakoma na słodycze!

Raminsky Swearina: ??!!!$!!@!&&$!?!!!

Inna Osobowość: Może tym razem spróbuj się powstrzymać. Pamiętasz, co się stało z tą zdrajczynią Jyoti?

Raminsky: (Teraz naprawdę wściekła.) To była jej wina! Przestań mi wmawiać, że twoje zahamowania seksualne mają coś wspólnego z moimi decyzjami.

Inna Osobowość: A żebyś wiedziała, że mają. W końcu obie zamieszkujemy to samo ciało, pamiętasz?

Raminsky: Dlaczego nie odczepisz się i nie zaczniesz żyć własnym życiem? (Idzie wyłączyć Inną Osobowość.)

Inna Osobowość: Ale mówiłaś, że pragniesz czegoś wyższego, bardziej duchowego… nie pamiętasz? (Jej głos milknie, gdy Raminsky ją wyłącza.)

Raminsky: Powiedziałam, że pragnę…

W moim śnie słomiane kukły stoją w szeregu, trzymając się za ręce i śpiewając. Są dziwaczne, a zarazem pełne mądrości, jak bohaterowie z amerykańskich filmów o szyciu patchworków. Schodzę ze wzgórza, a one podążają za mną, śpiewając. Uśmiecham się i macham im, ale nie mogą odmachać, bo ich słomiane ręce są zszyte z rękami kukły idącej obok.Budzę się w ogromnym małżeńskim łożu Ariadny i Damiana, przykryta białą, pikowaną kołdrą. Leżę obok Yudiego, ubrana tylko w górną część piżamy, chociaż nie pamiętam, żebym zdejmowała spodnie.

Yudi ma na szyi złoty łańcuszek, i, o ile mogę zauważyć, nic więcej. Jego skóra jest gładka i ciemna, jak jedno z tych brązowych jajek, które uwielbiam jeść na miękko. Pochylam się i wdycham zapach włosów Yudiego, rozrzuconych na białej poduszce.

Pachną papierosami o smaku koniczyny, rumem i kokosem, a pod tym wszystkim wyczuwam delikatny aromat olejku do ciała. Włosy Yudiego są tak ciemne, że niemal granatowe, pełne blasku i zdrowia – jak te brązowe kurze jajka. Mają w sobie coś, czego pragnie każdy: młodość, siłę, zdrowie i ten rodzaj naturalnego piękna, który sprawia, że serce śpiewa z radości.

Wciąż czuję zapach jego włosów. Yudi otwiera oczy i mówi

– Przepraszam, że nie mogłem tego zrobić. – Wzdycha. – Chciałem ci pomóc, ale alkohol sprawia, że… – Mamrocze coś po indonezyjsku. – Wiotczeje, Yudi, – tłumaczę. – Mówimy wiotczeje. – Czy to naprawdę twoje mieszkanie? – pyta Yudi, wstając z łóżka. Jest taki niski. Okazuje się, że byłam w łóżku z mężczyzną, który jest niższy ode mnie. Patrzę na jego brwi. Wyglądają na starannie wyregulowane. Wydawał się wyższy, kiedy przyszedł. Jeśli wyrywa brwi, może też używać wkładek podwyższających do butów.

– Wypiłaś cały alkohol, który kupiłem w wolnocłowym – mówi Yudi, nieco obrażony. Obserwuję, jak się ubiera. Zakłada czarne majtki i białą koszulkę z indonezyjskim napisem. Rozpoznaję nazwisko Suharto. Na to zieloną koszulę z dziwacznymi drewnianymi guzikami. Wszystkie swoje ubrania zostawił starannie złożone w małą stertę. – Masz szczotkę do włosów? – pyta. Nagle przypominam sobie, że jestem w mieszkaniu Ślicznotki. Wstaję z łóżka i udaję, że szukam w szufladach. Yudi idzie do łazienki, a kiedy wraca, pyta: – Dlaczego szczoteczka do zębów w twojej łazience ma napis Ariadna?

