90
Koryneusz, który umarł, a wcześniej był pierwszym królem Kornwalii, miał syna, który umarł, a wcześniej był drugim królem Kornwalii. Syn, który umarł, też miał syna, który umarł, który miał syna, który umarł i tak dalej i tak dalej. Aż wreszcie jednym z kolejnych królów stał się syn, który przez jakiś czas nie umierał, tylko panował. Na imię mu było Marek.
91
Tak mogłaby się zaczynać ta historia, gdyby nie pewna ku temu przeszkoda. Otóż Koryneusz nie miał syna. Ale miał córkę o imieniu Gwendolena. Nie mógł przekazać jej w spadku korony, bo nie było wtedy takiego zwyczaju. Jedyne, co mógł dla niej, jak uważał, zrobić, a także dla ocalenia Kornwalii przed wojną, czy to domową, czy zewnętrzną, to zaaranżować małżeństwo Gwendoleny z Lokryniuszem, który po tym, jak umarł jego ojciec Brutus, stał się królem Albionu, czyli południowej części tego, co zwiemy obecnie Anglią. Dwaj pozostali synowie Brutusa i bracia Lokryniusza, Alban i Kamber, również zostali królami. Alban rządził Albą, czyli obszarem znanym dziś jako Szkocja, a Kamber władał Kambrią, czyli Walią, która w tamtym czasie obejmowała nie tylko dzisiejszą Walię, lecz również ogromną połać środkowej Brytanii, wszystko co mieściło się pomiędzy Albionem i Albą.
Plan był taki, by dzięki małżeństwu scalić oba królestwa w jedno. Ale pojawiła się niespodziewana przeszkoda, małżeńska niewierność. Co samo w sobie nie było niczym niespodziewanym, królowie mieli w zwyczaju dobierać sobie kochanki, jedną lub więcej. Niespodziewana była reakcja królowej. Bo kiedy Gwendolena dowiedziała się o pozamałżeńskim romansie Lokryniusza, zrobiła coś niesłychanego. Choć nie tak od razu. Jej pierwszym krokiem było dyskretne wybadanie, czy pogłoski, które do niej docierały, mają oparcie w faktach. Okazało się, że mają. Lokryniusz, jeszcze zanim poślubił Gwendolenę, zakochał się w Estryldzie, germańskiej księżniczce, którą odbił od Humbera, przywódcy hordy Hunów, którzy najechali Brytanię zaraz po śmierci Brutusa. Bo uznali, że to dogodny moment.
Humber wcześniej zdobył Estryldę na Germanach. Tak mu się spodobała, że zabrał ją ze sobą, by mu umilała podbój Wysp. Na początku szło dobrze, w jednej dużej bitwie pokonał armię Albanów, czyli Szkotów. Zabił ich króla, Albana. Kiedy jednak ruszył na południe, spotkał się z oporem połączonych sił Anglików i Walijczyków. Tuziemcy, pod wodzą Kambera i Lokryniusza, pokonali Hunów, a Humbera utopili w ni to rzece, ni to długiej i wąskiej zatoce, która dziś dzieli Yorkshire od Lincolnshire i od tamtego czasu zwie się Humbrem. Po bitwie Lokryniusz splądrował okręty, na których Hunowie przebyli Kanał. Na jednym z nich znalazł Estryldę.
To też być może wpłynęło na dalszy los pojmanych Hunów, którym Lokryniusz wspaniałomyślnie pozwolił na osiedlenie się w północnej Brytanii, czyli w Szkocji. W nawiasie możemy tu dodać, że z tego powodu katoliccy Irlandczycy w Ulsterze w Irlandii Północnej po dziś dzień nazywają szkockich protestantów Hunami.
92
Lokryniusz miał zamiar poślubić Estryldę i tym samym zawrzeć sojusz z Germanami, jako że Elstryda była córką germańskiego króla, ale na przeszkodzie stanęła mu ta umowa z Koryneuszem. Elstrydę kochał, ale poza mało znaczącym sojuszem niewiele by na małżeństwie z nią zyskał. Natomiast Gwendolena od razu dawała mu cały swój majątek, czyli Kornwalię. Wybór był prosty. Elstryda musiała się zadowolić statusem królewskiej faworyty. Przynajmniej do czasu, kiedy umrze Koryneusz. Zajęło to siedem lat, podczas których małżonkowie Gwendolena i Lokryniusz doczekali się syna, Maddana. A gdzieś na boku Elstryda powiła córkę o imieniu Habren.
Śmierć teścia pozwoliła Lokryniuszowi na przeprowadzenie daleko idących zmian. Porzucił żonę i syna, przestał się kryć z Elstrydą. Więcej, uwolnił ją z jaskini, w której ją przed światem chował, zabrał do zamku, który w Nowej Troi, czyli Londynie się mieścił i ogłosił królową. Gwendolena poczuła się zagrożona, bo przecież nie mogą żyć w jednym królestwie dwie królowe. Postanowiła się bronić. Najpierw uciekła z Londynu do Kornwalii. Tam przypomniała sobie słowa Koryneusza, który powiedział jej kiedyś, że najlepszą obroną jest atak. Zebrała wiernych jej kornwalijskich rycerzy i poprowadziła na Londyn. Nie wiadomo, w jaki sposób udało jej się pokonać Lokryniusza, który wciąż dysponował potężną armią. Po śmierci męża kazała pobyć się Elstridy i jej córki, obie zostały utopione w rzece, która dziś nazywa się Severn i oddziela Anglię od Walii. Wcześniej zwano ją Hafren, co było walijską wersją imienia Habren, utopionej córki Lokryniusza.
W ten sposób Gwendolena stała się pierwszą udzielną władczynią królestwa Kornwalii i Anglii. Zasiadała na tronie aż do czasu, kiedy Maddan osiągnął wiek odpowiedni do tego, by samemu zająć się rządzeniem. Miał dwóch synów, Membyra i Malina, którzy po jego śmierci wzięli się za łby. Membyr zaproponował konferencję pokojową, podczas której zabił Malina i jego stronników. Doczekał się syna o imieniu Ebraucus, który po jego śmierci stał się piątym już chyba po Koryneuszu królem Kornwalii i który też, jak to król, w końcu umarł. Król, który umarł, miał syna, który umarł, który miał syna, który umarł i tak dalej i tak dalej.
93
Tak więc historia zaczęła się inaczej, lecz koniec końców do tego samego nas prowadzi. Czyli do rządów Marka, króla Kornwalii. Który przejdzie do historii jako Król Rogacz (Mark the Cuckold). Choć nie do końca wiadomo, czy to rzeczywiście on pod tym przydomkiem do historii przejdzie. Czy raczej ten drugi albo ta trzecia, która w nim siedziała. Ale nie uprzedzajmy wypadków, bo Marek też nic o tym na razie nie wie. Nawet o tym, że jest królem. Bo na razie króluje jego ojciec, Marchion. Marek jest jeszcze młody. Ale nie tak młody, by nie mieć żony. Czy choćby narzeczonej. A jednak, nikogo takiego nie ma. Przyjaciela ma za to serdecznego, któremu Tristan.
