Mary Lavin
W kawiarni
przełożyła
Wioletta Perzanowska
Kawiarnia znajdowała się w bocznej uliczce. Mary odczuwała ból w stopach, więc cieszyła się, że Maudie jeszcze nie dotarła. Usiadła przy stoliku niedaleko drzwi. Odkryła to miejsce niedawno i odtąd zaglądała tu za każdym razem, gdy przyjeżdżała do Dublina choćby na jeden dzień. Innych miejsc nie miała już ochoty odwiedzać.
Wiedziała, że nigdy nie odważyłaby się tu przyjść, gdyby Richard żył — a mimo to ta myśl dawała jej namiastkę własnej tożsamości, którą utraciła: najpierw dobrowolnie w małżeństwie, a teraz podwójnie, wbrew sobie, jako wdowa. Nie chodziło o to, że Richard nie mógłby polubić tej kawiarni. Przypominała lokale, które odwiedzali w czasach studenckich. Jednak lata mijały, a wiejska posiadłość w Meath odcisnęła na nich swoje piętno, tak że w tym miejscu oboje czuliby się obco.
Inaczej wyglądało to, gdy przychodziła sama. Bycie wdową nie niosło ze sobą nic — absolutnie nic — snobistycznego. A jednak ten fakt sprawiał, że idealnie pasowała do tego miejsca. Kawiarnia była niewielka, nieco osobliwa, ale przytulna. Rozejrzała się, chłonąc każdy szczegół.
Ściany powyżej lamperii pomalowano na czerwono, samą lamperię na biało. To właśnie ona nadawała wnętrzu szczególny, surowo-funkcjonalny charakter, przypominający zaciszny kąt w pubie lub konfesjonał małego, skromnego kościoła parafialnego.
Wyposażenie było proste: sosnowe stoły i krzesła przykryte obrusami w czarno-białą kratę — czasem niedbale wyprasowanymi, czasem wcale. Mimo to od razu czuło się, że nie chodzi o brak pieniędzy, lecz o ich inne przeznaczenie. Świadczyły o tym obrazy na ścianach oraz ogłoszenie nad kominkiem, informujące, że w pracowni na piętrze można obejrzeć kolejne prace. Te wiszące w kawiarni były w większości eksperymentalne pod względem techniki.
Lokal prowadzili dwaj studenci Akademii Sztuk Pięknych. Często wychodzili, zostawiając go całkowicie pustym — tak jak teraz — by napić się kawy w innej, zupełnie odmiennej kawiarni po drugiej stronie ulicy. Stali bywalcy czasem sami nalewali sobie kawę z dzbanka ustawionego na gazowym palniku za kotarą w głębi sali. A jeśli przyszli tylko po to, by komuś towarzyszyć i nikogo nie zastali, po prostu ogrzewali się przy ogniu, który nieustannie płonął w małym, czarnym kominku — tym samym, który istniał jeszcze wtedy, gdy budynek pełnił funkcję magazynu biurowego.
Tego dnia ogień podsycano koksem, a kawa na gazowym palniku zaczynała bulgotać, rozpryskując drobne kropelki wokół.
Czy Maudie spodoba się to miejsce? Mary pomyślała, że być może nie był to najlepszy wybór na spotkanie, zwłaszcza w obecnych okolicznościach, ale teraz i tak nic nie dało się zmienić.
Jeśli jednak Maudie przyjdzie i uzna, że to nie dla niej, zawsze mogą pójść gdzie indziej. Z drugiej strony — może właśnie jej się spodoba? A może będzie zbyt przygnębiona, by w ogóle zwrócić uwagę na wystrój?
Obrazy mogłyby ją zainteresować. Z pewnością były intrygujące. Tego dnia pojawiły się dwa nowe, których Mary jeszcze nie widziała — dwa płótna z motywem kwiatów zawieszone tuż przy drzwiach. Z miejsca, w którym siedziała, dostrzegła podpis: „Johann Stielher”. A przynajmniej tak jej się wydawało.
To z pewnością miały być róże, choć przedstawione w nieco kanciasty sposób. Wiedziała, co powiedziałby o nich Richard, ale on już nie był częścią jej świata. A ona sama? Co myślała o tych obrazach? Powiedziałaby… powiedziałaby…
Co ją tak zatrzymywało? Kilka minut, by zebrać myśli, to jedno, ale kwadrans oczekiwania to już coś zupełnie innego. Mary oparła się plecami o lamperię. Czuła się mniej zmęczona niż w chwili, gdy weszła, ale wciąż nie była gotowa na to, co miało nadejść. Co właściwie mogła powiedzieć młodej wdowie, która tak niedawno doświadczyła straty? I dlaczego w ogóle zgodziła się na to spotkanie?
Nagle uderzyła ją osobliwa zbieżność — obie były wdowami. Czy Maudie również przyjdzie ubrana na czarno, z białymi akcentami? Dwie wdowy — jak dwie kawki: jedna na smutek, druga na radość. Absurd tej sytuacji narastał w niej tak gwałtownie, że przez moment miała ochotę wstać i po prostu wyjść. Jej ciało drżało z gniewu i sprzeciwu wobec jakichkolwiek porównań, dlatego zaczęła gorączkowo szukać różnic między sobą a Maudie.
Maudie była mężatką zaledwie od roku. Jej rodzice z radością — niemal zachłannie — przejęli opiekę nad dzieckiem. Maudie znów była wolna jak dziewczyna. A jeśli to było istotne — miała własne dochody, niezależne od tego, co zostawił jej Michael. I co z tego?