Zawahał się przy słowie Ariadna, wymawiając „i” mocniej niż pierwsze „a”, przez co imię brzmi bardziej indonezyjsko. – To moje drugie imię, – odpowiadam szybko, opierając się plecami o łóżko i patrząc na niego przez ramię. – Mam drugie imię. Nie mogę znaleźć swojej szczotki, chyba ją wyrzuciłam.

– Dziś muszę zanieść dokumenty na Uniwersytet Victorii. Tu jest okropnie zimno.

Mnie nie jest zimno, ale przypominam sobie, że Indonezja leży blisko równika. – Pożyczę ci sweter.

Otwieram szafę. W środku znajduje się rząd eleganckich garniturów, koszul, swetrów z dekoltem w serek lub polo oraz męskich spodni. Ubrania są uporządkowane według sezonu i koloru – od jasnego khaki, przez wojskową zieleń, niebieski w odcieniu chabru, aż po czerń i ciemną szarość. Zapada milczenie, gdy oboje wpatrujemy się w ten imponujący wybór męskich ubrań. Myślę sobie: jeśli najgorsze się wydarzy, zacznę po prostu krzyczeć… ale to ściągnęłoby sąsiadów… Szkoda, bo naprawdę chciałabym porządnie wrzasnąć. Nie ma nic lepszego niż się wykrzyczeć, żeby odblokować gardło.

Albo się rozpłaczę. Jeśli nie możesz krzyczeć, a jesteś kobietą, zawsze możesz płakać. Wystarczy, że pomyślę o Maksie – o tym, jak nigdy nie zabrał żadnych zdjęć, kiedy odchodził, po prostu zniknął bez słowa. Albo o tym, jak zadzwonił tylko po to, by powiedzieć mi, że przepisał swój testament. Wspomnienie łez gniewu i smutku związanych z Maksem sprawia, że w każdej innej sytuacji zaczynam płakać. Potem mogę pomyśleć o tacie. Tata w szpitalu, z metalowymi szwami na szyi, wyglądał jak Frankenstein. Jego trumna na taśmie w krematorium – jak czarna, gumowa taśma przy kasie w supermarkecie, sunąca prosto do Piekła. Karuzela skrzypiała i kiedy obróciła się po raz drugi, trumna taty zniknęła, a ja zalałam się łzami. Pomyślę o tacie i Maksie, zacznę płakać, a Yudi przestanie zadawać pytania o szczoteczkę do zębów z napisem „Ariadna”.

Nagle rozlega się głośne pukanie do drzwi wejściowych Ślicznotki. Yudi, najwyraźniej zmęczony staniem i wpatrywaniem się w szafę Damiana, proponuje, że pójdzie otworzyć.

Kiedy wychodzi, osuwam się na brzeg łóżka i sięgam po szklankę napoju, która pozostała na stoliku nocnym. Smakuje jak rum z colą, ale bez gazu. Przypominam sobie, jak wczoraj wieczorem śmiałam się ze wszystkich żartów Yudiego. A może wtedy płakałam, szlochając do butelki? Potem Yudi mnie pocałował. To było takie czułe. Mam nadzieję, że nigdy tego nie zapomnę – ten ulotny moment, kiedy jedna osoba dotyka drugiej. Ale dzisiaj rano czuję się oszołomiona. Staram się myśleć o nazwach, takich jak „Kredki z Krainy Snów”. Wypisuję je w głowie, układając w kolejności od pierwszego do dziesiątego miejsca. Zaczynam je oceniać, wybierając to, które podoba mi się najbardziej. Wypijam cały rum z colą, a potem kolejną szklankę wódki z sokiem pomarańczowym. Moja twarz jest bez wyrazu, zwiotczała, a szczęka opada. Do pokoju wchodzi Jyoti, a Yudi zaraz za nią. Już nie wygląda na obrażonego, raczej jest podekscytowany, jakby czegoś oczekiwał.