Marek nadzwyczaj duży, wysoki i ciężki, jakby w jego żyłach płynęła krew dawnej rasy olbrzymów, której istnieniu położył kres podbój Brytanii przez Trojańczyków – Koryneusza i Brutusa. Tristan był znacznie niższy. I to nie tylko od Marka, ale też od wszystkich chyba wojów składających się na świtę króla. Czego natura poskąpiła mu w rozmiarze, z naddatkiem rekompensowała w innej dziedzinie, odznaczał się bowiem nieprzeciętną urodą. Z powodu jego pięknej, delikatnie rzeźbionej twarzy można go nawet było za dziewczynkę wziąć. Szczególnie z daleka. Co bywało tematem plotek i niewybrednych żartów. Podobnie jak jego zbyt zażyła, zdaniem niektórych, przyjaźń z Markiem. Po kryjomu sobie z ust do ust podawanych, bo nikt nie śmiał wprost śmiać się z niego – mimo niewielkiego wzrostu miał wspaniale rozwinięte mięśnie, które nadawały mu wygląd greckiego dyskobola i budziły respekt.
Niełatwo było go sprowokować. Ale kiedy już do tego dochodziło, potrafił dowieść odwagi i skuteczności. Może i był mały, ale bez względu na wagę przeciwnika niepokonany w pojedynkach. Głównie z powodu ukrytego w rękawie asa, dzięki czemu zasłynie kiedyś jako Mały Rycerz. Ale na razie nie była to rzecz powszechnie znana, jako że Tristan nikomu się do swojej osobliwości nie przyznawał. Choć tu i tam krążyły już o tym nieśmiałe legendy. Mówiono na przykład, że sama jego obecność jakby wymuszała na przeciwniku jakieś samookaleczenie. Zwykle nie śmiertelne, lecz skutecznie eliminujące go z gry. I że to pewnie jakieś czary. Tristan tych fantastycznych pogłosek ani nie potwierdzał, ani nie dementował. Kiedy do niego docierały, albo kiedy ktoś go wprost o to pytał, do czego rzadko jednak dochodziło, bo z nikim poza Markiem nie utrzymywał aż tak bliskich kontaktów, czuł się wyraźnie zakłopotany. Bo sam jeszcze niezbyt dobrze swój dar rozumiał. Czynił zatem dobrą minę do złej gry. To znaczy uśmiechał się ni to tajemniczo, ni to przepraszająco.
Nieczęsto miewał też okazję do popisania się publicznie swoim rycerskim kunsztem. Był młody, kilka lat młodszy od Marka, dopiero niedawno doszedł wieku uznawanego za na tyle dojrzały, by móc brać udział w zbrojnej walce. Przypadek sprawił, że w tym czasie akurat żadnych wojen w Kornwalii nie toczono. Mniejsze konflikty również rzadko się tu zdarzały. Pojedynki, owszem, toczyły się czasem, jak wszędzie. Tristana jednak takie kłopoty, jakby się umówiły, szerokim łukiem zwykle mijały. Do czasu.
94
Marek, w przeciwieństwie do nieco topornego ciała, umysł miał lotny i giętki, skory do nauki, filozoficznych dysput i żartów. Podobnymi przymiotami umysłu dysponował Tristan, dzięki czemu obaj doskonale się dogadywali. Często razem podróżowali, już to w sprawach związanych ze sprawowaniem władzy nad kornwalijskim półwyspem, z różnymi zadaniami poruczonymi im przez ojca Marka, już to bez wyraźnego powodu, ot tak, z nudów, dla przyjemności. Choćby po to, by z jakiegoś konkretnego miejsca obserwować wschód księżyca albo zachód słońca. By potem porównywać to do wschodów i zachodów widzianych z innych miejsc. Najpierw w myślach, potem między sobą. Choć niektórzy powiadali, że jak oni myślą, to jakby obaj jedną myślą. I że nie potrzebują słów, by się porozumieć.
Nic dziwnego, że uwielbiali spędzać razem czas. Na rozmowach, ale też na niczym. Siedzieli ramię w ramię na jakimś wzgórzu i bez jednego słowa potrafili patrzeć prosto przed siebie, w dal spotkania morza i nieba. Lubili wchodzić do wody i pływać. Albo z dziecięcym śmiechem zderzać się z wysokimi bałwanami. A potem, jeśli pogoda dopisywała, robili coś jeszcze bardziej niesłychanego. Kładli się na piasku i pozwalali, by słońce pieściło ich nagie ciała.
To podczas jednej z takich okazji, kiedy siedzieli nad zatoką, patrzyli na nią z góry i zastanawiali się, czy to dobre miejsce, by zejść i popływać, pierwszy raz ujrzeli kobietę, która miała odegrać ważną, może najważniejszą rolę w ich życiu. Zdarzyło się to podczas wyprawy do Końca Świata. Jechali konno na zachód wzdłuż północnego wybrzeża. Już blisko celu swojej podróży zatrzymali się na sporym klifie, z którego widać było w dole małą zatoczkę z piękną, piaszczystą plażą. Swoim zwyczajem wgapiali się w morze, kiedy ich uwagę przykuł ruch na plaży. Ujrzeli młodą kobietę, która wyszła nie wiedzieć skąd, pewnie spomiędzy okalających plażę skał i wydm. Z głowy spływały jej na plecy długie, rozpuszczone włosy. Była ubrana w białą, luźną, stóp sięgającą suknię. Niby prostą i zwykłą, ale po kroju i materiale widać było, że nie należy się pod nią spodziewać zwykłej chłopskiej dziewki. Przeszła po piasku i zatrzymała się na brzegu. Przez jakiś czas robiła mniej więcej to, co oni na szczycie klifu. Stała nieruchomo i patrzyła w dal.
Już samo to było czymś niespotykanym. Naraz jednak kobieta zrobiła coś jeszcze bardziej niezwykłego. Ściągnęła z siebie sukienkę, pod którą nie miała niczego oprócz nagiego ciała. I tak jak kiedyś opuściła wody płodowe swojej rodzicielki, tak weszła teraz tu, na ich oczach, do morskiej kipieli. Przez chwilę zatrwożyli się obaj myśląc, że kobieta ma zamiar się utopić. Zamysłowi takiemu przeczyła wszak jej sylwetka, sposób w jaki się poruszała, spokojnie, niemal dostojnie. Szybko zrozumieli, że wie, co robi. I że nie czyni tego po raz pierwszy. Wcale jej nie przeszkadzało, że woda w wąskiej, skalistej zatoczce była spieniona od ścierających się ze sobą fal, odbijających się od obu brzegów. Przeciwnie, z tego jak się z nimi bawiła można było domniemywać, że specjalnie na taką okazję czekała. Zanurzona już ponad talię, odwróciła się w stronę brzegu, a oni obaj odruchowo przytulili się do ziemi i nawet dech wstrzymali w obawie, że mogłaby ich dostrzec.
95
– Cud li to, Tristanie, czy zwykła sztuczka dla oczu? Zjawiskowa istota ludzka, czy odbicie nieba, które po ludzku zapragnęło poczuć objęcia wody?
Niewysokie fale bawiły się obiema piersiami dziewczyny, na przemian zakrywając je i odsłaniając. W tym samym rytmie już to wznosiły się lekko, już to opadały, niczym dwie dorodne meduzy.
