Sergiusz Kowalski


Uwagi na marginesie

Dawid Kujawa,
"W myśl praw geometrii: Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową",
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2025, 168 stron


 

 

Kiedy to piszę, USA i Izrael zaatakowały Iran i nikt nie wie czym to się skończy, może III wojną światową, jednocześnie Betelgeza wypluwa w sekundę energię równoważną 420 megatonom masy (pożyje ledwie kilka milionów lat, czerwone nadolbrzymy chorują na gwiezdną progerię). Czytam dalej: kadrowa karuzela w Ministerstwie Zdrowia, rekordowo niskie notowania PiS, Clintonowie zeznają przed komisją Kongresu a Trump niezadowolony, profesor Dudek oskarża prezydenta Dudę, transpłciowy poeta szuka pracy fizycznej w Limanowej i Tymbarku. A przecież są rzeczy bardziej dołujące od naszych mikroskopijnych dylematów, choćby upiorny bezmiar wszechświata i moje, nas wszystkich, rychłe wieczne nieistnienie. 

Po co diagnozować spotworniałą rzeczywistość, w której żyjemy? Diagnozujemy, bo umiemy, lepiej lub gorzej, bo to nasz fach i nasza rzeczywistość, innej nie mamy. To właśnie robi DK – diagnozuje. Chwilami zachwyca, ale też śmieszy, tumani, przestrasza, jest wnikliwy i irytujący zarazem. Opowiem o jednym i drugim; utarty obyczaj każe wyliczyć zalety książki i autora, żeby mu potem tym efektowniej dowalić, ale tego właśnie wolałbym uniknąć. 

* 

Główną myśl streszcza DK we wstępie i rozwija w kolejnych odsłonach: […] współczesna lewica stanowi awangardę zmian kulturowych – dokładnie tych zmian, które potrzebne są do rozszerzonej reprodukcji kapitału (s. 24). Lewicę rozumie szeroko, ale strasznego losu użytecznych idiotów nie uniknął nikt – nawet kontrkultura lat sześćdziesiątych, która miała pewien udział w narodzinach kapitalizmu postprzemysłowego (25). Ofiarą i sprawcą nie jest sama lewicaTM („trade mark‟, jakże elegancki, zwięzły sygnał dystansu). Łupem systemu pada wszystko, co było w zamierzeniu i de facto progresywne – więcej, po prostu dobre, słuszne, właściwe. Wielkie i piękne wartości – wiara, nadzieja, miłość, wolność, równość, braterstwo, współczucie, szczodrość, mądrość (spis treści DK) – umierają, bo ci, którzy mieli je ponieść ludowi, poszli, sami tego nie widząc, na lep spieniężalnej cyfry. Kapitalizm epoki cyfrowej objął we władanie i utowarowił obszar dotąd litościwie pozostawiony w naszej gestii – naszą metafizykę, naszą prywatność, nasze dusze. Sprawił, że sami wystawiliśmy je na sprzedaż. Lewica przeciera szlaki, którymi później podąża kapitał, twierdząc przy tym, że działa na rzecz wyzwolenia uciśnionych (25). Najemni aktywiści […] próbują wyciągnąć się z bagna za własne włosy. Ich walka z niesprawiedliwym systemem poddaje się kapitalistycznej waloryzacji i utowarowieniu, a tym samym ma swój udział w akumulacyjnej spirali wzrostu (93). System oswaja i wchłania kontrkulturę zmieniając ją na swój obraz i podobieństwo, kapitalizm żywi się kontestacją, zyskując nowe „rynki‟, które może eksploatować zgodnie ze swoją drapieżną naturą. Jest źle. 

