DZIADEK WIECZNIE ŻYWY
czyli
JAK PRZECHWYCIĆ BAJANIA RODZINNE

Natalka Suszczyńska,
"Wygoda",
ArtRage Warszawa 2025, 112 stron


 

 

Natalka Suszczyńska napisała powieść o swojej rodzinie w krótkich rozdziałach… Czasami nawet bardzo krótkich, a niekiedy takich, które się po prostu urywająHistoria jej podlaskiej rodziny o białoruskich korzeniach nieustannie się rwie, nie można złożyć jej w sensowną całość, bowiem materiał jest niepełny i niepewny. Nad opowieścią unosi się duch dziadka Mikołaja, patriarchy, który jest obiektem kultu rodzinnego. Dziadek Mikołaj jest wiecznie żywy niczym Lenin, nie da się go zamazaćciągle prześwituje, psując kompozycję. Narratorka naznaczona, pomazana i skolonizowana, na różne sposoby usiłuje się spod tego jarzma uwolnić. Walczy o swoją indywidualność, ale coś ją ciągle dręczy i uwiera – białoruskość i prawosławie. Postanawia więc sprawdzić, ile z tego dziedzictwa „skapnęło” na nią od dziadka. Efekt tych dochodzeń jest marny. Białoruskość i prawosławie okazują się jedynie plamą z trawy na białych spodniach, o której staramy się zapomnieć, ale plama dalej jest i trzeba się nią zająć. 

W Internecie łatwo można sobie sprawdzić, że dziadek Natalki Suszczyńskiej nazywał się Mikołaj Hajduk i wraz z żoną Lidią napisał kilka podręczników do nauki języka i literatury białoruskiej, był dziennikarzem, poetą, ważną postacią dla kultury mniejszości białoruskiej w Białymstoku. Kultem otacza go nie tylko rodzina. Powszechnie jednak wiadomo, że nie warto wierzyć we wszystko, co się przeczytało w Internecie i o tym właśnie jest opowieść Natalki: o bajkach, zmyśleniach, fantastycznych opowieściach, niedopowiedzeniach i kłamstwach serwowanych nam przez krewnych, z których próbujemy złożyć sobie naszą historię, zrozumieć raz i porządnie „o co w tym wszystkim chodzi”. Kim jestem i dokąd zmierzam? – to pytanie odbija się wielokrotnie w powieści czkawką. Z rodziny, jak wiadomo, niewiele można wyciągnąć, rodzina nie lubi być przyciskana do muru, szczególnie „za pięć dwunasta”, bohaterka musi więc polegać na sobie. Zaczyna od spektakularnego fałszerstwa. Wymyśla sobie pół rodziny tworząc drzewo genealogiczne i ze zdumieniem spostrzega, że nikt się nawet w tym nie zorientował. Postanawia wziąć to za dobrą monetę. Po pierwsze jest nieodrodną córą swojej familii, potrafi zmyślać, a po drugie jest też pisarką, więc potrafi zmyślać profesjonalnie. Z tych wrodzonych i nabytych talentów skrzętnie korzysta, aby przechwycić historię rodziny i napisać swoją, która być może rodzinie ani nawet krewnym królika się nie spodoba. Gra okazuje się warta świeczki, bowiem powieść Natalki Suszczyńskiej jest po prostu znakomita. Autorka znajduje ciekawy formalnie sposób, aby opowiedzieć nam o problemach z rodziną, których właściwie każdy z nas doświadcza. Jak połączyć krzywdę z tożsamością, jak przebić się przez rodzinne „bajania” i dokopać się wreszcie do samej siebie? Wniosek jest taki, że właściwie to niemożliwe. Zaczynam się martwić, że kończąc, mogę wiedzieć równie niewiele jak wtedy, kiedy zaczynałam – mówi Natalka w jednym z najbardziej wzruszających rozdziałów powieści. Złamana swoim niepowodzeniem, zastanawia się, czy to, co nazywamy rodziną, pod inną nazwą nie pachniałoby lepiej. Nie mam pojęcia, czy rodzina kiedykolwiek może pachnieć różami i fiołkami, ale jakkolwiek pachnie, borykać się z nią trzeba już zawsze. Inaczej się nie da. 

* 

Bohaterka „Wygody” jest oczywiście typową dla całej twórczości Natalki Suszczyńskiej tricksterką – złośliwym duszkiem, który szarga wszelkie świętości, wytwarza własną opowieść, bo chce zniszczyć zastaną. Bohaterka zjeżdża po firanie niczym różowa pantera, tylko po to, aby podważyć autorytet Wielkiego Dziadka i zszargać wszelkie rodzinne świętości.  

