Mojej Mamie
świętość biesów
„Właściwie… Jak się nad tym zastanowić, to chyba tylko Maryja mogłaby bezkarnie rzucić kamieniem w Magdalenę. Prawda? Pewnie właśnie dlatego by mogła, że i tak by nie rzuciła. Przewrotna materia. Tego dnia nachodziły go bardzo dziwne rozważania tego typu, które uważał sam za (w najlepszym wypadku) pokrętną pseudoteologię. Nie mogły jednak wyjść z jego głowy. „Jakie to dziwne ― nawet Chrystus musiał mieć Matkę, żeby się wcielić. Co tam, że był synem Boga, Matkę musiał mieć – i tyle. To ona go sprowadziła na świat, czy nie jest nadboska ta, która rodzi Boga? Oj, potężne to istoty, Matki”.
I tak myślał, dopóki papieros nie przypalił mu żółtawych palców. Zaklął i rozejrzał się po palarni. Obleśny ugrowy nalot na ścianach był tłem dla rozważań kilku mężczyzn, którzy aktualnie kłócili się, czy dziś dwudziesty czwarty, czy piąty. Tutaj nikt nie wiedział takich rzeczy. Popatrzył na nich. „Ach!, to podłe skurwiele, dusze niemyte, rębajły bezduszne, pierdolone franty. Kwiat, kurwa, młodzieży polskiej. Szaleńcy, gwałciciele, zabójcy. I ja w tym wszystkim winny, winny, winny. Ale na pewno? Czy chciałem co złego zrobić? Może sobie przebaczyć jednak… Czy mi ktoś przyklaśnie, bym o sobie mógł myśleć jak o ludzkiej istocie? Na „człowieka”, mimo wszystko, trzeba sobie chyba zasłużyć, bardziej zapewne, niż na „osobę…” I tak sobie dalej myślał, paląc i paląc. A kto to z nim siedział na tej zatęchłej palarni w zaniedbanym osiemnastowiecznym budynku? Zerknijmy tu na nich co nieco.
Od lewej idąc siedział Igorek. Darł się na wszystkich i każdego traktował jak szmatę do podłogi. Jego mowa składała się jedynie z poleceń. Palił ohydne robione kiepy i bez przerwy pił colę z wielkiej butelki. Był ogromny. Kiedy już niezwykłym nakładem energii podnosił się z cudem całego jeszcze stołka, górował nad wszystkimi o głowę co najmniej. Nie mógł chyba ważyć mniej niż dwieście, nie, na pewno nie. A czemu Igorek (tak się przedstawiał i kazał mówić do siebie) był tutaj, gdzie był? Cóż, Igorek był tutaj, ponieważ zdarzyła się bardzo smutna sytuacja. Mówiąc jak najzwięźlej, podczas pewnego sielskiego grilla, którego nasz spocony sekitori urządził z kolegą pod swoim domem, ów kolega ośmielił się pożreć ostatni smakowity kąsek z plastikowego stolika (skrzydełko z kurczaka), należący – rzecz jasna – do Igorka. Kolega nie zdążył nawet niestety przeprosić za to zuchwalstwo, ponieważ Igorek zatłukł go na śmierć. Na miejscu, gołymi pięściami. W dalszym postępowaniu okazało się jednak, że wspaniałe prawo Państwa Polskiego (czy jak tam mówicie na to) nie pozwala go zamknąć w pierdlu, gdzie dokona żywota, tylko – jako, że się kiedyś już leczył „na nerwy” – będzie siedział z nami. I niestety siedział. Jedyną osobą, która się go nie bała, był Bartuś.