* 

Trafna wydaje się (choć czuję niedosyt, o czym zaraz) krytyka DK kultury terapeutycznej. Wedle niego kapitalizm zrazu „wygaszał‟ religijność siły roboczej, żeby można było wycenić i sprzedawać ją jako zasób. Jednak po (wedle mnie „po‟, wedle DK „wskutek‟) hippisowskiej rewolucji kapitał odnalazł szansę na utowarowienie kolejnej, dotąd nieuchwytnej sfery ludzkiego życia (30-31). Osobom w spektrum alergii na marksizm wyjaśniam: to żadne bzdury. W ostatnich dekadach XX wieku dla kapitalistycznej akumulacji palące stało się zatem pytanie: jak dać masom namiastkę religii, która spełniając potrzeby duchowe, jednocześnie pozostanie w pełni mierzalna, podda się wycenie i nie pozwoli w rzeczywisty sposób wykroczyć ‘poza siebie’, a wręcz wyzwoli narcystyczne skłonności, nieodzowne u konsumenta nowego typu?. Zapamiętajmy: narcyzm samotnego tłumu i kultura psychoterapii, zło tego świata, które reprodukują neoliberałowie (libki) pod rękę z lewicąTM. Świat zaludniony przez internetowych pustelników, wyalienowanych i tonących w cyfrowej samotności (44). 

(Uwaga na marginesie. DK sympatyzował lub sympatyzuje z Razem Zandberga, szydercze TM rezerwując dla Czarzastego, echa tego widać w wielu miejscach tekstu. Na ogół jednak unika partyjnych afiliacji, analizując bezstronnie globalną lewicę i współczesną kulturę). 

Z filozoficznej perspektywy DK – skądinąd innej niż moja, czuję się bardziej etnografem i socjolingwistą niż filozofem – inwazja psychologicznego paradygmatu jawi się jako kolejny podbój kapitalizmu, nowa kolonizacja, pożeranie przezeń wolnego człowieczeństwa. Może tak, ja wolę skrupulatniej śledzić rządzące tym mechanizmy bez orzekania o winie – winna jest ludzkość czyli nikt, ciekawe są mechanizmy. DK widzi zło kultury terapeutycznej, pisze o nim obszernie, ale jego myśli krążą wokół kapitalistycznego utowarowienia. Nie docenia skali koszmaru, za mało boi się psychologów, naszych nowych okrutnych panów. 

Filmy i seriale to kwintesencja kultury popularnej, obraz tego, czym jesteśmy lub chcemy być. Widzimy w nich ruch od narracji i akcji do sesji terapeutycznej i terapeutycznego kręgu. Nie twierdzę, że w nowych serialach nic się nie dzieje, ale ich conditio sine qua non jest nudna, nieznośnie długa rozmowa o rozterkach i duchowych dylematach bohaterów. Terminator, w sumie robot, przeżył duchową przemianę i już – widzimy ją, owszem, streszcza się eleganckim hasta la vista i tyle psychoterapii, mamy ją z głowy. Wyobrażam sobie Terminatora 10.0 czy ile tam – on, Sarah Connor i inni „przepracowują‟ „wyzwania‟ upozowane na grecką tragedię, co polega na niskobudżetowej pogawędce á la wenezuelska telenowela. Z analogicznego powodu coraz mi trudniej czytać Gazetę Wyborczą – zagęszczenie terapeutycznych treści robi się nieznośne, przodują oczywiście Wysokie Obcasy. Panujący niepodzielnie model homo psychologicus jest równie ułomny – niepełny – jak marksowski homo œconomicus. Nie zauważa też DK, że kultura terapeutyczna nie jest tania – włada umysłami milionów jako netfliksowy ersatz dla ludu, ale naprawdę jest przywilejem klasy średniej, zwłaszcza w Nowym Jorku, gdzie każdy ma numer ubezpieczenia, dentystę i obowiązkowego szrinka. 

Gorszy od psychoterapeuty jest tylko coach (po polsku trener, ale mało kto mówi dziś po polsku), mroczna figura współczesnej psychokultury, która jest też korpokulturą, brat i siostra influencera, tego koszmaru ery cyfrowej. Jak w commedia dell’arte są maski poważne i komiczne, tyle że oni, aktorzy, nie wiedzą, że odgrywają role. Są korporacyjnymi trenerami, CEO, itp. Ale kultura terapeutyczna, o której pisze DK, ma na szczęście wpisany w siebie program autodestrukcji choć nie wiadomo jak długo musimy jeszcze czekać. 