– Czasem to, co w oddali, wydaje się doskonałe, bo nieosiągalne – powiedział Tristan. – Albo kuszące już przez sam fakt, że tak słabo, jakby przez zasłonę widoczne. Bo to, czego nie widzimy, to sobie w głowie już dopowiadamy, zgodnie z naszymi marzeniami.
Dziewczyna znowu odwróciła się do nich plecami, zanurzyła i zaczęła się oddalać, płynąc wbrew falom nie gorzej niż oni sami by mogli.
– Myślisz, Tristanie, że widzenie jest jak śnienie?
– Poniekąd tak.
– I że my tutaj śnimy zamiast widzieć świat takim, jaki jest?
– Poniekąd tak.
– Cóż z tego, wolę wierzyć, że to, co tu przed sobą mamy, jest rzeczywiste. I tak doskonałe, jak myślę, że jest.
Po chwili, kiedy nieznajoma zmęczyła się pływaniem i wolnym, zamyślonym krokiem wychodziła z wody, mogli obaj podziwiać uroki jej ciała w pełnej odsłonie.
– Tak wolę wierzyć – kontynuował Marek – a nawet posunąć się do stwierdzenia, że choć dotychczas nie myślałem o tym, żeby poślubić kobietę, dla tej jednej chyba mógłbym uczynić wyjątek. Jak myślisz, czy ona wie?
– Że mógłbyś ją poślubić?
– Że jest aż tak piękna.
– Wie i nie wie. Jej kształty nie pytają, czynią. Niczym kształtna ryba. Wie, że płynie, ale o tym nie myśli. Co ma myśleć, robi swoje.
– Czy powinniśmy się bać, że czar za chwilę wyjdzie z wody i pryśnie?
– Cóż, czar zawsze kiedyś pryska. Ale niektóre kałuże błyszczą długo, jakby zapominając, że deszcz dawno ustał.
– Chodźmy, zanim zaczniemy wierzyć w to, czego nie ma.
– Zanim uznamy, że kamienie i zarośla, które nas tu kryją, są mądrzejsze.
– Mądrzejsze, bo milczą.
– Milczą i patrzą.
– Dlatego tak dobrze im idzie.
96
– Jak myślisz, jak by to było być nią zamiast sobą?
– Powiem ci, jeśli mi odpowiesz.
– Na co?
– Na pytanie.
– No?
– Kim jesteś?
– Jestem sobą.
– Sobą? Ja też jestem sobą. I to w sumie wydaje się proste, prawda?
– No tak, nie widać w tym niczego skomplikowanego.
– A jednak.
– Jednak co?
– A jednak to nie jest takie proste, jak nam się w pierwszej chwili wydawać może.
– Dlaczego?
– Z wielu powodów. Z których pierwszy to choćby taki: a co, jeśli się mylimy?
– Co do tego, kim jesteśmy?
– No tak.
– W jakim sensie?
– W każdym. Osobliwie w takim, że ty myślisz, że jesteś sobą i ja też myślę, że jestem sobą. Lecz w duszy jesteśmy przecie tak do siebie podobni, tak wiele nas łączy, że wydaje się całkiem prawdopodobne, iż się mylimy. Że tak naprawdę ja mogę być tobą, a ty mną.
– No dobrze, a co z nią? – Marek wskazał na opuszczającą plażę, znikającą między skałami postać.
Tristan podniósł z ziemi podłużny, płaski kamień i przełamał go na pół. Odsunął jedną połowę do drugiej, a potem przyłożył je do siebie tak, jakby znowu miał w rękach jeden kamień.
– Nie wiem, co z nią. Ale my dwaj – powiedział – tak do siebie pasujemy, że moglibyśmy być jednym.
– Ciekawe, jak byśmy wtedy mówili.
– Jak to jak? Normalnie.
– Chodzi mi o to, czy mówilibyśmy o sobie ja, czy my. Jak myślisz?
97
Kiedy zeszli ścieżką z klifu na plażę, w miejscu, w którym nieznajoma zostawiła swoją suknię na czas kąpieli, znaleźli na piasku coś, co pewnie przez roztargnienie zostawiła. Pierścień z dużym kamieniem, na którym ujrzeli jakiś tajemniczy, nic im nie mówiący układ nacięć. Kamień wyglądał na cenny, powinni więc dogonić kobietę i zwrócić jej zgubę. I tak rzeczywiście chcieli już zrobić, gdy nagle coś ich powstrzymało. Jak zwrócić jej pierścień i nie dać jej przy tym do zrozumienia, że widzieli ją obaj nagą? Nie, na coś takiego nie można było pozwolić. Postanowili zatem chwilę z tym poczekać. Zamiast od razu za nią gonić, pozwolić jej wrócić tam, skąd przyszła, a potem ją odszukać, wypytując miejscowych ludzi. I wtedy, jak gdyby nigdy nic, zwrócić pierścień.
Okazało się jednak, że nikt z mieszkających w okolicy ludzi nic nie wiedział o żadnej jaśnie panience, która by choć w części odpowiadała opisowi i gdzieś tu mieszkała. Lub w odwiedziny do kogoś przyjechała. Pytali wszędzie, w karczmach i na drodze, zatrzymując piechotą zwykle chodzących ludzi. Lecz w miarę, jak pytali, ludzi jakby ubywało, mimo iż słońce stało jeszcze całkiem wysoko. Aż zupełnie zniknęli. Krążyli po drogach i od dłuższego czasu nikogo nie udało im się napotkać. Co z nimi, pomyśleli, jakby się wszyscy gdzieś pochowali. Jakby zwietrzyli jakieś niebezpieczeństwo.
I rzeczywiście, niebezpieczeństwo nadciągało, jak wkrótce się przekonali. Jadąc ścieżką prowadzącą wedle grzbietu klifu dotarli na skraj jakiejś innej zatoki. Tamta, w której spotkali piękną nieznajomą, miała kształt księżycowego sierpa otwierającego się na morze. Ta, którą teraz w dole widzieli, była długa i wąska, w ląd głęboko werżnięta. Środkiem waliła rzeka, solidna i na tyle głęboka, że mogły po niej płynąć całkiem spore okręty. Nie musieli tego zgadywać, wystarczyło popatrzeć. Długi rząd mniejszych i jeden duży, bliżej ujścia. Stały wzdłuż brzegu i wyrzucały na piasek kolejnych ludzi i konie. Ci, którzy zeszli na ląd wcześniej, już w siodłach na swoich koniach siedzieli. Rycerze wyglądali obco. Jakby zza morza przybyli.