Więc dlaczego się spóźniała? Czyżby w ogóle miała nie przyjść?
Ach! Mały, żelazny dzwoneczek nad drzwiami — również pozostałość po czasach, gdy budynek pełnił funkcję magazynu — zabrzęczał, oznajmiając wejście kolejnego klienta do kawiarni.
To jednak nie była Maudie. Wszedł młody mężczyzna — przynajmniej młodszy od większości bywalców — i Mary bez wahania uznałaby go za artystę. A jednak jego dłonie, na które zaczęła patrzeć, gdy tylko usiadł, wcale nie przypominały dłoni artysty.
Były pulchne i gładkie. W sposobie, w jaki spoczywały na stole — lekko splecione, niemal bezbronne — było coś poruszającego. Czy wyglądały kobieco? Nie, to nie było właściwe słowo, ale nie potrafiła znaleźć trafniejszego. Ta niemożność nazwania rzeczy drażniła ją bardziej niż powinna.
Zafascynowana nie mogła oderwać od nich wzroku, choć się starała. Jakby to nie oczy, lecz sama wyobraźnia dotyku pozwalała jej wyczuwać ich ciepłą, mięsistą żywość.
Nawet gdy zamknęła oczy — a zrobiła to — wciąż je widziała. I tak, nieświadoma, dokąd prowadzi ją ta myśl, nie próbowała się od niej uwolnić, aż nagle przed jej oczami wyłonił się znajomy kształt powracającego koszmaru: ręce Richarda. Tak odmienne od tamtych — żylaste, giętkie, chude. Przez chwilę trwały w jej pamięci, naszkicowane jednocześnie miłością i bólem, po czym rozpłynęły się w ciemności.
Zdarzało się to bardzo często. W jej myślach pojawiał się jakiś fragment jego ciała — dłoń, ramię, niekiedy stopa w misternie wykonanych skórzanych butach, które zawsze nosił — a z tej części gorączkowo próbowała odtworzyć całą postać.
Czasem udawało jej się to lepiej, czasem gorzej. Odtwarzała go od stóp ku górze: widziała buty, potem dłonie, szary garnitur, krawat — zawsze wiązany w ten szczególny sposób — szyję, nawet brodę, dość ostrą, jakby mniej pociągającą niż reszta rysów. Lecz właśnie tutaj nieuchronnie ponosiła klęskę. Od dnia jego śmierci nie udało jej się ani razu przypomnieć sobie jego twarzy.
A jeśli nie potrafiła go przywołać na zawołanie, to czym właściwie był czas? Jaki sens miała przeszłość, skoro zapadała się za nimi tak nagle, tak bez śladu?
Już w chwili jego śmierci częścią jej bólu była świadomość, że tak właśnie będzie. Stała przy nim, gdy zza szpitalnego okna dobiegł czysty, delikatny trel ptaka — i w tej samej chwili, słysząc go, zrozumiała, że Richard nie żyje. Od lat nie słyszała ptasiego śpiewu ani nawoływań; tak ogłuszający był w jej uszach szum ich miłości.
Gdy spojrzała na niego, na poduszce spoczywała obca twarz — twarz samej śmierci. Po tej krótkiej ciszy, która na moment wpuściła ptasi głos, w jej głowie pojawił się inny dźwięk — szum bezimiennej paniki, który już nigdy całkiem nie ucichł.
A teraz, tutaj, w tej małej kawiarni, zacisnęła dłoń na krawędzi stołu. Pożar wybuchł na nowo, a jej umysł stał się huczącym, rozżarzonym do białości piecem.
Właśnie wtedy mężczyzna z drugiego końca stołu podniósł się i sięgnął po kartę menu, o którą bezwiednie się opierała piersiami i łokciami, z twarzą ukrytą w dłoniach. Pośpiesznie, z zakłopotanym uśmiechem, podała mu ją, a w tej samej chwili zgiełk w jej głowie ucichł. Popatrzyła na niego. Czy wiedział?
Ogarnęła ją fala wdzięczności; jego spojrzenie wydało jej się łagodne, niemal czułe. Musiała jednak przyznać, że nie sprawiał wrażenia szczególnie świadomego jej obecności. To jednak nie miało znaczenia — i tak była mu wdzięczna.
— Może się panu to przyda? — odezwała się, zauważywszy, że mała kartka z daniem dnia, przypięta do menu, odczepiła się i zahaczyła o szorstki rękaw jej żakietu. Wstała i pochyliła się nad stołem, podając mu ją.
— Och, dziękuję! — odpowiedział z lekkim ukłonem.
Uśmiechnęła się. W tym geście było coś staroświecko uprzejmego. „Cudzoziemiec” — pomyślała bez wahania.
Zanim ponownie usiadła, zauważyła, że na rozłożonej przed sobą gazecie rysuje ołówkiem drobne szkice — na marginesach i w pustych miejscach między kolumnami druku. Misternie splecione, miniaturowe formy przyciągnęły jej wzrok. Zafascynowana ledwie potrafiła powstrzymać ciekawość.
Gdy znów usiadła, spoglądała na niego ukradkiem. Co jakiś czas rysował charakterystyczny zawijas — była niemal pewna, że to jego podpis — i usiłowała z całych sił rozszyfrować ten znak z oddali.