Czy ktoś słyszał o toksycznym terapeucie (38), pyta retorycznie DK. Zły pieniądz wypiera dobry, a coach wypiera terapeutę. Jest korposzamanem. Nie potrzebuje certyfikatów ani wykształcenia. To zresztą zjawisko o wiele szersze. Cywilizacja zadowala się ersatzem – więcej, woli go od oryginału, bo bardziej swojski, zarazem wyniesiony na wyżyny oglądalności. A zaczęło się od Big Brothera, gdzie po raz pierwszy na tę skalę miernota i przeciętność sięgnęły gwiazd, o to właśnie chodziło. 

* 

DK opisuje, trafnie wedle mnie i przekonująco, proces urzeczowienia, inwazję kapitału sięgającego drapieżną ręką po wewnętrzne bogactwo człowieka, które wcześniej stanowiło jego osobistą, gorliwie strzeżoną przestrzeń. Urzeczowiona rzeczywistość jawi się jako wielki rachunek obliczeniowy (16). Kapitalizm nie dzieli nas już na jednostki ludzkie, ale na wiązki danych. Nie jesteś człowiekiem, lecz zbiorem kliknięć, preferencji i godzin spędzonych przed ekranem (21). Głębokie więzi wymagają […] nadwątlenia, w swojej codziennej egzystencji jednostka musi poddać się nomadyzacji, która niewiele wspólnego będzie miała z rzeczywistą autonomią podmiotową – jest raczej społecznie akceptowaną formą samotniczego delirium (35). Tożsamości narodowe i seksualne, różnice kulturowe i kolejne odsłony reakcyjnego backlashu są tym, co zabezpiecza interesy najbogatszych przed wyegzekwowaniem na nich jakichkolwiek żądań redystrybucji. Szczodrość, jaką znamy, nie jest odtrutką na chciwość – jest jej jaskrawym odcieniem (142). 

Ale nie przypadkiem trafiły do tytułu „prawa geometrii‟. DK cytuje poetę jezior: […] kto z nas / Umysł swój potnie w myśl praw geometrii Jakby prowincje – w koła i kwadraty? i mógłby zacytować więcej: Naukę widzisz tym, czym jest naprawdę: Nie chwałą naszą i chlubą bezwzględną, / Ale namiastką jakąś i podporą / Dla naszych kalectw […]. Romantyczność przeciwko more geometrico Barucha Spinozy, fundatora nowożytnego racjonalizmu. 

Winne więc są – i tu mój zachwyt słabnie – Oświecenie i newtonowska fizyka. Jako romantyk, heterodoksyjny marksista i idealista zapatrzony w buddyzm jest DK wrogiem liczenia. Grzeszy, kto oblicza zebrany plon (18). Opisuje z widoczną sympatią (powołując się na Witolda Kulę) lokalne społeczności, które stosowały własne miary, dobrze oddające jakościowy wymiar pracy, i wyrażały niezadowolenie, gdy próbowano uniwersalizować systemy metryczne przez odgórne dekrety (19). Z sympatią pisze też o luddystach. Czy naprawdę chce powrotu do jakiejś wyidealizowanej utopijnej, analogowej rzeczywistości bez tych obmierzłych cyfr? To ma być recepta na całe zło nowego cyfrowo-korporacyjnego świata? 