Marek i Tristan nawet nie pożałowali, że nie zabrali ze sobą żadnego rycerstwa ani podręcznych. Bo tych tam w dole cała armia była, więc i tak nie mieliby szans w starciu. Naraz dostrzegli zbliżającą się postać. Jeden z obcych wyłonił się z niecki, do której najprawdopodobniej prowadziła ścieżka od rzeki i szedł teraz wysokim brzegiem zatoki w stronę morza, ku miejscu, w którym stali. Drugi, podobny, zwrócony do nich plecami, szedł w drugą stronę, ku położonemu głębiej w ląd szczytowi wzgórza. Najwyraźniej na zwiady, sprawdzić, czy nikogo w okolicy nie widać. Mogli poczekać w ukryciu i zabić tego, który do nich dotrze, ale co by im to dało? Mogli go też pojmać i spróbować dowiedzieć się, skąd przybyli i jakie mieli zamiary. Ale to byłoby ryzykowne, bo potem i tak musieliby go zabić albo zabrać ze sobą, przez co daliby znać obcym o swojej obecności. Pociągnęli konie do ścieżki, która biegła po zwróconym w stronę morza stoku wzgórza, tak że jego grzbiet osłaniał ich przed oczyma zwiadowcy. Wskoczyli na konie i pognali w stronę zamku.
98
Dlaczego nie rozpoznali przybyszów? Pewnie dlatego, że byli za młodzi. Od czasów, kiedy Irlandczycy najechali królestwo Kornwalii, minęło już kilka lat. Na początek zajęli archipelag wysp porozrzucanych po morzu na zachód od Końca Świata. Potem zagrozili inwazją. Ale jednocześnie wysunęli propozycję zawarcia pokoju. Na jego mocy Irlandczycy mieli zachować zajęte już wyspy, a reszta Kornwalii miała uzyskać status terytorium o ograniczonej suwerenności i płacić coroczną daninę w systemie czteroletnim. Przez pierwsze trzy lata po trzysta funtów kruszcu, najpierw rudy miedzi, potem srebra, a na trzeci rok złota. W roku czwartym zamiast metali szlachetnych przewidziano daninę w ludziach, trzystu chłopców i tyleż dziewcząt w wieku między 14 a 15 lat, wybranych losowo spośród najznamienitszych rodzin królestwa Kornwalii. Kto i jaką konkretnie metodą miał wybierać, nie zostało sprecyzowane.
Po długiej naradzie ze swoimi wasalami król Marchion, ojciec Marka, postanowił przyjąć warunki pokoju. Bo wszystko wskazywało na to, że irlandzka armia jest zbyt potężna, by ją pokonać. No i od tamtego czasu był spokój. Nawet daniny zaprzestano Irlandczykom płacić, bo ich król wdał się w jakąś wojenkę ze Szkotami i poniósł klęskę. Doradcy Marchiona podpowiedzieli mu wtedy, że to najlepszy moment, by wypowiedzieć posłuszeństwo. Minął pierwszy rok bez daniny, król irlandzki niespecjalnie się nawet upominał. Minął rok drugi, potem trzeci i cisza. Aż dopiero teraz, kiedy minęło prawie pięć lat, Irlandczycy postanowili upomnieć się o swoje.
Wojskom, które podpatrywali ze wzgórza Marek i Tristan, przewodził niejaki Morchołt, rycerz okryty niezwykłą chwałą z racji swej nadludzkiej siły. Siła owa brała się z nadzwyczajnych rozmiarów i wagi, jako że Morchołt był ostatnim znanym potomkiem rasy olbrzymów, którzy zamieszkiwali wyspy brytyjskie i irlandzkie zanim pojawili się na nich ludzie. Od wielu lat brał udział w wojnach i licznych pojedynkach, ani razu jednak nie natknął się na godnego siebie przeciwnika. Choć czasem pozwalał, by przeciwko niemu walczył nie jeden, lecz kilku rycerzy. Po czym wszyscy padali pod jego mieczem niczym ofiarne owieczki.
Morchołt, kiedy już wyładował wszystkich swoich żołnierzy na ląd, kazał im na razie rozbić obóz na wzgórzach. Jednocześnie pchnął poselstwo do Marchiona z żądaniem natychmiastowego zapłacenia całej zaległej daniny, to znaczy 900 funtów metali szlachetnych i 600 młodych ludzi, pod groźbą spustoszenia kraju przez jego armię. W przypływie fantazji dodał następującą ofertę – jeśli Marchion w ciągu najbliższych trzech dni znajdzie jakiegoś śmiałka, który zdobyłby się na odwagę i przystąpił do pojedynku z Morchołtem i jeśliby ów śmiałek Morchołta pokonał, wówczas król Kornwalii może się czuć zwolniony z daniny, a irlandzkie wojsko natychmiast opuści Brytanię. Ale jeśli reprezentant Kornwalii walkę przegra, wówczas jego król będzie musiał zapłacić daninę w podwójnej wysokości.
Podczas odczytania listu dostarczonego przez posłów Morchołta obecni byli wszyscy baranowie króla. Żaden z nich nie odważył się przyjąć wyzwania. Choć właściwie to niczym nie ryzykowali, bo było oczywiste, że Marchion i tak by się nie zgodził. Bo przecież straciłby nie tylko barana, co pewnie by mu za bardzo nie przeszkadzało, ale kosztowałoby go podwojeniem wysokości daniny. Co by się niechybnie całkowitym bankructwem zakończyło.
99
Tristan, kiedy tylko usłyszał propozycję, postanowił pokonać Morchołta. Zdawał sobie jednak sprawę, że król nie postawi na niego całego swojego królestwa. W tajemnicy przed wszystkimi, także przed Markiem, który zapewne próbowałby go powstrzymać, udał się sam do Morchołta, by wynegocjować lepszy układ. Stanął przed nim i wytłumaczył, dlaczego jego król się na pojedynek obarczony takim ryzykiem nie zgodzi. I w związku z tym pragnie prosić o zmianę warunków na takie, że jeśli Tristan przegra, to nic się nie zmieni i król Kornwalii przekaże królowi Irlandii całą zaległą daninę. A jeśli Morchołt przegra, to z daniny nici.
Morchołt był tak zaintrygowany samobójczą propozycją niepozornego Tristana, tak pewny siebie i tak głodny ofiary, że jak tylko upewnił się, iż Tristan nie grupą, lecz w pojedynkę chce go brać, od razu zgodził się na ten nie dający mu nic poza satysfakcją układ. Treść umowy podano do publicznej wiadomości i przez posłów zawiadomiono o niej króla Marchiona.
Pojedynek odbył się na leżącej blisko lądu wyspie, tak by z jednej strony przeciwnicy mogli być sami, z drugiej zaś by zgromadzeni na grzbiecie klifu reprezentanci obu stron mogli śledzić przebieg walki. Ale z tego śledzenia niewiele wyszło, bo tego poranka nad wybrzeżem wisiała gęsta mgła. Więc w sumie nie było wiadomo, co tam między nimi zaszło. Jedyne, co było wiadomo, to że Tristan po jakimś czasie przybił do brzegu łodzią Morchołta, a na dnie łodzi leżało martwe ciało olbrzyma, osobno korpus, osobno głowa.