– Wyjaśniłam twojemu przyjacielowi, że to nie jest twoje mieszkanie – mówi Jyoti. Jest ubrana w żółtą koszulkę z niebieską pięcioramienną gwiazdą na piersiach, czarne legginsy i krótką, przezroczystą, złotą spódniczkę w stylu sari. W nosie ma lśniący rubinowy kolczyk – prezent od matki na 21. urodziny. Wygląda w tej żółci i złocie tak pięknie, że czuję nagły przypływ miłości do niej – ale nie mogę się ruszyć. Leżę na łóżku, przykryta białą kołdrą Ślicznotki, która owija mnie jak kokon. – Ile ona wypiła? – pyta Jyoti. Oboje dochodzą do wniosku, że muszą zaprowadzić mnie do mojego mieszkania. Yudi chwyta mnie za jedną rękę, Jyoti za drugą.

– Jesteś uzależniona – mówi Jyoti, a moja głowa opada do przodu, gdy podnoszą mnie z łóżka. Nogi mam miękkie jak camembert, a powieki tak ciężkie, że każda próba zrozumienia, co się dzieje, przerasta moje siły. Naprawdę chciałabym im pomóc, ale czuję się, jakbym trafiła do miejsca, w którym przyszłość stanęła w bezruchu. Gdzie losy wszystkich ludzi leżą obok siebie, poukładane jak wróżby w małych kopertach, przechowywane tu i czekające na moment, kiedy ktoś je otworzy.

Yudi i Jyoti patrzą na mnie, jakbym przekroczyła jakąś nietykalną granicę tylko dlatego, że próbuję zajrzeć w swoją przyszłość. Mówią, że oszukuję, że łamię zasady gry. Ale mnie to nie obchodzi. Tłumaczę im, że mam do tego prawo i mogę z niego skorzystać, kiedy tylko zechcę. To frustrujące, gdy wiesz, że coś ci się należy – nawet jeśli to tylko prawo do odebrania sobie życia. Te małe, nieodkryte przeznaczenia wiszą wokół mnie jak nietoperze w ciemnym, zimnym podziemiu. Myślę o tym, by otworzyć jedną z kopert. Jeszcze tego nie zrobiłam, ale pokusa staje się coraz silniejsza.

Dostaję dreszczy, robi mi się niedobrze. Jyoti i Yudi podtrzymują mnie z obu stron, prowadząc korytarzem do mojego obskurnego mieszkania. Wciąż jestem owinięta w białą kołdrę Ślicznotki.

– Co jeszcze wzięła? – Słyszę, jak Jyoti pyta Yudiego. – O której zaczęła pić?

Rozmawiają o mnie tak, jakby mnie tu w ogóle nie było. Jestem tylko ciałem, które z trudem powłóczy nogami. Nie potrafię włączyć się do tej rozmowy. Widzę Jyoti jakby z ogromnej odległości – tak wielkiej, że nic nie da się już przekazać. Żadne słowo, żaden gest, żadne spojrzenie nie zdoła pokonać tej przepaści. Nawet gdybym spróbowała, wiem, że do niej nie dotrą.

Jyoti trzyma moje klucze. Otwiera obdrapane drzwi, a potem razem wciągają mnie do środka i rzucają na moje własne łóżko. Nie mam już siły, by stawiać opór. Niosą mnie, ale jestem już nikim. Niczym. Na tej skali życia, gdzie nie istnieje ani waga, ani miara, jestem zerem. Zawieszona w próżni, w której jedyną stałą pozostaje ciężar powietrza. N a d a. Pustka.