DK, jak czytam, para się też programowaniem, nic więc nie usprawiedliwia jego deklarowanej nienawiści do liczb, a zwłaszcza tego, że (jak przed nim wielu filozofów nauki, zwłaszcza analitycznych) próbuje zastraszać profanów. Problem stopu maszyn opisany przez Alana Turinga, nieobliczalność stałej Ω Gregory’ego Chaitina i tak dalej. Zdecydowana większość czytelników DK nie ma pojęcia, o czym mowa, ale wierzy na słowo, że skojarzenia z surrealizmem, szaleństwem, psychodelią czy mistycyzmem są jak najbardziej na miejscu (22). Rzekomo potwierdzone spekulacje Rogera Penrose’a o kwantowej naturze świadomości, twierdzenie Gödla – po co wyjmuje je jak króliki z kapelusza, nie wyjaśniając słowem (wiem, nie da się) o co chodzi? Pyta retorycznie: Czy rzeczywiście da się zalgorytmizować miłość, sprowadzając ją do usług seksualnych? (23). Jasne, że nie, ale po co cała ta pseudonaukowa ekwilibrystyka? Nie jestem chrześcijaninem, więc nie powiem „ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią‟, zwłaszcza, że zwykle wiedzą, programista DK wie na pewno (z niejakim zdumieniem czytam, s. 93-94, o pracach zespołu Johna von Neumanna, który tuż po II wojnie światowej zapisywał dane na twardym dysku). 

* 

DK jest nonkonformistą, stawia się bez wahania lewicy i lewicyTM. Rodzina potrzebna była do reprodukcji siły roboczej. Rodzina stała się jednak politycznie podejrzana. Ruchy zapoczątkowane przez Nową Lewicę lat sześćdziesiątych poddały radykalnej krytyce patriarchalny model społeczny […]. Z punktu widzenia politycznej »słuszności« gesty tego rodzaju wydawały się zasadne, a jednak nie ulega wątpliwości, że z perspeltywy politycznej pragmatyki jawią się one dziś jako bezmyślne i infantylne‟. Uspołecznienie – wyjaśnia dalej DK – to przecież państwo dobrobytu, żłobki, szkoły opieka medyczna, stołówki. „Co jednak, jeśli sfera publiczna ufundowana została na wartościach takich jak konkurencyjność i egoizm, i w całej rozciągłości podporządkowana jest jedynie pomnażaniu zysków? (39-40). DK nie wstawia się za rodziną jako ostoją patriarchatu – widzi w niej raczej tamę powstrzymującą zachłanny postindustrialny kapitalizm. Dla lewicyTM, która nikomu nie przebaczy, i tak będzie niewątpliwą konserwą, podobnie jak krytykująca ją od wewnątrz i celnie punktująca kolejne głupoty Katarzyna Szumlewicz. 

Kiedy czytam: […] dlaczego tak łatwo nam z góry założyć, że jego partnerka nie realizuje się w swoich codziennych zajęciach, czyli dlaczego z góry zakładamy, że kura domowa nie może być wariantem samorealizacji, przypominają mi się ciężkie rozmowy o hidżabie z moim nieżyjącym przyjacielem. Był najwspanialszym iranistą na tej i tamtej półkuli i prawdziwym self-made-manem – od syna krawcowej z Bałut po napisany i obroniony po persku cum laude doktorat na Uniwersytecie Teherańskim. Kochał Iran, Irańczyków, ich starożytną kulturę i swoją irańską żonę. Spieraliśmy się wielokrotnie o represyjność ich kultury, przymusowe pakowanie kobiet w burki, hidżaby itp.  Dowodził z pasją, że ukrycie kobiecego ciała może je eksponować, opowiadał o cudach, jakie wyprawiają Iranki operując zakryciem, jak seksowne wrażenie potrafią sprawić zakrywając ciało zwiewną burką od Diora. Prawie mnie przekonał. Żartuję, nie przekonał ani trochę. 

Dostaje się od DK cancel culture i, choć nazwa nie pada, #MeToo. To, co wygląda jak bezkompromisowa walka o lepszy świat, tak naprawdę może być tylko narcystyczną autostymulacją; niewykluczone też, że głównym celem działań cyfrowego sygnalisty okazuje się pobudzenie ośrodka przyjemności we własnym mózgu. Nie mogę nie zacytować obszerniejszego fragmentu: 

Nie powinno nas to dziwić, od kiedy ulubionymi zajęciami lewicującej młodzieży stało się demaskowanie faszysty. Oskarżając kogoś o misgenderowanie, papierowy feminizm, kryptoautorytaryzm i wszelkiego rodzaju mikroagresje, jednym gestem odróżniamy się od atakowanego i publicznie dajemy do zrozumienia, że jesteśmy lepszymi ludźmi. […] Uwaga, jaką poświęca nam gniazdo żmij, skutecznie wypełnia emocjonalne braki, a oprócz uwagi gromadzimy kapitał społeczny (98). 