Nie spodziewajcie się tutaj Wielkiej Opowieści o mniejszości białoruskiej na Podlasiu. Autorka nie przekopała się przez archiwa, nie ślęczała w bibliotekach nad pismami historycznymi, nie pojechała do rodzinnej wsi na badania terenowe, aby ustalić prawdziwość opowieści przekazywanych ustnie z pokolenia na pokolenie. Wbrew temu, co się o niej mówi w rodzinie, Natalka wcale nie jest „małym Mikołajem”, a jej metoda pisarska jest o wiele ciekawsza. Autorka przechwytuje rodzinną strategię zmyśleń i niedopowiedzeń, aby opowiedzieć nam o samej metodzie konstruowania takich opowieści. Kto tego nie zna, niech pierwszy rzuci kamieniem. Mam wrażenie, że większość z nas się z tym boryka. Wszyscy zastanawiamy się: jak wycisnąć wreszcie z rodziny jakąś prawdę? Z rodziny, jak wiadomo, nie można niczego wycisnąć, rodzina mitologizuje, kamufluje i zmyśla, aby ukryć ból, krzywdę i niewygodne fakty. Czasami całe dekady trzeba czekać, aby wreszcie ustalić dlaczego ni stąd ni zowąd prababcia nagle znalazła się w Rosji. Skąd ona się tam właściwie znalazła? – pyta bohaterka i oczywiście jej pytanie odbija się echem. Aż tu nagle okazuje się, że prababcia po prostu była bieżanką… i tyle z faktów historycznych, które wreszcie udało się dopasować do anegdoty rodzinnej. Autorka wcale nie decyduje się na snucie Wielkiej Opowieści Historycznej o Uchodźstwie, tylko natychmiast podejmuje strategię zmyśleń rodzinnych, żeby rozsadzić ją do granic i zamienić w parodię. Mała prababcia była po prostu Kopciuszkiem. Uciekła z domu od złej macochy, trafiła do sierocińca, gdzie wreszcie ją dobrze traktowano, uratowała tonącą w rzece śpiewaczkę operową, dzięki czemu dostała karnet do opery, a kiedy po tych wszystkich przeżyciach zjechała wreszcie na dobre do wioski była tak otrzaskana i pewna siebie, że dziadek, którego urodziła ileś lat później, po prostu musiał okazać się geniuszem. Dziadek niczym Zeus wyskoczył z głowy Ateny i zaczął wszystkich rozstawiać po kątach.  

Suszczyńska nie ma litości dla opowieści rodzinnych: skoro tak to przedstawiacie, to tak to właśnie wygląda. Zatem czytajcie i dziwujcie się. 

 

* 

To przejęcie strategii rodzinnych jest z pewnością przejęciem wrogim. Rodzina stosuje je, aby kamuflować, natomiast autorka przejęła je, aby ujawniać. W powieści jest kilka bolesnych rozdziałów, które traktują o biciu i krzywdzeniu ludzi. Rozdział „O konsekwencjach bicia w gabinecie” jest bardzo smutną opowieścią o tym, jak otoczony kultem dziadek bił swoje córki na tle książek. To zestawienie książek i przemocy jest dojmujące. Bite dzieci różnie rosną, pisze autorka. Jedne potem się tego brzydzą i nie biją już swoich dzieci, ale inne to wypierają i przenoszą przemoc dalej. Dzieci, jak wynika z książki Suszczyńskiej, są nadal bite.  

Takich fragmentów o przemocy doznawanej przez powszechnie szanowanego i podziwianego dziadka Mikołaja jest kilka. W rozdziale „Stary niedźwiedź” autorka w ciekawy sposób przechwytuje śpiewankę dla dzieci „Stary niedźwiedź mocno śpi” odkodowując jej ukryte znaczenie. Wokół starego niedźwiedzia trzeba chodzić na palcach nie tylko kiedy śpi, i nie podłazić mu pod rękę, bo można pożałować. To kolejny rozdział o tym, jak dziadek Mikołaj bił ludzi, a ci ludzie akurat to były jego dzieci. Bici przez dziadka ludzie krzywdzili potem kolejne osoby, które akurat były ich dziećmi… i tak to się kręci. 

Temat przemocy jest bardzo silny w powieści Natalki. W tym sensie „Wygoda” jest wyjątkowo niewygodna. W jednym z ostatnich rozdziałów powieści Suszczyńska rezygnuje na chwilę z wszelkich strategii narracyjnych i we wzruszający sposób zwraca się do czytelnika bezpośrednio. Zwierza się nam z tego, z jak ogromną trudnością musiała się mierzyć przy pisaniu tej książki. Mnie odgarnianie warstw bólu i lęku czasem przerasta. Piszę już od dwóch lat, robię to powoli. Więcej nie trzeba nic mówić, ten kto ma podobne doświadczenia okrucieństwa w rodzinie, doskonale rozumie, co autorka ma na myśli. Ten mozół dokopywania się do krzywdy, której się doznało w rodzinie jest prawie nie do zniesienia. Nawet jeśli jesteś utalentowaną pisarką, bawisz się różnymi strategiami „bajania”, żonglujesz narracjami i tak wszystko kończy się smutkiem i ogromnym zmęczeniem.  