W jaki sposób mały Tristan pokonał olbrzyma? Tego z całą pewnością nie możemy wiedzieć. Bo świadków nie było, a sam Tristan nie kwapił się do składania wyjaśnień. Możemy się wszelako domyślać. Jak już wspomnieliśmy, cieszył się opinią rycerza niepokalanego przegraną. Choć nie było wiadomo, dzięki czemu. Z czasem dopiero wyszło na jaw, że jego największym atutem jest nadzwyczajna, nadprzyrodzona wręcz szybkość. Potrafił mieczem zadać śmiertelny cios tak szybko, że nikt z obserwujących pojedynek świadków nawet nie zdążył zauważyć, kiedy Tristan sięgał po miecz. Więc wydawało się, że cały czas stoi nieporuszony, podczas gdy jego przeciwnik, nie wiedzieć czemu, osuwa się na ziemię. I po chwili u stóp Tristana leży bezwładne ciało. A kawałek dalej toczy się odcięta od tułowia głowa. Znacząc krwawy szlak na ziemi.
100
Marek raz tylko miał okazję być naocznym świadkiem osobliwej mocy Tristana. Przebrani za wiejskie dziewki podążali publicznym traktem na sekretną imprezę pod gołym niebem, która miała być połączeniem sabatu czarownic z pierwszomajowymi tańcami morissowymi, urządzaną na Wrzosowiskach Bodmin w ostatnią noc kwietnia. Zaczepili ich jacyś złoczyńcy, banda przydrożnych rabusiów zatrudniających się napadaniem na podróżnych. Po dwóch biednie ubranych dziewczynach nie spodziewali się wielkiego łupu, pewnie chcieli się tylko zabawić. Drogo ich ta zabawa kosztowała, kiedy po nieudanej próbie przemówienia bandytom do rozumu, obie ich niedoszłe ofiary wyciągnęły ukryte pod spódnicami miecze. Marek nawet nie zdążył dobrze przyłożyć pierwszemu, kiedy trzej pozostali leżeli już albo właśnie padali na ziemię, a Tristan stał nieporuszony, jakby nie miał z tym nic wspólnego.
Ruszyli dalej na sabat. Dopiero kiedy na drugi dzień tą samą drogą wracali, Marek zapytał Tristana, jak tego dokonał. Ten zbył go wyjaśnieniem, że nie było to nic nadzwyczajnego, zwykła potyczka. Przyznał, że owszem, dziwnie to mogło wyglądać, ale po nocy wszystko przecież dziwnie wygląda. Na dowód zasadności takiego argumentu przypomniał Markowi, że w dalszym ciągu tej samej nocy widzieli dużo bardziej zdumiewające rzeczy. I choć Marek między jednym a drugim nie widział żadnego logicznego związku, dał spokój dalszym pytaniom na ten temat.
101
Radość zapanowała wśród Kornwalijczyków, kiedy z uroczystym zapałem obnosili zatkniętą na ostrzu dzidy głowę irlandzkiego herosa. Pogrążeni w smutku i wstydzie Irlandczycy odpłynęli ze zdekapitowanym, coraz gorzej pachnącym Morchołtem. Tristan stał się bohaterem narodowym. Co podobało się niemal wszystkim oprócz możnych królestwa, baranów, którzy obawiali się rosnących wpływów Tristana na królewską władzę. Zwłaszcza po tym, kiedy ojciec Marka umarł i kiedy sam Marek na tronie zasiadł, co zdarzyło się niecały rok po pojedynku Tristana z Morchołtem.
Ich obawy znacznie się nasiliły po tym, kiedy do wiadomości publicznej przedostała się sensacyjna wiadomość o pochodzeniu Tristana i jego bliskim pokrewieństwie z Markiem. Przywiózł ją przybysz z kontynentalnej Europy, z położonej po drugiej stronie kanału Bretanii. Był nim ojciec Tristana, który przybył po to, by wyjawić Tristanowi, że nie jest jego ojcem. To znaczy, że jest ojcem przybranym. Któremu jego prawdziwy ojciec, król Bretanii, powierzył opiekę nad Tristanem podczas wojny ze zbuntowanymi baranami. Po tym, kiedy król poległ w bitwie, przybrany ojciec udawał, że jest ojcem prawdziwym, by uchronić Tristana przez śmiercią. A kiedy władza bretońskich baranów umocniła się na tyle, że nie było widać perspektyw na rychłą zmianę, postanowił go odesłać do Kornwalii, by tam zaznał bezpieczeństwa pod okiem Marchiona. Który, jak się teraz okazało, był wujem Tristana. Jako że zamordowany przez baranów król Bretanii był bratem ojca Marka. Co czyniło Tristana i Marka kuzynami, a ściślej stryjecznymi braćmi.
Nie bez powodu zatem kornijscy baranowie obawiali się Tristana. Osobliwie tego, że bezdzietny król Marek może go namaścić na swojego następcę. By temu zapobiec, zażądali od Marka, by się ożenił. W nadziei, że dzięki temu doczeka się syna, który będzie dla baranów bezpieczniejszym rozwiązaniem. Jako że na poparcie żądania mieli całkiem przekonywujące argumenty – bo ożenić się to był w tamtych czasach uświęcony obowiązek każdego monarchy – król postanowił zadość temu uczynić. Ale tak, by z jednej strony się zgodzić, z drugiej zaś, by do żadnego małżeństwa nie doszło. Nie miał przecież, jak wiemy, na to ochoty. Przypomniał sobie o pięknej nieznajomej i o pierścieniu, który razem z Tristanem znaleźli na plaży. Wydobył pierścień ze schowka, pokazał go wszystkim i ogłosił, że poślubi tylko tę, do której ta zguba należy. Kto podejmie się, zapytał, odnalezienia właścicielki? Baranowie, jeden po drugim, oglądali pierścień i tajemnicze znaki na nim wyryte. Przekazywali go sobie z tym samym, pełnym zakłopotania wyrazem twarzy.
Jako ostatniemu wręczono pierścień Tristanowi. Który, by oddalić od siebie podejrzenia, że też pragnie, by wszystko zostało po staremu, to znaczy, żeby król nie zawracał sobie głowy żadną żoną, oświadczył, że podejmuje się wypełnić tę misję, jeśli tylko okaże się ona wykonalną. Zdumieni baranowie szybko się zreflektowali i zażądali od króla, by ten przyjął od Tristana uroczystą przysięgę, zobowiązanie do tego, by uczynić w tej sprawie wszystko, co w jego mocy. Przysięga ta nieco pokrzyżowała Tristanowi plany, zamierzał bowiem niespecjalnie się podczas poszukiwań wysilać, a po pewnym czasie przyznać, że zadanie uznaje za niewykonalne.
102
Po kilku tygodniach bezowocnych poszukiwań, Tristan w końcu trafił na pewien ślad. Jeden z rzemieślników, do których się zwrócił, choć nie wiedział, co miałyby znaczyć nacięcia na pierścieniu, wyraził niejasne przypuszczenie, że pewien alchemik i pustelnik o imieniu Gonad może mieć z tym coś wspólnego. Mieszkał wśród skał na wrzosowisku, w miejscu zwanym Kamieniem na Kamieniu. Ale nikt nie wiedział dokładnie, gdzie by się to miejsce miało znajdować.