Pisze też DK o znanej feministycznej poetce, która upubliczniła seksualne awanse kolegi po piórze. Śledząc jej sposób argumentacji, doskonale wiedziałem, że poetka zdaje sobie z tego sprawę: los się do niej uśmiechnął. Zaledwie dwa dni później w »Wysokich Obcasach« ukazał się artykuł, w którym opisano całe zajście w bardzo emocjonalnym tonie. Czytam o „publicznym linczu‟, o „pokrętnym sygnalizowaniu własnej cnoty‟ i muszę natychmiast przyklasnąć (97-99). Miło mi niezmiernie, że nie ja jeden widzę jak nisko upadły Wysokie Obcasy, które jakże społecznie słuszny program #MeToo sprowadziły do polowania w tabloidowym stylu na hollywoodzkie grube ryby. Niewiele ma to wspólnego ze zwalczaniem haniebnego, powszechnego także w niższych sferach, seksualnego mobbingu – więcej zaś z poetyką brukowców karmiących głodną gawiedź sensacyjną papką. 

DK kojarzy mi się z Partią Razem również dlatego, że raz po raz deklaruje  désintéressement perypetiami oderwanej od bazy nadbudowy. Wspomina z rozrzewnieniem walijskich górników, którzy w 1985 roku przewodzili londyńskiej Paradzie Równości i wyśmiewa media społecznościowe pełne dyskursywnej policji (100-101). Nadbudowa oderwana od materialnej (robotniczej) bazy nie budzi w DK cienia sympatii. To free-floating intellectuals epoki cyfrowej, wielokrotnie rozmnożeni i zamienieni we własną intelektualną karykaturę. 

Z tej perspektywy patrzy na boje o polityczną poprawność języka. Gdy idee kontrkulturowe straciły kontakt z halami fabrycznymi, straciły też swoją moc praktyczną i zanurzyły się tak głęboko w czystym dyskursie, że dziś jawią się nam przede wszystkim jako walka o język (101). Jest jeszcze gorzej, niż myśli DK. „Dyskursywna policja‟, o której wspomniał DK, kojarzy mi się jednoznacznie z inkwizycją, zetempowskim stalinizmem i Orwellem. Przypomina mi się też „Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego – osadzona w XV-wiecznej Francji powieść metafora Marca 68 o prześladowaniach Żydów i czarownic, o procesach o urojone herezje, o zbiorowym szaleństwie, które ogarnęło Arras. Bo gdzie tkwi zło, które toczy miasto? Piekarz Mehoune wywodził, że tkwi ono w Żydach. I nie przeczę temu. Ale powiedz, Mehoune, miły mój bracie, czy wyrywając żydowskie zło, wyrywamy również te jego korzenie, które wrosły w chrześcijańskie dusze?. 

Jedno, czego zdaje się brakować współczesnym inkwizytorom, to skuteczna egzekutywa – chociaż nie całkiem. Może nie na miarę Inquisitio haereticae pravitatis, Sanctum officium, ale całkiem całkiem. W artykule sprzed paru lat (GW, przekład mój) Anne Applebaum opisuje, posiłkując się licznymi amerykańskimi przykładami, jak lewica głównego nurtu (u nich liberals) ulega szantażowi ekstremistów spod znaku woke, #MeToo, cancel culture – rzekomy margines okazał się, dodajmy, wielce sprawczy. Pamiętam przypadek Iana Burumy, światowej sławy publicysty New York Review of Books, wywalonego po dziesięcioleciach pracy za opublikowanie tekstu autora, na którego padły podejrzenia #Me Too. Ale Applebaum to konserwa i reakcja, n’est ce pas? Miło więc, powtarzam, słyszeć to samo od niewątpliwej lewicy, jaką jest DK. 

