MAJTKI 

Oddaję swoje majtki dla biednych. Może to nietaktowne, ale zawsze była wojna, nigdy zaś pokój. Zawsze był kryzys a menele śmierdziały kwasem, więc a nuż moje wyprane gatki, jeszcze całe, ktoś weźmie i nie będzie go przeszywał dreszcz odrazy do autora. Rozumiem, jak może tę moją majtkową aberrację odczuwać czytelnik, czyli potencjalny spadkobierca moich majtek, ale niech spróbuje w niej znaleźć jednak jakąś wartość. Bo wiem, co to marznąć bez majtek i w ogóle żyć bez majtek, zwłaszcza w klimacie środkowoeuropejskim, gdzie zima czasem doskwiera, bo w gorącej Grecji to się ich nie używa. Oczywiście mam na myśli przede wszystkim majtki filozoficzne, zwłaszcza filozoficzne. Bo chociaż one z tkaniny, to jednak w tej sytuacji są one filozoficzne, gdyż według mnie kryją w sobie wielką mądrość prowokacji, bo innych majtek bym nie dał. Taką mam przynajmniej naiwną nadzieję. Byłoby to mauvais genre – w złym guście i zalatywało jakąś małostkowością. A prowokacja jakby nie patrzeć, zawsze była częścią naszej kultury. 

A co to za majtki w istocie? 

Śnieżnobiałe, w niebieskie wzorki, o ile to może być istotą majtek, przypominające rozpędzone gwiazdy. Całkiem dobrze się w nich chodziło. Gumki nie za mocno upinały, wygodnie leżały, nie wciskając się nachalnie w tyłek, jak stringi. A filozoficzne dlatego, bo po pierwsze, zawsze chce mi się w nich filozofować. A po drugie, gdy się coś daje, to się buduje, jak wyśpiewywał niemal włoski surrealista Alberto Savinio. Takie założenia miała starożytna filozofia grecka. Dawać to budować kosmos, nie to co dzisiaj, tylko się bierze, w każdym wymiarze. 

Ja, mały filozof, minimalista i kpiarz, który powinien wszystkie szkoły powtórzyć, by ten świat zrozumieć, rzucam tymi moimi majtkami światu w twarz, by kosmos swój mały nadal budować. A co, a niech lecą…. 

 

KURTKA 

Oddaj kurtkę! – wrzeszczy pustynia, ale nie ta piaszczysta czy kamienna, lecz ta ludzka, w stanie wojny. Jej długa, wyciągnięta, żebracza ręka dotyka mnie dwubiegunowo, budząc współczucie i nienawiść. Rozrywane na strzępy ludzkie ciała są czerwonym pismem, pisanym żywą krwią, skierowanym do mnie, w którym się z ironią i cynizmem donosi o braku szacunku do zwyczajnej ludzkiej egzystencji. Spojrzałem na pierwszą stronę Koranu. Tyle tam o miłosierdziu stoi, że nie będę komentował ani politycznych, ani religijnych zależności, bo to jedno w drugim tonie. I jeszcze mnie ktoś w powietrze wysadzi. 

A oto moja kurtka z brązowej skóry, dosyć podniszczona, z prawej strony okna, kołysze się w rytm pędzącego pociągu. Czy naprawdę chodzi tu o oddanie kurtki i innych artykułów, by duch Caritasu nie zaginął? Tyle ma kieszeni, co bardzo lubię, nie przetarta jeszcze całkiem na wylot, po jakimś Niemcu, rodzinka mi ją właśnie z Niemczarni przysłała. Patrzy na nią tyle oczu, zresztą nie wiem, bo moje się już zamykają, kleją się. Przesrane, świat jest wyciągniętą ręką, cały czas ta wyciągnięta ręka wymachuje w powietrzu. Słyszę zbliżającą się rękę konduktora. Wszystko jest wyciągniętą ręką. 

V.2008 

 

WYSTRZAŁ POKRZYWY 

Stojąc w kuchni, usłyszałem dolatujące z pokoju słowa radiowego spikera, że mianowicie nie wystrzał z armaty jest tu ważny, tylko opis wystrzału. Dotyczyło to muzyki jakiegoś klasycznego kompozytora, którego nazwiska nie dosłyszałem, bo jakby utopiło się w gotowanym przeze mnie rosole. 

