PUNK’S NOT DEAD


 

Nie widziałem Huberta od czasu tamtej libacji, rok przed jego śmiercią, kiedy tłumaczył mi, że w miasteczku już nikt nie został, że cała ekipa się rozjechała, wyrosła, pożeniła albo odeszła do Domu Ojca. Przyszedł do mnie nagle, kiedy po kilkudniowej medytacji czułem bliskość z wiecznością. Najpierw zobaczyłem jego głowę. Wyglądał młodziej. Włosy miał krótsze niż przed zgonem. Oczy jakieś takie bardziej upiorne.

– Gdzie idziesz – spytała moja głowa jego młodzieńczej, zadziornej facjaty.

– No jak to gdzie, na piwko.

– No, ale ty dalej tak balujesz, nawet po śmierci. Jak tak można, przecież w ten sposób pogarszasz swoją sytuację.

– No a co mam robić – spytał jakoś tak niemiłosiernie smutno, a wówczas ujrzałem całe płótno sytuacji. Mgła opadła. Był nagi. Wokół odsłonił się pejzaż fabrycznego przedmieścia. Ale to nie wszystko. Zobaczyłem, że w miejscu genitaliów ma dziurę, właściwie paszczę, taką skórno-roślinną, trochę jak u rosiczki. Drugą dziurę miał tam, gdzie powinien być pępek. Widziałem jego narządy wewnętrzne i jakąś rurę. Kiedy robił mocniejszy wdech, dziura zwiększała się, a rura wypadała z brzucha na zewnątrz. Przy wydechu wchodziła na swoje miejsce. Kiedy tylko spostrzegł moje przerażenie, powiedział:

– Ty też widzę, że jeszcze nie pogodzony ze sobą. Co ty chcesz mnie tu pouczać? Wracaj. Walcz. Ja idę na bro – zmienił kolor na pożółkły, uśmiechnął się przez wybrakowane zęby i odskoczył jak kangurzyca kilkoma mocnymi susami. Zrobił się przy tym jakiś taki szczudłowy.

Tygodniami nie mogłem zapomnieć o śnie. Przez pierwsze godziny po obudzeniu zmawiałem kompulsywnie wszystkie znane mi modlitwy. Potem lamentowałem Wieczne Odpoczywania nad jego duszą. W ciągu dnia spotykałem wyjątkowo dużo lumpów. Jakbym ich przyciągał. Zaczepiały. Przysiadały się. Chodziły za mną. Wyjątkowo namolnie. Jeden z nich złapał mnie kiedyś za kurtkę i coś biadolił o jakimś Herfliku. Tak, znałem go ze starej ekipy, ale kto go nie znał.

– Słuchaj, nie wiem, o co ci chodzi?

– No poratuj coś.

– Tobie już wystarczy.

– Mi to nie starcza, poratuj starca. Masz taką ładną kurteczkę, no poratuj starego załoganta.

Dałem mu piątaka i odszedłem. Nie chciało mi się rozmawiać. Wiem, to niemiłosierne, ale przerażają mnie teraz tacy ludzie. Przypominało mi się całe to środowisko punkowe, którego częścią byliśmy z Hubertem. On był bardzo zaangażowany. Robił ulotki o ekologii. Miał bejsbolową bojówkę, przy pomocy której napadał skinheadów z fabrycznych przedmieść, bijąc tych nieszczęśników czasem do nieprzytomności. Rozpił się po maturze, kiedy większość ekipy młodzieńczych subkultur rozjechała się na studia do większych ośrodków, najczęściej do Krakowa i dalej do Warszawy. Tarnów opustoszał, kiedy roczniki szczytu demograficznego opuściły miasto. Milenialsi. Minotaury. Hubert dostał pracę w sklepie wędkarskim i wpadł do jeziora libacji. Kiedy widziałem go po raz ostatni na jawie, miał w sobie coś takiego karpiowego.

– Wiesz, Brutus – zwracał się do mnie jak nikt od dwóch dekad – tu już nie ma żadnej ekipy. Nikt nie organizuje koncertów. Każdy ma w dupie to, co ważne.

– Hubert, ale jakiej ekipy, o co ci chodzi? Normalnie ludzie pokończyli studia, pożenili się, wyjechali na Wyspy albo do Reichu, a ty tu siedzisz i śmierdzisz rybami.

Punk’s not dead! – zaśmiał się przez pożółkłe wybrakowane zęby.

– Jaki punk. Byliśmy bandą patusów z najlepszych tarnowskich średnich. Po lekcjach chlaliśmy te tanie wina, zagryzając je tępą ideologią.