Nadmierna, wręcz niedorzeczna ekscytacja ogarnęła ją, gdy uświadomiła sobie, że to nazwisko: „Johann Stielher” — podpis pod nowymi obrazami przedstawiającymi kwiaty, które przykuły jej uwagę, gdy tylko weszła do kawiarni. Ale to niemożliwe — przemknęło jej przez myśl. Szkice leżące przed nim były tak precyzyjne, a tamte obrazy tak…
Wtem znów zabrzęczał dzwoneczek.
— Ach! Maudie!
Choć czekała na tę chwilę tak długo, poderwała się nagle, zaskoczona, niemal tak samo zakłopotana jak mężczyzna przy stole.
— Maudie, moja droga!
Wbiła w nią wzrok, próbując samym spojrzeniem wyrazić współczucie, którego — oniemiała — nie potrafiła ubrać w słowa.
Uścisnęły sobie dłonie w milczeniu.
— Nie umiem wprost znaleźć słów, żeby pocieszyć cię słowami — powiedziała Mary, siadając przy stoliku nakrytym obrusem w kratę.
— Och, oczywiście! — wykrzyknęła Maudie, jakby naprawdę była jej za to wdzięczna. — To straszne, kiedy trzeba w pośpiechu znaleźć słowa, prawda? Powinny wypływać same z głębi, a tymczasem to, co naprawdę rodzi się w nas, często jest czymś, czego nie sposób wypowiedzieć na głos, choć odczuwa się to aż nazbyt wyraźnie.
Spostrzeżenie było tak trafne, że Mary spojrzała na nią ze zdumieniem. Czyżby Maudie również wyczuwała te niuanse? Przez chwilę przyglądała jej się uważnie, niemal badawczo.
— Wiem, wiem — odezwała się w końcu. — Mimo wszystko mówi się to, czego wymagają okoliczności, i ma się poczucie, że coś w człowieku przez to maleje.
— A co gorsza — dodała Maudie — w ten sposób umniejsza się również pamięć o zmarłych.
Mary popatrzyła na nią teraz z pełnym skupieniem. Czy naprawdę możliwe było, by tak młoda, wydawałoby się tak prosta dziewczyna, potrafiła z jednego jedynego doświadczenia — nawet tak ostatecznego jak śmierć — wydobyć tyle gorzkiej wiedzy? Mimo woli poczuła, że zbliża się do niej niebezpiecznie, że między nimi zaczyna napinać się nić porozumienia. Cofnęła się więc stanowczo, niemal odruchowo.
— W gruncie rzeczy byłaś na to przygotowana, prawda? — rzuciła z lekkim przekąsem.
Maudie nie odwróciła wzroku.
— Czy to coś zmienia? — odparła spokojnie. A potem, ku zaskoczeniu Mary, sama wprowadziła między nimi dystans.
— Ty przecież masz dzieci — powiedziała, nie dając Mary dojść do słowa, a jej głos płynął szybko, niemal bez tchu. — Wiem, ja też mam dziecko, ale czasem wydaje mi się, że nic nie łączy go z jego ojcem. Kiedy idę przez park z wózkiem, bywa, że przestaję wierzyć w to, co minęło — jakby przeszłość w ogóle nie istniała. Jakbym miała nieślubnego syna… Naprawdę nie chcę cię tym szokować. To zupełnie inaczej, kiedy między ojcem a dziećmi już zdążyła się wytworzyć więź — tak jak u ciebie.
— Och, nie wiem, czy to ma znaczenie — odparła Mary. — Ale kiedyś docenisz, że w ogóle masz dziecko.
Tym razem mówiła z wyraźną złośliwością, aż nazbyt dobrze pamiętając, jak bardzo te same słowa kiedyś ją zraniły. Wiedziała, co naprawdę znaczą: dzieci są lepsze niż nic.
Lecz trucizna nie dosięgła Maudie. I w kolejnym, bolesnym przebłysku zrozumienia Mary pojęła, dlaczego: Maudie była młoda, piękna — nie było w niej nic, co zdradzałoby stratę, samotność ani okaleczenie przez los.
— Znajdziesz jeszcze męża, Maudie — powiedziała bez namysłu. — Nie bierz tego za przyganę — dodała szybko. — Mówię tak, bo wiem, jak bardzo cierpisz. Nie gniewaj się.
Maudie nie wyglądała na urażoną; raczej jak ktoś, kto odruchowo się broni. Po chwili jednak jej twarz złagodniała.
— Nie gniewam się — powiedziała cicho. — Ty wiesz, jak to jest.
Mary dostrzegła, że Maudie próbuje zataić nawet przed sobą fakt, iż nie potrafi całkiem odrzucić tej możliwości.
— Nie żebym sądziła, że tak się stanie — dodała niepewnie. — W końcu ty nie wyszłaś ponownie za mąż.
Tym razem to Mary poczuła się przyparta do muru.
— Minęły zaledwie dwa lata, właściwie mniej — powiedziała chłodno.
— Och, to nie tylko kwestia czasu — odparła Maudie, czując, że popełniła jakiś nietakt, choć nie potrafiła do końca określić, na czym on polega. — Chodzi raczej o to, jakim się jest człowiekiem. Tak bardzo cię podziwiam! Sama chciałabym mieć w sobie tyle siły, by być taka jak ty. Wydaje mi się, że przy ponownym zamążpójściu najważniejsze jest to, jaki ma ono wpływ na nas same — nie sądzisz? Nie wierzę, by miało to naprawdę znaczenie dla… dla tych, którzy odeszli. A ty? Jestem pewna, że Michael życzyłby mi ponownego małżeństwa, gdyby tylko mógł wyrazić swoją wolę. Zresztą mówi się, że to swego rodzaju komplement dla mężczyzny, gdy wdowa po nim wychodzi ponownie za mąż — słyszałaś kiedyś takie powiedzenie?