Ale mnie zaraz ta myśl przełożyła się na wszystko, co znam, na wszystko, co widziałem, a także na życie mojego prowincjonalnego miasteczka, które jest jak właśnie taki wystrzał z armaty, może chybiony, może te kule szmaciane, ale potężny i głośny to wystrzał jednak, jakby sam Gargantua pierdnął sobie pod lasem – ot pełnia życia na prowincji. Tyle że, właśnie, strzelać każdy może. Korkiem od szampana też można sobie strzelić. A w dodatku jakby to wszystko działo się w zapuszczonym ogródku pod rządami rozpanoszonej pokrzywy. Wszelkie inne zielska, i te biedne przestraszone kwiatki niczym kwiatoludy, gromadzą się pod jej rozłożystym baldachimem władzy. 

No właśnie. Pokrzywa. Niech zostanie. Czemu nie? Opis pokrzywy, jej jadu. Ale może sama pokrzywa jest już takim właśnie wystrzałem ukrytej armaty prowincji,  porastającym niemalże każde podwórko?, a w rezultacie tym konkretnym opisem wystrzału, tak jakby słowo ciałem się stało. Ten zielono-puszysty pocisk rozpalający do czerwoności skórę trafionej ofiary, niczym urzędnik petenta rozczapierzonymi kolcami restrykcji. 

Cóż więcej trzeba? Wystarczy spojrzeć do słownika, sam krzyk wokół wyrazu „pokrzywa” roznosi się:  pokrzyczeć, pokrzywdzić, pokrzywić, pokrzyżować, pokuć, pokurczyć, etc. Czyżby pokrzywa była znakiem władzy? Wiadomym jest, że dobrze wpływa na reumatyzm i krążenie. 

Wiem, są fajerwerki bardziej ponętne i efektowne, jeśli chodzi o opis wystrzału. Można zaprząc do tego wszystkie konie mass mediów i tej całej lanserki,  ale ja wybrałem pokrzywę, pokrzywuchę, niczym jakąś złą staruchę, jej ciche knucie, spychające na inne tory myślenia, gdzieś bardziej w głąb? Ta poplątana urtica, już w samej nazwie pobrzmiewa jak czujny, leżący spokój armatniego pocisku, którego wiosny nigdy nie pojmiemy. 

 

SŁÓWKA 

Jeśli się nie jest pewnym niczego, nawet niepewności jak Borges, to słówka same jak łódki płyną, ot tak, swobodnie. A każde z nich jak konstytucja jakiegoś kraju, coś waży. Bo to słówka bardzo prawdziwe, ze swoim żaglem i sterem, ponieważ jedyne, jakie istnieją, ze swą ilością liter i charakterem niczym załoga statku. Słówko w tę, słówko w tamtą stronę i już gdzieś, w jakimś punkcie rzeczywistości spotykają się, by jak kondensatory wytworzyć temperaturę. I szum, bulgot, syk, a potem westchnienia katalityczne roznoszą się po sąsiedztwie. A „sąsiedztwo” to też ważne słówko, nie mniej niż jego materialny odnośnik. Ignorowałem je długo, a teraz porusza moją ręką jak nauczycielka ręką pierwszoklasisty. Ach co za gryzmoły, wstyd, wstyd. I ten zbyt silny jej uścisk. Niech uwolni mnie zmajstrowany przez inne słówka jakiś dzwonek, najlepiej współczucia. I jest, jest ten dzwonek, bowiem spadła mi zatyczka od pióra na ziemię i brzdęknęła. I oddaliła całą tę sprawę w odległe orbity innego słówka „perspektywa”. Mogłem odpocząć z chmurami nad głową, które właśnie przebijało słońce. Lecz by poczuć się lepiej we własnym towarzystwie, trzeba mi było jakiejś codzienności rozebranej ze słówek, którą można wziąć w rękę i pomacać sobie. Spojrzałem więc na osusznik obładowany praniem, który przypominał ekscentryczny samolot. Leciał z tą kolorową hałdą ciuchów nie wiem dokąd, ale co zdążyłem pomacać explicite, to zdążyłem. Szczekanie psa w oddali przekonywało mnie o prawdzie dotąd mi nieznanej, choć pies to pies i dróżka do niego wydeptana jest z ziemi, a miska z plastiku jest bądź z blachy, a kość to kość z kości, więc wszystko to potrzebowało budy jako tej cichej klamry implicite. Silnik pracował. Ponieważ ludzie się brudzą, silnik pracował. Zawsze w obrotach słówek można było coś zakończyć lub rozpocząć. Ja osobiście wolę rozpoczynać, bo słowo „początek” wyrzuca mnie na pełne morze i mówi radź sobie sam. A Grecy znowu mówią: początek jest połową rzeczy. No i stylów tu pełno w tych słówkach. Można pływać jak się chce. 

