… zarówno w pustkę jak i do spełnienia

Paweł Berkowski,
"Mi casa es tu casa",
Biblioteka Publiczna im. Stefana Rowińskiego w Ostrowie Wielkopolskim, 2026


 

 

Po dwudziestu paru latach milczenia Paweł Berkowski, najciężej pracujący listonosz okolic Ostrowa Wielkopolskiego, wydał nową książkę poetycką. Nie będę nawet udawał, że nie mam z tą książką problemu. Problem mój przyrównałbym z konsternacją, w jaką dwa lata wcześniej wpadłem po przesłuchaniu płyty „Hackney Diamonds” Rolling Stonesów. O co mi chodzi? Rolling Stonesi nagrali płytę która nie była ich płytą – była to płyta ich słuchaczy. Wszystko na niej brzmiało tak, jak życzyliby sobie tego długoletni fani tego zespołu. Nic ponadto. Podobnie „Mi casa es tu casa” czyta się, jakby w zamyśle miała czytać ją osoba, która przestała śledzić poezję polską gdzieś tak pod koniec lat dziewięćdziesiątych i jest jej z tym dobrze. Mam wrażenie, że odbiorcą tej książki jest bardzo sformatowany, pewnie duchowo bliski autorowi wyimaginowany czytelnik. Nie ma w tym niczego złego. Zwyczajnie ja nie jestem tym czytelnikiem. 

Muszę zaznaczyć, że czytanie wierszy Pawła Berkowskiego było dla mnie ważną czynnością formacyjną. Mało kto już pamięta, ale jego druga książka „Kanapka energetyczna” ukazana się w ramach biblioteki Czasu Kultury. W tym czasie, to jest w środkowych latach dziewięćdziesiątych, orbitowałem nieco w stronę środowisko polonistyki UAM i wydawane we wspomnianej serii pozycje Zbigniewa Macheja, Samanthy Kitsch, czy też antologia „Zeppelin” miały duży wpływ na ukształtowanie się mojego sposobu widzenia poezji. Berkowski był jednym z moich ulubionych autorów tej serii. Tym, co przekonało mnie do niego, był klimat tej poezji, lekki, nieco czerpiący z wszechobecnego wtedy o’haryzmu, ale odnajdujący tam swój własny, nie pozbawiony błyskotliwości rejestr. Kłopot z wydaną w tym roku przez Biblioteką Publiczną w Ostrowie Wielkopolskim książką polega na tym, że ta lekkość jest utracona na rzecz specyficznej, zupełnie dla mnie nietrafionej stylizacji. Stylizacja ta jest przekombinowana, a jednocześnie nieznośnie zachowawcza, obliczona na to, żeby te wiersze spodobały się czytelnikom o wspólnym pokoleniowym doświadczeniu, bez próby szerszego otwarcia przestrzeni poetyckiej.  

„Mi casa es tu casa” to sto dwadzieścia stron poetyckich impresji, przywołujących ważne postacie kultury dwudziestego wieku. Tych impresji jest po parę na stronę, ciężko stwierdzić czy dana strona to jeden utwór, czy kilka. Nie jest to wcale wada, można to potraktować nawet jako ciekawy zabieg, aczkolwiek nie jestem pewien, czemu miałby on służyć. Początki pierwszego wersu, w zamyśle tytuły będące jednocześnie integralną częścią utworu, zapisane są parokrotnie zmieniającą rozmiar czcionką. Również i tutaj ciężko stwierdzić czy jest to zabieg estetyczny (cała książka przeplatana jest ilustracjami, więc mamy tutaj do czynienia z wydawnictwem plastyczno-poetyckim), czy też świadomym zastosowaniem jakieś trudnej do odczytania przeze mnie strategii poetyckiej. By nie być gołosłownym przytoczę poniżej pierwszą (czyli piątą) stronicę książki: 

 

Aktorki japońskie. Lubię aktorki japońskie – ślicznie 
rozkładają nogi ćwicząc jogę. Medytowałem na dachu. 

 

 

Dennis Hopper jechał autostradą. Wybacz 
za zaistniałą sytuację, ale mam bardzo 
wrażliwy żołądek – jedź wolniej! – krzyczała 
Anais Nin. 
 
Lecz Dennis nie zwalniał. 

 

Miles Davis, ten groźny sukinsyn 
przybywa do Paryża. Wchodzę do hotelu, 
a Juliette Greco rzuca mi się na szyję. Śnieg 
pada. Jean Paul Sartre podsyca atmosferę 
i wypuszcza smoki z katedry Notre Dame. 
Prysznic nie działa od trzech dni. Śnieg pada. 
Mamy bilety, ale nie możemy odlecieć. 
 
– Gniewaj się na ten śnieg, stary! 