Gdyby zobaczył go Hitler, pewnie kazałby mu zapłodnić wszystkie blondynki na terenie Europy. Jakże nietzscheański typ – budowa ciała sprawiała, że zapewne to jego Petersen wybrałby na Achillesa. Włos jasny, oczy niebieskie, nieschodzący z ust uśmiech. Bartuś trochę przeginał z dragami. Złapano go nagiego gdzieś opodal Pruszkowa, na środku czteropasmówki, gdzie odziany jedynie w ortalionową kurtkę starał się jednocześnie masturbować i zażywać metaamfetaminę. Przy schwytaniu krzyczał, że głowy „tych śmieci” w niebieskich jak jego oczy mundurach „urżnie i wydyma w obcięte gardła”. Jakaż wyobraźnia! Jurność i wola mocy! Mimo wszystko teraz zachowywał się dość spokojnie, choć wywijał szczęką jakby chciał wymówić wszystkie możliwe spółgłoski naraz, co sugerować mogło, że personel niezbyt dobrze przeszukuje ekwipunek swoich osobliwych misiaczków. Bartuś właśnie starał się udowodnić Leszkowi, że jest dwudziesty czwarty, a nie piąty, na podstawie kąta padania promieni słońca. Cóż, biedny Leszek…
Leszkowi nawet we fraku i ze skórzaną teczką w dłoni ciężko by było uchodzić za normalnego, a tym bardziej „porządnego” człowieka. Tatuaże pokrywały chyba całą powierzchnię jego ciała, również twarz, oczy miał jak opętane, tak bladoniebieskie, że niemal białe, mówił bardzo dziwnie. Na wszystko reagował tak, jakby właśnie dostał najlepszą wiadomość z możliwych i co chwila intensywnie się oblizywał. Leszek – w porównaniu z resztą kompanii – był raczej nieszkodliwy. Cóż on zrobił złego…
Wyszedł w piękny dzień na spacer, nad Wisłę, na plażę, z literkiem upragnionej od rana okowity, którą spożył z dużą przyjemnością, dla zachowania aromatu nie popijając. Po niedługim czasie od przyjęcia spostrzegł zaskakująco bystrym – szczególnie jak na ilość spożytego trunku – wzrokiem, siedzące nieopodal młode dziewczęta. (Ale żeby była jasność: nie „nazbyt młode”, bo Leszek upodobania miał zdecydowanie klasyczne, ściśle mieszczące się w kanonie). Były to studentki psychologii, opalające się i sączące somersby, by nieco się odprężyć po ciężkich wykładach. Spodobały mu się niezwykle, ale był z natury bardzo nieśmiały i nie wiedział, jak zagadać do tak pięknych istot. Postanowił więc zamiast oklepanego „Hej” pomachać im swoim – jak twierdziły dziewczęta, również wytatuowanym – przyrodzeniem. Ku niezadowoleniu Leszka dziewczęta – mimo że studiowały psychologię – nie odczytały jego przyjaznych intencji i uciekły. Nie był agresorem, o nie!, ani myślał by je gonić, czy coś. Było mu po prostu bardzo smutno, że go nie polubiły. Ale nie chciały, to nie chciały. Posiedział chwilę zrezygnowany i zaraz przyszli bardzo niemili panowie, którzy zabrali go do tego miejsca.
Prawdziwą tragedią Leszka był fakt, że nie był on żadnym zboczeńcem – on po prostu zupełnie, zupełnie nie rozumiał zasad. Nie rozumiał, że jeśli ktoś pije z danego kubka, to jest jego kubek, że nie powinien się wypróżniać na środku korytarza lub skweru pełnego ludzi, i tak dalej. W zasadzie to w kontakcie był naprawdę bardzo miły. Niezbyt rzeczowy co prawda i raczej wybiórczo rozumiejący, ale uprzejmy. Poproszony o cokolwiek, chętnie pomagał, co więcej – była to chyba jedyna zasada, jaką zdołał przyswoić – otwierał wszystkim drzwi, kłaniał się i mówił zapraszam. Wyglądało to niezbyt dobrze, ponieważ dalej się nerwowo oblizywał. Ale intencje miał przecież dobre. Ciężko by było powiedzieć, bardzo ciężko, że to zły chłopak. Jestem pewien, że nawet zaczepiony, nie zrobiłby nikomu nic złego. Był jednak niesamowicie przedziwny, nic nie rozumiał chyba ze świata – tyle wystarczyło, by się znalazł wraz z nami w tym smutnym miejscu.
Cóż tu dużo mówić, takich dżentelmenów było tu na pęczki – chorzy, chorzy, chorzy… Ten podciął sobie żyły, ten wyskoczył z okna, któryś się trzepał na delirze po prostu, któryś w psychozie od dragów, ten w manii, ten w depresji, często-gęsto przedawkowania, i tak dalej. Nie zliczysz.