– Uważaj, co mówisz, gdyby nie ideały, to bylibyśmy jak szczupaki, które łowię nad Białą. Dzieci i ryby głosu nie mają.

– Ja wolę być rybą niż żulem.

– A ty co taki niepijący – pytał prześmiewczo w knajpie pełnej roześmianej młodzieży, w Małej Czarnej przy placu Rybnym. Siedzieliśmy przy barze, przy browarze i bezalkoholowych mojito. W głębi sali dudnił jakiś bębniarski jam session łączony z elektro i tańcami typu kontakt dance.

– Miałem problemy z trzustką i wątrobą, a wcześniej wycinali mi jądro. Nie piję ze strachu – powiedziałem konfidencjonalnie, rozglądając się, czy ktoś nie patrzy, a on zmienił temat jak gdyby nigdy nic. 

– Babę masz?

– No ktoś tam jest, a ty?

– Baby to chuje. Baśka powiedziała mi po dwunastu latach, że albo ja, albo wędkowanie, okazało się, że ona mnie nie akceptuje takim, jakim jestem. Rozumiesz?

– Czy aby na pewno chodziło jej o twoje wędkowanie?

– No, a o co. Ona sama nie ma żadnych zainteresowań. Mówię ci, to z zazdrości.

– A ona już nie pije?

– Nie, no co ty. Teraz to jest totalnie Straight Edge. Pamiętasz tę mikrosubkulturę? Nie pije, nie wciąga, nie pali.

– To ona też się ogarnęła – skwitowałem – pamiętam ,jak była pierwsza do bibek. A ty dalej robisz w tej fundacji? – Zmieniłem temat.

– Tak, teraz ratujemy delfiny. Wiesz, ile jest plastiku w morzach i oceanach?

– To ciebie trzeba ratować, bo zaraz utopisz się w oceanie alkoholu.

– Daj spokój. Patrz na tamtą dredziarę. Ale śliczna…

Więcej go nie widziałem, do czasu snu, z którego nie mogę się otrząsnąć. Kolejny dzień modlitw i dalej nęka ta zjawa. Pojawił się nawet ból czegoś w środku, nie wiem, może to trzustka albo jelita. Metafizyczna nerwica. Wziąłem jakieś tabletki ziołowe na te dolegliwości. Ale dół. No cóż. Religia nie działa, to trzeba się raczyć alchemią. Do guślarza nie pójdę, ani wróżki. Ksiądz! Tylko gdzie ja znajdę teraz egzorcystę. Nie, bez przesady. Psiakrew, wypadł mi ząb. Kurka wodna, znowu wydam majątek na dentystkę. Co jest? Zaczynam się bać. Mało tego. Moja uwaga skupia się na przykrych widokach. Jadę autobusem do pracy. Przysiadają się pomyleńcy i opowiadają historie dziwnym szyfrem ballady i symbolizmu. Niepełnosprawni na wózkach, oddychający przez rurki z tlenem utrudniają przejście z podziemia na odpowiedni przystanek naziemny w dalszą podróż. I tak niemal codziennie. No dobra, jadę do Szczepanowa. Tam jest dobra świątynia. Podobno jeden z tamtejszych księży jest wierzący i ogarnia. Wsiadam na rower. Pogoda jesienna, ale słoneczna. Poza tym mam świetny strój. Mógłbym tam dotrzeć nawet przy minusowej. Jadę. Wyjazd z osiedla był gładki. Kilka wron, kawek i gawronów próbowało mnie przestraszyć, ale spokojnie. Mam kask i gogle, prawie kuloodporne, takie z kamerką. Odchamiam się. Uruchamiam monitoring. Nie lubię tej opcji, bo służby bezpieczeństwa publicznego czepiają się każdego drobnego przewinienia. No i jest to drogie. Z każdego kilometra ściągają trzy trójmorskie. No, ale super to działa. Po pierwszym ataku krukowatych pojawił się dronik ostrzegawczy. Niby owad. Krukowate nabierają się na latającego bota. Poleciały go zadziobać, a on wówczas wydał przeraźliwy pisk. Uciekły. Kilka bloków dalej nastąpił atak mew. Zacząłem mówić łacińskie egzorcyzmy, a aplikacja antyprzyrodnicza dała o sobie znać przez helikopter patrolujący okolicę. Specjalnie dla mnie błysnął przeraźliwie rażącym światłem. Mewy uciekły z piskiem. Na goglach zobaczyłem kwotę. Ta usługa kosztowała mnie dodatkowe dwa trójmorskie za kilometr. No cóż. Muszę dotrzeć. Nogi! Co jest. Skurcze mięśni. Przygotowałem się na to. Podłączyłem rurkę do ust. Cały czas jadę. Pociągam preparat witaminowy. Opuszczam osiedle. Uf. Autostrada rowerowa do samego Szczepanowa. Po drodze żadnych kolizyjnych. Estakady. Podziemne przejazdy. Gdzieś obok, nade mną, pode mną – droga na zachód mocarstwa. Co jakiś czas straszy jakieś auto, niebezpiecznie zbliżając się do ścieżki rowerowej, ale spokojnie, jest odgrodzona gigamocnym ekranem dźwiękoszczelnym. W końcu dojeżdżam do kościoła. Rower wciągam do przedsionka. Krzywi się jakaś służka, ale dostrzega mój niepokój w oczach, wręcza mi jakąś karteczkę i nakrywa rower w kościelnym przedsionku własną chustą, ściągniętą z głowy. Uśmiecha się też i wskazuje czerwone światełko w głębi świątyni. Tam tabernakulum za kuloodporną szybą. Podchodzę, klękam. Szyba zjeżdża. Ściągam kask. Inna służka zabiera go ode mnie. Podchodzi ksiądz i pyta, czy potrzebuję spowiedzi, czy mszy.