Wydaje mi się, że widzę M. wchodzącego do mojego pokoju. Ma na głowie gigantyczną maskę banana, przechyloną jak ogromny kapelusz z papier-mâché. Kiedy zaczynam się do niego zbliżać, zdejmuje ją – ale pod nią jest kolejna: biała twarz mima ze szkarłatnymi ustami. Proszę, żeby ją zdjął. Robi to, ale pod spodem czeka następna. I kolejna. I jeszcze jedna. Jego twarz staje się jak rosyjska matrioszka – maska w masce, bez końca.– Zdejmij je wszystkie! – krzyczę, czując, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Wymiotuję, oczyszczając się. Biała kołdra Ślicznotki przeżywa swój najgorszy dzień.

Jyoti wchodzi do pokoju z jakąś kobietą. – Przyszła pani doktor, – mówi. – Pani Pearl przyszła, żeby zrobić ci zastrzyk, a potem będziesz mogła się wyspać. Zastanawiam się, czy mówi o kieliszkach sambucca i ouzo, ale Pani Pearl już otwiera swoją torbę lekarską i wyciąga igłę. Zaciskam zęby. Jest tak ciemno, że nic nie widzę. Moja szczęka jest zaciśnięta. Czuję pot na skórze, wspominając, jak głębokie było moje uzależnienie od M. Powtarzam sobie, że kiedy M. odszedł, to było najlepsze, co mogło mi się przytrafić. Szukam wzrokiem Jyoti, tej zdrajczyni, a ona chwyta mnie za rękę i wyciera wymiociny z mojego podbródka – już nie jest tym, kim była.

Pani Pearl przeprowadza badanie. Sprawdza moje paznokcie, zagląda do gardła, bada oczy, oświetlając je małą latarką. Widzę, jak jej usta poruszają się w rytm cichych słów, a język lekko wysuwa, jakby dopełniał jakiegoś niewypowiedzianego gestu. Jyoti słucha, a pani Pearl ma pełną kontrolę. Jyoti patrzy na mnie swoimi błyszczącymi, brązowymi oczami. Czuję, jak tonę w jej spojrzeniu, jakbym zanurzała się w wodzie – brązowej, mętnej, zalewającej mnie całą. Nie mogę się uwolnić, tonę w błotnistej, brązowej cieczy. Mieszkam w wielkim hotelu, gdzie przydzielono mi pokój o wiele lepszy niż ten, który zarezerwowałam. Dlaczego? To tajemnica. To prezent.

Chciałabym cieszyć się tym niespodziewanym darem, ale zamiast tego wypełniam nużące obowiązki, które zmuszają mnie do porzucenia wygody i luksusu mojego pokoju.

Po całym dniu pełnym bezsensownych zadań wracam do hotelu. Trwa konferencja, więc postanawiam wmieszać się w tłum uczestników i wykorzystać okazję na darmowy posiłek. Niektórzy wygłaszają przemówienia, inni biją brawo, a jeden mężczyzna wiwatuje tak głośno i entuzjastycznie, że trudno go nie zauważyć.

Wychodzę z sali konferencyjnej i dostrzegam niewielki basen na świeżym powietrzu. Powiedziano mi, że na jego dnie znajduje się przepiękna mozaika. Idę ją obejrzeć, ale nagle zauważam, że w basenie jest Jyoti, która zaczyna się topić. Wskakuję do wody i chwytam małe stworzenie – ma ciało krokodyla i dziób jak u kukułki, tylko pełen ostrych zębów. Zwierzę siedziało na plecach Jyoti, pchając ją coraz głębiej pod wodę. Dopiero kiedy udało mi się ją uratować, zaczynam odczuwać lęk przed tym, co właśnie zrobiłam. M. podchodzi i podaje Jyoti ręcznik. Wycieram ją, a potem mówię M., że muszę już iść, bo inaczej przegapię darmowy posiłek.