W tym sensie książka Natalki Suszczyńskiej staje się też próbą pięknego przekroczenia wszelkich strategii rodzinnego „bajania”, być może jest też kolejnym krokiem na drodze jej rozwoju jako pisarki. W poprzednich dwóch książkach Natalka Suszczyńska chętnie korzystała z ironii oraz z charakterystycznej dla siebie taktyki magicznej „zamiany słowa w ciało”. W jednym z opowiadań tomiku „Chipsy dla gości” pisarka bawi się powiedzonkiem „zaszyć komuś rozum”. Znowu, jest to opowiadanie o przemocy. Matka bohaterki tak często powtarza swojej córce, że ma „zaszyty rozum”, aż w końcu to powiedzonko zaczyna się ucieleśniać. Nagle okazuje się, że rozum bohaterki jest dosłownie zaszyty. I co teraz? Za pomocą tego sprytnego zabiegu autorka opowiada nam o tym, że bohaterka doświadcza tak silnej krzywdy ze strony matki, która po prostu nieustannie ja poniża, że w geście samoobrony w magiczny sposób ucieleśnia krzywdzące powiedzonko matki, aby się do tego uwolnić. Tylko w taki sposób ma szansę odwinąć się matce, odkryć jej kamuflaż, postawić jej przed oczy to nie do zniesienia okrucieństwo. Można sobie wyobrazić, że bohaterka mówi nagle do matki: zwróć uwagę, matko, że nieustannie mnie krzywdzisz, mówisz do mnie, że jestem głupia, bo chyba nie chodzi ci o to, że ktoś wsadził mi w mózg igłę i przewlókł przez nią nitkę, bo przecież to by nie miało sensu. Większość sytuacji, o których Natalka Suszczyńska tak zabawnie opowiada to po prostu wyrządzane bliskim krzywdy. Ironia czy różne przechwycone przez autorkę kolonialne strategie zakrywania i umniejszania tych krzywd autorka wykorzystuje po to, aby przemoc odkodować i obnażyć. Jeśli przyjrzycie się twórczości Natalki Suszczyńskiej pod tym kątem, nagle okaże się, że nie są to zabawne historyjki, a nasz śmiech nie jest niewinny.  

Podobnie jest z próbami ustanowienia swojej białoruskiej i prawosławnej tożsamości w niewygodnej „Wygodzie”. Bohaterka kilkakrotnie stara się zidentyfikować z narzuconą jej przez dziadka Mikołaja tożsamością, ale staje się to niemożliwe ze względu na samą osobowość dziadka, który jak się okazuje bił i poniżał ludzi, co stawia pod znakiem zapytania wartość wszystkich jego osiągnięć. Zresztą bohaterka nieustannie podważa dorobek dziadka. Mówi o nim, że był „drugorzędnym poetą”, a jego badania terenowe nie miały żadnej wartości naukowej, bo były prowadzone pod tezę, a kiedy o tym wszystkim mówi, krewni patrzą na nią jakby próbowała wykuć słowo „dupa” w marmurze.  

Pewnie dlatego kolejne cztery zrywy tożsamościowe, które podejmuje bohaterka, stają się rozpaczliwie nieudane. Białoruskość, którą wymuszał na wszystkich dziadek, przestaje mieć jakąkolwiek wartość ze względu na agresywne zachowania dziadka wobec najbliższych. Tożsamości po prostu nie da się wywieść z przemocy. A jednak zmagania trwają, rodzina wraca, nawet jeśli Natalka znowu kończy swoją książkę charakterystyczną dla siebie techniką ucieleśniania powiedzonek i dosłownie przywraca dziadka do życia za pomocą tajemniczych radzieckich eksperymentów. Dziadek bowiem miał kontakty za granicą, poznał tam śmietankę naukowców, więc jego zmartwychwstanie jest jak najbardziej uzasadnione. 

– Niuniusia – mówi dziadek. 

– Dziadek – odpowiadam, bo co miałabym powiedzieć. 

Tylko tyle i aż tyle. 

Być może człowiek nigdy nie przestanie pałętać się po osiedlach swojego dzieciństwa szukając tam odpowiedzi na pytanie: kim jestem i dokąd zmierzam? Jedyne, co na tych osiedlach można znaleźć, to nawłoć, która jest oczywiście gatunkiem inwazyjnym. Wyrwać ją, czy zostawić, niech sobie rośnie? – to kolejne pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Tożsamość schodzi z nas płatami, potem się znowu nakłada warstwami, a sny, nawet te, które można zinterpretować za pomocą sennika egipsko-chaldejskiego, stają się coraz bardziej bełkotliwe. Jedyne, co możemy zrobić, to przechwytywać te opowieści rodzinne i próbować chociaż odrobinę obrócić je na swoją korzyść i ulgę. 

 

 

Katarzyna Kochmańska


 

CZYTAJ TEŻ