— Słyszałam — odparła Mary sucho. — Ale nie przywiązywałabym do tego większej wagi. Umarłym raczej nie zależy na komplementach.
A więc Maudie już myślała o ponownym zamążpójściu? W Mary pojawiło się najpierw mgliste ukłucie zazdrości, które na chwilę stłumiło irytację — ta jednak wkrótce powróciła ze zdwojoną siłą. Jak łatwo uznano za oczywiste, że ona sama nie wyjdzie już za mąż. Ta dziewczyna uważa mnie za zbyt starą, pomyślała Mary. I miała rację — przynajmniej tak powinna myśleć.
Przypomniała sobie, jak jeszcze dwa lata temu mówiono o niej, że „ma” dzieci — jakby to samo w sobie przesądzało sprawę. Sens był jasny: ponowne zamążpójście wydawało się mało prawdopodobne, wręcz nie do pomyślenia.
Powróciły też inne zasłyszane opinie. Ileż razy podkreślano wyjątkowość jej małżeństwa z Richardem — ich niezwykłą zgodność i harmonię, niepowtarzalną więź, która ich łączyła. Wtedy łaknęła takich zapewnień. Teraz jednak, w tej małej kawiarni, ich blask zamigotał i zgasł.
Czyżby w istocie chodziło o to, że gdyby Richard nie pojawił się w jej życiu właśnie wtedy, nikt inny nie zwróciłby na nią uwagi?
A Maudie… Skoro już teraz była tak pociągająca, choć wciąż zapewne nie w pełni otrząsnęła się po tym, co przeżyła, jaka stanie się za rok, gdy — jak się mówi — wyjdzie z żałoby? Miała w sobie tyle świeżości i — tak, niewinności; patrząc na nią, trudno było znaleźć trafniejsze słowo. W końcu była żoną zaledwie od roku. Rok! Czy można to w ogóle nazwać prawdziwym małżeństwem?
A jednak Maudie nie była tak naiwna, jak mogłoby się wydawać — coś o mężczyznach wiedziała. W jej oczach pojawił się osobliwy błysk. Gdy Mary go dostrzegła, natychmiast przypomniała sobie, że nie są w kawiarni same. Z niepokojem zaczęła się zastanawiać, ile z ich rozmowy dotarło do mężczyzny siedzącego po drugiej stronie stołu — i ile jeszcze może dotrzeć.
— Och, Mary — wykrzyknęła, pochylając się ku niej — nie chodzi o to, co oni nam dają. Z młodzieńczych pragnień już wyrosłam. Chodzi o to, co my możemy im ofiarować! To jest coś… — przycisnęła dłonie do piersi — coś tutaj!
— Maudie! — syknęła Mary ostro, z wyraźnym niepokojem, próbując skłonić ją do ściszenia głosu. Szybkim, znaczącym ruchem głowy dała jej w końcu do zrozumienia, że powinna zachować większą ostrożność. — Jeszcze powiesz coś niepotrzebnego — dodała półgłosem.
— Och, bez obaw — odparła Maudie. — Przez cały czas byłam tego świadoma.
Nie ściszyła głosu tak bardzo jak Mary, lecz mówiła już ciszej. — Wiedziałam, że tu jest. To on właśnie podsunął mi tę myśl — o tym, co możemy ofiarować. — Znów przycisnęła dłonie do piersi. — Wygląda na bardzo samotnego, nie uważasz? To cudzoziemiec, prawda? Zawsze jest mi ich żal — mają tu niewielu przyjaciół, a nawet gdy kogoś poznają, wciąż pozostaje jakaś bariera. Nie sądzisz?
Mary była jednak zbyt skrępowana, by pozwolić jej mówić dalej. Niemal rozpaczliwie postanowiła zmienić temat.
— Co zamówisz, Maudie? — zapytała głośniej, niż było to konieczne. — Kawę? Herbatę? Czy naprawdę nie ma tu nikogo, kto przyjąłby zamówienie?
Natychmiast poczuła się głupio. Do kogo właściwie mówiła? Spojrzała w stronę Johanna Stielhera. Jakby czekał na jej spojrzenie, jego łagodne, cierpliwe oczy napotkały jej wzrok.
— Nikogo tam nie ma — powiedział, kiwając głową w stronę palnika gazowego za kotarą — ale można obsłużyć się samemu. Może chciałyby panie, żebym ja…
— Och, w żadnym wypadku! — zawołała Mary. — Proszę nie robić sobie kłopotu. Nigdzie nam się nie spieszy. Naprawdę, nie ma potrzeby — dodała.
Od razu zauważyła, że jest cudzoziemcem i że znalazł się w niezręcznej sytuacji, niepewny, czy nie popełnił jakiegoś faux pas.
— Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem? — zapytał, a jego twarz wyrażała smutek.
— Ależ skąd! — odpowiedziała Mary. A ponieważ był tak śmiertelnie poważny, nie mogła powstrzymać śmiechu.
Śmiech okazał się jednak kolejnym nietaktem. Na jego twarzy pojawiła się rozpacz — ten charakterystyczny wyraz zagubienia, który zwykle ogarnia cudzoziemca przy najmniejszym nieporozumieniu, jakby nagle wszystko stało się dla niego niejasne i obce.
