Irena Krzywicka
Jakub Wojciechowski w Warszawie
Kultura 1931, nr 4
Często zdarza się literatom warszawskim podejmować różnych sławnych gości z kraju i z zagranicy, znakomitych pisarzy, wielkich uczonych. Rzadko który jednak był tak serdecznie witany, tak ciepło przyjęty jak skromny robotnik z Barcina wielkopolskiego, Jakub Wojciechowski, który w ub. tygodniu odwiedził po raz pierwszy w życiu Warszawę.
Kim jest Jakub Wojciechowski?
Historia jego jest zadziwiająca, syn małorolnego chłopa, wydzierający się przemocą, wbrew rodzicom do szkółki powszechnej, wychowany w czarnej biedzie, jedzie jako chłopek piętnastoletni „na Saksy” w poszukiwaniu zarobku. Spędza w Niemczech z górą dwadzieścia lat. Chwyta się różnej pracy, jest górnikiem, robotnikiem, mechanikiem, tramwajarzem, chodzi od miasta, do miasta z karuzelą!
Iluż było takich robotników polskich rozsianych po różnych krajach Europy, wynaradawiających się lub tęskniących całe życie za ojczyzną. Ślad po nich zginął, tylko jednemu jest sądzone przetrwać, właśnie panu Jakubowi.
Tym oto sposobem: Instytut Socjologiczny w Poznaniu ogłosił ankietę, obiecującą skromne nagrody robotnikom, którzy najlepiej opowiedzą całe swoje życie. Jakubowi Wojciechowskiemu przypadkiem wpada w rękę na obczyźnie gazetka z warunkami ankiety. Nagle przed oczyma staje mu powołanie jego życia. Zabiera się do pracy. Pisze w jakimś natchnieniu, wszystko, całą szczerą prawdę, od chwili kiedy siebie pamięta, pisze ze zdumiewającą szybkością, jak na człowieka nienawykłego do pióra, nieznającego tajemnic ani gramatyki ani stylistyki, pisze w tej mowie polskiej, którą zna niejako z tradycji, a której się trzyma uparcie, mimo obcego a często i wrogiego polskości otoczenia.
Tworzy własną ortografię, ściśle fonetyczną, gdy mu zabraknie słów, wymyśla nowe.
Okazuje się, że jego zdumiewająca pamięć nie uroniła żadnego faktu z przeszłości, wszystko żyje w jego wspomnieniu: zdarzenia, ludzie, rozmowy. Wszystko utrwalić, niczego nie pominąć, oto jego dążenie. Z zastanawiającą intuicją, z instynktem rasowego pisarza pojmuje, że tylko zupełna szczerość pozwala stworzyć pełny dokument życia i duszy człowieka. Nie cofa się przed niczym, nie zna fałszywego wstydu i pruderii, o miłości mówi równie poważnie i otwarcie, jak o każdej innej sprawie życia. Jego zwierzenia, okraszone bardzo soczystą terminologią, czasem wzruszające, zawsze niezmiernie ciekawe.
Czytając tę książkę widzi się dopiero jak nieprawdziwa i fałszywa jest cała literatura z życia ludu, pisana przez inteligentów. Wszystko jest właściwie inaczej, toteż książkę tę, opisując byt proletariatu, który mamy pretensję znać, czyta się niemal jak opowieść egzotyczną. Książka Wojciechowskiego jest niemal zupełnie pozbawiona opisów i komentarzy uczuciowych do przedstawianych zdarzeń, fakty idą za faktami, opowiadane równo, obiektywnie, niemal monotonnie, a mają mimo to — taka jest tajemnica talentu autora – ogromną plastykę i wyrazistość, mają dar wyrycia się na zawsze w pamięci czytelnika. Historia dzieciństwa tego obdartego chłopaka rwącego się do nauki, kradnącego w potrzebie kartofle z pola, idącego na służbę do leśnika stanie się z pewnością jednym z klasycznych urywków prozy polskiej. Wspomnienia Wojciechowskiego z wojny przypominają najlepsze stronice Szwejka. Niepodobna się oderwać od jego przygód w kraju niemieckim. Kto pokona trudności jego fantastycznej ortografii, ten już się nie oderwie od tej książki, póki nie przeczyta ostatniej kartki.
Taki jest ów „Życiorys własny robotnika”, wydany bardzo rozumnie i inteligentnie, w najlepszym stylu — naukowo, ze wstępem, z objaśnieniami i z odważnym zachowaniem wszystkich odrębności formy i treści jakie wnosi ze sobą ta niezwykła książka.
„Życiorys” Wojciechowskiego zyskał bardzo pochlebne recenzje, ale byłoby się na nich skończyło i Wojciechowski pędziłby dalej, odkąd optował na rzecz Polski, ciężkie i nieznane nikomu życie w małej mieścinie wielkopolskiej, gdyby nie Boy.
On „zrobił” właściwie Wojciechowskiego. Pisał o nim kilkakrotnie i tym zwrócił na niego ogólną uwagę. Zaopatrzył go w książki, których brak boleśniej odczuwał pan Jakób niż brak gotówki. Namówił go do dalszych prac, wystarał mu się o zasiłek od Prezydenta Rzeczypospolitej. I oto pisze znów ten robociarz po powrocie z pracy swoje żmudne kartki, z których powstanie zapewne druga książka.
