
Takie wrażenie, jakby szedł Sołtys jako orkiestra jednoosobowa podwórkami i ulicami swojej dzielni, grał na katarynce i opowiadał ludziom do okien. Blagier jeden skubany, jebaniutki. Co se Fryzjera jako porte parole wymyślił.
Blaga, to słowo pada też w książce, że był kiedyś Grochów dzielnicą ludzi z „krwi, kości i blagi”. Słowo to, czyli nawijka, czyli gadanie obliczone na efekt pasuje tu jak ulał, bo efekt jest, i to imponujący.
Żebyście usłyszeli, jaka tego monologu Fryzjera melodia, w bierki zagram. Z tych historii, które rosną mu jak „huby na bukach” powyciągam wam trochę pojedynczych cytatów z rozrzuconej całości, i pyknę se z nich kompilację.
Taką na przykład postać można z różnych innych poskładać:
A zęby miał ten Janek wielkie, do śmiechu właśnie. A usta miał cienkie jak myślnik. Kiwał wielką głową, jak te pieski we Fiatach na półce. Samych policzków to miał po ćwierć kilo, tak Anka z mięsnego powiedziała. No i oddychał jak piec koza, gdy napchasz mokrego drewna: głośno, chrapliwie, powoli. Chłop miał prawie dwa metry i sto kilo robotniczej wagi. Nie jak te snoby z Obrońców, Aldony czy Nobla, z nosami zadartymi jak skocznia na Mokotowie. Za nim to się dziewczyny ciągnęły jak kurz za tramwajem. Tak do wieczora to się pilnował z alkoholem tak, jakby sam przy sobie tych dwóch postawił, co to zawsze przy Grobie Nieznanego Żołnierza stoją, na baczność, pod bronią. A potem, kiedy zniknął, kilka tygodni go szukali, ogłoszenia w gazetach były, rodzina wywieszała plakaty, a on sobie cały ten czas leżał jak taki lepszy Chrystus za wysypiskiem w cieniu blach. Lepszy, bo tamten z Nazaretu miał ledwo koronę cierniową, a ten cały był zawinięty w drut kolczasty, zapakowany jak przesyłka na tamten świat, jeszcze miał stemple pocztowe butów na żebrach, na skroniach i klacie.
Lub taką:
Ona nie była z pierwszej łapanki, jedliby ją bez musztardy wszyscy. Każdy myślał, że załapie się na nią jak bezdomny na zupę.
Lub taki pejzaż:
Wiało jeszcze, w ogóle pogoda na nieudane samobójstwo. Firanki z mieszkań wywiesiły się za okno na biało, na poddanie. Na chodniku rower, łańcuch spadł i zwinął się obok niby różaniec właśnie, przednie koło straciło szprychy niczym pustelnicy zęby.
Na ulicy robotnice, szwaczki umęczone, same jak filc szare. Szły po liściach jak po dywanie z ruchomego piasku. A za nimi śmierć w filcowych kapciach jak w muzeum. W oddali jezioro, ale jak podejść bliżej, to zamiast wody fale ściętych włosów.
Powstanie warszawskie? Proszę:
Nie wiadomo, czy Niemcy czy Rosjanie? Jakby jedni i drudzy naraz, bo Ruskie w niemieckich mundurach, RONA.
Słowo o pamięci?
Też się przecież przeciera, coraz więcej w niej dziur, jak w starych skarpetach.
Pod koniec bywa, że Fryzjer elegijnie unosi się na piętach, biją podniosłe dzwony i choć, uwaga, biją one pod ziemią (!), lekko się zaczynam wiercić, ale nie ma znaczenia, „Monolok” i tak ma strukturę kryształu.
Właśnie, kryształu, ułatwię sobie koniec, posłużę się jego definicją, co się będę wysilał. Kryształ więc to ciało stałe, w którym atomy (litery) uporządkowane są w regularny, powtarzalny sposób, tworząc sieć (opowieść) krystaliczną. Kryształy mają unikalne właściwości, takie jak symetria, błysk oraz przejrzystość.
A, jeszcze jedno. Wkrótce wiosna, wyjdźcie z domów na skwerki, żeby słońce nie świeciło na darmo.
Janusz Rudnicki
CZYTAJ TEŻ