Johnny drapie się po głowie, a głowa Johnny’ego od drapania wcale się nie zmienia, nic się w głowie Johnny’ego nie zmienia od tego drapania, a Johnny drapie się i drapie, a głowa pozostaje taka sama, Johnny drapie się i drapie, i wciąż czuje pustkę w głowie, pustka wypełnia głowę Johnny’ego, zresztą nie tylko głowę, Johnny czuje pustkę w całym ciele, całym sobą czuje pustkę, pustka wypełnia Johnny’ego, Johnny wydaje się sobie pusty, pusty w środku i idzie tak przed siebie, idzie z poczuciem pustki i od tego poczucia pustki nie może się uwolnić, więc idzie przed siebie, idzie bez celu, krąży ulicami całkiem pusty w środku, krąży, a ulice są pełne, wypełnione ludźmi, tłoczne, gęste, mokre, duszne, Johnny chodzi ulicami, pusty, a one są pełne, idzie i patrzy przed siebie, patrzy na ludzi, na tłum, na tłok, w końcu Johnny wchodzi do baru, wchodzi do tego baru, co zawsze, gdy czuje się pusty, wchodzi i siada przy barze, zamawia piwo, jedno, drugie, trzecie, Johnny siedzi przy barze i pije, czwarte, piąte, pięć piw to dla Johnny’ego dużo, dużo, czyli w sam raz, dokładnie tyle, ile Johnny potrzebuje żeby się wypełnić, Johnny czuje ciepło rozchodzące się w ciele, przyjemne, przychodzące raz za razem, fale ciepła, te fale przelewają się przez ciało Johnny’ego, morza, oceany ciepła, Johnny wychodzi, idzie chwiejnym krokiem, idzie i wszystko wydaje mu się lekkie, powietrzne, Johnny czuje chłodny powiew na twarzy, i to mu się bardzo podoba, ten chłód, ten powiew, Johnny idzie, krąży ulicami i w nim też coś krąży, Johnny czuje w sobie krążenie, przepływy, Johnny idzie i mógłby tak iść bez końca, to coś mogłoby go nieść już zawsze, dalej, coraz dalej, w noc, w nocne światła, w tłum, w tłok, Johnny idzie i czuje swoje serce i to nie jest już tylko jego serce, to serce tego, co wkoło, to serce wszystkiego, Johnny niesie w sobie serce wszystkiego, i to niesie zaczyna go męczyć, zaczyna mu ciążyć z każdą chwilą coraz bardziej, czuje, że coś w nim zaczyna się staczać, gasnąć, upadać, nawet nie wie, kiedy to się stało i jak, już nic go nie niesie, nie unosi, Johnny chce do domu, idzie, sapie, dyszy, szumi mu w uszach, a głowa wydaje się ciasna, za ciasna, pada na łóżko i zasypia, Johnny śpi, ale sen nie przynosi spokoju, ukojenia, sen jest ciężki, sen przygniata ciało Johnny’ego, nie tylko ciało, Johnny jest cały tym snem przygnieciony, śni mu się matka, Johnny idzie, a mama idzie obok Johnny’ego, trzyma go za rękę, ściska, Johnny jest małym chłopcem, chłopcem o małych, drobnych dłoniach, które ściska mama, Johnny zerka na mamę, ale mama nie ma twarzy, twarz mamy jest gładka, płaska, pusta, Johnny budzi się nagle, mokry, spocony, wszystko podchodzi mu do gardła, łapie i ściska, wszystko, co Johnny ma w sobie, dusi go, więc Johnny biegnie do toalety, wymiotuje, wyrzuca się z siebie to, co ma w środku, wraca do łóżka, ale nie może już zasnąć, kotłuje się, w końcu wstaje, podchodzi do okna, jest jeszcze wcześnie, szare pasma nieba, drzewa, wrony, Johnny stoi w oknie i patrzy, patrzy na szare pasma nieba, patrzy na drzewa, na wrony, coś wzbiera w nim i czołga się, coś, co zaczyna się gdzieś w środku ciała, jakieś uczucie, pełznie w górę, Johnny’emu chce się płakać, łzy napływają mu do oczu, ale nie wie dlaczego, skąd te łzy, stoi w oknie i patrzy na niebo, na jego szare pasma, na drzewa, na wrony, a łzy napływają mu do oczu, stoi i patrzy, skóra na twarzy Johnny’ego jest wilgotna i słona, a on patrzy na szare pasma nieba, na drzewa, na wrony, podchodzi do komody, wyciąga z szuflady tabletki i już po chwili czuje się spokojniejszy, jakby wszystko zwolniło, w nim i na zewnątrz niego, czuje, że unosi się trochę