A w tym wszystkim, mój Boże – ich matki, to chyba oczywiste, że każdy z nich miał Matkę, jak normalny człowiek. Ich Matki: nie śpiące po nocach, Matki po kryjomu płaczące, Matki zapracowujące się na śmierć, Matki jak z Kochanowskiego, opowiadające synowi o niebie, Matki antyróżewiczowskie – które zawsze zostają, gdzieś, może, jakaś czytająca listy, czy SMS-y, warszawska Salomea, może i Matki stojące pod krzyżem… A ponad wszystko ― dla nich, tutaj ― matki Rollison. Przychodzące, przychodzące codziennie. Choć próżno tak wymieniać, bo Matki są pod tym względem jak wszystkie anioły; każda jest jedyną przedstawicielką swojego rodzaju. Każda z nich jest jedyna.
Zbliżał się właśnie czas odwiedzin. Można było przychodzić między dwunastą a piętnastą. Przychodziły. Przychodziły. I powiem ci coś niesamowitego – każdy, każdy z tych skurwieli, kimkolwiek by nie był i czegokolwiek by nie zrobił (a żal mi już dalej wymieniać), na widok swojej Matki płakał – jak dziecko. Wtedy było można płakać każdemu. I Bartuś też płakał. Igorek też płakał, i Leszek. Wobec matki zawsze jest się dzieckiem. I to nie do końca truizm, jak się nad tym zastanowić. Człowiek sobie w pełni to uświadamia dopiero w krytycznym, skrajnym położeniu… Ha! Każdy z tych, co siedzieli na palarni, splunąłby Bogu w twarz, może i nawet bez ziarna pokory, skruchy, czy strachu! Ale w oczy matce spojrzeć – nie umiał bez płaczu. Lub nie umiał w ogóle. Zrozumiałem tam, że nikomu tak jak matce nie chce się udowodnić własnego człowieczeństwa. A myśmy RACZEJ bez winy nie byli, i raczej musieliśmy udowadniać – a kto wybaczy? Powiedz mi, kto wybaczy?
„A może… Nie no, na pewno by nie rzuciła” myślał dalej, ciągnąc rozważania, którym planował nadać jakiś nadludzki, niesamowity sens, nim w końcu przyjdzie jego Mama. Wtedy absolutnie musi się mimo wszystko nie rozpłakać i powiedzieć jej coś wielkiego, coś ponad wszystko, coś niezwykłego, co wyjaśni, że nie jest złym człowiekiem. I myślał dalej. „Nawet Bóg musiał mieć Matkę (zawsze się to słowo wielką pisze, jak Boga, Ziemię i Ojca), w związku z tym… W związku z tym…”
Myślał i myślał o rzeczach wielkich i słowach wielkich i dumnych, planował powiedzieć Mamie coś, co ją naprawdę pokrzepi – za wszelką cenę chciał ją pokrzepić. Żeby się nie martwiła i zrozumiała, że to już ostatni raz, że teraz już na zawsze będzie dobrze. Że będzie miała normalnego, dobrze ułożonego syna. Wierzył w to, że ostatni – był szczerze pewien, tak bardzo chciał, żeby już nigdy nie miała powodu do zmartwień, chciał wydobrzeć szybko i żeby była dumna. Zrobiłby cokolwiek, żeby była. Nie obchodziło go właściwie zdanie kogokolwiek innego. Ale czy szaleniec może kogokolwiek pocieszyć? No powiedz…
Gdy przyszła, nic nie zostało z misternie skomponowanych, wielkich, pięknych słów, płakał jak dziecko, lgnął do niej. W tym całym szaleństwie to ona zawsze była środkiem wszechświata, do którego jakoś wracał i orientował się we wszystkim na nowo. Nikogo tak nie kochał. Tylko jej potępienia się nie obawiał i tylko z jej strony potępienia się bał. Wiedział, że za nic go nie potępi, dlatego liczyłoby się tylko, gdyby to ona potępiła. Nie rzuciłaby kamieniem, właśnie dlatego, że tylko ona by mogła.