— Proszę sobie nie przerywać pracy — wyszeptała niepewnie, dając mu do zrozumienia, że nie chce mu przeszkadzać w szkicowaniu.
— Ach, zna pani moją twórczość? — zapytał, wyraźnie ożywiony, z drobnym, lecz ujmującym akcentem próżności. — Spotkaliśmy się już kiedyś? Tak?
— Och, nie, nie spotkaliśmy się — odpowiedziała szybko. Jednak po tych słowach trudno było udawać, że jest dla niej całkowicie obcym człowiekiem. Odwróciła wzrok, by sprawdzić, jak Maudie zareaguje na całą sytuację. Wtedy poczuła nagły przypływ irytacji wobec niej; mogłaby ją niemal spoliczkować. Bo oto siedziała tam, zdystansowana, z twarzą częściowo odwróconą od nich.
Maudie czekała, by ją przedstawić — przedstawić! Jakby Mary nie potrzebowała żadnych wstępów! Jakby to było w porządku, że ona, Mary, może rozpocząć rozmowę z obcym mężczyzną w kawiarni bez ceremonii, bo kobieta w jej wieku może sobie na to pozwolić, ale młodsza już nie. A jednak na częściowo odwróconej twarzy Maudie Mary dostrzegła błysk zainteresowania. Mogła wcale nie wciągać jej do rozmowy, ale musiała wziąć pod uwagę młodego mężczyznę. Chciała tego, czy nie, musiała ich ze sobą skonfrontować.
— Maudie, to jest… — zaczęła, odwracając się i uśmiechając do Stielhera. — To jest… — zmieszała się i postanowiła zrezygnować z przedstawiania. Zamiast tego zadała proste pytanie: — Pan namalował te obrazy przedstawiające kwiaty, prawda?
To w zupełności wystarczyło Maudie — można by powiedzieć, że było tego nawet aż nadto. Odwróciła się w stronę młodego mężczyzny, wyraźnie zachwycona, z lekko rozchylonymi ustami i oczami lśniącymi z podziwu. Boże, jak ona była piękna!
— Och, nie, naprawdę? — zawołała. — Jakie wspaniałe!
Tymczasem Johann Stielher patrzył na Mary.
— Jest pani pewna, że nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy?
— Och, nie, ale przed chwilą bazgrał pan swój podpis na tej gazecie — odpowiedziała, próbując mu pokazać, lecz gazeta spadła na podłogę.
— Ach, tak — powiedział. Nie była tego całkiem pewna, ale odniosła wrażenie, że był nieco zawiedziony. — Ach, tak, widziała pani mój podpis — dodał obojętnie, z wyrazem przygnębienia na twarzy.
Mary poczuła bezradność. Odwróciła się do Maudie. Teraz to ona powinna coś powiedzieć.
W tym momencie znów zabrzmiał dzwonek, a do środka wszedł jeden z właścicieli, zupełnie swobodnie, jakby był zwykłym klientem.
— Ach, świetnie! — zawołał Stielher. — Kawa! — po czym zwrócił się do Mary. — Kawa dla pani?
— Och, tak, kawa dla nas — odpowiedziała Mary, choć nie mogła oprzeć się myśli, kto za nią zapłaci, a przy okazji nie mogła nie zauważyć nieco sfatygowanej marynarki mężczyzny. Cóż — zobaczymy. Zignorowała talerz z ciastkami postawiony przy kawie, mając nadzieję, że Maudie zrobi to samo. Odsunęła go nieco na bok, dając jej subtelny sygnał, ale Maudie nachyliła się i sięgnęła po dużą drożdżówkę z nadzieniem kremowym.
— Czy mogę zapytać o pańskie obrazy? — odezwała się Mary.
Jednak Maudie przerwała jej:
— Mieszka pan w Irlandii? Czy jest pan tu tylko z wizytą?
Bliskość ma różne odcienie, a Mary poczuła niepokój, obawiając się, że bezpośredniość Maudie mogła urazić młodego mężczyznę.
— Uczę niemieckiego w tutejszym college’u — odpowiedział Stielher. Wydawał się nieco zaskoczony, ale Mary natychmiast zauważyła, że wcale mu to nie przeszkadza. Wyglądał, jakby coraz swobodniej czuł się w rozmowie. — Dobrze jest choć na chwilę wyjechać do innego kraju — dodał. — A tutaj jest tanio. Mam mieszkanie na sąsiedniej ulicy, całkowicie odizolowane. Jeśli powieszę się na suficie, nikt się nie dowie, nikogo to nie obchodzi. To dobry sposób na życie, kiedy się maluje.
Mary chciała kontynuować rozmowę.
— Naprawdę tak pan uważa?
Maudie nie czekała na odpowiedź.
— Jakie to dziwne — powiedziała krótko, po czym spojrzała na zegarek. — Muszę już iść — dodała, choć powód był zupełnie niejasny.
Natychmiast myśli Mary wróciły do drobnej, choć pilnej sprawy: kto zapłaci za kawę — tę niedopitą! Choć była to błahostka, nagle poczuła w sobie odwagę i zdecydowanie. Podniosła głos, by jego dźwięk przedarł się przez szum bulgocącej kawy:
— Poproszę rachunek!