Wyznać muszę, że dwadzieścia parę lat temu broniłem publicznie poprawności politycznej, m.in. w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego, w którym utożsamiłem ją ze zwykłą przyzwoitością. Dziś trochę się tego wstydzę. Walka o język, o której pisze DK, jest de facto walką z językiem. Anonimowe grono językowych troglodytów dyktuje nam, pod groźbą natychmiastowej egzekucji, swoje coraz to nowe pomysły, zwykle wzorowane bezmyślnie na tym, co raczyli zrozumieć z angielskiego. Dam przykład. Mamy po angielsku disabled, uznane za niepoprawne i zastąpione przez differently abled lub with disabilities. Rzecz w tym, że polskie niepełnosprawni nie jest równoważne angielskiemu disabled, raczej bardziej poprawnemu not-fully-abled. Teraz mamy obowiązującą formułę osoby z niepełnosprawnościami. Logiczny i językowy bezsens. Tropicielom chodzi o to, żeby tropić, wypełniać świętą misję, la lotta continua sensem ich życia. Jak też słusznie zauważył DK, tak naprawdę nie chodzi im o tych, których, narcystycznie zapatrzeni w siebie, rzekomo bronią. Przez dwa stulecia lewica nie wyrosła z tego, co zawsze stanowiło jej największy problem: z nieznośnego paternalizmu (103). 

Lewica psuje język na rozmaite sposoby. I psuje naszą możność korzystania z niego jako instrumentu poznawczego. Używa nieodpowiedzialnie słów formujących z pełną tego świadomością dyskurs walki. Aktywiści dostrzegają wokół siebie o wiele więcej form »strukturalnej« przemocy. Zdaje się, że Adolph Reed słusznie zadaje takie pytanie: skoro rasizm […] ma w XXI wieku charakter strukturalny, gdzie są nasze Ministerstwa Apartheidu […] strukturalny, zinstytucjonalizowany charakter ma przemoc wobec kobiet, którym uniemożliwia się dostęp do legalnej aborcji, lub przemoc wobec osób homoseksualnych, którym odmawia się prawa do legalizacji związku małżeńskiego (90). Nie jest „strukturalna‟ przemoc policji, w USA ani w Polsce. To nadużycie werbalne przeradzające się w nadużycie poznawcze. Ciekawa obserwacja DK. 

* 

Najwyższy Przywódca nie żyje (tak z ciekawości, po co im jeszcze prezydent? trybut dla demokratycznego theatrum?). Historyczne role uległy jakby odwróceniu, ale czy Trump słyszał o Termopilach? Dla przeciętnego Amerykanina Trojans to marka kondomów czyli prezerwatyw, dla nich konserwantów, niezły galimatias. Betelgeza płonie, wielka jak orbita Jowisza. Co Trump wie o Jowiszu? 

* 

Pogardę dla libków adresuje DK na pozór właściwie – nie do mnie tylko do Elona Muska i Ryszarda Petru, z których szydzi elegancko i bezlitośnie niczym Monty Python. Ale tak naprawdę oskarża nas wszystkich, co najmniej o współudział. Jest maksymalistą, ale nie fanatykiem, przecież zapowiedział we wstępie, że będzie bronił wartości przeciw pragmatyce (26). Patrzę zafascynowany, jak to robi. 

Kiedy o współudział oskarża lewicę, mówi raczej o bezwiednym uczestnictwie, jak Lenin o użytecznych idiotach. Kontrkultura staje się karmą kapitalizmu, współczesne formy aktywizmu nie są w stanie wykroczyć poza swój symboliczny wymiar, a zatem w ogóle nie naruszają strukturalnych podstaw dominującego reżimu produkcji (93). Gardzi nimi, ale znacznie mniej skłonny byłby wybaczyć winnym jego zdaniem tego samego liberalnym filantropom. Wolę uniknąć posądzenia o wyjmowanie z kontekstu, oto więc kontekst. 