Ślad był wątpliwej jakości, lecz Tristan się go uchwycił. Wszak przysiągł zrobić wszystko, co w jego mocy. Przemierzał kornwalijski półwysep wzdłuż i wszerz, pytał wszędzie, ale nikt nie słyszał o żadnym Gonadzie ani o Kamieniu na Kamieniu. Wszyscy mówili, że kamieni na kamieniach wszędzie tu dostatek. Więc szukał na oślep i wreszcie, przypadkiem, trafił pod właściwy adres. Błąkał się po wrzosowiskach, noc zastała go na jednym ze wzgórz, wyczerpany zasnął, a kiedy się obudził, ujrzał nad sobą potwora. A przynajmniej coś, co jak potwór wyglądało. Choć słabo było widać, przez poranną mgłę. W pewnej chwili z potwora wyszedł jakiś zarośnięty, dziwnie odziany człowiek i zaprosił go do środka. Potwór okazał się czymś w rodzaju sztucznej groty z kamieni i głazów wzniesionej. W niej alchemik urządził sobie pracownię.
Gonad rozpoznał pierścień od razu. Ale nie od razu chciał cokolwiek na jego temat wyjawić. Obejrzał Tristana dokładnie, co nie było proste, bo słabo widział. Więc długo trwało. W końcu powiedział, że jeśli Tristan chce poznać prawdę, musi najpierw poddać się długiej, trwającej dziewięć miesięcy próbie. By dowieść, że faktycznie jest tym, który może poznać prawdę.
– Na czym polegać będzie test? – zapytał Tristan.
– Tego nie mogę ci powiedzieć – odparł pustelnik.
– Jak to? – zdziwił się Tristan.
– Musisz poddać się testowi bez żadnych pytań – wyjaśnił Gonad. – Tylko w ten sposób możesz się dowiedzieć, na czym to polega. No i jest jeszcze taki warunek, że o tym, co przez tych dziewięć miesięcy przeżyłeś tu ze mną, nikomu nigdy nie opowiesz.
103
Kiedy minęło dziewięć miesięcy, o których oczywiście nic nie wiemy, Gonad wyjawił Tristanowi tajemnicę pierścienia. To znaczy niecałą. Tylko tyle, ile było potrzeba. Nie wyjawił, dla kogo i w jakim celu ten pierścień wykonał. Ale wyjaśnił, jak Tristan może odnaleźć tę, która pierścień zgubiła.
– Poczekaj od dziś sześć dni – powiedział. – Siódmego dnia płyń z rana do Irlandii. Kiedy tam przybędziesz, znajdź okazję, by dostać się na dwór królewski. Miej pierścień cały czas na widoku, najlepiej nałóż go sobie na mały palec, o, tak. Kobieta, do której pierścień należy, sama cię rozpozna.
Jak dostać się do Irlandii, zastanawiał się Tristan, w dodatku do samego jej serca, czyli na dwór królewski, nie narażając się na zemstę za pokonanie Morchołta? I że trzeba zmienić tożsamość, zdecydował. Oraz wygląd. Z rycerza stać się na czas tej misji kupcem. Zaopatrzyć się w jakieś atrakcyjne wyroby ze srebra i złota i zaoferować je królowi.
104
Kiedy zszedł z łodzi na brzeg, port wydał mu się dziwnie wyludniony. Jakby w mieście panowała zaraza. Nawet urzędnika, który zajmował się poborem ceł, nie było nigdzie widać. Dopiero kiedy szedł przez miasto, natknął się na jakiegoś biegnącego w popłochu człowieka. Zatrzymał go i dowiedział się, że wszyscy albo już uciekli, albo właśnie uciekają przed potworem, na którego mówili Potwór. Od jakiegoś czasu regularnie napada na miasto, sieje popłoch i zniszczenie tak długo, aż nie wydadzą mu okupu, czyli jednej dziewicy. Wtedy się wycofuje, by wrócić następnego dnia po kolejną dziewicę. Nie wiadomo, co z nimi robi, wiadomo tylko, że żadna z nich nie wróciła. Ani żywa, ani martwa.
Wczoraj zażądał, żeby mu wydać królewską córkę imieniem Izolda. Król odmówił. Ale pozwolił, by zastosować fortel i zamiast Izoldy podstawić inną osobę. Potwór najwyraźniej domyślił się oszustwa i dziś wrócił wściekły. Zapowiedział, że jeśli nie dostanie królewskiej córki, rozniesie całe miasto. No i właśnie się wziął za to roznoszenie. A król nie wie, co robić. Rozpaczliwie szuka kogoś, kto mógłby pokonać Potwora.
Z tego, co Tristan usłyszał, zrozumiał też, że do niedawna Potwora trzymał w ryzach Morchołt. Ale kiedy go z wiadomych powodów zabrakło, Potwór zaczął coraz śmielej sobie poczynać, terroryzując wszystkich łącznie z królem. Tristan pomyślał, że poniekąd to on jest za tę sytuację odpowiedzialny i że najlepiej będzie jakoś ten problem rozwiązać. I dzięki temu zapewnić sobie względy króla.
Wrócił na łódkę i zabrał z niej swój miecz, który wiózł niby na sprzedaż, razem z innymi okazami zdobionej klejnotami broni. Po czym poszedł zrobić z Potworem to samo, co kiedyś z Morchołtem. I zrobił. Ale nie poszło mu aż tak gładko, jak wtedy. Zabił Potwora, ale odniósł przy tym rany. Niby niewielkie, ale kły czy pazury, którymi go potwór nadszarpnął, musiały być zatrute, bo szybko poczuł, że traci przytomność.
105
Kiedy się obudził, ujrzał nad sobą twarz tak piękną, iż uznał, że albo śni, albo, co bardziej prawdopodobne, jest już w zaświatach. Po chwili jednak oprzytomniał na tyle, że zrozumiał, iż między żywych wrócił. A po kolejnej chwili znowu w to zwątpił. Bo pochylającą się nad nim twarz rozpoznał jako tę, której od tak dawna szukał.
– Witaj, dzielny i piękny rycerzu – powiedziała twarz. – Jam jest Izolda, królewska córka, którą uratowałeś od niechybnej śmierci. Dziękuję ci za to i cieszę się, że to ty – tu złożyła na jego policzku czuły pocałunek.
Wyjaśniła mu pokrótce, jak go przez tydzień leczyła sobie tylko znanymi lekami, by pokonać działanie zabójczego jadu Potwora. Było groźnie, ale jego stan wreszcie się ustabilizował i zmierza ku dobremu.
Chciał jej powiedzieć, kim jest, chciał pokazać jej zgubiony na kornwalijskiej plaży pierścień, już nawet uniósł ku niej dłoń i dopiero wtedy spostrzegł, że nie ma pierścienia na swoim małym placu. Przypominał sobie, że sam go przecież ściągnął, kiedy przed spotkaniem z Potworem wrócił po miecz na statek. Żeby mu nie przeszkadzał w walce. Więc opuścił rękę i zaczął się zastanawiać, co powiedzieć.
– Nie mów nic. Przyjdzie na to czas. A teraz nabieraj sił i śpij – powiedziała twarz i znikła.
106
Następnego dnia Tristan poczuł się na tyle dobrze, że o własnych siłach powstał z łoża. Zaprowadzono go przed oblicze króla. Z tego, co król do niego mówił zrozumiał, że czeka go nagroda. Król najwyraźniej obwieścił tamtego dnia, że odda rękę swojej córki temu, kto pokona Potwora. Więc kiedy król zapytał, kim jest, skąd i po co tu przybył, Tristan postanowił nie strugać kupca. Wyjawił swoje prawdziwe imię i powiedział, że przybył tu z polecenia króla Kornwalii, by w jego imieniu prosić o rękę córki Izoldy. I że na statku w porcie drużyna jego ludzi czeka na znak, by przynieść królowi liczne prezenty.