 

KURY I KOT 

Podchodzą mi kury pod gardło, biedne, wytarzane w tym jajoskowycie jak psy, a ja nie mam im nic do powiedzenia, nic zabawnego i sensownego, nic, co by ulżyło ich losowi, same wyszczerbione noże moich dowcipów. To wstyd jak na XXI wiek. I ten jego wszelki postęp w różnych dziedzinach, a zwłaszcza w dziedzinie informacji. Mówię takiej pierzastej „O, zobacz słońce takie jak twoje jajko”. A ta odpowiada z kurzą pogardą „E, niezupełnie ty kokomanie. Moje są bardziej owalne, śmu, śmu, śmu”. I z tą niedocenioną przeze mnie kurzą inteligencją odchodzi ze swą gromadką, kołysząc się jak pokonane wojska Napoleona, którym wtedy pod Moskwą brakło piór w skrzydłach. Tylko że ona ma to gdzieś, po prostu człapie sobie gdzieś. 

Zostałem sam, z kotem, któremu zaglądam w oczy, by sprawdzić która godzina, jak to robił pewien Chińczyk w opowiadaniu Baudelaire. Tylko że ja mam akurat innego kota i inne czasy. Medytuję więc jak przejść ponad kotem i ponad nowymi przepisami prawa, które co chwilę wchodzą w życie. Jak kot chciałbym ich nie dotykać. Wiem, że to mrzonka, ale bez mrzonek byłbym jak kura bez jajka. I w ogóle nie doceniłbym tej „głupiej” gazety, leżącej mi teraz na kolanach, w której oprócz różnych skandali pełno lasek uśmiecha się do mnie, by mi wytknąć mój los. Ach nastolatko, nie wiem ile masz lat, ale wiem że jesteś nastolatką i przewracasz teraz do góry nogami ten głupi świat 

O ty, który nie chcesz być ośmieszony, teraz właśnie w tym momencie ośmieszasz się. 

 

slangiem myślu myślu piszu piszu malu malu 

(Wytrych – Halo Rybnik!, 11.01.2023) 

Było dzisiaj zajebiście, trochę kumpli i kumpelek. Każdy coś wyrzucił z siebie, ale nie wszystko. Kto mógł, to walił wierszem, a kto nie mógł, to zagryzał ciastkiem i siorpał po cichu kawę. Myślu myślu, że piszu piszu, a potem malu malu – powiedziałem. Ale akurat jeden młody pozwolił się (jak to na Śląsku) zasypać czarnym górotworem jakiejś ideologii i stracił wyrazistość wymowy. Ja znowu myślu myślu, że piszu piszu. Zjechaliśmy na problem gwary śląskiej, że nie każdy chce pisać po śląsku, bo mu się po prostu stalówka w piórze wygina. A to nie gwara tylko język, jak niektórzy twierdzą. Inni nie mają problemów i godają piórem, że idą kaj chcą. Tadek Brodak zajechał palcem na Walię, że tam też swój Śląsk walijski mają. A Angole-gorole z tych Walijczyków się ciągle nabijają. Ja tam nie jestem jakiś nacjonalista i znowu myślu myślu, że piszu piszu. A Marek Grechuczko fandzoli, że ja zapomniałem malu malu. Alicjanna wyrzuciła z siebie wiersze o smutnej miłości, że aż wszyscy zrobili łyku łyku, a potem poszli na dwór zakurzyć. Jak wrócili, to Izolanda zmieszała pochwali z pochwą, że aż zęby wszystkim zadzwoniły. Siedziejko ciągle był zajęty orką na młodym poecie i akcją pomocy dla uwięzionej w wózku Jolki. A Mrok Flecista od czasu do czasu rozładowywał muzyką dynamity poukrywane w kątach salki. Mój ładunek w torbie trochę za mocno tykał. Ja znowu myślu myślu, że malu malu i czytu mój wiersz „Wielka łycha”. Towarzystwo tak się rozochociło, że cała bielizna już leżała na stołach, bielizna ducha ma się rozumieć, bo każdy chce być duchowo nagi. Znowu myślu myślu, że trza już iść dudom, bo zakupy muszę zrobić, maga i kakao, się wie. Staliśmy już przed Halo! Rybnik. Wieczór, mroźny wiatr pościągał wszystkim peruki z głów. Mnie łysa pała tak szczypała, że myślu myślu – poezja ma jednak moc. Rozogniły się wszystkim górnolotne myśli, że zaczęliśmy smażyć kiełbasę nad tym naszym myślącym ogniskiem. Ale ja w końcu wsadziłem naczelnego Siedziejko do mojej kieszeni i poszliśmy w stronę jego samochodu. Tadek Brodak doszlusował do nas. Spojrzeliśmy w rozgwieżdżone niebo i nagle wszyscy razem jak jakieś czubki wrzasnęliśmy z całych sił Bon nu it (do bra noc). Tak sobie myślu myślu, że piszu piszu. A wy dokończcie to – że malu malu. 

