TY TU ZAWSZE JESTEŚ
albo
Opowiadania przeżyte
Adam Wiedemann,
„Jedzmy, zwracajmy”,
Dom Literatury w Łodzi / Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Oddział w Łodzi 2025, 222 strony

Nie ma Zuzi?, ale ty tu zawsze jesteś, i będziesz, kiedyś
jej się śniło, że leżałeś w wannie i grałeś na saksofonie.
Zuzi się to śniło.
Adam Wiedemann, „Jak zostałem saksofonistą”
Ależ to życie potrafi być dokuczliwe! Jak o tym napisać, żeby nie popaść w rutynę złorzeczenia lub przeciwnie – w satyryczny banał dla mas? Adam Wiedemann potrafi oprzeć się podszeptom łatwizny, jest wszak poetą, a autentyczny poeta waży i szacuje słowa. Nie tka gobelinu z przewagą mdłych nitek przymiotników – stawia słowa tam, gdzie ich miejsce. Tu się nie da – bo nie ma sensu – ani nic skrócić, ani powypychać, ani nawet przebudować. Nawet wtedy, gdy czytelnik poczuje się opuszczony, bo w tekście pojawia się zbyt wiele osób niespecjalnie atrakcyjnych werbalnie, autor poda mu rękę wraz z kapitalną puentą lub celnym aforyzmem.
Rozrzut tematyczny kilkunastu opowiadań zawartych w tym tomie może się wydawać ryzykowny: migawki z podróży do Ameryki i na Wyspy Brytyjskie, wspomnienia z dzieciństwa, zapisy sekund, godzin i tygodni przepędzanych w Warszawie, czynione przez dekadenta-sybarytę, relacje ze spotkań oraz z pożegnań na zawsze z ludźmi, których nazwiska podane w tekstach znają tylko ci, którzy bacznie i na bieżąco śledzą polskie życie literackie, wreszcie liryczne, jakże odmienne od reszty, odważnie siedzące w tomie, przepiękne, Andersenowskie w tonacji, opowiadanie o życiu kwiatów – kwiatów obserwujących poczynania ich opiekunów, poety, który kwiaty wyhodował, oraz filozofa, zastępującego poetę pod jego nieobecność. Tu Wiedemann oddał głos kwiatom… ale w tej książce nie wyjątkowo. Opowiadanie „Szwagier” bowiem, z zakończeniem niejako postawionym nad przepaścią, jest początkowo rodzajem odautorskiej opowieści, od połowy natomiast staje się zarówno monologiem wewnętrznym czterdziestoletniej kobiety, stopniowo zamieniając się w jakąś jej próbę zapisywania w pamięci tego, co ją spotyka zaraz po obiedzie z człowiekiem, któremu niegdyś odbiła kochanka. Więc ze „szwagrem” widzianym po raz pierwszy.
Zmiana miejsc, zmiana pory dnia, park, rower, coraz więcej piwa, towarzystwo dwóch młodych matek, nagle szybki powrót do domu, w domu decyzja, że trzeba iść po przywiązany w parku rower; po kilku wcześniejszych piwach łatwo jest nawiązać nową znajomość, tym razem z młodymi gastronomami, i kupić następne butelki; wszyscy się sobie jakoś podobają. Jeden z tych młodych jeździ sobie na tym jej rowerze, wreszcie młodzi wyjawiają kobiecie prawdę o swojej orientacji seksualnej, ona, doświadczona pożyciem z kochankiem „szwagra”, z tą swoją trudną, ale tryumfalną zdobyczą, wie, że jeden z tych chłopców wkrótce już będzie jej, tymczasem, choć podniecona, podszyta jednak strachem, dywaguje: Znowu nas coś połączy, takie już moje przeznaczenie. Czekam tu na swój rower, na samą siebie, na jego odwiedziny za rok, za dwa, za trzy, przyjedzie do mnie i będzie wytrzeszczał te swoje marne oczy, szwagier nie musi wcale budzić niczyjej sympatii. Wiem, chciałby mnie w tej chwili zabić, walnąć w głowę tym piwem rzemieślniczym i zostawić mnie tak. Ale jeszcze tego pożałuje, zadzwoni, umówi się, przyjdzie.
Tam było blisko dołów. W innym opowiadaniu, „Egzamin dojrzałości”, subtelnie pod względem formalnym, ale dobitnie w sensie treści został przedstawiony światek ludzi z bańki półliteracko-konkursowej. Narrator oczywiście wolałby nie uczestniczyć w tym urządzonym w luksusach targowisku próżności i zależności od organizatorów autorstwa płci różnej. Sam jest skazany na udzielanie odpowiedzi na tematy twórczości, co go rozprasza, gorzko rozrzewnia, toteż dla higieny psychicznej chętnie odnajduje się w nowej dla siebie sytuacji: Mam nową koleżankę, przylgnęliśmy do siebie jako niby dla siebie interesujący, to nieprawda, nie interesujemy się sobą, nigdy się już nie spotkamy. (…) Chodzimy razem, prawie że nawet pod rękę, z drinkami w drugiej, miło nam jest być ze sobą razem, choć tak ogólnie to jest nam niemiło. Bo wypadałoby coś dostać, a myśmy nie dostali, ja dostałem już kiedyś, a ona nigdy. Co chwila jakieś pytania zadawane przez profesorów w sali z bufetem i wyszynkiem. Uciec. Stamtąd to tylko taksówką wliczoną w koszta organizatorów. Nareszcie. W innych już warunkach, w zagwarantowanym uczestnikom hotelu, trudno jednak odnaleźć oczekiwaną aurę, która mogłaby być namiastką azylu. W pokojach odbywają się orgietki pod kontrolą młodych wysportowanych naganiaczy. Nowo poznanej parze nie pozostaje nic innego, jak tylko wrócić do swoich pojedynczych pokoi i nazajutrz rano rozłączyć się definitywnie: … przy śniadaniu dosiadamy się do dwóch osobnych grup.