Johann Stielher nie wykonał żadnego ruchu, by poprosić o rachunek, a mimo to zapinał marynarkę i składał gazetę, jakby również szykował się do wyjścia. Mary zastanawiała się, czy jego kawa zostanie doliczona do jej rachunku.
Wszystko wyjaśniło się w mgnieniu oka. Rachunek obejmował dwie kawy po osiem pensów i jedną drożdżówkę — kawa Stielhera była gratis.
Gdy wstawały, w rękawiczkach i gotowe do wyjścia, młody mężczyzna również powstał i ukłonił się.
— Może pójdziemy tą samą drogą? — zapytał, wyraźnie chcąc okazać uprzejmość.
— Och, w żadnym wypadku — odpowiedziały Mary i Maudie niemal jednym głosem, a Maudie roześmiała się przy tym otwarcie.
Całe zdarzenie miało w sobie coś subtelnie groteskowego, co sprawiało, że sytuacja wydawała się jednocześnie śmieszna i błaha. Stielher usiadł z powrotem. Czy były zbyt szorstkie? Czy uraziły jego uczucia? Och, gdyby tylko nie był cudzoziemcem — pomyślała Mary, zamierając na chwilę. Tymczasem Maudie trzymała już rękę na klamce.
— Mam nadzieję, że kiedyś zobaczę więcej pańskich prac — powiedziała Mary. Nie było to pytanie, lecz życzliwy komplement.
Stielher jednak nagle wstał.
— Dziś wieczorem, po zajęciach, przyniosę kolejny obraz do powieszenia tutaj — oznajmił. — Chciałaby pani go zobaczyć? Będę tutaj — wyciągnął staroświecki kieszonkowy zegarek — dziesięć minut po dziewiątej.
— Och, nie dzisiaj — odpowiedziała Mary. — Nie mogę wrócić wieczorem, mieszkam na wsi, proszę pana — tłumaczyła się. — Może innym razem? Jak długo obraz tu pozostanie?
Właściwie już nie słuchała dalszych słów malarza. Jej myśli błądziły: nie zapytał, czy Maudie ma ochotę przyjść. Może uznał, że to ona będzie bardziej zainteresowana zakupem, choć bardziej prawdopodobne wydawało się, że to Maudie się zdecyduje. Być może po prostu połączył je w parę, zakładając, że jeśli jedna się pojawi, druga też przyjdzie. A może tak naprawdę to Maudie chciałby zobaczyć ponownie, a Mary traktował jak opiekunkę? Kto to wie.
Pożegnały się, a chwilę później zabrzmiał dzwonek nad drzwiami i znalazły się na ulicy. Spojrzały na siebie.
— Cóż, jeśli kiedykolwiek… — zaczęła Maudie, ale nie zdążyła dokończyć zdania.
Dzwoneczek zadzwonił ponownie, a za nimi wyszedł malarz.
— Zapomniałem podać adres mojego mieszkania — powiedział. — To także moja pracownia. Z przyjemnością pokażę swoje obrazy.
Wyciągnął notes, wyrwał kartkę i zanotował adres.
Kiedy chciał wręczyć kartkę, Maudie chwyciła ją jako pierwsza.
— Prawie zawsze tam jestem, chyba że mam zajęcia — dodał, kłaniając się, po czym wrócił do kawiarni.
Nie odważyły się roześmiać, dopóki nie oddaliły się nieco — właściwie dopiero wtedy, gdy skręciły w następną ulicę.
— No, nie wierzę! — zawołała Maudie, podając Mary kartkę.
— Chatham Street — przeczytała Mary. — Numer 8.
— Pójdziesz tam? — zapytała Maudie.
Mary poczuła się urażona.
— Za kogo mnie masz? — odpowiedziała. — Może nie jestem zbyt konwencjonalna, ale chyba nie wyobrażasz sobie, że pójdę do niego do mieszkania. A ty byś poszła?
— Och, w moim przypadku to co innego — odpowiedziała Maudie tajemniczo. — Poza tym to ciebie zaprosił. Ale rozumiem, o co ci chodzi… Biedny człowiek, musi być naprawdę bardzo samotny. Chciałabym, żebyśmy mogły mu pomóc — może kogoś mu przedstawić.
Mary spojrzała na nią zaskoczona. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że mógłby czuć się samotny. Jak to możliwe, że tak oczywiste rzeczy umknęły jej uwadze?
Dotarły już do Grafton Street.
— Cóż, muszę jeszcze zrobić zakupy. Przypuszczam, że ty też — powiedziała Maudie. — Cieszę się, że miałyśmy okazję porozmawiać. Mam nadzieję, że wkrótce znowu się spotkamy.
— Och, tak — odpowiedziała Mary zbyt entuzjastycznie, jakby reagując na pożegnanie, a nie na sugestię spotkania. Nagle poczuła silną potrzebę, by jak najszybciej pozbyć się Maudie.
A jednak, gdy patrzyła, jak Maudie znika w tłumie, pewnie i zwinnie mijając przechodniów, Mary ogarnęła nagła, przytłaczająca pustka, jakby sparaliżowała ją samotność. Szła powoli, zatrzymując się co chwilę, by przyjrzeć się wystawom sklepów. Była to pora, gdy ludzie spieszyli do swoich domów, z głowami pełnymi celów i planów. Nawet ci, którzy na chwilę zatrzymywali się przy witrynach, robili to z wyraźnym zamiarem, rzucając szybkie, przenikliwe spojrzenia, niczym ptaki w locie. Podczas gdy oni koncentrowali się na rzeczach namacalnych, jej myśli wciąż krążyły wokół kawiarni, dziwnych obrazów kwiatów na ścianach i młodego mężczyzny, który wydawał się tak wrażliwy na swoim punkcie.