Kilka dni później, kiedy w hotelu ogłaszają, że M. zaginął, znajduję go martwego w basenie. Leży tam w rogu jak mała, zgnieciona kulka, jakby kukabura zepchnęła go w to miejsce i przytrzymała. Próbuję go reanimować, ale bezskutecznie – nie żyje od kilku dni. Czuję się dziwnie. Serce bije mi coraz szybciej, a ja zapadam się w jakąś nieznaną, głęboką otchłań. To jak nurkowanie. Próbuję powiedzieć Jyoti, że zanurzyłam się już tak nisko, iż grozi mi dekompresja. Wkrótce będą musieli umieścić mnie w komorze dekompresyjnej, bo zaczyna mi brakować powietrza.

Boli mnie serce; czuję, jak kurczy się do wielkości orzecha włoskiego. Jednocześnie mam wrażenie, jakby coś utknęło mi w przełyku. To przypomina mi dziecięce sny o spadaniu, które zawsze wracały, gdy ogarniał mnie lęk. Kiedy mieszkaliśmy przy Tawhiti Crescent, śniło mi się, że moje siostry kazały mi przejść po poręczy biegnącej wzdłuż schodów przed domem. Traciłam równowagę i spadałam w nieskończoność, aż w końcu lądowałam w miękkich, śnieżnobiałych krzewach jaśminu, a siostry śmiały się, stojąc nade mną.

Słyszę, jak Jyoti mówi: – Teraz zaśniesz. Nie walcz z tym. Zamknij oczy i spróbuj się zrelaksować. Yudi i ja będziemy tu, kiedy się obudzisz.

Czuję, że wciąż jestem przytomna, ale nie potrafię nic powiedzieć, więc zamiast tego po prostu mrugam do Jyoti. Ona pochyla się nade mną, a rubin w jej nosie łapie światło, zatrzymując je w swojej głębi. Chciałabym jej powiedzieć, jak bardzo jest piękna. Widziałam jej profil setki razy – to dobrze znany obraz, który wciąż widzę, a jego znajomość nadaje mu jeszcze większy urok.

Pamiętam naszą rozmowę sprzed lat, gdy wspinałyśmy się na wzgórze. Twierdziłam wtedy, że seks jest centrum wszystkiego, na co Jyoti zapytała: – Mówisz o miłości?

Teraz wiem, że najważniejsze jest dbać o siebie nawzajem. Zaczynam rozumieć, że to właśnie profil Jyoti jest najbardziej prawdziwy – ostatni obraz, który zapisał się w mojej pamięci, zanim odpłynęłam. Kolory powoli zanikają, aż zostaje tylko czysta, intensywna biel. Jestem teraz dokładnie tutaj, w tej bieli.

Morze jest pełne ogromnych żółwi. Obserwuję, jak poruszają się majestatycznie, czyszcząc swoje pancerze. Zeskakuję z końca łódki, by podpłynąć bliżej. To zupełnie nie w moim stylu – nie pływam zbyt dobrze, łatwo wpadam w panikę na otwartym morzu, a łodzie zawsze budziły we mnie niechęć. Nigdy też nie nurkowałam – nikt mnie tego nie nauczył. A jednak tutaj, we śnie, czuję się pod wodą swobodnie i lekko, jakbym robiła to od zawsze.

Płynę w stronę żółwi, a one krążą wokół mnie. Są ogromne – ich ciała mają około pół metra długości. Wstrzymuję oddech i nurkuję pod nimi. Ich nogi, szyje i głowy zdobią pręgowane wzory, a na brzusznych pancerzach dostrzegam duże, czarne plamy.

Żółwie wirują wokół mnie, ich ciała unoszą się w wodzie, jak w tańcu. Ścigamy się, a może po prostu popisujemy, pokazując, co potrafimy. Ich ogony przypominają miniaturowe stery. Jeden z żółwi delikatnie muska mnie płetwą. I przez cały ten czas, z niedowierzaniem, powtarzam w myślach: Pływam z żółwiami… Pływam w morzu.

 

Vivienne Plumb


 

CZYTAJ TEŻ