– Jestem w łasce. Muszę Mszę. potrzebuję odpustu zupełnego dla kolegi. Atakują mnie ptaki. Czuję, jak łażą po mnie muszki owocówki, a to już jesień – odpowiadam jak w malignie.

– Spokojnie, bracie – mówi łysy starzec, ojciec zgromadzenia Michała Archanioła. W ręce trzyma Pismo Święte, przy boku ma różaniec, ze srebrnym krzyżykiem i drewnianymi paciorkami. Na sobie ma tylko czarną sutannę. Stopy nagie. Jezu, jest przecież listopad! 

– Ojcze, dlaczego Michał Anioł malował tak erotycznie? – pytam, dziwiąc się własnym słowom, jakby coś przeze mnie mówiło.

– Nie myśl o sztuce i artystach, spokojnie, módl się. Pomyśl o prawdziwych aniołach.

– Ojcze – biadolę rozmodlony na amen – a czy Lucyfer niosący światło też może się nawrócić?

– Zostaw to Bogu i aniołom – nie lękaj się, módl się, pomyśl o swoich ulubionych świętych, potem o Matce, potem o Synu, potem o Duchu, potem o Bogu Ojcu.

– Ojcze…

Zaczęła się Msza. Zrobiło się lekko. Światło wypełniło świątynię pomarańczą i arabeskami cieni z witraży rzucanymi na neobarokowe ściany. Ależ przyjemnie, jakbym zapalił hasz z Maroko albo wypił czekoladę z Brazylii. Ale nastrój zmienia się jak w teledysku. Pokusy próbują się przedrzeć przez śpiewy mnichów, słowa mesjasza, pulsujące akolitki i żywiczne kadzidło. Ach. Ojej. Gołe pół kobiety, pół ryby w świetle świtu przy akompaniamencie świerszczy i w towarzystwie Wenus, co nie zdążyła zasnąć rozmyta słońcem poranka. Idźcie precz. Dobra jest. Mam czyste myśli. Biorę Ciało i Krew. Uff… Jeszcze odpowiednie modlitwy papieża. Mam odpust zupełny! Ofiarowuję go za zmarłego kolegę. Ale spokój. Wracam do domu.

Wszelkie powidoki tego surrealistycznego spotkania ze świętej pamięci przyjacielem zniknęły. Tak straciłem go na zawsze. Teraz jest marzec, a ja jadę sobie rowerem wzdłuż rzeki Białej i patrzę na podobnych mu wędkarzy sączących puszkowe browary z dala od kobiet i cywilizacji. Pada deszcz. Muszę jechać dalej, bo mi rower zardzewieje, ale kusi mnie, żeby podjechać do nich i zagadać. Spytać o jakiegoś Herflika albo inną Maryśkę. Ale kapie mi tak nieprzyjemnie na kask. Zaraz zmarznę. Nie patrzą w moją stronę. Rzeka tak słodko szumi. Deszcz tak gorzko zacina. Wołają mnie? Nie, to złudzenie. Nikt mnie nie woła. Nie wiem, może jednak pojadę dalej. Ech, co tu zrobić. Może pojadę na drugi brzeg. Majaczą osiedla jak ze szkła, tam gdzie plac zabaw, siłownia polowa i skejt park…

 

Jakub Węgrzyn


 

CZYTAJ TEŻ