11.01.2023 

Wytrych – czasopismo literackie okręgu rybnickiego 

 

Majtki teraźniejszości 

Naprawdę trzeba mieć notatnik ze sobą,  gdy człowiek żyje jak atrament, czyli leje się o to, o tamto, byle z dobrej litery przywalić tym porywającym mnie strumieniem. A pisać można  nawet o zapomnianych majtkach sąsiadki, że już nie pamięta jak w nich było w dzieciństwie świata. A przecież Polska i cały świat wyrósł z majtek, to znaczy na ich glebie. Także majtki na starcie pisania są niezłe. To powiewający sztandar że nam się jeszcze czegoś chce. 

Nie sądzę że bitwa pod Grunwaldem toczyła się w majtkach, raczej bez majtek. Majtkami pewnie był strach wiszący nad tymi polami przed rozpoczęciem bitwy. Już mało ważne, czy w plamy były te majtochy, czy nie. Nikt tych majtek nie chciał. Do dzisiaj powiewają w historii i nadal wietrzą się, by chwałę ich użytkownikom przynosić, zwłaszcza zwycięzcom. 

Stokroć uniwersalna jest gumka. Guma tu, guma tam. Naprawdę czuć, jak się wzajemnie naciągamy. Czasem ktoś pęknie, no bo ile można naciągać? Na przykład polski sport pękł, bo starą gumę mieli, niewytrzymałą już na dzisiejsze czasy. Pękalizm to ostatnio cecha polskiego narodu. No, pomijając tych, co po ósmej butelce toczą się beztrosko i żaden pękalizm do nich nie dochodzi, raczej wszystko wokół pęka w szwach – no bo tyle kościołów idzie na marne – gdyż chce się zahartować ducha, a tu nic. Nie chciałbym naciągać tej tematyki, bo to siermięgą grozi. Lepiej lej się mój atramencie, lej w innych sprawach. Na przykład, czy warto zostać linoskoczkiem między krucjatą technologiczną a bombastyczną? Widzę już te gały, jak wychodzą przed pierwszym skokiem. Bo co by tu nie powiedzieć, wygodnictwo pożera nas, a znieruchomiały absurd to rusztowanie platońskie, które się po tych wszystkich wiekach w końcu zawali. Komu się tam chce pomyśleć że lina to podstawa, że za powiewającymi majtkami (miałem już do tego nie wracać, to jakaś choroba) kryje się tyle tajemnic, że tajemnica w ogóle powiewa sobie tylko, że nie wspomnę o podgrzewaczach majtek, którzy tyle już wieków w nich spędzili, bijąc się o tak zwane lepsze czasy. 

Ponosi mnie atrament mentalny. Ale te majtki to tylko prowokacja, pretekst, symbol mojego chcenia i szerokiego oddechu, że mi się jeszcze chce coś robić, coś ponadmajtkowego. Bo z majtek trzeba w końcu wyrosnąć. Skaczę po trawie i między trawami (nie chodzi o gandziowatą trawę). Choć czuję się dziś jakbym coś jarnął, coś, co wisi w powietrzu mojej wioski  (żeby mnie tylko nie przyskrzynili jacyś nasłańcy)  i nosi mnie, ponosi. Konstruuję furtkę, taką drewnianą, a w przerwach notuję te yyy… myślowe wycieki. 

 

 

Marian Lech Bednarek


 

CZYTAJ TEŻ