rys. Adam Falkowski
Weekendowy wyjazd na wieś do rodziców okazał się niezbyt mądrą decyzją. Miał być chwilą ulgi, lecz od początku przypominał raczej próbę udowodnienia, że od własnego życia nie ma ucieczki. Fleczer, choć pojechał odpocząć od miasta, musiał pracować nawet tutaj. Nie mógł jednak znaleźć miejsca, w którym panowałaby cisza potrzebna do telefonicznych rozmów z klientami – wszystkim akurat zebrało się na głośne pogawędki, jakby tylko po to, żeby go zdenerwować albo zmusić, by wreszcie spędził czas z rodziną zamiast z pracą. W końcu postanowił więc wykoncypować sobie jakieś alternatywne zajęcie, byle tylko odciąć się od obowiązków.
Fleczer zbyt długo był zajęty sobą, ale inni zaczęli go męczyć jeszcze bardziej niż on sam siebie. Odpuszczenie pracy zdalnej związało się też z opuszczeniem domu. Wyszedł na zewnątrz, a tam zobaczył wypas gromady zadowolonych świń, które wyglądały jakby szukały zaczepki albo towarzystwa. Wyglądało to prawie jak azyl dla świń. Zbliżył się do nich, zaczął się bawić, głaskać jedną z nich. Na początku nie była do niego zbyt przyjaźnie nastawiona, podgryzała go i bodła, odwracała się, jakby się go bała. Z czasem pozwoliła, by się zbliżył, a Fleczer to wykorzystał i wskoczył na nią. Ta zaczęła tak szybko biec, że w końcu spadł z niej prosto w błoto i tak kilka razy. Nie poddawał się, bo liczył, że w końcu jazda na świni będzie najbardziej błahą i przyjemną czynnością jaką kiedykolwiek wykonywał, że w końcu go zaprowadzi w jakieś ciekawe miejsce, gdzie będzie mógł wyrwać się od rodziny, której zaraz po przybyciu miał już dosyć. Tak się jednak nie stało.
Z nieznanych Fleczerowi powodów znalazł się w kinie na seansie współczesnego moralitetu à rebours. Przypominał on bardziej pokaz shortsów złożonych z krótkich scen: awantura na dywaniku u szefa w pracy, kłótnia studentów na uczelni, scysja przy rodzinnym obiedzie, konwersacja z nieznajomym w windzie. Bardziej interesujące niż filmy było samo miejsce. Fleczer ze względu na rodzinę, obok której siedział, ponieważ śmiała się z momentów, które w ogóle nie były zabawne, musiał zmienić miejsce. Okazało się, że usiadł obok aktorów, którzy grali w tym filmie, ale dopiero po czasie zorientował się, kim byli naprawdę. Zaczęli w trakcie seansu rekonstruować dialogi.
Jakim cudem tak dobrze zna Pani te teksty? – zapytał zaskoczony Fleczer.
Ale nawet nie czekał na odpowiedź, bo zobaczył, że to aktorka z filmu we własnej osobie.
Film zawierał wiele emocji i występowało w nim wielu znanych aktorów. Rekonstrukcja stawała się coraz bardziej realna, bo przestało chodzić tylko o tekst. W grę weszły też akcesoria, scenografia, zaczęło brakować miejsca, więc wszyscy zaczęli się posuwać z krzesłami do tyłu. Nagle Fleczer zobaczył trzy klony Ady Karczmarczyk, które dołączyły do tego odgrywania scen z filmu.
Co to w ogóle ma być? Przyszedłem na film, a okazuje się, że to spektakl! – zapytał ze zdziwieniem artystkę.
To performance, proszę pana – odpowiedziała.
Sceneria po raz kolejny rozpłynęła się i ułożyła w nowy kształt, jakby umysł przewracał stronę w księdze nie do końca własnych myśli. W przestrzeni prywatnej, niemal klaustrofobicznie intymnej, znana aktorka rzuciła się na Fleczera z gwałtownością, która miała w sobie coś zarówno z namiętności, jak i z przymusu. Był bezradny, więc zaczął krzyczeć, że jest gejem – desperacko szukając słowa, które odepchnęłoby czyjeś pożądanie. Paradoksalnie to słowo przyciągnęło kolejnego intruza. Pojawił się mężczyzna, równie natarczywy, jakby wyznanie Fleczera otwierało kolejne drzwi w labiryncie, którego zasad nie rozumiał. Bronił się więc dalej, mówiąc, że owszem, jest gejem, ale „innego rodzaju”, jakby to miało zdefiniować granicę, którą inni wreszcie uszanują.
