Helena Nowak


Wspomnienia

spisała
Renata Bożek


 

Portret z czasów panieńskich

Nasz Wacek, wtedy miał z dziesięć lat, widział jak partyzanty leciały w koniec [wsi  RB] i jak stary Kawęcki leciał i krzyczał, chyba żeby ludzie uciekały. Wacek latał to do stryja w górę [tj. po drugiej stronie drogi, na wzgórzu, RB], to do domu.  

Nasz tata przyjechał z tygodniówki, bardzo był zaziębiony. Gdy widział ten rozruch to wylazł na górę [strych, gdzie wchodziło się po drabinie, RB], ale bardzo kaszlał, to zszedł, bo pomyślał, że jak zacznie kaszleć, to Niemcy spalą całą chałupę. Przyszły do nas takie zdenerwowane, tata tłumaczy, że z tygodniówki wrócił, a oni tylko: raus, raus, bandit, bandit. Tata tłumaczył, że z tygodniówki przyjechał, ale gonili nas na błonie. Idziemy, mama Janka w chuście niesie, mioł wtedy ze trzy lata. Niemce zajrzały do studni, a ja przestraszyłam się, że do studni będą nas wrzucać, i długo się jeszcze tej studni bałam.  

Doszliśmy do tej grupy zebranej przy Lenartowej sadzawce, to było po sąsiedzku, u nas za miedzą, niektóre to boso tam były, bo jak u kogoś bieda była, to butów nie miał. Tak się stało kilka godzin, w mrozie, blisko minus dwadzieścia stopni.  

My to byliśmy wygnane z ludźmi, Wacek to w górę do stryja poleciał, niektóre uciekły, a niektóre nie. Winiarczyk uciekoł z tej zegnanej grupy, to go zastrzeliły.  

Zewsząd byliśmy obstawieni Niemcami z karabinami. One miały listę i z listy podpalały i wyczytywały. Jak kogoś im brakowało, to jak Niemcowi który wpadł w oczy, to było: chodź ty, chodź ty. Pytały się o sołtysa, a sołtys uciekł z partyzantami, to wyciągnęły zastępcę sołtysa i od razu zastrzelił go z krótki broni.  

Tu mówili o tym, że zdradził Romański, ale prawda to była taka, że Niemcy śledziły od kilku dni partyzantów, bo to duża grupa była, i uznały, że najłatwiej ich zgarnąć na Karpiówce, no i tak wyszło. Gdyby partyzantów nie było, to pewnie nic by się nie stało. Zabrałyby tych z listy, a nie zabiły tyle ludzi.  

Na Żabowym zabiły jakiegoś partyzanta, jakiś z Zakrzówka, był tam zakopany, był kiedyś krzyż tam. Wujek Kiełb opowiadał: Takie partyzanty, a złodzieje były. Kiedyś jeden przyszedł do nas, wychodził na strych, żeby grochu zabrać. Ale gwóźdź wystawał, to się poranił i już dalej nie wchodził. Kradły, co się dało.  

 

Młodzież z Karpiówki, lata 50-te XIX wieku. Helena – stoi trzecia od prawej strony.

 

Jańciu, wróć się z nami – mówiły do ciotczynej córki koleżanki. I ona poszła. Stachyra opowiadał o dziewczynach, że Niemce ich rozebrały, ale nie chciał o tym za dużo mówić (więcej: https://poledwumiesiecznik.com/nr-5/wladyslaw-stachyra-wspomnienia/). Zagnały ludzi do chliwka, zamknęły, podpaliły i strzelały z maszynowego karabinu. Koszołczyno opowiadała, że w tym czasie ludzie w środku śpiewały: Kto się w opiekę odda Panu swemu, tę pieśń.  

Zabiły czterdzieści coś i wzięły dziesięć do Lublina.  

Niemce już się rozjechały, do nas do domu przywiozły na saniach tę młodą kobitkę, spalone nogi, a tu całe piersi poranione, wołała wody. Stara Mrozicha mówi: u nas się wszystko spaliło, a ta młoda mówiła: To nic, to nic. Janka Mrozowa, taka ładna kobita, posiekana kulami, umarła. Rodzice zabrali ją i pochowali w Zakrzówku. Dziecko to Niemcy wrzucili do płonącej chałupy u Balawendrzychy i spaliło się, tak mówią. Mróz gdzieś się skrył i został. Mało gdzie, żeby z jakiegoś domu kto nie zginął.  