Dawniej my, powiada DK, klasa ludowa, mogliśmy strajkować. Skutecznie. Tymczasowo odmawiając pracy, robotnicy narażali kapitalistę na ogromne straty‟. Zdobycze ruchu robotniczego takie jak płaca minimalna, emerytury, ośmiogodzinny dzień pracy „nie były efektem lobbyingu jakiejś lewicującej grupy milionerów, lecz szantażu (136). Lewicowe NGO są dziś inne, niczego nie wywalczyły, to ich największa genetyczna wada. Działania Fundacji im. Stefana Batorego, takie jak wspieranie profilaktyki uzależnień czy powołanie Funduszu Praw Kobiet, możemy uznać za pożyteczne i społecznie pożądane, ale podmioty, które korzystają z dotacji, niczego nie »wywalczyły« sobie ani społeczeństwu, a jedynie działają na rzecz interesów George’a Sorosa w Europie Wschodniej (136). 

Interesy to zła rzecz, ma je też Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. W kwestii głodzenia publicznego systemu opieki zdrowotnej mamy oczywiście długą tradycję ironizuje DK, ale ten proces nie spotkałby się z taką społeczną akceptacją, gdyby nie fundacja Jerzego Owsiaka. […] Dziś, kiedy każdy kolejny rząd w Polsce chwali się rekordowym wzrostem gospodarczym, WOŚP odgrywa rolę czysto ideologiczną. Obywatelom pcha do gardła propagandowy przekaz (138). Jaki? Liberalny. Nie jest ciągle jasne, czy działania liberałów i ich sługusów są złe intencjonalnie czy to tylko pożyteczni idioci. Owsiak robi interesy. Raczej nikt by się nie zdziwił, gdyby to działalność gospodarcza Owsiaka weszła w posiadanie sprywatyzowanych polskich szpitali. Jego aktywności na rzecz rozwałki systemu opieki zdrowotnej, które symulują jego wspieranie, zdają się być celowe (139). 

Dominująca intencja czynienia dobra to po prostu optymalizacja podatkowa‟. Fundusze doradcze dla darczyńców to podatkowa złota żyła. „Zarządzanie działalnością filantropijną włączone do portfela inwestycyjnego okazuje się niezwykle atrakcyjnym rozwiązaniem (140). Co ma DK do zaoferowanie w zamian naszym społeczeństwom? Ma plan. To droga tao. Myśl buddyjska zawiera wiele bezpieczników, które pozwalają uniknąć samozadowolenia wynikającego z aktów szczodrości (140). 

DK chce, by naszym światem rządziły wartości, a nie interesy, wokół widzi samo zło,  ratunkiem wydaje się marksistowski buddyzm, na który polityczna szansą była Partia Razem, ale się nie sprawdziła. Nie ma ratunku dla Polaków ani dla planety. 

* 

Nienawidząc zła DK sięga, może bezwiednie, boję się, że nie, po najgorsze kalki językowe i polityczne. Pisze o „interesach Sorosa w Europie Wschodniej‟ niepomny, że powtarza punkt w punkt zarzuty Orbana, ba, Putina (136), chwali prezydenta Andrzeja Dudę, którego weto zatrzymało zmiany, które doprowadziłyby do niespotykanej zapaści i śmierci milionów seniorów (138), i powtarza za Zygmuntem Wrzodakiem, o którym pewnie nic nie wie, bzdury szczególnie obrzydliwe o inteligentach, którzy na barkach klasy robotniczej Solidarności wspięli się do władzy. A wszystko po to, żeby jakże skądinąd trafnie zdiagnozować systemowy cynizm spotworniałej szczodrości i cały żenujący mechanizm wolontariackiej turystyki (131-133). Mam więc generalnie rzecz biorąc kłopot z DK. Diagnozy trafne, egzemplifikacje do bani. 