Atmosfera gęstniała. Aby ją rozładować, wszyscy wyszli na balkon zapalić. Tamtejszy widok był tak wspaniały, że wydawał się nie należeć do świata, który przed chwilą próbował pochłonąć Fleczera. Zapytał, na którym są piętrze – najpierw padła odpowiedź „pierwszym”, lecz po chwili poprawka: „trzydziestym pierwszym”. I rzeczywiście, było w tym coś z tarasu Pałacu Kultury – ogrom, który jednocześnie zachwyca i przeraża. Fleczer wytrzymał tam zaledwie chwilę, bo jego lęk wysokości zamienił przestrzeń w przepaść. Perspektywa z balkonu przypominała widok ze szczytu piramidy. Schody zdawały się rozszerzać i prowadzić w dół, obiecując możliwość zejścia do bezpieczniejszej rzeczywistości, ale było to tylko złudzenie – geometryczna fatamorgana podsuwana przez sen.
I wtedy Fleczer otworzył oczy i sen się skończył. Ktoś zgasił światło w teatrze umysłu i musiał wrócić do swojego marnego życia. Żadnej łagodnej mgły przejścia. Żadnego powolnego odzyskiwania świadomości. Po prostu gwałtowne wrzucenie w rzeczywistość – jakby ktoś zrzucił go z wysokości prosto w beton jego własnego życia.
Pokój był ten sam, ale wyglądał inaczej. Jakby był miejscem zbrodni. Zbrodni, której ofiarą była jego nadzieja. Było w nim coś przerażającego: świadomość, że sen był tylko snem, a on wrócił do życia, które nie oferuje ani katharsis, ani logiki, ani nawet przyzwoitej obojętności. Wrócił do świata, który go nie chciał.
Nagle wspomnienia z dzieciństwa zaczęły wypływać z pamięci jak tłuste kropki na powierzchni zimnej zupy. Wioska przypominała pomarszczoną pięść. Drzewa zawsze rosły pod wiatr. Ścieżki piętrzyły się nawet wtedy, gdy wyglądały na płaskie. Świat był złośliwy.
Albo on tak bardzo do niego nie pasował, że rzeczywistość próbowała wypchnąć go poza margines istnienia.
Kamienie, które rzucał do rzeki, odbijały się od powietrza – nie od wody.
Dom, który jęczał za każdym razem, gdy przechodził korytarzem, jakby był zmęczony tylko nim.
Zegar, który spóźniał się po to, by on się spóźniał naprawdę. Piec, który palił się wtedy, gdy nie było drewna — jakby jego wysiłek był zawsze spóźniony wobec działania świata.
Ale kiedy Fleczer wrócił ze snu do realności, zrozumiał coś straszniejszego niż w czasie podróży. Nic z tego nie było prawdziwe. Co oznaczało, że jego życie nie zmieniło się wcale. Nadal był tym człowiekiem, którego świat odpychał. Nadal nosił swój kamień. Nadal żył w królestwie przeciwności – tylko teraz wiedział, że to królestwo nie ma wyjścia.
I wtedy przyszła najciemniejsza myśl, taka, która przychodzi tylko po długim śnie: może nie chodzi o to, że świat jest przeciwko niemu. Może to on jest przeciwko światu.
Może jego istnienie jest błędem w systemie, szumem, odchyleniem, które nie powinno się zdarzyć. Może dlatego życie jest tak ciężkie – bo on sam jest dla niego ciężarem. Leżał tak, słuchając ciszy, która była bardziej niepokojąca niż hałas rodziny, świń, kina i aktorów. Cisza była prawdziwa. Była absolutna. I mówiła: „Nic się nie zmieniło. I nic się nie zmieni”.
Fleczer wstał, ale miał wrażenie, że zostawia w łóżku jakąś część siebie – tę, która jeszcze miała nadzieję, że może istnieć dla niego jakiekolwiek miejsce, w którym świat nie będzie o rozmiar za mały. Wyszedł na zewnątrz. Drzewa nadal rosły pod wiatr.
Droga nadal pięła się w górę, choć powinna prowadzić w dół. A on szedł. Szedł, choć nie wiedział dokąd, bo nie chodziło już o dotarcie gdziekolwiek. Chodziło o to, żeby przestać stać w miejscu, by nie czuć, że jego życie – jak sen, jak kino, jak Miasto Wspak – może w każdej chwili rozpaść się w drobny mak. Na końcu drogi czekało tylko to, co czeka wszystkich, którzy mają świadomość zbyt ostrą, zbyt bolesną, zbyt prawdziwą: świadomość, że świat można nieść, ale nie można z nim wygrać.
Adam Falkowski
CZYTAJ TEŻ