Naszą babcie Balawendrową też przyniosły do stodoły, kulami zsiekana była, już nie żyła. U Kaniów Jańcia spalona, dwóch braci i rodzice, to ciotka o mało nie ogłupiała. Czelej, narzeczony Jańci, ze swoją siostrą przyjechał, widzi to wszystko, ta siostra mówi: Edziu, odjeżdżajmy, bo jak żandarmeria przyjedzie to i nas wybiją. Mówiły, że on chciał wziąć Jańcię na sylwestra, ale dawniej to były inne zwyczaje i ciotka się nie zgodziła, żeby dziewczyna pojechała, ale jak to było naprawdę, to nie wiadomo. 

Na wieczór u Kani wszystko prawie spalone, tyle ludzi zginęło, ciotka od rzeczy mówiła: „Jańciu, idź dać kurom jeść”, a to, a tamto. Jańcia się spaliła cała, zostały same kości, ale poznali ją po złotym łańcuszku od narzeczonego. Uszyły woreczek z białego płótna i włożyły tam Jańcię. Babci w trumnie, w nogach położyły Jańcię, ciotki córkę. 

 

Z mężem i najstarszymi synami: Markiem i Józiem

 

Jak samochód Niemców jechał, to każdy się bał. W 1944 to już się wojna kończyła, to tata ganiał konie i krowy do Jurnicy [nazwa lasu, RB], tak robił cały koniec [wsi, RB). Samoloty latały, bomby zrzucały. Wieczór tata kazał gasić, żeby w domu się nie świeciło, żeby nie naprowadzać samolotów. U Kani, u ciotki była piwnica, tam pościele, poduszki i pierzyny były na kartoflach i tam siedzieliśmy. Kiedyś mama poszła do domu, bo krowa się ocieliła czy coś i wrócił taka ucieszona, mówi: Już Ruski we wsi, już wojna się kończy.  

U nas dom był przy drodze, to u nas były jakieś uczone wojskowe, rozłożyły mapy na stole, coś czytały. Jeden dał Wackowi, może miał wtedy dwanaście lat, wieczne pióro i powiedział: żebyś pamiętał, żeśmy tędy szli. Co się z tym piórem stało, to nie wiem. 

 

Pogrzeb syna Józia, grudzień 1978 rok.

 

Po wojnie też było ciężko, trzeba się było orobić, ale każdy się cieszuł, że wojny nie ma. Ja to lubiłam do szkoły chodzić, uczyć się dobrze uczyłam, i chciałam iść na przedszkolankę. Zabrakło mi dwa czy trzy punkty i mnie nie przyjęły do liceum. Gdyby tata był partyjny, to by pewnie te punkty podarowały i bym się dostała. Wysłały mnie uczyć się na krawcową. Trochę szyłam, a jak poszłam za mąż to trza było robić w polu i koło domu, koło dzieci, to na szycie czasu nie było. Ale tak miało pewnie być. Na wczasach to nigdy nie byłam, ale na wsi pójdzie się w pole, słonko ładnie świeci i wystarczy za wczasy.  

 

Helena Nowak pod koniec życia.

 

 

Helena Nowak

 

 

Helena Nowak z domu Król (1937-2018) – urodziła się we wsi Karpiówka i przeżyła tam całe życie. Z wykształcenia krawcowa. W 1959 roku wyszła za mąż za starszego o cztery lata Bolesława i wraz z mężem prowadziła pięciohektarowe gospodarstwo. Matka czterech synów: Marka, Józefa, Andrzeja i Eugeniusza oraz dwóch córek: Joanny i Anny; babcia pięciorga wnucząt. W 1978 roku 16-letni syn Józek zginął w nieszczęśliwym wypadku. Pochowana na cmentarzu w Stróży koło Kraśnika.


 

CZYTAJ TEŻ