Utuliła go, poklepała po plecach – zawsze obok słów otuchy dodawała coś „praktycznego”, zawsze sprowadzała go na Ziemię, lecz nie było to przygniecenie do Ziemi; raczej przypominała mu, że takie miejsce istnieje. Boże! Jak ona dbała o kwiat, co raz po raz więdnął! Jak ona o niego walczyła! To ona go na Ziemię zapraszała, nikt inny. I tylko od niej zaproszenie to, raz za razem: przyjmował ― ponownie i ponownie pomagała mu jakoś się osadzić, tak naprawdę to ona go ratowała za każdym razem, gdy działy się rzeczy ostateczne.
Jego Mama – Boże, jaki to cud, że taką istotę ma „własną”!, swoją ― skąd w takiej drobnej kobiecie tyle siły? Jakim cudem umiała go zebrać z ziemi drobna brunetka w okolicach lat sześćdziesięciu? Razem z krzyżem by go podniosła, choć nie dźwignęłaby przecież i trzydziestu kilo, gdyby nie były jej synem.
To właśnie ma wspólnego „Żółty szalik” z „Faustem”, że głównych bohaterów ratują zawsze kobiety. A tego, kto czyni źle, lecz nie ma złych intencji, można zbawić. I Bóg się nie obrazi, tym bardziej, że jak wspomniałem, tak naprawdę zbawienie nie od niego zależy. Coś w tym jest – zbawiają zawsze kobiety – nie ma natomiast bardziej esencjonalnej, archetypicznej kobiecości, niż Matka. Każdy widzi tę świętość inaczej i każdy ma na jej temat rację. Sporo już widziałem i wierz mi: nie ma potężniejszych istot, niż te które rodzą Bogów i mają prawo rzucić kamieniem w każdego. Bóg nie ma tu nic do gadania. I Bóg mi te słowa wybaczy. Więc ― musisz wiedzieć, że biesy nawet mają swoją świętość.
klisza turyńska
Mutter, ich bin dumm.
F.Nietzsche
Lubił siadywać tam po zajęciach, na ławce miedzy ulicą Smolną a rondem. Wiśniowa fajka w ustach dawała mu się poczuć, studentowi pierwszego roku filozofii, jak Russell co najmniej, gęsty dym skutecznie zaspokajał jego niepohamowany głód nikotynowy, mógł się więc zająć zaspokajaniem głodu myśli.
Czynił w nich śmiałe wybiegi, o wiele dalsze, niż przystało na studenta pierwszego roku, lecz to ta część dnia, godzina, czasem nieco więcej, była jego polem do uprawiania niczym nieskrępowanej samowolki, którą nazywał w duchu – ładniej – wolnością, jest jednak między tymi pojęciami spora różnica. Etyka – to głównie etyka go zajmowała. Uwielbiał rościć sobie prawo, dziewiętnastoletni sędzia, do poczucia, że wypracował już w sobie „poprawny”, może nawet doskonały system moralny. Na razie jednak nie tyle kierował się nim, co – zdolny na tym polu niemal do przysięgi – zakładał, że pokierowałby się owymi przekonaniami, gdyby przyszło co do czego, gdyby nadeszła okazja.
Jednak w myślach czynił też często-gęsto czysto probabilistyczne „badania”, bardzo różniące się treścią od jego własnego, europejsko-chrześcijańskiego credo. Uwielbiał fantazjować na temat systemów moralnych lub dylematów etycznych dalekich, niezbadanych niemal plemion i kultur – co jest moralne dla Czirokeza? Co dla Japończyka? Co dla Afrykanina z małej, niedostępnej dla intruza z zewnątrz wioski?
Jest to chyba rzecz dla wszystkich jasna, że na studiach filozoficznych nie porusza się raczej takich zagadnień in extenso, szczególnie na pierwszym roku. Niewiele też na podobne tematy potrafił znaleźć materiałów – w bibliotece umiał na razie jedynie rozkosznie błądzić, toteż były to fantazje tylko, ale fantazje pełne zaangażowania. Stosowność seppuku, eutanazji, kary śmierci, to, kiedy słuszna może być chociażby banicja lub kastracja; i tak dalej, i tak dalej – rozmyślał i rozmyślał, o ewentualnej utylitarności, adekwatności tym podobnych skrajnych „zabiegów”, skrajnych praktyk i sądów. Lubował się w spekulacjach dotyczących skrajności właśnie, dotyczących sytuacji właściwie bez wyjścia, będących na peryferiach norm i granic, gdzie dla niektórych kończyło się „ludzkie” i „człowiek” ― a dla niektórych nie.