Bohater opowiadań poszukuje intensywnie drugiego człowieka; nie tyle zależy mu na bliskim kontakcie, rozmowach, wspólnych planach i dyskusjach o sztuce i o muzyce poważnej, ile – z wręcz niemożliwym do objęcia rozumem poczuciem opuszczenia – szuka w tej nowej osobie takiego punktu, za którego naciśnięciem mógłby sobie z czystym sumieniem i radością powiedzieć: on jest mój, ja go mam. Mam. Coś takiego było w innym opowiadaniu tego tomu. Mam i chodzę z dziewczyną (jak groteskowo zakończyła się noc z próbą płciowego obcowania pary!), gdzie indziej: mam chłopca, chodzę z nim, a jednak częściej: miałem.
Zawiedziony bohater tej zadziornej książki, co rusz ratowany od moralnej degradacji swym wyrafinowanym dowcipem i zdolnością autoironii, przekroczył smugę cienia, nie traci jednak złudzeń i choć czas już nie bardzo po temu, podsyca wiarę w odnalezienie ideału. Tymczasem, choć stosuje się do reguł życia towarzyskiego, jest dobrze wychowany i przeto uprzejmy, co rusz się natyka na niedostatki taktu bliskich, choćby na ich nieliczenie się z czasem drugiego człowieka, i wtedy dla higieny psychicznej w towarzystwie wypuszcza z siebie jakieś dwa, trzy weredyczne wyrazy. To pobrzękuje, rzekłbym, ostróżkami bohatera „Wilka stepowego” Hessego; nie ma się co dziwić, wszak bohaterowie utworów starego i nowego to bliźniacze struktury psychiczne… Analogię dostrzegłem zresztą dopiero teraz, w trakcie pisania, długo po dwukrotnej lekturze „Jedzmy, zwracajmy”.
Konsumpcja. Oczekiwane potrawy okazują się nie takie jak w wyobrażeniu, prawie wszystkie pozostawiają osad rozczarowania. Fascynacje płcią w obiektach ludzkich, wybranych przez tego przecież konesera, mających swoje nawyki, potrzeby, które – gdy obce bohaterowi – stają się przeszkodą we wspólnym życiu i prowadzą do rozstań. Rozstanie jest gorzkie, ale nasuwa się pytanie: czy aby bohater nie jest amatorem goryczy? Tak czy inaczej, jakiekolwiek próby zachowania partnera na dłużej nie wchodzą w grę; wszak wolność drugiego człowieka należy uszanować, a już o przemocy fizycznej w ogóle nie ma mowy.
Ten ktoś, kto prowadzi nas przez niezły gąszcz opowiadań, jest bez wątpienia arystokratą ducha; nie daje się zwodzić gustom ani homo targetus, ani, przeciwnie, zbliżonym do środowiskowej bańki; rozwleka, gdzie już dość rozwleczone, wywołuje wybuch śmiechu tam, gdzie zaaranżował grozę, uczestniczy w dziwacznych, czasem złych, czasem szlachetnie humanitarnych dziwactwach starych ludzi, łapie w pisarską sieć grube ryby i płotki nonsensu, ale to wszystko i tak byłoby za mało na to, aby książka zyskała swoją wagę. Dobrym kruszcem łączą te porcje życia przecinki w życiorysie, najszczersza spowiedź autora, rozsiana w tomie, począwszy od fascynacji nowym ładnym kolegą, w zbyt luźnych majtkach ćwiczącym na drabinkach, kolegą tym bardziej pożądanym, bo niedostępnym (był tymczasowym wychowankiem domu dziecka, a takich się nie wpuszczało do normalnego domu; ćwiczył ponadto pod czujnym okiem ojca narratora). Matka innym razem, w związku z inną fascynacją synka, podzieliła się niepokojem: Łazisz gdzieś z tym Jajorem. Co ciebie opętało? Co ciebie ciągnie do takich chłopaków? Jak cię pilnowały dziewczynki, to też zawsze wolałeś te brudne, zawszone. Chyba jak ten twój ojciec masz pociąg do brudu, do wszy. Sama musiałam go z gówna wyciągać, w którym siedział.
Dzieciństwo to premiery wrażeń, zapachów, dostrzeganych w ruchu elementów naturalnego piękna, ból po słowach pogardy, dojrzałość natomiast, naznaczona poczuciem niemożności otwarcia złóż nowych wrażeń, to egzystencja w kieracie rytuałów codzienności. Dla kogoś, kto bez niczyjej pomocy ponosi odpowiedzialność za własne życie, właściwie jedynym punktem oparcia są rodzice, których się odwiedza od święta. Świat zdaje się oceanem samotności i sens bytowania byłby mizerny, gdyby nie muzyka i gdyby nie tacy ludzie, nagle postawieni na drodze, jak dogorywający pan Deering, który naszemu narratorowi, będącemu w kolejnej biedzie, wręczył klucze… Warto przeczytać, co stało się potem, Adamowi Wiedemannowi nie brakuje bowiem inwencji i potrafi on zaskakiwać niespokojną urodą fabuły i puentowaniem godnym mistrzów nowelistycznego gatunku.
Marek Sołtysik
CZYTAJ TEŻ