nad sobą, że jest obłokiem samego siebie, i w tym stanie uniesienia siada na kanapie, włącza telewizor, ten stan bardzo mu odpowiada, dobrze mieć takie tabletki, które mają moc uniesienia, moc wyciągania samego siebie z siebie, to tabletki mamy, Johnny zabrał mamie kilka, mama Johnny’ego ma całą szufladę lekarstw, Johnny’emu ta szuflada wydawała się zawsze ogromna, zwłaszcza jak był mały, w takiej szufladzie można się schować, zresztą nieraz o tym myślał, że się w tej szufladzie schowa, ukryje, i nikt go nie znajdzie, że w tej szufladzie zamieszka, ale ostatecznie nigdy do niej nie wszedł, nie schował się i teraz jest tu gdzie jest, siedzi na kanapie i unosząc się nad sobą ogląda telewizję, w telewizji jakiś film, Johnny patrzy półprzymkniętymi oczami, jakaś kobieta, obok niej dwóch mężczyzn, których mięśnie przykrywa biały pył, potem miasto, wysokie budynki, garnitury, jakiś facet w czerwonym krawacie pyta, skąd to masz?, od Molly, odpowiada drugi, a potem para, ona i on leżą w łóżku, rozmawiają o życiu, Johnny patrzy półprzymkniętymi oczami, w wiadomościach mówią o katastrofie, zginęli wszyscy, Johnny w końcu zasypia, zapada w sen na kanapie przed telewizorem, tym razem nic mu się nie śni, zupełnie nic, cisza, głucho, a potem znów się budzi i jego głowa wydaje mu się skorupą, skorupą pustą w środku, na którą ktoś, coś, wywiera ogromny nacisk, to uczucie jest nie do zniesienia, zaraz pęknie ta głowa Johnny’ego, biedy Johnny, Johnny zanurza głowę w zimnej wodzie, a w ustach ma nieokreślony, przyprawiający o mdłości posmak, posmak czegoś, co musiało wypełznąć z głębin Johnny’ego i osiąść na języku, Johnny nie może się tego posmaku pozbyć, cały czas go czuje, ten posmak wciąż w nim zalega, Johnny ubiera się i z tym posmakiem rusza do pracy, a w pracy mówią, Johnny, coś kiepsko dziś wyglądasz, a Johnny tylko uśmiecha się głupio i stuka w klawiaturę, stuka i stuka i tak mijają godziny, Johnny wystukuje godziny na klawiaturze i czuje, że musi coś zjeść, choć zupełnie na nic nie ma ochoty, wie, że musi, choć przecież zupełnie nie chce, najchętniej w ogóle by nie jadł, nic by nie jadł, tylko położyłby się tutaj na podłodze, na podłodze obok biurka, tak jak w tej szufladzie, ale Johnny nie kładzie się i nie znika, tylko idzie po kanapkę, i mdli go na widok tych kanapek, tych wszystkich bułek wypchanych szynkami, kiełbasami, serami, majonezami, nie może patrzeć na te bułki i bierze jedną z szynką i serem, i je tę bułkę, gryzie, przeżuwa, kawałek po kawałku, Johnny żuje bułkę, ale robi to z odrazą do tego żucia, Johnny przeżuwa kęs bułki nienawidząc tego przeżuwania, chciałby całkowicie zatracić zdolność żucia, przeżuwania, ale nic z tego, żuje więc dalej, aż z bułki nic nie zostaje, i wraca do domu, ale wcale nie chce wracać, nie chce iść do swojego mieszkania, wcale nie ma ochoty tam być, więc chodzi, krąży ulicami, krąży zupełnie bez celu, byle nie wracać, jeszcze nie, krąży ulicami, aż w końcu wchodzi do tego baru, co zawsze, wchodzi i zamawia piwo, drugie, trzecie, Johnny siedzi przy barze i pije, pije jedno piwo za drugim, aż w końcu ten odrzucający, przypełzły z czeluści Johnny’ego posmak ulatnia się i znów jest lekko, i noc prowadzi go za rękę, czuje na sobie jej długie i miękkie palce, niesie go słodka, rześka ciemność, jakieś światło promienieje z jego wnętrza i wszystko wydaje mu się w tym świetle skąpane, Johnny mknie przez miasto, sunie tuż nad ziemią chwytając chłodne podmuchy powietrza, tnie przez życie chybocząc się na samym czubku istnienia, Johnny jest teraz nieskończony, niewyczerpany, nadmierny, przelewa się przez miasto, tryska gęstym sokiem na zatłoczone ulice, ale nie trwa