Typowe dla Maudie, że się z niego śmiała. Cóż ona mogła wiedzieć o umyśle artysty? Gdyby tylko jej tam nie było, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Mary mogłaby porozmawiać z nim, zachęcając go, by wyjaśnił, czym obrazy na ścianach różnią się od precyzyjnych szkiców na marginesach gazet. Mogłaby nawet przyjąć zaproszenie, by zobaczyć jego prace. Dlaczego wydawało się to takie niekonwencjonalne, takie śmieszne? Z powodu Maudie — właśnie dlatego!
Spojrzała na zegar wiszący nad jej głową. A co, jeśli wróci teraz do kawiarni i powie, że znajdzie chwilę, by zajrzeć do jego pracowni? A jeśli już wyszedł? Może rozsądniej byłoby pójść tam od razu? Z pewnością jest już w domu.
Przez chwilę stała, niepewna, czy zawrócić. Czy nie uzna tego za dziwne? Czy nie będzie zaskoczony? Lecz jakby to Maudie stawiała jej te pytania, Mary zmarszczyła brwi, odpędzając wątpliwości. W jednej chwili, równie zdecydowana jak przechodnie mijający ją na ulicy, odwróciła się i niemal biegiem ruszyła w stronę Chatham Street.
Na skrzyżowaniu dwóch wąskich uliczek musiała się zatrzymać, gdyż zaprzęg koni z browaru Guinnessa, z trudem manewrując na ciasnym zakręcie, zablokował jej drogę. Czekając niecierpliwie, dostrzegła swoje odbicie w złoconym lustrze nad wejściem do pubu. Przez chwilę znajomy widok wywołał w niej wątpliwości co do słuszności jej zamiaru, lecz gdy konie wreszcie przejechały, przekonała się, że jej niepozorna, przysadzista sylwetka — całkowicie pozbawiona romantyzmu — była najlepszym dowodem wewnętrznej prawości. Oderwała wzrok od lustra i szybko ruszyła na drugą stronę ulicy.
Pomiędzy dwoma sklepami, w wąskim zaułku, zadaszonym przez drugie piętro budynku, który przypominał tunel, znajdowały się drzwi Stielhera. Z ulicy można je było dostrzec na końcu przejścia, lśniące jaskrawą żółcią. Dziwne, że nigdy wcześniej ich nie widziała, choć często tędy przechodziła.
Przeszła przez ulicę i wbiegła w ciasny przesmyk; stukot jej kroków odbijał się echem, wyraźnie rezonując w uszach. Na klapce skrzynki na listy przymocowano biały kartonik z jego nazwiskiem. Ujęła kołatkę i zapukała trzy razy — mocno, zdecydowanie.
Zaułek był właściwie ślepą uliczką: za jej plecami rozciągała się ulica, a przed nią stały tylko drzwi, nic więcej. Nie było tu żadnego świetlika ani nawet najmniejszej szczeliny, przez którą mogłaby dostrzec cokolwiek. O tym, co kryło się za drzwiami — jak duże były pomieszczenia, jaki miały układ — nie sposób było nic powiedzieć, dopóki się ich nie otworzyło.
Nagle, bez wyraźnej przyczyny, zachichotała. Przypomniały jej się tajemnicze drzwiczki w pniach drzew z dziecięcych baśni, które niegdyś tak ją fascynowały. Czy te drzwi, jak tamte z opowieści, prowadziły do przestronnych komnat, czy raczej skrywały ciasne, duszne wnętrze?
Rozmyślając nad tym dalej, zauważyła, że — jak w baśni — jednak istniał otwór. Skrzynka na listy nie miała klapki; czerniała pustką wyciętą w drewnie. Powodowana nagłym impulsem, przyklękła i zajrzała do środka przez wąską szczelinę.
Na początku dostrzegała jedynie zarysy, ale poruszając lekko głową, zaczęła rozpoznawać przedmioty: niedokończony obraz oparty o zachlapaną białą boazerię, pompkę rowerową leżącą na podłodze, nogę stołu, czarne żelazne nogi łóżka, metalową podstawę umywalki, a także — ku swemu rozbawieniu — parę długich, szarych, wełnianych skarpet zwisających z oparcia krzesła, z których kapała woda, tworząc małą kałużę na podłodze.
Widać było tylko dolną część pomieszczenia, ale to wystarczyło, by upewnić się, że to naprawdę niewielki pokój w drzewie — nie większy niż sam pień, zamknięty w sobie, prowadzący donikąd, a zarazem pełniący swoją specyficzną rolę.
W ścianie pokrytej boazerią widniały drzwi sięgające podłogi. Zrobione były z grubych, niedbale połączonych desek. Były tak wąskie, że na pierwszy rzut oka przypominały wejście do schowka. Gdy podniosła wzrok, dostrzegła coś jeszcze — delikatny łuk cienkich, splątanych szprych. Dopiero po chwili zorientowała się, że to koło od roweru.
Rower znalazł swoje miejsce w tym maleńkim pokoiku wydrążonym w pniu drzewa! Ach, biedny młody człowiek, biedny malarz — biedny cudzoziemiec, który nie potrafił znaleźć porządnego mieszkania w obcym mieście. Ogarnęło ją nagłe współczucie.