 

Jest w tym trochę klimatu „Długiego pożegnania”, wydanej w 1997 roku pozycji całkowicie poświęconej interakcji wiersza z wytworami kultury popularnej. W przeciwieństwie do „Długiego pożegnania” jednak wiersze nie są poświęcone jednemu twórcy (był nim we wspomnianej antologii Raymond Chandler). W „Mi casa es tu casa” napotykamy miriadę nazwisk. W mojej ocenie taki zabieg jest mieczem obosiecznym – czasem urozmaica książkę, czasem rozprasza jej przesłanie, jakiekolwiek by nie było. Możemy potraktować pozycję Berkowskiego jako swego rodzaju hołd, oddany zarówno wspomnianym postaciom, jak i polskiej poezji lat dziewięćdziesiątych. Co mnie jednak męczy i zniechęca w omawianej pozycji, jest schematyczność utworów. Wiersze najczęściej zaczynają się lub mają w sobie frazę według schematu [duże nazwisko] [robi coś] [gdzieś/kiedyś]. Taki rodzaj pisania był bardzo modny na początku wieku. Pamiętam, że w książkach Macieja Woźniaka zawsze znajdowało się miejsce dla takich wierszy (na przykład „Październik 1944, Florence Foster-Jenkins w Carnegie Hall” z „Ucieczki z Elei” czy też „Larkin słucha Grechuty” z „Białej skrzynki”), a i osoby o mniejszym talencie ważyły się na tego typu zabiegi. Nie ma niczego złego w urozmaiceniu książki tego typu utworami, natomiast jeżeli znajdujemy tego typu zabieg na co drugiej stronie, może ogarnąć nas znużenie. 

Berkowski stosuje swój pomysł ze zmiennym szczęściem. Część wierszy wydaje się niestety spełniać formę wypełniaczy z głośnym nazwiskiem w charakterze „podpórki” utrzymującej tekst. Da się znaleźć jednak w „Mi casa es tu casa” fragmenty, gdzie manewr Berkowskiego daje zajmujące, przekonujące rezultaty, tak jak w dyptyku poniżej:   

 

Ken Kesey trafia do więzienia za posiadanie 
narkotyków. 

 

Moja bezsilność jest tak wielka, iż mogę 
się w niej ukryć i znów być bezpiecznym. 
Jest tak cicho, że słychać szaleńca, który 
chodzi 
 
po ścianach. 

 

Dee Dee Ramone tuła się tu i tam
i trafia do magazynu galerii sztuki. 

 

Joey zajmował się wtedy malowaniem. 
Siekał marchew, sałatę, rzepę i truskawki, po 
czym mieszał je ze sobą i malował. Jego 
obrazy były naprawdę dobre. 
 
(s.  61) 

 

Kontrast pomiędzy dramatycznym szaleństwem Keseya a zabawną anegdotką o członku The Ramones tworzy napięcie, które przypomina nam o dwoistości aktu uprawiania sztuki – aktu który może zaprowadzić nas zarówno w pustkę jak i do spełnienia. Utwory te byłyby niebanalne nawet jeżeli ich bohaterami nie byłby ikony kultury. Moim zdaniem, wstawienie jakiegokolwiek, nawet nieznanego nazwiska pod Kena Keseya i Dee Dee Ramone nie obniżyłoby jakości utworów. Nie zawsze jednak ta wysoka jakość zostaje utrzymana. 

 

Witold Gombrowicz w zimowej marynarce 
i kapeluszu w upalny dzień siada w parku na 
ławce. 

 

Nagląca sprawa życia i śmierci – doznać 
jeszcze raz początku. Wisielec na gałęzi. 
 
(s.. 15) 

 

Wiersz powyższy wywołuje u mnie organiczny sprzeciw. Gombrowicz przywołany jest tutaj po nic, ani nie jest on twórcą wywołującym obecnie emocje, a dalekie odwołanie w wierszu do powieszonego wróbla w „Kosmosie” wydaje się być troszkę na siłę. Rozpoczynający wiersz frazeologiczny wytrych („Nagląca sprawa”) również nie dodaje utworowi uroku. Mamy do czynienia z nieprzemyślanym do końca zaczynem, który niekoniecznie powinien znaleźć się w książce. Taki wypadek przy pracy możemy znaleźć w książce  więcej niż parę razy. 

Wracając do przywołanych na początku Rolling Stonesów, „Mi casa es tu casa” jest czymś pomiędzy „Black and Blue” a wspomnianym „Hackney Diamonds”. Są momenty ciekawe, ale jest też dużo rozczarowań i generalnie wydaje się, że założenia stylistyczne nieco rozminęły się z wykonaniem. Pamiętamy też jednak że po „Black and Blue” przyszło genialne „Some Girls”, więc życzę Berkowskiemu porównywalnie genialnej następnej książki.

 

 

Rafał Derda


 

CZYTAJ TEŻ