to długo, Johnny jest jednak skończony, skończony i wyczerpany, bezkres chowa się z powrotem do swojej dziupli, a Johnny ledwo idzie, powłóczy nogami, szura, siada na schodku i dyszy, z ust zwisa mu cienka nitka śliny i tak, skulony, zbity w sobie, zasypia, budzi się i jest już jasno, już ludzie chodzą, mijają go i rzucają spojrzenia, Johnny’emu jakoś ciężko od tych spojrzeń, od ludzi, podnosi się i cały jest w bólu, całkowicie zanurzony w bólu, każda część ciała sprawia mu ból i idzie z tym bólem, idzie do domu, do swojego mieszkania, chciałby tam być jak najprędzej, wchodzi i kładzie się na łóżku i leży z otwartymi oczami, leży i patrzy przed siebie, patrzy tam, gdzie nic nie ma, i leży i patrzy w to nic, a oczy ma czerwone, bolesne, a potem wstaje, bierze prysznic i idzie do pracy, a w pracy mówią oh, Johnny, oh, Johnny, a Johnny stoi przy ekspresie do kawy, stoi i czeka aż ekspres się odkamieni, stoi i czuje, jak jego ciało twardnieje, Johnny sztywnieje, z każdą chwilą coraz bardziej, zamienia się w kamień, Johnny stoi bez ruchu, zastygły w samym sobie, aż w końcu ktoś pyta, czy czeka na kawę, tak, mówi Johnny i robi sobie kawę i idzie z tą kawą do swojego biurka i stuka w klawiaturę, wystukuje godziny przy białym, ostrym świetle biurowych lamp i wreszcie może iść do domu, do swojego mieszkania i Johnny tam idzie, po drodze wstępuje po pizzę i z tą pizzą idzie do domu, siada na kanapie, przykrywa się kocem i je pizzę, wpatrując się w ekran telewizora, i jest mu dobrze z tą pizzą i kocem, pizzą, kocem i telewizorem, w norze z światła ekranu, pizzy i koca czuje się bezpiecznie, mógłby z tej nory już nigdy nie wychodzić, mógłby zakopać się w niej na dobre, zaryć, Johnny je pizzę kawałek po kawałku i patrzy w ekran, jacyś mężczyźni jadą samochodem, potem biegną, a Johnny je i patrzy, słychać strzały, eksplozje, jęzory ognia i kłęby dymu, a Johnny je i patrzy, ten, co jest ranny, czołga się po ziemi zostawiając za sobą czerwony, mokry ślad, a Johnny je i patrzy, później kobieta i mężczyzna padają sobie w ramiona, a Johnny je i patrzy, plaża, słońce, trzymają się za ręce, idą brzegiem morza, a piasek piszczy im pod nogami, a Johnny je i patrzy, całują się, obejmują, będą już na zawsze razem, a Johnny je i patrzy, będą mieli dom na skraju wydmy i nic ich już nie rozdzieli, a Johnny je i patrzy, potem znów strzały, ciężarówka spada z mostu i eksploduje, a Johnny myśli o swoim ojcu, o jego wielkiej głowie, Johnny nie wie, dlaczego o nim myśli, dlaczego duża, masywna głowa ojca pojawiła się w jego myślach właśnie teraz, ale się pojawiła, może za sprawą tego detektywa, co też miał dużą głowę, dużą i łysą, tak jak ojciec Johnny’ego, więc Johnny je i patrzy i myśli o ojcu, o jego głowie, widzi tę głowę, jak leży w szpitalnym łóżku, całkiem blada i twarda, zimna, Johnny siedzi przy tej głowie i patrzy na nią, patrzy na tę martwą głowę, na tę twardą, zimną skorupę, która kiedyś była głową ojca, siedzi i patrzy na nią w białym świetle szpitalnych lamp, aż w końcu przychodzi pielęgniarka i mówi, że trzeba już zabrać ciało, głowę, więc zabierają ciało, ciało ojca wyjeżdża na łóżku ze skrzypiącymi kółkami, przykryte białym prześcieradłem, a Johnny dalej siedzi, siedzi i patrzy w tym świetle szpitalnych lamp, a teraz już przestaje myśleć o głowie ojca, głowa ojca rozpływa się w myślach Johnny’ego, Johnny je i patrzy w ekran, i chciałby tak trwać pośród przesuwających się obrazów, trwać tak z nimi, pod kocem i z pizzą, ale pizza się kończy i Johnny kładzie się na kanapie, przykrywa kocem i zasypia, ale budzi się nagle, budzi się w środku nocy i czuje, jakby coś zaciskało w okolicach mostka, i ten ucisk