Król zrozumiał, że ma przed sobą zabójcę Morchołta i poczuł nagłą złość. Ale ochłonął, kiedy dotarło do niego, że dzięki temu niezwykłemu zbiegowi okoliczności nie musi oddawać córki jakiemuś pierwszemu lepszemu kmiotkowi, którego jedyną zasługą byłoby zabicie Potwora. W dodatku córka stanie się królową, tak jak na to zasługuje. A że Tristan zabił Morchołta? W końcu to był podobno uczciwy pojedynek. A Morchołt zachował się głupio i przekroczył zakres swoich uprawnień.
O tym, że widział już kiedyś Izoldę, kiedy pływała w kornwalijskiej zatoce, Tristan postanowił nie mówić. Ani królowi, ani Izoldzie. Bo uznał, że to mogłoby niepotrzebnie skomplikować tę niespodziewanie prostą już sprawę. Dobrze, że nie mam tego pierścienia na palcu, pomyślał.
107
Izolda była pewna, że wyjdzie za Tristana. O szczegółach zawartego z królem układu nic nie wiedziała. Bo nie rozmawiała z ojcem od czasu, gdy bez porozumienia z nią ogłosił, że odda jej rękę pogromcy Potwora. Nie podobała jej się taka perspektywa, by wyjść za kogoś, kto nie wiadomo kim może się okazać. Pewnie jakimś oprychem nie gorszym od Potwora. Nie podobał jej się również sam pomysł, by miała być zapłatą. Przecież ojciec mógł zamiast córki obiecać zabójcy część złota, którego tyle miał w skarbcu. Co, żal mu było z kosztownościami się rozstawać? A z nią nie? Jednym słowem, była na ojca obrażona i dosyć chłodno się z nim pożegnała. Ale cieszyła ją myśl o poślubieniu Tristana, bo podczas długiego leczenia bardzo się do niego zbliżyła.
Dopiero na morzu, podczas przeprawy do Kornwalii dowiedziała się, że Tristan nie chce jej dla siebie, że występuje w roli stręczyciela. Królewskiego, ale jednak. Dotarło też do niej, że Tristan zabił nie tylko Potwora, ale i jej kochanego wuja Morchołta. Wdzięczność i miłość w jednej chwili wyparowały Izoldzie z głowy. Jedyne o czym myślała, to jak zemścić się na Tristanie i samej uniknąć hańby. W tym celu z zioła, które ze sobą zawsze woziła, przygotowała napój śmierci wedle recepty, której nauczyła ją matka. Zmieszała z winem. A potem kazała wezwać Tristana.
Tristan odmówił, tłumacząc się obowiązkami kapitana statku. Tak przynajmniej przekazał to jego służący, Kurwenal, pchnięty do kajuty Izoldy. Choć tak naprawdę było mu wstyd za to, jak potraktował Izoldę i nie bardzo wiedział, jak ma jej teraz spojrzeć oczy. Uznał, że im później do tego dojdzie, tym lepiej. Izolda nie dawała za wygraną, kazała przekazać, że jeśli Tristan nie zejdzie tu i nie wypije z nią kielicha przebaczenia, ona po przybyciu na dwór odmówi miłości Markowi i zrobi wszystko, by uprzykrzyć mu życie. Tristan zrozumiał, że nie ma wyjścia i zszedł pod pokład.
108
– Tristanie, co masz na swoje usprawiedliwienie? – zapytała Izolda, kiedy zostali sami.
Tristan chcąc nie chcąc zaczął się tłumaczyć. Mało składnie, pokrętnie i mało jej zdaniem przekonywująco.
– Dobrze, co się stało, to się nie odstanie – powiedziała ugodowym tonem, kiedy uznała, że dość już usłyszała. – Musimy sobie jakoś z tym poradzić. Myślę, że ciężko by nam było w niezgodzie na jednym dworze żyć, więc rozsądek nakazuje przyjąć twoje tłumaczenie za dobrą monetę i zaproponować wzniesienie toastu na zgodę. Co ty na to?
– Dziękuję ci pani za wyrozumiałość. Cokolwiek żem uczynił, miałem na względzie dobro mojego króla i pani, która będziesz jego żoną i moją królową. Zapewniam, że nie mam większej radości niż wiernie wam obojgu służyć.
– Spełnijmy zatem nasz toast. Jednym haustem, do dna. Potrafisz tak, rycerzyku?
Izolda wzniosła swój puchar, poczekała aż Tristan wypije i dopiero wtedy wypróżniła swój. Wydawało jej się, że jest dobrze przygotowana na to, co nastąpi. Ale się myliła. Albo to, co nastąpiło, się pomyliło. Albo jedno i drugie. Dość powiedzieć, że Izolda stała z pustym kielichem w dłoni i nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Ze zdumieniem obserwowała, jak ogarnia ją najpierw jakaś niezrozumiała czułość, a potem miłość do tego znienawidzonego typa. Jakby za sprawą czarów zmieniła się w kogoś innego, jakby z Izoldy zimnej mścicielki przeistoczyła się w Izoldę kochankę.
Podobnie jak ona oszołomiony był Tristan. Bo naraz zrozumiał, że wszystko, co mówił, o honorze i o swoich zobowiązaniach wobec jej i króla, to jakieś bzdury. Jakby chciał nimi zagłuszyć uczucie, które od dawna już rwało brzegi, a teraz ostatecznie już się na wszystkie strony w nim rozlewało, topiąc resztki rozsądku. Niczym pijani, podeszli do siebie, objęli się i zaczęli całować namiętnie. A potem legli ze sobą w łożu, które też jakby na to tylko czekało.
109
Co się właściwie stało? By to zrozumieć, musimy cofnąć się do Brandzeli. Tak bowiem miała na imię podręczna Izoldy, która w ostatniej chwili domyśliła się zamiarów swojej pani. Kiedy Izolda wyszła na chwilę do toalety, najpierw sprawdziła, czy jej domysły są słuszne. Otworzyła kufer i na samym wierzchu znalazła szkatułę z ziółkami, a w niej pusty flakonik, który nosił ślady niedawnego użycia. Miała rację. Co teraz? Trzeba działać. Z braku czasu do namysłu zrobiła to, co jako pierwsze przyszło jej do głowy. Wylała zatrute wino i zastąpiła je winem zaprawionym eliksirem miłości. Po czym wyszła. Izolda wróciła i usiadła przy stoliku, na którym czekało wino. Po chwili Brandzela otworzyła drzwi i wpuściła Tristana. Izolda machnięciem ręki dała podręcznej znak, żeby im przeszkadzać.
No ale teraz, kiedy Tristan wreszcie wyszedł od Izoldy, Brandzela nie miała już powodu trzymać się z daleka. Weszła do kajuty i ucieszyła się podwójnie, widząc Izoldę żywą i w radosnych marzeniach pogrążoną. Ale pani, widząc ją, szybko się zakryła i zmieniła wyraz twarzy na bardziej rzeczowy.