Wywiązała się wzruszająca i śliczna przyjaźń między wielkim pisarzem i samorodnym talentem. Boy odwiedził Wojciechowskiego w Barcinie, a za tą wizytą posypały się inne, które bardzo podniosły powagę pana Jakuba w miasteczku. Od tej chwili zaczęła się dość zawrotna kariera tego jedynego proletariackiego pisarza w Polsce.
Wojciechowski jest zawsze jeszcze robotnikiem, mechanikiem przy kamieniołomie. Zarabia parę złotych dziennie. Z zawzięcie ciułanych oszczędności wybudował sobie domek, którego część odnajmuje lokatorom. Sądził, że na stare lata uzyska w ten sposób skromną rentę, która pozwoli mu spędzić resztę życia przy piórze i książce. Ale trzeba pecha! Wojciechowski raz już stracił wszystkie oszczędności na dewaluacji, a obecnie, kiedy wreszcie dorobił się domku, wszyscy jego lokatorzy, ogarnięci falą bezrobocia, stracili pracę. A że pan Jakub jest miękkiego serca, więc nie tylko nie widzi od nich czynszu ale jeszcze im pomaga. Tak wygląda jego renta!
Do tego to domku w Barcinie zjeżdżają teraz z wizytami różni dostojnicy, profesorowie i literaci. W miasteczku zdumienie, niemal popłoch! Czemu przyjeżdżają ci państwo do skromnego człowieka, który podobno napisał jakąś tam niemoralną książkę (bo zarzut niemoralności dosięgnął Wojciechowskiego jak wszystkich wybitnych pisarzy wszystkich czasów), którego nie raczy dostrzec miejscowy ksiądz i nauczyciel, który czyta tego „bolszewika” Montaigne’a (autentyczne)? Czemu przesyłają mu pieniądze za to jego niecnotliwe pisanie, czemu go zaprosili do Warszawy i przyjęli jak swego? Głowią się mózgi w Barcinie, mielą języki, a pan Jakub wyrwał się tymczasem do Warszawy, zasiadł w kawiarni między literatami, poszedł na obiad do kilku profesorów uniwersytetu, a wszyscy go ściskali za ręce, wszystkich twarze rozjaśniały się uśmiechem i ze wszystkich ust niezmiernie słyszał:
— Jakże się cieszę, że pana poznaję, panie Wojciechowski.
Pan Jakub ma lat czterdzieści siedem, jest wysoki, chudy, twarz ma nerwową, szybkie ruchy, niezmiernie miłe i taktowne obejście. Zadziwia go widok Warszawy:
— Jakem był w Niemczech, to mi mówili, że tutaj jest tak jak w ty ksiunżce, co to w Ameryce to młode dziewczę wyszło za gubernatora…
— Manon Lescaut? — podpowiada Boy.
— Ano, ano tak, Manon Lescaut. Że tu som same lepianki, kultury żadny niema i że Poznań to takie duże miasto, to bo je już Niemcy zbudowali. A ja widzę że tu kultura nie gorsza albo i lepsza jak u nich.
I dodaje jeszcze:
— Dziwno mi też, co tu niewiasty takie urodne, bo tam mówili ze tu ospy nie scypią i wszystkie niewiasty ospowate chodzą.
Nic też dziwnego, że nakarmiony tymi fantastycznymi bajdami nie kwapił się pan Jakub do zobaczenia Warszawy i na swoim Barcinie poprzestawał. Teraz w Warszawie przechodził z jednego oszołomienia w drugie. Był w teatrze Polskim, w Ateneum, w Bandzie, w Zachęcie, w Adrii, w kancelarii Prezydenta, na wieczorze Villona. Poznał mnóstwo ludzi i wyjechał tak przepełniony wrażeniami, że, widać było, nie udźwignie więcej.
Po powrocie do swojej huczącej maszyny, której każdy fałszywy ruch może kosztować życie ludzkie, odpoczywając po męczącej, szarpiącej nerwy pracy będzie sobie rozpamiętywał to całe lepsze, wyższe życie, o jakie się otarł w stolicy, jakiego los go tak niesprawiedliwie pozbawił. Leżąc w łóżku będzie sobie myślał o Jaraczu-Musse’ie, o błogosławionych skutkach regulacji urodzeń, o tym, co go zadziwiło tak bardzo, że tu ludzie mówią do siebie cicho, nie wymyślają sobie ani się nie kłócą, że wszystkie małżeństwa wyglądają tak, jakby się kochały, o tym, jak by to było pięknie gdyby wszyscy ludzie mogli chodzić do Adrii i „tak się bawić co wieczór jako ci tutaj”. Wszystkie swoje wrażenia opisze zapewne i prześle do druku, i nie będzie się już może czuł tak straszliwie samotny w owym Barcinie, gdzie musi się kryć z każdą swoją myślą, gdzie klasyków francuskich uważają za wywrotowców (może i słusznie), gdzie już nigdy nie zrozumieją jakiego człowieka mają miedzy sobą. Tu w Warszawie pojął pan Jakub że istnieje nie tylko „międzyklasówka” ducha, w której łączą się wszyscy ci, co myślą niezależnie, piszą i lubią prawdę, i że choć może w Barcinie nie jest on równy restauratorowi, za to tutaj jest przyjacielem najwybitniejszych naszych pisarzy.
Irena Krzywicka
CZYTAJ TEŻ