promienieje, rozchodzi się, Johnny idzie przez gęsty mrok do szuflady, bierze tabletkę, połyka, wraca na kanapę, leży i patrzy w sufit, patrzy, czekając na miękkość, która go obejmie i utuli do snu, i po chwili czuje tę wewnętrzną miękkość, stopniowo ogarnia całe ciało, całego Johnny’ego, i Johnny w tej miękkości zapada w sen i budzi się rano i coś w nim syczy, tam w środku, jakieś syczenie i Johnny nie wie, czy to w ciele syczy, czy w duszy, choć Johnny w duszę nie wierzy, to jednak, to syczenie nie jest cielesne, nie tylko, może cielesno-duchowe, jakaś duchowość jest, to Johnny wie na pewno, czuje to czasami, niekiedy bardzo mocno, ale to syczenie nie daje mu spokoju, Johnny pragnie się od niego uwolnić, ale ono jest w nim, ono jest nim, Johnny dotyka swojego członka i członek Johnny’ego twardnieje, a ciało zalewa przyjemne ciepło, Johnny dotyka swojego członka, przesuwa w górę i w dół, a fale ciepła przelewają się przez Johnny’ego, Johnny dotyka swojego członka, w górę, w dół, a ciepło w nim przyspiesza i Johnny unosi się na wzburzonym morzu ciepła i cały jest tym uniesieniem, niczego innego nie ma, nic innego w nim nie istnieje, cały świat zwęża się, kurczy od tego uniesienia, aż w Johnnym wybucha pełnia i z jego członka, z czubka członka Johnny’ego, tryska strumień spermy, tryska na chusteczkę, Johnny wyciera członka, serce bije szybko i Johnny bierze prysznic, czuje się brudny, choć wie, że nie ma powodu żeby czuć się brudnym, ale jednak tak się czuje, brudny, więc myje się, szoruje i może umówi się z Agnieszką, może znów się z nią spotka, Agnieszka ma piękne piersi, takie stożkowe, piramidalne, Johnny lubi ten piramidalny kształt piersi, może do niej napisze, choć pierwsze spotkanie nie poszło najlepiej, Johnny tylko siedział i prawie się nie odzywał i myśli, że nie zrobił dobrego wrażenia, siedział tylko i milczał, nie mógł przebić się przez siebie, przez szklany klosz, może następnym razem pójdzie lepiej, Johnny myje się, szoruje i myśli o tym, że pójdzie lepiej, ale wie, gdzieś w głębi, że wcale nie pójdzie, że będzie tak samo, że coś zawsze będzie oddzielało go od Agnieszki, od wszystkich, że pod szklanym kloszem, w którym Johnny jest zamknięty, jest kolejny, a pod nim jeszcze następny, i tak w nieskończoność, samotność Johnny’ego jest nieskończona, Johnny myje się, szoruje i myśli o tej nieskończonej samotności, choć to wydaje się niemożliwe, to tak jest, choć Johnny jest skończony, to jego samotność jest nieskończona, Johnny włącza telewizor, a tam stado słoni, obraz faluje od gorącej ziemi i słyszy kobiecy głos, który towarzyszy słoniom w ich wędrówce, Johnny lubi ten głos, na Johnny’ego ten głos działa kojąco, więc Johnny siedzi i słucha, siedzi i patrzy i pamięta, że jak był mały, to też tak siedział i patrzył, siedział i słuchał, siedział na łóżku i patrzył na dzikie zwierzęta i słuchał tego głosu, i Johnny chciałby się poczuć tak, jak wtedy, Johnny chciałby się poczuć tak, jak mały Johnny, Johnny chciałby, żeby ten głos poprowadził go z powrotem do małego Johnny’ego, ale Johnny nigdy tam nie dociera, nie dochodzi do małego Johnny’ego, gubi się gdzieś po drodze i nie znajduje siebie, więc Johnny wychodzi na spacer i wszystko jest szare, niebo, drzewa, trawa, i Johnny idzie przez tę szarość i jest cicho, pusto, słychać wrony, wilgotne powietrze osiada na twarzy i Johnny idzie, i myśli sobie, że mógłby tak zniknąć, i ta myśl go uspokaja, mógłby iść i po prostu rozpłynąć się, stać się drzewem, liściem, grudką ziemi, i w Johnnym wszystko osadza się, wyśrodkowuje, i Johnny tak idzie, myśląc o swoim zniknięciu, i słychać wrony i szelest nagich drzew.
Ignacy Kotkowski
CZYTAJ TEŻ