Rozumiem, że jako lewica musi rytualnie potępiać Izrael, ale żeby bronić Jeremy’ego Corbyna? Myślimy podobnie – jak najgorzej o AI, a zwłaszcza o jej obecnym społecznym wykorzystaniu i narosłych mitach – ale mógłby zachować, jak w innych sytuacjach, stosowną elegancję i umiar. Nie zachowuje. Wiemy wreszcie, że sztuczna inteligencja Google’a, trenowana poprzez machine learning przy użyciu między innymi naszych danych, potajemnie służyła izraelskiej armii. […] To pieniądze splamione krwią – według najświeższych danych od października 2023 roku podczas pacyfikacji Strefy Gazy zginęło już ponad siedemnaście tysięcy palestyńskich dzieci, w tym około dziewięciuset noworodków. Jak ma się to do prawa przyczyny i skutku, na które kładzie się tak silny nacisk w naukach Buddy?. »Jakąkolwiek karmę wytwarzają [istoty] – złą czy też dobrą – będą jej spadkobiercami«, wskazuje Upajjhatthana Sutta (124). Niechaj DK przekaże tę wiedzę mordercom z Hamasu. 

Wysoki poziom – książka jest gęsta, autor nie używa massa tabulettae – chwilami załamuje się, na szczęście autor szybko odzyskuje formę. Jednak nie mogę nie odnotować tego, co budzi mój stanowczy sprzeciw. Wydaje mi się DK plus catholique que le pape, gdy chodzi o podtrzymywanie idei założycielskiej Partii Razem, która zapowiadała współpracę z każdym, nawet z PiS, jeśli ma się to przysłużyć społeczeństwu. Partia mrucząc i kręcąc wyrzuciła w końcu posłankę Paulinę Matysiak – okazało się, że bliżej jej było do PiS-u i Karola Nawrockiego. DK broni jej jak niepodległości, bo jego zdaniem dba ona ponad podziałami nie o partię, tylko o społeczeństwo. Trudno o większe nieporozumienie. 

No i został Jeremy Corbyn, były przywódca brytyjskiej Labour Party, przykra sprawa. Pisze DK: Groźny dla mainstreamu Corbyn od zawsze krytykował nacjonalistyczną politykę Izraela i jego militarne działania w Strefie Gazy. W 2025 roku nikt już nie ma wątpliwości co do tego, że Izraela dopuszcza się ludobójstwa i prowadzi czystkę etniczną, nieustannie łamiąc prawo międzynarodowe. Kiedy Corbyn ostrzegał przed takimi konsekwencjami dekadę temu, spotkał się z zarzutami o antysemityzm, które bez dwóch zdań można nazwać medialną nagonką (46). 

To dzień wstydu dla Partii Pracy – powiedział obecny przywódca ugrupowania, sir Keir Starmer, zawieszając swojego poprzednika Jeremy’ego Corbyna. Partia Pracy mogłaby bardziej stanowczo reagować na przypadki antysemityzmu w swoich szeregach, gdyby jej kierownictwo tego chciało – głosi przedstawiony w czwartek 130-stronicowy raport Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka (EHRC). EHRC to organizacja pozarządowa, której nowe kierownictwo partii zleciło zbadanie tego, jak za czasów poprzedniego lidera – Jeremy’ego Corbyna – Partia Pracy reagowała na antysemickie wystąpienia swoich członków. Raport jest miażdżący (https://wyborcza.pl/7,75399,26458737,trzesienie-ziemi-w-brytyjskiej-partii-pracy-jeremy-corbyn-lamal.html). Znalazłem w sieci wiele mówiący obrazek – Corbyn z islamistycznymi towarzyszami modli się przy grobie terrorystów Czarnego Września – stoją w kręgu, rozłożone ręce, skupiona twarz. I co pan na to, panie DK? 

* 

DK jest jednym z najciekawszych autorów młodszego pokolenia. Łączy kolosalną erudycję z językowym wyrafinowaniem i myśleniem against the current, dlatego wybaczam mu bzdury o Żydach i cyfrach. Jest jak młody (i stary) Marks: błyskotliwa krytyka tego, co jest i mało o tym, co ma być. 

Powie kto, że chwalę go, kiedy myśli jak ja, a ganię, kiedy ośmiela się być innego zdania. Otóż tak mniej więcej jest. A co? Miałoby być odwrotnie?

 

 

Sergiusz Kowalski


 

CZYTAJ TEŻ