– Brandzelo – zapytała – co ty znowu zmalowałaś?
– Ja? – podręczna udawała, że nie wie, o co chodzi. – Co niby miałam zmalować?
– Skąd wzięłaś eliksir miłości? Bo chyba nie powiesz, że sama go uwarzyłaś?
– Nie wiem, czy mogę mówić.
– Nie wiesz? A to dlaczego?
– Bo pani matka wymogła na mnie przysięgę, że nigdy nikomu o tym nie pisnę ani słowa.
– Ale ja wiem, co się stało, więc mnie możesz. A nawet musisz. Bo jak nie, to wiesz.
– No dobrze. Pani matka kazała mi wziąć, dobrze schować flakonik z eliksirem i podać go państwu, to znaczy pani i królowi Markowi, podczas waszego pierwszego spotkania. A jak nie, to podczas kolejnego. Najlepiej przed snem.
– No tak, to brzmi rozsądnie. Dlaczego zrobiłaś inaczej?
– Bo widziałam, co panienka zrobiła.
– Tak? A co panienka niby zrobiła? Według ciebie?
– Panienka chciała zemścić się na tym niegodziwcu, niech przeklęte będzie jego imię, za to, co zrobił. A jednocześnie chciała i siebie ukarać za to, że tak się dała upokorzyć.
– Zemścić się chciałam, to prawda. Ale jak?
– Napełniła panienka oba kielichy śmiertelnym napojem, znaczy winem zaprawionym trującym ziołem. Chciała panienka zgładzić z tego świata jego i siebie za jednym zamachem.
– Głupiaś, to nie był żaden śmiertelny napój. Przynajmniej nie w tym sensie, w jakim myślisz.
– A w jakim?
– Powiem ci, ale nie teraz. Bo nie mam czasu. Co zrobiłaś z tym niby zatrutym winem?
– Wylałam.
– Tak?
– Tak.
– A dokąd?
– Jak to dokąd?
– Dokąd wylałaś truciznę, proste pytanie.
– Za burtę?
– Za burtę, powiadasz?
– Za burtę, tak, do morza.
– Słuchaj, Brandzelo, nie gniewam się na ciebie. Przeciwnie, cieszę się, że tak zrobiłaś, bo dzięki temu przeżyłam naprawdę wspaniałe chwile. Ale teraz muszę działać. Więc nie ściemniaj już i dawaj mi tu zaraz to wino. Już ja widzę, ja ty byś je wylała. Nie jesteś taka głupia, na jaką wyglądasz. No, dawaj już, dawaj. Udawanie nic nie da.
Brandzela wyszła i zaraz wróciła, wręczając Izoldzie gliniany dzban. Izolda wyciągnęła korek, powąchała, zakorkowała dzban i schowała go do kufra, tego samego, w którym trzymała szkatułę z ziołem.
– Dobrze. A powiedz jeszcze, skąd taki pomysł?
– Jaki?
– Żeby truciznę zastąpić eliksirem miłości.
– Więc to jednak była trucizna!
– Nie, to nie była trucizna. Ale tak przecież myślałaś, prawda? Więc dlaczego?
– Dlaczego co?
– Dlaczego akurat miłości eliksir? Wytłumaczysz mi?
– A co miałam zrobić? Tylko ten jeden flakonik miałam, przez panienki matkę mi powierzony. Co miałam, więcej wody dolać?
W tym momencie Brandzela pomyślała, że może rzeczywiście głupio zrobiła, że może lepiej było jednak tę wodę. I żeby zagłuszyć poczucie winy, dodało głośno:
– No i pomyślałam sobie, że to nawet pasuje.
– Pasuje? – zdziwiła się Izolda. – W jakim sensie?
– Wybacz, pani, mą śmiałość, ale wydaje mi się, że pałałaś do Tristana jakimś uczuciem. Mam na myśli wcześniej, zanim on tego nie przekreślił swoją ohydną zdradą.
– Dobrze, dobrze, zapomnijmy na razie o tym. A teraz idź, znajdź szybko Kurwenala i przekaż mu, by przekazał swojemu panu, że Izolda pragnie go jak najszybciej, w tej chwili najlepiej, koniecznie zanim przybijemy do portu, jeszcze raz zobaczyć. I że czeka w swojej komnacie.
110
Kiedy Tristan wszedł do komnaty, zastał Izoldę leżącą na łożu tak, jak ją zostawił, po tym, jak go zawołano na pokład w jakiejś pilnej sprawie, zaraz po ich pierwszym miłosnym spełnieniu.
– Chodź tu do mnie, kochany – wyciągnęła ku niemu ręce. – Przytul mnie.
Tristan przylgnął do niej i zaczął całować uznawszy, że jego ukochana już się za nim przez tę krótką chwilę stęskniła i ma ochotę na encore. Podobnie jak on. Po chwili jednak powstrzymała go i wskazała na stojący u wezgłowia dzban.
– Nalej nam, Tristanie. Bez wina nie ma miłości.
Był to ten sam dzban, który oddała Izoldzie Brandzela. Tristan nie miał powodu niczego podejrzewać. Wino kojarzyło mu się wyłącznie pozytywnie, wszak po spełnieniu toastu uświadomił sobie tę wielką miłość, którą czuje do Izoldy. Posłusznie nalał i podał kielich Izoldzie.
– Za naszą miłość – powiedziała Izolda. – Za zatracenie się w sobie. Twoje we mnie, moje w tobie.
Jak poprzednio, podniosła swój kielich, poczekała, aż Tristan wypije i dopiero wtedy wypiła. Wydawało jej się, że jest dobrze przygotowana na to, co nastąpi. I się nie myliła. A to, co nastąpiło, też się nie myliło. Dość powiedzieć, że tym razem jedynie Tristan stał z pustym kielichem w dłoni i nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. Bo oto stał oko w oko z samym sobą.
Rozejrzał się bezradnie dokoła, ale nic mu to nie dało. Nigdzie nie mógł znaleźć Izoldy. Co się z nią stało? W pokoju nie było nikogo innego. Tylko on i ten drugi, czyli on sam. On, ten pierwszy, patrzy i nie może niczego zrozumieć. Ten drugi, też on, ale w przeciwieństwie do niego niczemu jakby się nie dziwił. Jakby był na to zdumiewające zdarzenie dobrze przygotowany. Nawet jakby się uśmiechał. Odstawił wypróżniony kielich, podszedł do kufra i wyciągnął z niego jakąś skrzyneczkę.
– To ci już nie będzie potrzebne – powiedział – a mnie może się przydać. To na razie, Izoldo, do zobaczenia w nowym świecie – rzucił i wyszedł ze szkatułą pod pachą.
A on został sam ze sobą. I z pytaniem, dlaczego sam, to znaczy ten drugi on, dlaczego „Izoldo” do siebie, znaczy do mnie, powiedział? Czyżby zmysły postradał?
To powiedziawszy, pies o imieniu Ben zamilkł i poprosił, żeby dać mu coś do picia, zanim przejdzie do dalszej części opowieści.
Marek Gajdziński
CZYTAJ TEŻ