Tego dnia, letniego i słonecznego, uprawiał swój frywolny rytuał koło południa, zajęcia skończył wcześnie, miał czas; rozmyślał akurat o tej osobliwej chrześcijańskiej powinności, o obowiązku reagowania na zło, za które – jeśli się na nie „przystanie” – jest się odpowiedzialnym, czy może raczej „współodpowiedzialnym” – rozważał; lecz w jego odczuciu ciężar owego zła nieporuszonego nie dzielił się na dwoje, a mnożył razy dwa. Więc: czy bezczynność, obojętność, może zło podwajać? Czy – w takim razie – reakcja na zło zdolna byłaby zdjąć ciężar grzechu i z popełniającego, i z reagującego? Czy tego typu interakcja z bliźnim może kogoś zbawić? Cóż – może jednak reagujący wychodzi na zero jedynie spełniając swój obowiązek i żadnych ponadto względów sobie nie czyniąc? On sam chciał zbawić wszystkich, ale jego ambicje były śmieszne – chciał być, a może i nawet planował być, Chrystusem, Buddą, a co najmniej Tołstojem – tak naprawdę chciał być po prostu autorytetem.
Autorytetem. Ach!, boleśnie czyste, tragicznie naiwne dusze, zupełnie niedojrzałe, tak niepoprawnie słodkie – niech je Bóg uchowa przed nimi samymi.
Biały szum aut koił go dziwnie. Odchylił głowę do tyłu i przekręcił nieco w prawo, by w bramie, tej między Café-Clubem a (wtedy jeszcze) Empikiem, ujrzeć szczegół, który być może widział codziennie, lecz ów, jak coś zawsze jednako obecnego w tym, co obserwujemy, unikał dotąd jego percepcji. Stara Cyganka, żebraczka z niemowlęciem na ręku, głodniała o jałmużnę, trzęsąc wolną dłonią, mrucząc inkantacje znane chyba tylko jej samej. Wzięła go na ten widok litość młodzieńcza. „Biedna babuleńka, pewnie ni grosza nie ma – na chleb jej nie starcza, a jeszcze dziecko na ręce. Jezusiątko słodkie. Wnuczę może, matka pewno w pracy, ciężkie jest na pewno życie cygańskie. Ciekawe, co u nich uchodzi za słuszne, romantycznych wiecznych nomadów, którzy tyle mają ziemi, ile mieszczą pod stopą, ach, szlachetne tajemne ludy…”.
Lecz nagle uderzył go jeden szczegół, twarz podrętwiała pod nagłym dysonansem, ramiona zwiędły, źrenice buchnęły w skoku ciśnienia – zaraz – czemu to dziecko w ogóle nie płacze? Ilekroć widział niemowlęta, niemal ciągle płakały, czemu to nie płacze? Widział przecież z daleka, że to nie lalka, nie kukła. I siedział jeszcze dobre pół godziny, i patrzył uważnie – nic. Coś dziwnego zaczynało szamotać się w nim: „Na Boga, czy ona nie siedzi tam z trupem”? Przerażony zadzwonił po policję.
Policja, jak to policja – przyszli, spojrzeli, poszli. Jednak nie mógł tak tego zostawić. Ruszył ku Cygance w amoku i przerażeniu – reagował. Stanął nad nią, nawet nie spojrzała na niego. „Dlaczego to dziecko nie płacze?” – spytał zimno. Czuł, że łzy napływają mu do oczu, patrzył wciąż na nieruchome dziecko. Powtórzył, potem zaczął krzyczeć.