W tej samej chwili drzwi, zrobione z desek — a więc to jednak nie był schowek — uchyliły się do środka, ukazując parę stóp. Były duże, wsunięte w rozsznurowane buty, a nad nimi bielały nagie kostki. Przez myśl przemknęło jej, że jego skarpety się suszą! Ta nagła jasność umysłu ulotniła się niemal natychmiast. Zerwała się na równe nogi.
– Kto tam? – zapytał głos. – Ktoś pukał?
To był głos mężczyzny z kawiarni. Lecz jak mogła wydobyć z siebie choćby jedno słowo? Kim była dla tego nieznajomego? A jeśli on otworzy drzwi, co wtedy? Wszystkie myśli i słowa, które jak wiatr pchały ją przez wąski tunel, nagle ucichły. Stanęła oszołomiona w miejscu, do którego ją zaprowadziły.
– Kto tam? – powtórzył głos, wyraźnie zaniepokojony.
Patrząc na blade stopy wsunięte w niezasznurowane buty, poczuła, że zemdlałaby, gdyby choć drgnęły. Odwróciła się.
Przed nią, skąpana w ostrym, jasnym świetle, rozciągała się ulica, jakby widziana przez lunetę. Nie zwracając uwagi na echo własnych kroków, które niosły się jak w pustej rurze, biegła bez wytchnienia, aż wypadła na ulicę, potrącając zaskoczonych przechodniów i obijając kostki o wystające śruby wózków. Dopiero na rogu zatrzymała się i spojrzała w lustro nad wejściem do pubu. Uspokoiła się na widok swojej twarzy. Jakże absurdalne było przypuszczenie, że ktoś mógłby śledzić tak zwyczajną, niemłodą kobietę.
Czy był w pokoju, kiedy pukała? A gdyby otworzył drzwi? Co wtedy? Co by powiedziała? Rumieniec oblał jej policzki. W rzeczywistości jedyne słowa, które mogłaby wypowiedzieć, to te, które Maudie podsunęła jej w kawiarni, a które głęboko zapadły jej w pamięć: „Jestem samotna”. Nic więcej. „Jestem samotna. A ty?”
Na myśl o tym wyznaniu ogarnął ją palący wstyd. Przyspieszyła kroku, ruszając w stronę Grafton Street. Gdyby ktoś dostrzegł ją w tej mrocznej uliczce! Gdyby ktoś przeniknął jej myśli i zajrzał w głąb serca!
A przecież — czy naprawdę było to aż tak sprzeczne z naturą? Tak niewybaczalne?
Przechodząc obok uchylonych drzwi kościoła karmelitów, na chwilę się zatrzymała. Czy w ciszy i półmroku konfesjonału udałoby się jej zrzucić ciężar wstydu? Dla sędziwych ojców, którzy słyszeli już niejedno wyznanie grzechu, jej opowieść mogła wydawać się niczym — przydługą historią przesadnej skrupulatności. Czy naprawdę nie było ani jednego człowieka, który potrafiłby ją zrozumieć?
Znów znalazła się na Grafton Street i wtopiła w tłum. Zaledwie kilka minut wcześniej ją opuściła, a światło zaczynało już przygasać. Jedynie pośpiech przechodniów i szum pojazdów podtrzymywały złudzenie, że dzień trwa nadal. U wylotu ulicy, w stronę Stephen’s Green, dokąd zmierzała, wierzchołki drzew wciąż wyraźnie rysowały się na tle nieba — każda gałąź zanurzała się w ostatnich smugach światła — lecz mgła miękko zatarła kontury krzewów. Gdyby wsunęła rękę między chłodne pręty ogrodzenia, z lekkim dreszczem poczułaby pod palcami drobne gałązki, cienkie jak kosteczki, ukryte pod pierzem mgły. To właśnie tutaj spotykała się kiedyś z Richardem.
— Och, Richardzie… — wyrwało jej się niemal na głos, gdy szła wzdłuż ogrodzenia ku miejscu, gdzie stał zaparkowany samochód. — To ciebie pragnę.
Jej wyobraźnia natychmiast odtworzyła go przed nią, dokładnie tak, jak go pamiętała: wysokiego, przystojnego, z tym osobliwym wdziękiem, który wyróżniał go z tłumu. Trzymał kapelusz w dłoni, swobodnie opuszczonej wzdłuż ciała, jakby przesuwał nim wodę z burty łodzi w letni dzień. Chciała zachować ten obraz w pamięci na zawsze, a dopiero wtedy uświadomiła sobie, że wcale nie musi się spieszyć. Miała cały czas świata, by go oglądać, patrzeć i patrzeć bez końca.
Tak właśnie przychodził, by się z nią spotkać — spokojnie, powoli przesuwając stary filcowy kapelusz, zadowolony, że dzień dobiega końca. A ona czerpała prawdziwą radość z widoku jego niewzruszonej twarzy, na której szczęście rysowało się w każdym drobnym szczególe. Po raz pierwszy od dwóch lat, odkąd odszedł, znów go ujrzała — znów zobaczyła jego twarz.
Dopiero gdy wyjęła kluczyki i stanęła przy drzwiach od strony kierowcy — a nie, jak zwykle, przy siedzeniu pasażera — zdała sobie sprawę, co tak naprawdę osiągnęła. Odzyskała jedynie to, co jej się należało; nic ponadto. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Lecz to, jak jej się to udało — w tej małej kawiarni — było wręcz zdumiewające.
Mary Lavin
CZYTAJ TEŻ