Wokół zebrał się tłum gapiów. W końcu Krzysztof zupełnie stracił nad sobą panowanie. „Oddaj mi je!” – zaczął wyrywać jej niemowlę, ta krzyczała coś niezrozumiale, ludzie – jak to ludzie – nie zrobili nic. Jedna tylko, czy dwie siksy głodne sensacji, nagrywały. „Oddaj!” wrzasnął – niemal wydarł już starej dziecko, dźwigając ją tym samym z klęczków, szarpnąwszy zajadle.
Wtem, z łachmanów cyganki posypały się pieniądze – monety, banknoty – suma, to pewne, bardzo pokaźna. Ale nie to przykuło jego uwagę, a ćwiartka czystej, która również wypadłszy z jej łachmanów potoczyła się w stronę ulicy; nim stłukła się na przeźroczysty żwir pod kołami aut, zdołał zauważyć, że wisi z niej nitka, w środku zaś tkwi kawałek przyciętego tamponu. Wtedy już oszalał zupełnie „Ty stara kurwo, upijasz je!” – chciał zabrać dziecko, zabrać daleko, przenieść w bezpieczne miejsce. Stara szarpała dalej; uderzył ją w twarz – upadła na swoje banknoty razem z niemowlęciem, zalana krwią. Ludzie zaczęli krzyczeć. Funkcjonariusze, których sam przed chwilą wezwał, wracali akurat z patrolu. Reszta trwała może kilka sekund: czy to on jęknął na bruku, czy pod nim głuche kamienie – co za różnica. Cygankę zostawili tam, gdzie była, bo dogadać się nie mogli, więc odpuścili. Flaszki już przecież nie miała, a pieniądz? Pieniądz nie grzech.
Kolejne czterdzieści osiem godzin spędził na dołku. Czy dotarło do niego w ogóle, że zapewne poniesie dotkliwą karę? Czy wiedział dlaczego? W imię jakich zasad, jakiego prawa, którego być może zupełnie nie rozumiał, nałożona zostanie ta kara? Miał wiele godzin, by o tym myśleć, ale czy myślał?
Gdy go puścili, wrócił prosto do domu; blady, umorusany jeszcze piachem z bruku. Matka, jego biedna przemęczona Matka, zaczęła od progu wypytywać, czemu nie było go dwa dni z górką, czemu ani słowem nie dał znać, gdzie jest? „Ja się na śmierć zamartwiłam niemal! Coś ty narobił, Krzysiu, coś ty narobił?”, łkała, pokazując mu siwe włosy. Opowiedział jej wszystko. „Mamo, musiałem coś zrobić, musiałem zanieść to dziecko w bezpieczne miejsce, ocalić dzieciątko. Tak zrobiłby człowiek dobry i mądry, a ja jestem dobry i mądry!”. Odparła może mimowolnie, może w złości tylko: „Synu, jesteś głupi”.
Wtedy wszystko na raz w nim runęło, rozpadło się; cała jego esencja rozlała się, jakby pękł bardzo cienki kieliszek, albo droga, lecz niefunkcjonalna porcelana. Naraz żuchwa opadła ciężko, a oczy wbiły się w punkt, bezwład wziął ręce; ramiona ― już się miały nigdy nie podnieść. Przestał rozumieć cokolwiek, z czegokolwiek. Skapitulował. Razem z wiarą, moralnością, etyką, upadło w nim wszystko: mowa, myśl, uczucie, życie ― przestały go dotyczyć. Był jak solidna z pozoru szyba trafiona w ten jeden punkt, który całą ją zmienia w żwir przeźroczysty, jak framuga z bezużytecznymi już resztkami kitu, wszystko puszczająca bezwolnie i obojętnie. Przebity na oścież, bezwiedny, zmiażdżony. Skończył się jako człowiek. Została mięsna powłoka i sztywny szkielet, straszna, bezwładna kukła; może to brutalne, ale już chyba nie było w nim nawet czego kochać. Powiedzże, nawet jeśli, to co?
Do dziś można go zapewne odwiedzić na Rychlińskiego – ale po co? By otrzeć ślinę, zniknąć w pustce oczu, czy go jak rzeźbę obejrzeć stuporną? Byłem tam raz, widziałem. Nic zrobić się nie da. Tylko matka do niego przychodzi, by go czasem potrzymać na rękach.
Wojciech Zamysłowski
CZYTAJ TEŻ